wtorek, 24 listopada 2020

Domowa polędwica łososiowa

 

Domowe wędliny zawsze wygrywają z kupnymi, chociaż mamy tu dywersanta w chałupie, który twierdzi, że ta "kupna" łososiowa jest równie dobra, jak wykonana przez Umiłowaną Przywódczynię. Został za to ukarany ostracyzmem przy świątecznym stole (no krótkim, krótkim...) oraz odsyłaniem do  sklepu za każdym razem, gdy łakomie sięgał po MOJĄ polędwiczkę 😄 
Właściwie to nie jest mój przepis, lecz mojej kochanej kulinarnej guru, przemiłej i najstarszej stażem blogowej przyjaciółki Danusi, z bloga "Co mi w duszy gra". Już tam Dania wszystko dokładnie opisała, jak wykonać ten przysmak (klik!), ja mam tylko 3 przyprawowe zmiany:
  •  dałam 3 ząbki czosnku (gdyby Drakula zagnał się do naszej wioski),
  • zamiast zwykłej słodkiej papryki dałam słodką wędzoną - super!,
  • jedną łyżeczkę pieprzu zastąpiłam mieszanką curry.
 U nas wędlinka wisiała też dłużej u karnisza (no każdy, kto wchodził wybałuszał oczy, wyobraźcie sobie te komenty Wuja), bo chciałam, by dobrze dojrzała. Jest pyszna i wprowadza nową jakość nie tylko na świąteczny stół 😋
 


sobota, 24 października 2020

Sos tuńczykowy "Rybki w stawie"

 

Ten przepis jest bardzo popularny na różnych smacznych stronach, ale funkcjonuje przede wszystkim jako sałatka. Ja zaadaptowałam ten bajerancki dizajnik na potrzeby bardzo smakowitego i naprawdę świetnie "konweniującego"  (zna się obce termina, hie hie) z mięsem sosiku rybnego. Jadłam we Włoszech mięso w rybnym sosie i było pyszne, a jeszcze lepszy jest jako dodatek do zimnych mięs (najlepiej pasuje nam do pasztetów, np. takiego, albo takiego). Na świąteczny stół (jak widać na zdjęciu) u nas to już pozycja obowiązkowa!
Więc jeśli  spodziewacie się jednak jakichś (zdrowych, daj Boże) gości na Wszystkich Świętych, to można zabłysnąć nietypowym zestawieniem i urozmaicić "zimną płytę".
SKŁADNIKI:
2 puszki tuńczyka w sosie własnym (dobrze odciśniętego z zalewy), 
3-4 żółtka z jaj (białka można wykorzystać do dekoracji np. sałatki), 
2 ząbki czosnku, 
mała cebulka,  
kilka łyżek oleju rzepakowego tłoczonego na zimno, 
łyżka soku z cytryny,  
łyżka łagodnej musztardy, 
średni słoik majonezu,
mały jogurt grecki, 
sól, biały pieprz, 
sardynki lub szprotki z ogonkami, 
zielenina udająca szuwary w stawie.
WYKONANIE:
Wszystkie składniki zmiksować (solić stopniowo, tuńczyk bywa bardzo słony). Sos nie musi być idealnie gładki. Można dodać koperku albo kaparów, ale nieco zmieni się kolor. 
Aha, i z tymi rybkami trzeba działać ostrożnie, bo się psiajuchom strasznie szybko odrywają ogonki, a bez ogonków nie bardzo wiadomo, co to sterczy z tego bagienka 😄  

niedziela, 4 października 2020

Słoweńska zupa z pieczonej dyni i brukwi z olejem dyniowym i grzankami

 

Tę zupę wykonał osobiście Martik, któren podbijał kulinarnie Słowenię (a Słowenia podbijała podniebienie Martusi). Zarówno dynia, jak i brukiew, u nas właściwie zapomniana, są tam bardzo popularnymi warzywami. A olej dyniowy tłoczy się w rodzinie, u której gościła - zresztą robią tam swoje sery (w tym "mozarellę" i "parmezan"), pieką chleby, robią prsut (czyli szynkę w typie prosciutto), pancetę, miody, wino...  Kulinarny raj dla osoby lubiącej gotować, a Martik (dzięki światłemu kierownictwu Umiłowanej Przywódczyni, ma się rozumieć) do takich należy 😋
SKŁADNIKI: (proporcje zależą od ilości partycypujących w biesiadzie)
- dynia hokkaido i brukiew (po równo), upieczone w piekarniku do miękkości (dynia piecze się dużo szybciej, więc albo wyjąć wcześniej, albo wstawić później),
- ziemniaki (objętościowo 1/4 bani i brukwi),
- marchew (j.w.),
- 1 duża cebula,
- czosnek (wg uznania, ale co najmniej 2-3 ząbki),
- sól, pieprz, chili, kurkuma, imbir ew. inne przyprawy - co kto lubi, ale wyraziście,
- oliwa z masłem,  
- olej z pestek dyni,
- płatki chili do dekoracji,
- grzanki z serem (bardzo podchodzące :-))
WYKONANIE:
 Cebulę i połowę czosnku poddusić na maśle z oliwą. Dodać pokrojoną marchewkę, dusić (ewentualnie podlewając nieco wodą) na półmiękko, dodać ziemniaki skrojone w kostkę, dusić do miękkości. Wrzucić dynię i brukiew i dopełnić gorącą wodą tak, by przykryła warzywa. Wcisnąć resztę czosnku i zblendować na gładko*. Dolać wody do żądanej gęstości. Doprawić tak, aby zupa nabrała charakteru. Już w miseczkach polać olejem dyniowym i posypać przyprawami. A zapiekane z serem kromeczki to już każdy wie, jak zrobić 😏
 
* Gdyby szanowna pani Gessler się tu zapuściła i chciała opitolić Martika, że nie dodaje się czosnku surowego do zupy (pamiętam, jak sponiewierała chłopa-Hanysa, który gotował od czasów sanacji, że CZOSNEK W WODZIONCE NIEUPIECZONY!!!) niech wie, że my właśnie tak lubimy :-D
    

 

sobota, 5 września 2020

Ocet z aronii

 

Ocet z aronii pozwala zagospodarować chociaż część tej obfitości, przed którą rokrocznie staje człowiek, zdumiony i zadający sobie pytanie: po co ja właściwie posadziłam tego krzaka? (już krzaczora zasadniczo, z ambicjami na krzaczora - potwora). Niestety, mimo że aronia jest bodaj najzdrowsza z owoców, to jednak moje psiajuchy nie chcą pić soczków, którymi ich uszczęśliwiam, już nie mówiąc o kompotach (??) czy dżemach (???, ktoś je w ogóle robi?). Propozycja zrobienia wina też nie znalazła uznania, chociaż amatorzy win wszelakich są. Więc od wielu lat ta porą walczą we mnie Nosacz z Leniwcem. Nosacz podszeptuje: nie, nooo, Marzyniu, coś co można przerobić rośnie sobie, a ty przechodzisz mimo?! A Leniwiec proponuje: weź se lepiej koc i książkę, i walnij się w cieniu krzaczora, akurat do tego się przyda. 

I - co widać na załączonym obrazku - zwycięża nosaczyzna. 

Ten ocet jest na słodkich "wytłokach" po zrobionym soku z aronii. Ponieważ ma dużo garbników, a owoce są wygotowane, więc  trzeba wrzucić wielki kawał matki octowej i często mieszać. Długo fermentuje, ale i cały rok trzyma się potem bez pasteryzacji.  Jest bardzo smaczny - raz się pomyliłam i zrobiłam z nim przepitkę po zwyczajowym kielichu dla chłopa, co nam skrudlił pole pod owies. Lekko się tylko skrzywił, że "cosik kwaśnawy ten soczek" :-D

Proces robienia octu jest taki sam, jak zawsze. 

 


piątek, 7 sierpnia 2020

Bułki do burgerów z pasty sezamowej (bez glutenu)

Martik biedak źle się czuje po glutenie. Ponieważ my nie mamy takich problemów, więc sama sobie piecze bezglutenowe pieczywo. Okazuje się, że bułeczki z przepisu bardzo sympatycznego pana Bartka (klik!) posmakowały wszystkim (bo oczywiście kupa ludzi się pod nie podpięła, skoro już upiekła 😍). Może i komuś z czytelników mojego bloga przyda się ten przepis? Jest niezwykle prosty i pieczywo wychodzi rzeczywiście bardzo smaczne, i bardzo pasuje do soczystej wołowiny.

SKŁADNIKI (na 4 bułeczkoplacki):

  • 6 łyżek pasty tahini (sezamowej),
  • 1 jajko,
  • pół łyżeczki sody,
  • łyżka soku z cytryny (lub octu ziołowego jak u nas),
  • sól do smaku.

WYKONANIE:

Wszystkie składniki dokładnie wymieszać, dodając ewentualnie odrobinę wody. Ma mieć konsystencję ciasta na lane kluski. Nakładać łyżką na wyścieloną papierem do pieczenia blachę, piec w 180 (150 z termoobiegiem) stopniach do wyrośnięcia i zrumienienia. Składać po dwa, napychając między nie co dusza zapragnie (co napchał Martik, widać na zdjęciu). 

Gdybym nie zobaczyła, nie uwierzyłabym, że to powstaje z pasty sezamowej!



sobota, 11 lipca 2020

Macerat olejowy z dziurawca (na zimno)

Dziurawca w tym roku dostatek. I jest wyjątkowo okazały - w tamtym roku nieźle się musiałam nawłóczyć po łąkach, zanim zebrałam ziela na słoik maceratu. 
Dlaczego warto go zrobić? Bo pomaga, kiedy nogi odpadają ze zmęczenia (niestety, tutaj w komplecie najlepiej mieć masażystę), kiedy jakieś bóle chodzą po stawach, kiedy udręczony od dziuczenia przed komputerem atlas chce wreszcie zrzucić głowę i wyjść z kręgosłupa (zdalne nauczanie... miodzio... w tygodniu nauczasz, na weekendzie jesteś nauczana...). I jeszcze pan Boguś potwierdza, że nacieranie pomogło mu na reumatyzm. Kluczową być może rolę żony - masażystki przemilczał, ale internety potwierdzają, że ziele dziurawca (które kojarzymy z układem pokarmowym albo depresją), jest pomocne w takich przypadkach.
Mój macerat robiłam na zimno, metodą opisaną przez Hajduczka (klik!). Nie nadaje się do długiego przechowywania, więc gdy ktoś chciałby zrobić  duży zapas, to lepiej na ciepło (np. tutaj - klik!).
SKŁADNIKI:
- końcówki pędów dziurawca zwyczajnego (najlepiej tylko kwiatostany i te malutkie listeczki przy nich),
- olej z pestek winogron w ilości "do pokrycia",
- spirytus 70%  do spryskania surowca.
WYKONANIE:
Szczyty pędów dziurawca obciąć i pokroić - ja to robię mocnymi nożyczkami, tak podstrzygam jak Edek Nożycoręki żywopłot😁. Partiami wsypywać do słoika, każdą warstwę spryskując spirytusem (atomizerek z toniku do twarzy jest bardzo podchodzący). Nie ubijać, zakręcić. Po półgodzinie zalać olejem. Niektórzy polecają oliwę z oliwek albo słonecznikowy, ale ja już obadałam, że bardzo dobrze wchłania się "we mnie" (i w pana Bogusia chyba też) olej z pestek winogron. Trzymać na słonecznym parapecie 2 tygodnie, aż nabierze pięknej, aż takiej jakby neonowej, czerwonej barwy.Przecedzić, wyciskając czystymi łapkami jak najwięcej oleju. Przefiltrować przez gazę i cieszyć się "likarstwem" z Bożej Apteki :-)


poniedziałek, 6 lipca 2020

Ocet z malin i czerwonej koniczyny

Kolejny z wyśmienitych octów. Ten malinkowy jest pyszny nie tylko w napojach, ale i świetnie sprawdza się w winegretach :-) Receptura jest zawsze ta sama - proszę zajrzeć tutaj :-) Co do surowca to jeśli ktoś ma na tyle malin - to oczywiście może zrobić czysto owocowy. U nas z malinami średnio - gdy już się ma ich więcej, to zawsze idą na sok metodą Babci Myszki (klik!), więc trzeba przyczynić czegoś, w co obfitują łąki lub ogród. Dobra jest kombinacja właśnie z czerwoną koniczyną. No i idąc na spacer warto powstrzymać się od zeżarcia apetycznych leśnych malinek - dorzucone do słoja (także z już gotowym octem) cudownie go aromatyzują.
Można także nastawić ocet z resztek po zrobieniu własnego soku. Ponieważ takie owoce są mniej "żywe" niż świeże, więc trzeba na kopa startowego dodać więcej niepasteryzowanego domowego octu (każdy się nada, no, może ten z aronii mniej, bo ma bardzo silny kolor) albo duży kawał matki octowej. I często bełtać. 

P.S. Moje matki są jak Wielkie Macierze - pływają sobie leniwie jak spasione meduzy. Gdyby ktoś potrzebował, to mogę taką matką octową podzielić się :-)

sobota, 27 czerwca 2020

Młode ziemniaki zapiekane z sosem serowym, pieczarkami, chrupiącą szynką i trybulą

No pyszka po prostu 😋
Nazwaliśmy sobie tę potrawę "Zapiekanka króla Jana" - oczywiście Sobieskiego, bo to jemu przypisuje się sprowadzenie ziemniaków do Polski. Pewien udział w gotowaniu miał też Jasiek, więc tym bardziej nazwa pasuje. Ponieważ nie są to moje własne ziemniaczki (i nie wiem, czy w ogóle będę je miała - jeszcze jedna nawałnica i całkiem spłyną z naszych zbyrów w paryję), musiałam je jakoś "uszlachetnić". Były po prostu mało ziemniaczane w smaku i nie nadawały się na jedynego króla (Jana) stołu 😕 . Jednak to połączenie smaków jest świetne, potrawa nie jest tłusta, a bardzo sycąca, zaś trybula stawia kropkę nad i.
SKŁADNIKI:
młode ziemniaki mniej więcej jednakowej wielkości (mnie weszło 14, w sam raz dla 3 osób),
malutkie pieczarki - około 30 dkg,
10 dkg dojrzewającej szynki (np. brandenburskiej),
30 dkg "ciągliwego na ciepło" sera,
2-4 łyżki mąki pszennej,
1-2 szklanki mleka (zależy, ile chcemy mieć sosu),
2 cebule,
4-5 ząbków czosnku,
masło klarowane do smażenia (3 łyżki+2 łyżki),
ulubione przyprawy (warto dać rozmaryn),
zielenina do przybrania, najlepiej trybula leśna.
WYKONANIE:
Ziemniaczki cienko obrać (jeśli ktoś chce i może - oskrobać). Wrzucić do osolonego wrzątku w kolejności od największego (jeden z moich był wyraźnie większy niż pozostałe, gotowałam go najpierw samotnie z 5 minut). Gdy będą niemal miękkie -  odcedzić. Nawet gdy ugotują się na miękko, to mają jeszcze tak mało skrobi, że nie powinny nam się rozpaść w zapiekance. W tzw. międzyczasie podsmażyć (najlepiej w rondeleczku) na 3 łyżkach klarowanego masła inne składniki w takiej kolejności:
1) małe pieczarki w całości lub połówkach (nie zapomnieć je posolić),
2) wyjąć pieczarki łyżką z dziurami i na to samo masło (no chyba, że nam się zjarało😐) wrzucić cebulę w piórach, podsmażyć, wyjąć,
3) na koniec - zapewniam, że masełko wyglądało i pachniało zupełnie dobrze, co prawda było to sklarowane zarąbiste swojskie masło od Wolanki, tzn. od krowy pani Wolańskiej - partiami usmażyć kawałeczki szynki. Część szynki normalnie, a część drobniutko pokrojoną - na chrupiące quasi-skwarki. 
Zrobić sos beszamelowy (2 łyżki masła, 2 łyżki mąki, szklanka ziemnego mleka). Doprawić - ale uwaga! mało soli (słony jest ser, pieczarki już solone, a szynka dojrzewająca jest sakrucko słona), wcisnąć czosnek, domieszać ser i trybulę. 
Do naczynia żaroodpornego wlać sos serowy. Ułożyć ziemniaczki. Posypać pieczarkami, wcisnąć w sos większe kawałki szynki. Zapiekać w 180 stopniach, aż ser i pieczarki się ładnie zrumienią. Przed podaniem posypać kawałeczkami szynki, nałożyć czapeczki z cebuli, przybrać zieleniną. Podawać z surówką - my jedliśmy z surówką z pomidorów z octem balsamicznym, ale bez bazylii - żeby nie zagłuszyć tej trybuli. Kto nie ma dostępu do leśnej, aromatycznej trybuli - może z powodzeniem wykorzystać tę uprawną :-)


czwartek, 11 czerwca 2020

Litewska sałatka z łososiem i chrzanem


Bardzo smaczna sałatka z niewielu składników. Zaskakująco pyszne jest połączenie ryby z chrzanem. Przepis znalazłam na stronie pani Komarki (klik!), od siebie dodałam tylko rzodkiewkę i koperek (ale nie musi jej być)
SKŁADNIKI:
kawałek surowego łososia - ilość ryby zależy od zasobu portfela i preferencji. I nie bierzcie czasem wędzonego - raz tak zrobiłam i zepsułam sałatkę!
3 ugotowane w osolonej wodzie ziemniaki,
3 jajka na twardo,
3 kiszone ogórki obrane ze skórki,
pęczek szczypiorku,
mały pęczek koperku,
kilka rzodkiewek, 
sok z cytryny.
Na sos:
2 łyżki majonezu i łyżka kwaśnej śmietany,
kopiata łyżka utartego chrzanu (lub oczywiście mniej - trzeba znaleźć swoje proporcje),
pieprz, 
odrobina cukru.
WYKONANIE:
Łososia usmażyć na prawie suchej patelni (ciutkę masełeczka klarowanego jednak daję, choć Komarka zaleca inaczej), doprawiwszy solą, pieprzem i sokiem z cytryny. Podzielić widelcem na cząstki. Pozostałe składniki pokroić w większą kostkę, szczypiorek i koperek drobno, a rzodkiewkę w półplasterki. Chrzan zetrzeć na drobnej tarce,ale nie na paciarę, tylko w drobne wiórki. Wymieszać składniki sosu, zaprawić sałatkę, gdy się nieco "przeżre" ewentualnie doprawić. 
Na powyższym wielkanocnym półmisku spoczywa z koleżanką ze Lwowa (klik!) - można mieć Wilno i Lwów na jednym talerzu (zaznaczam, że obce są mi wszelkie kresowe resentymenty - to skutek sporów H&C o wyższości śledzia nad łososiem 😋).

niedziela, 31 maja 2020

Serniczki na zimno z musem malinowym dla dzieciaczków

Gdyby ktoś w chwili zaćmienia kulinarnego zakupił sobie silikonowe foremki na mini babeczki z kominkiem w ilości sztuk: 6 (słownie: sześć) i już podjął decyzję, że jednak je wywali (no bo kto zarabia ciasto na SZEŚĆ babeczek?!) to niech tego jeszcze nie czyni. Bo na świętach wielkanocnych okazało się, że powyższe ciasteczka (deserki?) zrobiły furorę wśród dzieci właśnie. Pewnie to zasługa Martika, któren pieczołowicie wykonał z białej czekolady ozdoby i nawet jedną przeznaczyła dla mnie. Od razu po zjedzeniu żałowaliśmy, że nie kupiłam jednak 66 tych foremek. Nigdy nic w nich nie piekłam, ale na takie serniczki, z niespodzianką w środku, są świetne 😋
Masa serowa to po prostu serek mascarpone, ubity z małą śmietanką trzydziestką, wanilią i cukrem.  Stabilizuje się ją żelatyną (rozpuszczone i wystudzone 2 płaskie łyżeczki żelatyny trzeba najpierw zmiksować z odrobiną kremu - raz wlałam żelatynę do zimnej masy i grudek nie dało się już rozbić). Po zastygnięciu miękkie foremki dają się bez problemu zdjąć, serniczki stawiamy na herbatnikach lub pewnie lepiej okrągłych biszkoptach, a w otworki po kominkach można wpakować, co się chce. Maliny (mrożone lub świeże) polecam jednak przetrzeć. Ponieważ Martik chciał jednak efektu niespodzianki - zamaskowała malinowy środek ciemną czekoladą i figlaskami z białej.
Jureczek swoje ciastko - oczywiście to z jeżykiem - wsadził na raz do ust, przemełł i zdziwił się, że w środku były maliny. Jego odpowiedź ("Dżeeem?!") wywołała zrozumiałą frustrację u walczącej o drugą gwiazdkę Pirellego siostry. Może jednak nie trzeba było  kłaść deserku na petitku, wtedy musiałby zjeść łyżeczką 😜 

środa, 13 maja 2020

Kluski śląskie według przepisu mistrzyń!

Jeśli nie jestem pewna jakiegoś tradycyjnego przepisu, zawsze sprawdzam recepturę u Danusi albo/i u Ninki.
To naprawdę Mistrzynie kuchni przez duże M. Tym razem obydwie panie były zgodne co do przepisu na najlepsze kluski śląskie, jakie jadłam. Lepsze nawet - wybacz Rodzicielko! - niż mojej Mamy (Babcia Bronia nie robiła klusek śląskich, więc nie musi plwać mi z nieba na głowę, że nie ona dzierży palmę pierwszeństwa).
Aż wstyd się przyznać, ale nie robiłam takich kluseczek nigdy sama - zawsze z Mamą, te... - wróć!: Teściową, albo Ciocią, przy czym moja rola ograniczała się do kulania i wyciskania. Dlatego nie byłam pewna, ile jajek się daje. 
Daje się tylko jedno na kilogram ziemniaków (obranych albo nie, zależy kiedy się wam przypomni, żeby zważyć - proponuję przed i od razu ugotować 2 kilogramy). 
SKŁADNIKI:
1 kg ziemniaków (moje są takie lekkopółśrednie, ale Danusia zaleca mączyste),
1 duże jajo,
mąka ziemniaczana (niestety, nie ważyłam jej, Ninka pisze: "ile zabierze"),
1 łyżka stopionego masła do ciasta oraz duuużo masełeczka do polania,
sól do ugotowania ziemniaków (2 łyżeczki),
sól do osolenia wody na kluski.
WYKONANIE: 
Ziemniaki ugotować w osolonej wodzie. Dobrze odparować i jeszcze w miarę ciepłe przecisnąć przez praskę (lub zmielić w maszynce. Puryści językowi mogą je zemleć). Do garnka włożyć masę ziemniaczaną, wyrównać, podzielić na cztery (koment Martika: "Mamo, dlaczego PRZEŻEGNAŁAŚ ziemniaki?!"), wyjąć tę 1/4 na resztę i w to miejsce wsypać do równa mąki ziemniaczanej. Przemieszać wszystko, dodać rozbełtane jajko i stopione masełko (Ninka daje łyżkę oleju, Danusia wrabia miękkie masło), zarobić na gładko, ewentualnie dosypując mąki. Wszystkie te czynności wykonujemy w tym garnku, nie trzeba paprać stolnicy ani blatu. 
W tzw. międzyczasie gotujemy w dużym garze wodę, solimy lekko. Dziecko - pomoc kuchenna cały czas toczy nam kuleczki, a my patrzamy, aby były równiutkie. Dołeczek robi się środkowym stawem zgiętego palca, zwłaszcza, jeśli mamy długie paznokcie. Wielkość mniej więcej śliwki węgierki. Można natoczyć na zapas, nie wolnieją jak kopytka. Wrzucamy tyle, aby miały szanse swobodnie wypłynąć - gdy już wypłyną, wystarczy chwila gotowania i są dobre.
Najlepiej najpierw ugotować porcję degustacyjną - dowiemy się, czy nie są za mało słone i jak szybko będą dobre. A, i nie gotuje się ani na zbyt dużym ogniu (czyli nie "kłębem"), ani nie w takiej ledwo "mrugającej" wodzie.  Stadium iwonickiej Bełkotki będzie w sam raz 😉
Przepyszne solo z palonym masełkiem, rewelacja jako dodatek do gulaszu. Mają idealny balans między miękkością a pożądaną w nich gumowatością. Nie zawierają glutenu, więc Martik opychał się bezkarnie. 
Na stronie Grażynki (klik!) znalazłam limeryk o daniu dla zakochanych w maju - myślę, że te kluseczki mogą zawalczyć o serce polskiego faceta z homarami 😘
 

niedziela, 3 maja 2020

Chlebek z majonezem - przepyszny!

Chlebek jest prze-pysz-ny! Na razie tylko zdjęcie  puszystej Miss-piętki (tyle ocalało z pogromu) i linki do nieco różniących się przepisów moich blogowych koleżanek - sprawczyń naszej cudownej kolacji:
Maminek: tutaj
Kasia - Bryssska: tutaj
Dopisano nazajutrz:

Mój chlebek to miks receptury z obu blogów :-D
 SKŁADNIKI:
- 400g mąki pszennej (nie wiem, jaki typ, typ w naszym małym młynie powiedział: „Pani, na chleb się nado!”),
- łyżka mąki żytniej,
- łyżka mąki ziemniaczanej,
- 300 ml ciepłej wody,
- 2 kopiaste łyżki majonezu,
- 1 opakowanie drożdży instant granulowanych (7g),
- łyżeczka cukru,
- 1 łyżeczka soli,
- czarnuszka na posypkę.
 WYKONANIE:
Do misy (robota) wsypujemy przesianą mąkę, sól, drożdże i cukier. Mieszamy, dodajemy wodę i majonez. Wyrabiamy (ponieważ robotę odwalała za mnie maszyna, więc wyrabiałam tak z 5 minut, na małych obrotach) i odstawiamy w ciepłe miejsce na około 1 godzinę, aby podrosło. Moje ciasto było dość rzadkie, takie jak u Kasi, Maminkowe na oko jest gęściejsze. Widocznie nie ma to większego znaczenia, tego chleba chyba nie można zepsuć. Wyrośnięte ciasto przekładamy do średniej blaszki (nie miałam odpowiednio dużej keksówki, piekłam w wypróbowanej już 20 cm. tortownicy po mamie, dlatego mój chlebek jest okrągły, a dziewczyn podłużny) nasmarowanej olejem lub smalcem (ja oczywiście „Wyborowym”). Ciasto z wierzchu spryskujemy wodą i obsypujemy czarnuszką – niezwykle pasuje do tego pieczywa. Następnie odstawiamy w ciepłe miejsce na 15 minut do drugiego wyrastania.
I tu sobie zapomniałam, że ma być tylko 15 minut – zelektryzowało mnie po pół godzinie układania pasjansa na kompie, ale już było za późno… Ciasto wyłaziło górą z formy, co u mnie jest nagminne. A piekarnik nienagrzany, ha! ha! 
Po wstawieniu formy do nie całkiem rozgrzanego piekarnika (docelowo miało być 150 stopni termoobieg, 2. półka od dołu) nie przestało rosnąć, wyglądało jak kipiące mleko. Musiałam więc dźgnąć go w 3 miejscach trzonkiem łyżki – owszem, przestało się wybulać, ale za to nastąpił widowiskowy kolaps i zakląkło mi się w owych miejscach (co widać  na zdjęciu, na szczęście krater się potem się niemal całkowicie zalał). Piekłam 50 minut.
Ma chrupiącą skórkę z każdej strony (mimo, że dość cienką) i bardzo delikatny, puszysty miąższ. Tego majonezu oczywiście nic a nic nie czuć!


 

środa, 29 kwietnia 2020

Makaron z pokrzywą i serem Bursztynem

Przepis jest tak banalnie prosty, że wrzucam go tylko gwoli pokazania, że Marzynia jest trędi i pasie się na chwastowisku. Poza tym u miłej Grażynki bez przerwy  goszczą w garach jakieś dary natury (klik!), a ja tam często zaglądam, do czego i was zachęcam 😋 Zresztą mieszkańcy (tak, tak, pasę również moją H&C) naprawdę mało skażonej wsi są wprost zobligowani do dzikiej kuchni.
Przygotowanie zieleninki do makaronu polega na zebraniu górnych listków pokrzywy, podduszeniu jej na maśle z oliwą lub olejem, czosnkiem, pieprzem, solą i gałką muszkatołową oraz posypaniu na talerzu startym dojrzewającym serem. Wiechetek - dekor oczywiście nie podlega konsumpcji, chyba że przez masochistów. Kokardki czyli farfalle bardzo konweniują wizualnie, co dla estetów może mieć znaczenie, bo danie nie jest bardzo widowiskowe. Martik, chcąc zrobić lepsze zdjęcie (ja tam się nie bawię w takie fiku-miku, ale ona chce, by było piekniusio na blogu Umiłowanej Rodzicielki) wyszedł z talerzem aż przed dom, łapać światło. Co z tego wyszło widać poniżej 😆
Wujo i reszta tubylców doszli do wniosku, że miastowe dziwczęcie zwariowało i karmi koty na świątecznych talerzach. Do degustacji jednak nie doszło, bo Szpagietka do pokrzywy się nie kwapiła. Mąż zjadł i nawet pochwalił, że lepsze niż moje poprzednie danie z tym wspaniałym chwaścikiem. Na jego opinię mógł mieć wpływ fakt, iż nazwa danka poniżej może zniechęcić faceta.
Jaja w pokrzywach
 
 

piątek, 24 kwietnia 2020

Potica - słoweńskie ciasto drożdżowe z orzechami

Jak widać po anturażu, ciasto było pieczone na wielkanocny stół. Słoweńcy pieką ten rodzaj strucli w okrągłych formach na babę. Moja karbowana foremka była ciut za mała i mąż przydybał mnie już po północy, klęczącą przed piekarnikiem i wgapiającą się przez szybkę w uciekające (zapewne do ojczyzny) ciasto. Wszystko się udało, ale stresik był, bo przepis mam od "swatowej" z Vojska (nie, nie służyłyśmy w jednym pułku, to naprawdę miejscowość w Słowenii 😀)
A na poważnie - ciasto jest wspaniałe. Podobno tam MUSI być na świątecznym stole i nie dziwię się: puszyste, a jednocześnie "masne", pachnące, nadziane orzechową masą... zdetronizowało wszystkie tegoroczne słodkości!
SKŁADNIKI:
Ciasto:
600 g  mąki pszennej (typ 550),
40 g drożdży (świeżych oczywiście nie uświadczył w sklepie, więc dałam suche: 2 torebki Oetkera),
140 g cukru,
4 żółtka,
200 ml mleka,
140 g masła,
kilka kropel esencji waniliowej,
szczypta soli.
Masa orzechowa:
400 g orzechów włoskich (ponieważ cena orzechów włoskich zwaliła mnie z nóg, dałam pół na pół orzechy z migdałami, bo słupki migdałowe nie wiedzieć czemu były przecenione - chyba nadzienie było jeszcze pyszniejsze),
120-130 g cukru pudru,
3 białka (od tych żółtek),
kilka kropel esencji orzechowa lub migdałowej.
WYKONANIE:
W misie robota połączyć suche składniki (tiaaa, Marzynia już łapkami praktycznie nic nie wyrabia, chyba że na jakimś spidzie). W rondeleczku podgrzać mleko, rozpuścić w nim masło, wystudzić do letniego, rozbełtać w tym żółtka. Wlać mokre do suchych, wymieszać łapką i wyczaić, czy nie jest "pod ręką" zbyt twarde lub za rzadkie. Ewentualnie dosypać nieco mąki lub dolać mleka. Wyrabiać hakiem do drożdżowego na wolnych obrotach, aż będzie naprawdę gładkie i elastyczne. Przykryć podwójnie ściereczką i postawić w cieple do wyrośnięcia (przy suszonych drożdżach potrwa to około godziny).
W tym czasie zrobić nadzienie orzechowe: pani Maria mieli je w maszynce, ja je starłam w takim piprztyku do bakalii (to nie jest to samo - maszynka miażdży orzechy, a młynek skrawa, ale wyszło i tak pysznie). Białka ubić na sztywno z cukrem pudrem, dodać zmielone orzechy (i migdały), aromat i ewentualnie nieco mleka, gdyby masa nie była smarowna. 
Ciasto lekko przerobić, rozwałkować na prostokąt o dłuższym boku równym obwodowi formy - hie, hie, ten problemat profesora Czelawy rozwikłał mi Martik metodą "nitkowania rantu" 😆 Rozsmarować nadzienie, zwinąć jak struclę. Ponieważ było późno, a ciasto stawało mi okoniem (znacie ten problem - wałkujesz z całych sił, a ono wraca jak naciągana guma do stadium wyjściowego), więc rozwałkowałam ile się dało i wewaliłam grubą warstwę orzechów. Potężny wał ciasta upchnęłam w silikonowej formie, zlepiając końce. Włączyłam piekarnik - wciąż niestety termoobieg, 150 stopni,  środkowa półka. Teraz potica wyrastała już tylko pół godziny, bo drożdże solidnie ruszyły. Wypełniające formę ciasto nie dość, że pęczniało w oczach, to jeszcze tradycyjnie zaczęło się jarać z jednej strony od termo, więc musiałam otwierać piekarnik (czego podobno absolutnie się nie robi przy drożdżowym). Najpierw mus było go przykryć papierem do pieczenia, potem gorący samum oczywiście zdmuchnął papier, więc co 15 minut obracałam formę. Niestety Martik zrejterował mi z placu boju, bo nie był w stanie wytrzymać stresu (NA PEWNO mamo coś schrzaniłaś, jak ty się obchodzisz z tym ciastem!) i poszedł spać. 
Samotny biały żagiel Matki dopłynął do przystani po 65 minutach, o pierwszej w nocy. Ciasto było wspaniałe.


czwartek, 9 kwietnia 2020

Mazurek serowy z M&M’sami (leci w kulki!) oraz życzenia świąteczne

Może i to zdjęcie nie jest z kategorii "Król Insta" - ale kolorowo jest, baran jest (i to uśmiechnięty) i wkład pracy dekoratorki widać. Poza tym każdy wie, że nigdy nie podrasowuję naszego jedzenia, bo koń jaki jest, każdy widzi :-D
A mazurek jest fajny, bo to połączenie kultowej ozdoby stołu wielkanocnego z sernikiem. A jeśli ktoś (dzieci?) lubi m&m'sy - to już jest pełnia szczęścia.
Zainspirowała mnie kochana Ninka, która prowadzi bloga Gotuj-Sam! (naprawdę warto go spenetrować). Akurat ten jej przepis jest na innej stronie  pod nazwą, która właśnie mnie zaciekawiła - MAZUREK SEROWY - KORONKOWY (klik!). Nie wiem czemu koronkowy, ale nazwa podoba mi się bardzo :-)
Ponieważ od lat stosuję do mazurków małą formę, piekłam z połowy porcji.  Wychodzące w przeliczeniu połówki jaj "zaokrągliłam" do góry. Dodatek rodzynek storpedował Martik (nie wiedzieć czemu nie lubi).  Nie dawałam ciasta na górę - tło do kwiatuszków stanowi biała i ciemna, rozpuszczona czekolada. No i rychtyk wychodzi 9 porcji, co daje Hurmie i Czeredzie po 3 na twarz (Matka nie partycypuje, bo słodycz dekoracji by ją zabiła) przez 3 dni świętowania 😋
To zdjęcie robocze wklejam, żeby było widać, jak się "śkli" 😀

🐣
Życzę wszystkim moim blogowym przyjaciołom spokojnych świąt. Bez myślenia o drobnoustrojach. Ze zdrowymi bliskimi. Z pysznym jedzeniem, po którym będziecie wzmocnieni fizycznie i skrzepieni na duchu. Z refleksją o cudzie zmartwychwstającego życia. 
P.S. Tak. Dobrze widzicie, to się stało. Po jedenastu latach prowadzenia bloga, w połowie pisania posta, Marzynia odkryła opcję "Wstaw znaki specjalne" 😂