niedziela, 21 maja 2017

Bramborowa sałatka z chwastami


Tę sałatkę postanowiłam nazwać jakoś inaczej niż zwykła "sałatka ziemniaczana" (opcja "Kartoffelsalat" odpadła w przedbiegach) i padło na brambory, bo język czeski dostarcza nam wiele radości...:-). Taka zwykła ziemniaczanka to to nie jest, bo - jak widać na załączonym obrazku - jednym z głównych składników są dziko rosnące rośliny z łąki i lasu, z których kilka to po prostu chwasty.  Mieszkanie na wsi jest cudowne pod tym względem: wychodzisz o rzut beretem i masz pełno oryginalnych dodatków do sałatki, i jeszcze możesz się snobować na blogu, jaka to jesteś fit, eko, wege, hyge (?), paleo (??) i w ogóle. 
Rustici mordaces zadbają jednak, żeby się nam w głowie nie przewróciło ("Świniom do kłócaniny niesiesz?" - bom niesła w koszu, no po co baba łazi po lesie i polu z koszykiem w kwietniu?!). I słusznie, bo te chwaściki to taki bejerek dla miastowych, lepsza byłaby rzodkiewka i szczypior na wierzchu, ale H&C zjadła i chwaliła (tylko Dorunia wywaliła pokrzywę, no i potem się dowiedziałam, że krwawnik drapał w gardle :-D).
SKŁADNIKI PODSTAWOWE:
ugotowane młode ziemniaki - tak z 5 -6 sztuk,
1-2 młode cebulki,
4 kiszone ogórki,
po 1 jajku na osobę,
liście sałaty "na podściółkę",
sól, pieprz,
SOS:
jogurt naturalny,
majonez - kilka łyżek,
łyżeczka lub dwie ulubionej musztardy,
sól, pieprz, cukier, sok z cytryny,
kilka łyżek jakiegoś dobrego oleju (oliwa wg mnie nie, ma nie ten smak, ja dałam tłoczony na zimno rzepakowy)
DZIKA ZIELENINA w mojej sałatce:
rzeżucha łąkowa - o, to jest super; urwane listki dałam do środka sałatki, bo jest ostra i świetnie rzazuje te bramborki, a wiechetek jej kwiatuszków wetknęłam na środku, żeby było piekniusio,
babka jajowata - spoko, smak łagodny,
pokrzywa - nie urywa, żelazista i twardawa,
mniszek lekarski - lubię, jest gorzki i chrupie,
krwawnik - też gorzkawy, ale łechcze,
szczawik zajęczy - kwaśny, cytrynowy, no i ładny z tymi czerwonymi łodyżkami i koniczynowatym pokrojem,
zwykły szczaw - to każdy wie, jak smakuje :-),
Większość tych roślin to zioła; kto się tam cyka, że zaszkodzi, niech sprawdzi, czy wolno mu jeść. Nam nic nie było. Aha, i degustacja odbyła się 30 kwietnia - obawiam się, że wiele z tych roślin jest już "za stara" do celów kulinarnych :-(

czwartek, 4 maja 2017

Kartacze z ruskim nadzieniem czyli sarzyńskie granaty

No cóż... nie jest to potrawa, którą zrobimy "na Oliwera" nawet, jeżeli ktoś rozgrzeje nam patelnię, włączy wodę i złoży malakser :-D Ale raz na ruski (nomen omen) rok można się poświęcić i sprawić tę radość domownikom, tym bardziej, że nie nadwerężając portfela będziemy mieli dwa przepyszne obiady dla czteroosobowej watahy głodomorów albo sześciu osób z normalnej rodziny. 
Nadzienie jest nietypowe - tylko u mojej Teściowej jadłam taką wersję i wdrukowała mi się zamiast mięsa mielonego. Nazywają się tam "sarzyńskie granaty" i jako żywo przypominają niemieckie granaty typu jajko. Zapewniam, że nie jest to nudne zestawienie, chociaż występują tu troiste ziemniaki: surowe tarte, gotowane i umieszane z serem w ruskim nadzieniu. Aha, i ważne jest, żeby były sypkie (najlepiej typu C, w sumie B też obleci, ale nie mogą to być ziemniaki sałatkowe)
SKŁADNIKI:
2 kg ziemniaków surowych, startych na drobnej tarce (Teściowa hakowała te pyrki na tarce z dziurkami jakby wybitymi gwoździem, wiecie o co chodzi; ja bardziej wygodnicko na tych małych łezkowatych otworach, idzie dużo szybciej a wg mnie różnicy nie ma),
2 kg ugotowanych,
ok. 35 dkg sera białego (najlepiej, żeby był kwaśny),
2 jajka,
po 3-4 łyżki mąki ziemniaczanej i pszennej,
sól i pieprz,
skwareczki do omaszczenia i dużo usmażonej na złoto cebulki.
WYKONANIE:
Ziemniaki tarte odcisnąć w rzadkiej lnianej ściereczce prawie do sucha (to ważne!). Radzę czynić to niewielkimi porcjami, bo wpakowanie całej masy do ścierki powoduje powstanie ziemniaczanego wora treningowego, a nie każdy ma cyklopa na podorędziu :-D. Ten wyciśnięty sok łapiemy do miski, a kiedy się ustoi zlewamy "wodę" z wierzchu, a osadzoną na dnie skrobię dodajemy do masy.
Z połowy ugotowanych kartofli zrobić farsz jak na ruskie pierogi, taki dobrze czujny (można zerknąć np. tutaj), a drugą połowę dobrze wykłócić i połączyć z tymi surowymi, z jajkami, solą i mąką ziemniaczaną. Dobrze wyrobić, a jeśli masa jest zbyt rzadka to można dosypać pszennej mąki - byle nie za dużo, bo będą trochę twarde, ale w sumie lepsze twardawe niż zupa ziemniaczana :-(
Z ciasta formujemy placki rozklepując je na dłoni i nadziewamy kulkami ruskiego farszu. Kulamy w formę cepelina (mnie wyszły akurat bardziej kartaczowate niż wrzecionowate). Gotujemy w dużym garze, w osolonej wodzie, na niewielkim ogniu 15 - 20 minut (trzeba próbować, czy już miękkie). Na talerzu robimy im czapy ze skwarków i cebuli. Doradzam jedzenie w pozycji półleżącej, bo ciężko się potem doczołgać do wersalki :-DD

poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Najlepsza drożdżowa babka świąteczna czyli zaparzana baba Danusi :-)

Odkąd zobaczyłam tę babę na blogu Danusi (klik!), a właściwie przeczytałam sugestywny opis jej walorów - tylko ta króluje na moim wielkanocnym stole. Słusznie prawi mistrzyni i jej oddaję głos, bo napisała szczerą prawdę: "Babka,  którą proponuję jest bardzo pulchna, wilgotna i  długo świeża - ok. 4- 5 dni przechowywana w chłodzie. Ciasto nie podsycha na drugi dzień jak w zwykłych babkach drożdżowych, a jest jeszcze smaczniejsze. Świeżość, wilgotność i pulchność zawdzięcza sparzeniu mąki, użyciu mąki krupczatki i samych żółtek. Babka naprawdę rozpływa się w ustach, po prostu niebo w gębie, choć w poście takie zachwyty się nie godzą".
Godzą, godzą się, Danusiu, bo od samego czytania o jedzeniu jeszcze nikt nie zgrzeszył, a zresztą widok mojego zdjęcia jest pewnym umartwieniem po tej lekturze :-D
SKŁADNIKI (wg autorki, ale nie wszystkie składniki znalazły się w moim wypieku):
  • 3 szklanki mąki krupczatki - przesiać (szklanka 250 ml)
  • 3/4 szklanki mleka
  • 1/4 szklanki mleka zsiadłego lub kefiru naturalnego o temperaturze pokojowej
  • 40 g świeżych drożdży + 1 łyżka cukru + 2 łyżki mleka
  • 5 żółtek (wcześniej wyjąć z lodówki)
  • 3/4 szklanki cukru
  • 100 g stopionego masła
  • 3 płaskie łyżeczki cukru z prawdziwą wanilią - u mnie wanilinowy :-(
  • szczypta soli
 WYKONANIE (słowa Danusi kursywą):
3/4 szklanki mleka zagotować i sparzyć 3/4 szklanki mąki, dobrze wymieszać i przestudzić do ciepłego. Zetrzeć skórkę ze sparzonej pomarańczy (nie dodawałam, bo jeden mój Syfut nie lubi). Drożdże zasypać łyżką cukru, wlać letnie mleko i rozpuścić. W pozostałej mące zrobić dołek, wlać drożdże i końcówką łyżki lekko przemieszać z mąką - tylko po wierzchu. Przykryć ściereczką i pozostawić, żeby drożdże ruszyły. Żółtka ubić z cukrem, szczyptą soli i cukrem z wanilią. Do podrośniętego rozczynu na mące dodać zaparzoną mąkę, masę żółtkową. Wyrobić końcówką (hakiem do drożdżowego) miksera na wolnych obrotach, dodać stopione letnie masło i wszystko dobrze wyrobić mikserem. Ciasto przykryć ściereczką, włożyć do worka foliowego i wstawić do piekarnika z zapaloną tylko żarówką (albo w inne ciepłe miejsce). Pozostawić do wyrośnięcia. Wyrośnięte ciasto przemieszać dłonią. Ciasto jest lekko klejące. Foremkę (Dania używała kamionkowej, ale ja mam taką sprawdzoną z grubego silikonu) wysmarować dokładnie masłem, wysypać dobrze kaszką manną i przekładać łyżką ciasto dociskając do dna foremki. Mocząc łyżkę w wodzie wyrównać ciasto i jeszcze docisnąć, przykryć ściereczką i wstawić do piekarnika z zapaloną żarówką. Drugi raz dość szybko rośnie. Piekarnik nagrzać do temperatury 170 stopni C i do nagrzanego wstawić wyrośniętą babkę. Piec ok. 55- 60 minut - koniecznie sprawdzić patyczkiem po ok. 50 minutach - musi być suchy. Ponieważ babka jest dość wysoka, żeby się za mocno nie przypiekła  po 30 minutach przykryć górę srebrną folią matową stroną do ciasta (jak widać ja nie przykryłam za pierwszym razem :-D). Upieczone ciasto wyjąć z piekarnika i po 10 minutach odwrócić formę i wysunąć babkę. Jak całkowicie ostygnie polukrować i posypać pistacjami i pestkami dyni.
Gwoli ścisłości to moja nie tylko się dobrze spiekła - ale tylko z wierchu! - ale jeszcze mi pękła, wyglądała jednak tak pięknie, rustykalnie, jak z jakiegoś pieca chlebowego (Babci Broni??), więc zostawiłam ją już tak, bez lukru i dodatków. Dzieci nazwały ją "baba - motyl" i zażądały takiej samej na przyszły rok. No i w 2016 roku też ją piekłam, tym razem wyszła tak (i nosiła miano "baba patriotyczna", ze względu na nieśmiertelną pisankę z orłem dzierżącym jakimś cudem wielkanocne jajo w szponach):
 Jeśli jeszcze nie zdecydowaliście się, jakie ciasto ma być królową wielkanocnego stołu w 2017 roku to nie wahajcie się! Sukces murowany!

środa, 8 marca 2017

Domowa wędlina - karczek marynowany i długo pieczony


Jeśli jest się częścią stada mięsożerców warto przygotowywać domowe wędliny. Ja akurat mam też szynkowar, ale pieczonego mięska na kanapki nic nie zastąpi. Zwłaszcza kruchej, soczystej, odpowiednio tłustej (nośnik smaku!) i długo pieczonej karkówki.
Pieczeń z karkówki nie jest sama z siebie apetycznie różowa i warto ją zamarynować z dodatkiem soli peklowej. Oczywiście, jeśli ktoś jest uczulony w sensie dosłownym lub przenośnym na jej składniki może zrezygnować, ale warto dodać tę sól do marynaty także ze względu na większą trwałość wędliny.
Na zdjęciu widać, jak Hurma i Czereda rżnęła nożem- piłką grube plastry mięsa; dobrze, że Martik pstryknął swoją komórką zdjęcie zanim została tylko tzw. dupka :-D
SKŁADNIKI:
min. półtorakilogramowy kawałek karkówki (warto rzucić okiem na tłuszczyk, powinien być biały i taki jakby kruchy) - uwaga, mniejsze kawałki bardziej słonieją w zalewie!
1-2 torebki soli peklowej (ja akurat miałam "Prymat"),
ulubione przyprawy - do wieprzowiny pasuje kminek, majeranek, liść laurowy, pieprz, można dodać paprykę, np. wędzoną czy czerwony pieprz w kulkach itd.),
dużo ząbków czosnku,
1-2 cebule,
ciut octu,
ciepła woda,
ewentualnie plastry wędzonego boczku , aby obłożyć wierzch przy pieczeniu.
WYKONANIE:
Zanim zrobimy zalewę warto sprawdzić, ile jej wejdzie do naczynia z mięsem. Powinno być przykryte, ale nie musimy marynować  w wiaderku (chyba, że zakupiliśmy 5. kilową karkówę z knura reproduktora). Za ciasne naczynie też nie jest dobre, bo mięso trzeba odwracać nie powodując fontann wyciskanej bokami wody (miałam tak raz z golonką). Najlepsze jest szklane albo kamionkowe z dobrą, gładką polewą. Można zrobić sobie zalewę z 1 torebki (pół litra), a potem ewentualnie uzupełnić z drugiej porcji. Oczywiście domieszujemy te przyprawy, ja jeszcze cyrkam troszkę octu.  Niektórzy dodają też cukier, że jakoby robi się lepsiejsza brązowa skórka, ale mojemu mięsku tam nigdy żadnej apetycznej skórki nie brakuje. 
Wystudzoną marynatą zalewamy mięso i do lodówki na 3-4 dni (podobno można dłużej, ale ja nie próbowałam). Codziennie odwracać z plecków na brzuszek i na odwyrtkę. Zamarynowane mięso osuszyć (wcale nie będzie różowe, tylko wręcz poszarzałe, ale przy obróbce cieplnej się odnieda) i piec w temperaturze 140 stopni na środkowej półce około 3 godzin. 
I tu rodzi się pytanie - w czym piec? Danusia zaleca w rękawie foliowym (patrz tu:), ale ja tym razem piekłam w starej żeliwnej rynce babcinowej, bo akuratnie miała wymiary jak ta chapa mięsa. Pod spód podścieliłam plastry boczku (takoż i wierzch obłożyłam) i wyłowiłam tę cebulę, czosnek i przyprawy z marynaty i też wtuliłam do brytfanki. Można zabezpieczyć od góry folią aluminiową, jeśli pokrywa naczynia nie jest szczelna. 
Kiedy całe mięsko będzie dobrze rumiane wyjąć i wystudzić. Gdyby okazało się, że jest jakimś cudem niedopieczone to się nie przejmować, tylko po prostu go dopiec. Przy temperaturze 180-200 stopni przyjmuje się godzinę pieczenia na kilogram mięsa, ale przy niższej trzeba wydłużyć (2 kilogramy piekłam w 140 stopniach 3 godziny). Aha, jeśli naczynie nie pozwala się pieczeni "rozwalać" na boki, to wydaje mi się, że nie trzeba sznurować, i tak trzyma formę.
Kroi się dopiero jak stężeje w lodówce, no chyba że w pobliżu grasuje Wataha Jarzębiaka i kroi już na ciepło :-D.

niedziela, 19 lutego 2017

Chrupiące serowe ciastka "na słono"

Autorka przepisu, czyli Madzia z "Wielkiej Pyszności" (kliknijcie, bo warto) zapewniała, że lepsze niźli kupny krakers i miała rację. Ciasteczka wykonał własnoręcznie Martik i onże sfotografował swoją komą (porównując ostatnie posty od razu widać, kto ma droższą komórkę, hie hie...).

SKŁADNIKI:
  • 150 g mąki zwykłej,
  • 200 g zimnego masła,
  • 150 g ostrego sera żółtego,
  • 3 ugotowane żółtka (to one robią robotę w temacie kruchości),
  • duża szczypta soli,
  • ulubione przyprawy (Martik dał trzy różne, by były trzy smaki),
  • ewentualnie na wierzch pestki słonecznika, dyni, sezamu, pokruszone orzechy - ale bez też są pyszne. Wielce pyszne.  
WYKONANIE (powtarzam za autorką):
Składniki mieszamy i wyrabiamy ciasto. Wkładamy je do lodówki, lekko rozpłaszczone na 20 minut, albo do zamrażarki na 10. Włączamy piekarnik na 180 stopni. Ciasto wyjmujemy, dzielimy na 3–4 porcje, które rozwałkowujemy w prostokąt i wykrajamy ciastka, dowolnego kształtu. Najprostsze są prostokąty nieforemne. Układamy ciastka na blaszce, na papierze do pieczenia. Jeśli mamy ziarna, to jest ten moment, żeby posmarować wierzchy ciastek białkiem i posypać ziarnami, lub ułożyć orzechy. Pieczemy około 15 minut, aż będą miały złoty kolor. W ten sam sposób traktujemy resztę ciasta. Ciastek wychodzi dość sporo, tak więc „trud” się opłaca.

Zaproszeni na imprezę koledzy - studenci Marty pochłonęli te ciastka jako pierwsze, przedkładając NAWET nad czipsy i inne składkowe trutki, więc wnosimy, że są hitem nie tylko w domu Madzi.
Matce na razie nie było dane ich skosztować, albowiem siedzi zakopana na wsi, a poza tym studia skończyła w 90 roku. 
1990 roku, dla mających wątpliwości, czy aby nie wcześniej :-D

niedziela, 29 stycznia 2017

Kasza bulgur zapiekana z warzywami

W moim domu zagnieździł się cichcem człowiek, który - nie wiedzieć po co - stale się odchudza. Ponieważ H&C sadystycznie obżera się na jego oczach np. pizzą z nadzieniem bolognese (mój ostatni wynalazek) albo frytkami, więc staram się gotować i niskokaloryczne dania. Przy okazji okazało się, że kupiona w porywie jakiegoś lewantyńskiego natchnienia kasza bulgur już prosi o gar, więc padło na danie kaszowe. I bardzo dużo warzyw. 
Najlepiej oczywiście robić taką zakiepankę (neologizm Zuzi) w lecie, ale i zimą można coś tam wpakować, by "zdrowo" nasycić snującego się po domu z boleściwą miną głodnego smużdża (któren nie wiedzieć czemu oczywiście wcale nie chudnie :-D)
SKŁADNIKI:
2 woreczki kaszy bulgur ugotowanej al dente,
dowolna ilość i rodzaj warzyw (tutaj: kapusta biała podduszona, zblanszowane brokuł i kalafior, 4 cienkie cukinie, jakaś zbłąkana marchewka), 
papryczka chili z tych mniej rzaziastych,
zeszklona na maśle cebulka,
dużo ząbków czosnku,
ulubione przyprawy,
nieco oliwy,
i do polania: sos serowy ze śmietanki wymieszanej ze startą mozzarellą, solą, pieprzem i gałką muszkatołową.
WYKONANIE:
Cukinie jednak obrałam ze skórki, bo nie wiem, czym je tam w tych foliowych tunelach strzepali. Brokuły i kalafiory nauczyłam się blanszować na parze, a potem zanurzać w zimnej wodzie - rzeczywiście wyglądają lepiej (tylko trzeba je potem posolić). Zszatkowaną grubo kapustę poddusić na zeszklonej cebulce. Do kaszy dodać przeciśnięty przez praskę czosnek, doprawić dość czujnie. Wysmarować formę oliwą i układać ingrediencje warstwami, poczynając od plastrów posolonej cukinii. Zalać sosem serowym i powciskać w wierzch kalafiora i brokuła; mnie jeszcze zaplątały się jakieś plasterki marchewki i chili, aby przynęcić konsumenta :-D
P.S. Zdjęcie robione komórką jest typu: Zgadnij kim jestem. Pamiętam taki program z czasów komuny, gdzie różni tacy z wierchuszki siedzieli za prześwietlonym prześcieradłem, a inni zgadywali, kto zacz. 
Ale zawsze można ponownie rzucić okiem na tytuł i zagwozdka rozwiązana :-)

sobota, 14 stycznia 2017

Idealne pierniki na choinkę czyli Piernikowi Twardziele Agi

Nasza choinka stoi (nieco już łysawa), a i do Gromnicznej trochę czasu, więc piernikowy wpis się jeszcze załapie. Sama szukałam najlepszego przepisu na pierniki do dekorowania - takie żeby nie wyrastały, były ciemne i tanie, bo szkoda mi było prawdziwego miodu. No i znalazłam przepis Aguni - idealny! Jak widać na załączonych obrazkach są płaskie, dziurki na sznureczek się nie zasklepiają, mają gładką powierzchnię i ładnie wyglądają jako ozdoby na ciastach (np. tutaj). Ponieważ był to nasz debiut, więc może i daleko wzorom Martika (to ona się bawiła w lukrowanie) do cudeniek oglądanych w necie, ale i tak wszyscy, co zjechali na Wigilię byli zachwyceni.
Podaję za autorką (oryginał tutaj: klik!), z połowy porcji wychodzi ich naprawdę bardzo dużo.
Składniki:
1/2 kostki margaryny np. Bielskiej,  
250g miodu sztucznego, 
mniej niż pół szklanki cukru kryształu, 
1 przyprawa do piernika (obojętnie jaka, ważne, aby była miałka), 
1 kopiata łyżka ciemnego kakao, 
0,5 kg mąki,
1 łyżeczka sody,
2 jajka.

Wykonanie:
Margarynę, miód sztuczny, cukier, kakao i przyprawę do piernika włożyć do naczynia i roztopić. Przestudzoną masę dodać do mąki wymieszanej z sodą i wbić jajka. Wyrobić ciasto na jednolitą masę. Wstawić do lodówki, aż ciasto stężeje. Wałkować dowolnie cienkie placki - bardzo dobrze się go obrabia. Piec na środkowej półce, grzanie góra i dół, w temperaturze 170 stopni ok.9 - 10 min. (temperatura pieczenia uzależniona jest od grubości pierniczków, gdy spalimy pierwszą partię, to się kapniemy, dlatego lepiej na pierwszą blaszkę nie nakładać zbyt wiele).

Do dekoracji najlepszy jest tzw. lukier królewski - można zajrzeć tutaj, do Danusi :-) 
P.S. Mimo, że tłumaczyłam, że to sztuczny miód, że są twarde itede, to i tak wiele zginęło w paszczach Watahy. Znaczy się, zjadliwe tyż są :-D


 .

piątek, 30 grudnia 2016

Czekoladowe ciasto z coca-colą i szczęścia w nowym roku od Hurmy i Czeredy!

W kwestii coca-coli mogę sobie podać rękę z Tuwimem (gwoli sprawiedliwości nie cierpię także pepsi). Ale pani Edyta na swoim blogu tak sugestywnie zachwalała ów wypiek, żem się dała namówić wyrodnej H&C (która - ma sie rozumieć - colę i pepsi żłopie litrami) i upiekłam. I nie żałuję, ciasto jest bardzo smaczne, aromatyczne, na Sylwestra będzie idealne. W przepisie, już zmodyfikowanym przez autorkę bloga "Przy stole", ja też pomajdrowałam, bo ilość masła i cukru wydawała mi się zbyt duża, więc ujęłam po 50 gram. Do polewy zawsze daję małą łyżeczkę masła, żeby się ładnie śkliła :-D 
Zainteresowani niech klikną w powyższy link, już tam wszystko elegancko opisano.
P.S.  Zdjęcie robił Martik, bo ja tkwiłam w garach . Mówię: "Córciu, daj jakąś świąteczną dekorację, żeby było piekniusio". Dała, a jakże. Flaszunię, kieliszek i chabłazik.
Wszystkiego najlepszego w nadchodzącym 2017 życzy Hurma i Czereda z Pogórza!!!

niedziela, 11 grudnia 2016

Makowiec japoński

Kiedy wygadałam się najstarszemu członkowi H&C, że znam jeszcze z dzieciństwa przepis na ciasto, w którym jest I MAK, I JABŁKA, to aż zakwiczał z radości i kazał se to upiec na Wielkanoc (co widać na załączonym obrazku) i teraz na Boże Narodzenie też. Co prawda tych jabłek nie bardzo czuć w placku, ale makowiec zwany japońskim (??, tiaaa... laski w Japonii pieką to na każde szintoistyczne święto...) wart jest polecenia. Ciasto - a właściwie jest to upieczona masa makowa - jest bardzo delikatne, wilgotne, rozpływa się w ustach. Wzorowałam się na przepisie Dorotki z "Moich wypieków", bo w zeszycie mojej Mamy go nie było, dałam tylko połowę mniej masła i dobrze zrobiłam :-) Maku nie trzeba gotować, wystarczy zalać wrzątkiem i odstawić do ostygnięcia przed zmieleniem. Te daktyle też pominęłam, a zamiast ekstraktu z migdałów poleciałam po taniości i dodałam zapach migdałowy, zakupiony w Gieesie za całe 1,50 :-) 
Na zdjęciu jest placek upieczony z 3/5 porcji (bo miałam wolną tylko silikonową keksówkę z form tzw. podchodzących). Ciasto jest ciężkie i rozdęło foremkę, co zaskutkowało wybuleniem makowca pośrodku, ale nic a nic to nie przeszkadzało.
Pozdrowionka!

poniedziałek, 14 listopada 2016

Bułeczki dyniowe

Bułeczki dyniowe zobaczyłam u Pieguska (warto zajrzeć o tu!), a ponieważ moja miła sąsiadka obdarzyła mnie kilkoma dyniami, a bułeczki (przynajmniej w wersji Piguska) były urocze - więc zrobiłam. Moje już takie urocze nie są i chyba nikt by się nie skapnął, że mają imitować małe banie, ale i tak jestem z siebie dumna :-D
Jeśli ktoś ma dużo dyni do przerobienia, to warto się zabawić, żeby chociaż troszkę uskromnić hałdy żółtego purée leżakującego w zamrażarce.  Przepis autorki bloga "Każdy ma jakiegoś bzika" jest bardzo dokładny, przystępnie opisany i zilustrowany ślicznymi zdjęciami, więc odsyłam do powyższego linku. 


czwartek, 27 października 2016

Klopsy królewieckie


Na szczęście żaden z przepisów na tę przepyszną potrawę to nie kategorische Imperativ (chociaż podejrzewam, że Kant jednak sarkałby, że nie z cielęciny), więc mogłam i ja popełnić to danie. Zainspirował mnie Okrasa, a właściwie ten gostek - kucharz, którego przepis Karolek tak zniekształcił, że Immanuel obrócił się w swym królewieckim grobie. 
Zdjęcia zrobione komórką  wyszły mi w dwóch, z lekka psychodelicznych, sosach: szaro-burym i oliwkowo-sraczkowatym z tłustym glancem (przepraszam za wulgaryzm, ale skojarzenie jest jednoznaczne). Zestawiam je ze sobą, abyście mogli zdecydować, który podziwiać wolicie :-D
SKŁADNIKI: 
Klopsy:

•    0,5 kg mięsa mielonego (wieprzowo-wołowe),
•    1 bułka namoczona w mleku i odciśnięta,
•    1 średnia cebula starta na grubej tarce,
•    5 filetów anchois,
•    2 jaja,
•    1 łyżka łagodnej musztardy,
•   
2 ząbki zmiażdżonego czosnku,
•    sól, pieprz, 1-2 szczypty gałki muszkatołowej,
•    3 łyżki drobno posiekanej natki pietruszki,

•    1 l rosołu (bulionu) drobiowego.
  Sos do klopsów:
•    bulion z gotowania klopsików,
•    2 łyżki masła,
•    2 łyżki mąki,
•    2 łyżki kwaśnej gęstej śmietany,
•    kilka korniszonów skrojonych w drobną kosteczkę (w oryginale 1 słoiczek kaparów, ale moje własnoręcznie robione korniszonki dały radę),
•    1 cytryna, 
•    odrobina cukru,
•    gałka muszkatołowa,
•    2 – 3 łyżki posiekanych oliwek,
•    sól, pieprz do smaku.
WYKONANIE:
 Wszystkie składniki pulpetków dobrze razem wyrabiamy. Bulion, lub jak u mnie po prostu przecedzony niedzielny rosół, zagotowujemy i na wrzący wrzucamy uformowane w naolejonych łapkach kuleczki. Gotujemy wolno 10-15 minut (zależy jak są duże, moje były wielkości piłeczek golfowych, wiem, bo Jacenty przywiózł nam jako suprajz ze Stanów. Kije dostaniemy w przyszłym roku :-D). 
Sos robimy z tegoż bulionu, zaciągnąwszy go lekką zasmażką i doprawiwszy wyżej wymienionymi ingrediencjami. 
To właśnie perspektywa raczenia się wyrazistym w smaku, a delikatnym (bo gotowanym) mięsem w charakternym sosie mnie skusiła. Myślę, że nawet Albrechtowi Fryderykowi Hohenzollernowi rozwiewały się opary szaleństwa, gdy podsuwano mu półmisek takich klopsów.