poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Gugelhupf - drożdżowa babka z czekoladą

To już zapewne ostatni dzwonek, aby zdecydować się, jaką babę upiec na Wielkanoc. Jeśli ktoś jest miłośnikiem czekolady (ja nie jestem, ale to GORZKA czekolada, więc ciasto nie jest mulące) w połączeniu z delikatnym, puszystym ciastem drożdżowym, to radzę rozważyć tę propozycję. Niestety, zdjęcie było robione (rok temu, widać po jajecznym zegarze) zanim zaczęliśmy śniadanie wielkanocne, a potem to już nikt nie miał siły fotografować. Dlatego aby obejrzeć środek trzeba zajrzeć TU, na cudownego bloga pani Dorotki, od której zapożyczyłam przepis.
Oddaję głos Dorotusiowi; robiłam dokładnie wg jej przepisu, co ino nie miałam jakiegosik tam "golden syrupu" i moja polewa chyba bez to sie tak nie lśkli (poleciałam gwarą, bo babcia zawsze mówiła "syrup", he he he, i się mnie skojarzyło).


Składniki na ciasto drożdżowe:
  • 500 g mąki pszennej
  • pół łyżeczki soli
  • 60 g drobnego cukru do wypieków
  • 20 g suchych drożdży lub 40 g drożdży świeżych
  • 2 duże jajka, roztrzepane
  • 100 g masła, roztopionego i lekko przestudzonego
  • 310 ml letniego mleka
  • 400 g gorzkiej czekolady, roztopionej w kąpieli wodnej i lekko przestudzonej
 Do większego naczynia przesiać mąkę i sól. Dodać cukier i suche drożdże (ze świeżymi wcześniej zrobić rozczyn). Dodać roztrzepane jajka, masło i mleko. Wymieszać do połączenia, następnie wyrobić, do uzyskania gładkiego i miękkiego ciasta (ciasto na tym etapie będzie dość luźne, nie należy się tym przejmować). Oprószyć mąką, przykryć lnianym ręczniczkiem i pozostawić w ciepłym miejscu do podwojenia objętości (przez około 30 - 60 minut).
Formę na babkę o pojemności minimum 2,5 litra (najlepiej 3 litry) wysmarować masłem, oprószyć mąką.
Po tym czasie wyrośnięte ciasto ponownie wyrobić. Na oprószonej mąką powierzchni, rozwałkować na prostokąt o wymiarach 30 x 40 cm, podsypując lekko mąką. Na ciasto przelać przestudzoną lekko czekoladę, rozprowadzić, pozostawiając wolne 2 cm od brzegów. Zwinąć wzdłuż dłuższego boku, jak roladę. Przełożyć do formy na babkę. Przykryć ponownie lnianym ręczniczkiem i pozostawić w cieple do podwojenia objętości na kolejne 30 minut.
Piec w temperaturze 200ºC przez około 30 minut. Babka powinna mieć piękny wypieczony kolor, a postukana od spodu (od góry w formie) wydawać głuchy odgłos.
Polewa czekoladowa:
  • 150 g gorzkiej czekolady (70%)
  • 40 g masła
  • 1 łyżka golden syrupu (opcjonalnie)
 Wszystkie składniki umieścić w miseczce nad kąpielą wodną i roztopić, mieszając od czasu do czasu. Po lekkim zgęstnieniu polewy udekorować babkę.

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Nocne bułeczki grahamki

Z tymi nocnymi bułeczkami to naprawdę fajny patencik. Wieczorem zarabiasz ciasto, formujesz bułeczki i wstawiasz z blachą do lodówki, a rano tylko siup! do piekarnika! I można zaszpanować na dzielni, że o 8 rano w niedzielę Marzynia już dzieciom bułków napiekła :-D
Tym razem robiłam grahamki, z tego przepisu, które rzeczywiście smakowały jak te z dawnych lat. Cała Czereda była zachwycona. Różnice polegały na skarmelizowaniu jednej łyżki cukru, zamiast dwóch zalecanych w przepisie pani Małgosi, wzięciu zwykłej mąki (luksusowa, typ 550) a nie bułkowej oraz fakcie, że uformowane o 9 wieczór bułeczki wsadziłam razem z blaszką do lodówki. Piekłam na macie silikonowej i w temperaturze 200 stopni, bo przez 11 godzin wyrastania wydawały mi się bardzo nadmuchane i delikatne. 
Wyszły przepyszne i nie miały ciężkiego miąższu. 
P.S. Ten cień na dolnym zdjęciu to główka Martika, któren robił foto :-)

sobota, 29 marca 2014

Pieczeń rzymska w sosie z mrożonych podgrzybków



Jesienią tamtego roku mroziłam grzyby pierwszy raz w życiu. Wydawały mi się takie śliczne i apetyczne te małe podgrzybki (zwane u nas zajączkami), że chciałam je schować na jakąś czarną godzinę, gdy trzeba będzie zabłysnąć, a na nic nie ma pomysłu. 
Co prawda nie musiałam błyszczeć, ale była to ciemna godzina - cała micha mielonego mięsa czekała na wysmażenie sznycli. Nie lubię tego robić - najpierw formowanie masy, pitolenie się z moczeniem rąk i obtaczaniem, a potem dziuczenie nad patelnią ze szpatułką w spryskanych gorącym tłuszczem rękach. Uruchomiłam więc piłeczkę Pomysłowego Dobromira i postanowiłam upiec to mięso w formie pieczeni. Pokroi się w kromeczki i tyż bedzie. 
Ale rozbestwiona H&C stwierdziła, że taka pieczeń to znowuż nie takie mecyje, że sznycelki lepsiejsze, więc postanowiłam walnąć ich po kubkach smakowych sosikiem z PRAWDZIWYCH grzybów. Zbieranych w lesie Babci Broni, czyli na tzw. paryi. 
Jedna tylko myśl mąciła moje samozadowolenie: a co będzie, gdy te grzybki nie nadają się już do spożycia? Wszak nie mam zamrażarki, tylko taką w lodówce, no i nie wiedziałam, że lepiej je króciutko obsmażyć na maśle, zanim się zamrozi. Postanowiłam jednak zaryzykować, ale najpierw sama zjeść i poczekać, czy mnie nie sponiewiera, a dopiero potem napaść Potwory. 
Sos wyszedł przepyszny, po prostu niebo w gębie, ale to się chyba tak wydaje dlatego, że zapomnieliśmy już o smaku świeżych grzybów. 
Nic im nie zaszkodziło to leżenie w lodówce, były takie, jak prosto spod krzaka. 
Jak zrobić pieczeń rzymską to każdy chyba wie, ale dla „proformy” podaję przepis: 
SKŁADNIKI:
70-80 dkg mięsa mielonego (najlepiej mieszane wieprzowo – wołowe), 
duża cebula, 
2 ząbki czosnku, 
sól, ulubione zioła i przyprawy (ja dałam natkę pietruszki, lubczyk, majeranek, troszkę kminku, pieprz i chili), 
2 jajka, 
kilka łyżek tartej bułki, 
kilka łyżek wody lub bulionu. 
WYKONANIE:
Czosnek przecisnąć, cebulę zetrzeć na tarce, już to obadałam, że dodana na surowo lepiej smakuje. Wszystkie składniki dobrze wyrobić, aby masa stała się kleista. 
Wyłożyć do foremki (ja miałam silikonową) i piec około 45 minut w piekarniku, na środkowej półce, w temp. 200 stopni. Ponieważ z mięsa wypłynie na początku dużo soku, trzeba uważać, by nie ładować do foremki kopiato, bo nam zrobi masakrę w piekarniku. W jakieś tam wysypywanie tartą bułką też nie ma co się bawić, bo i tak rozmięknie od soku. Gdyby „chytało z wirzchu” trzeba przykryć folią aluminiową (błyszczącą stroną do góry). 
Co do sosu grzybowego, to najpierw - bez rozmrażania - obsmażyłam dość mocno grzyby (w nadziei, że te jakieś tam listerie czy inne bakterie, które ewentualnie zaatakowały, się wysmażą cha, cha, cha!!!), potem dopiero podlałam wodą i dodusiłam w towarzystwie lekko zezłoconej na maśle cebulki. Tego masła dużo :-)
Bardzo podkręca smak odrobina tymianku i czosnku suszonego. I śmietanka słodka (taka 18-tka wystarczy); gdyby nie chciała zgęstnieć można dodać ciutkę mąki. 
Oczywiście Hurma i Czereda nie czekała, czy nie zacznę się czasem wić w mękach, zignorowali moje ostrzeżenia i zeżarli tę pieczeń na pniu, obficie polewając sosikiem.

sobota, 22 marca 2014

Placki z kukurydzą i ziołami


Hurma i Czereda niemal co tydzień robi pizzę. Owszem, sami gotują i sami się zrzucają na składniki (bo Matula zrzędzi, że pełna lodówka jedzenia, a oni se jeszcze picce umyśleli), ale potem z tyłu lodówki „odkrywam” wyschnięte resztki salami z Biedro, dziesięć pozaczynanych keczupów (też z Biedronki) i pootwierane puszki kukurydzy (wiadomo skąd, bo tam taniej i dużo w puszce). 
Potwory wyjeżdżają, a ja muszę się głowić, co robić z tymi resztkami, bo wyrzucić szkoda. I tak narodziły się placki z kukurydzą, dla których inspiracją były te placuszki z bloga „Filozofia Smaku”. 
To podstawowe składniki wg pani Malwiny:
  • 1 szklanka mąki
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • pół łyżeczki soli
  • spora szczypta pieprzu
  • 1/4-1/2 łyżeczki chili w proszku
  • pół pęczka natki pietruszki, posiekanej
  • 2-3 dymki, posiekane
  • 1 jajko
  • 1 szklanka maślanki
  • 1 łyżka oleju
  • pół szklanki kukurydzy
Moje różnią się brakiem chili, dodaniem oprócz pietruszki posiekanego oregano i sposobem podania – z sosem ziołowo- czosnkowym. 
No i oczywiście moje zdjęcie się nie umywa do pierwowzoru, ale dobrze, że w ogóle jest, a to dzięki uprzejmości Bratowej, która akurat była z młodszą linią Hurmy i Czeredy (Janek i Zuzianka), więc mi pstrykła komórką. 
Placki są bardzo smaczne, puszyste, ta kukurydza tak fajnie chrupie, no i roboty nie ma przy nich wcale.

sobota, 8 marca 2014

Malfatti ze szpinakiem w maśle szałwiowym

Dzisiaj jest Dzień Kobiet i Marzynia postanowiła kulinarnie dopieścić SIEBIE. Jurand pojechał do dziewczyny, Martik skosztował i powiedział, że ten parmezan mu nie pasi, a Pasiu (wierny "zięciu") owszem, powiedział że pyszne, ale załapał się już tylko na 4 kluseczki. 
Bo resztę zeżarła Matka.
Moje malfatti rzeczywiście wyglądają tak, jak się nazywają, czyli "niedbale" albo "brzydko zrobione", ale smak wynagradza niedostatki anturażu. Są miękkie, rozpływają się wręcz w ustach (chociaż nie są paciajowate), mają mocno wyczuwalny smak szpinaku, a lekko czosnku i gałki muszkatołowej. Parmezan i ząbek czosnku zaostrzają smak, no a to masełko szałwiowe, z chrupiącymi listeczkami to już poezja...
I na dobre im wyszło, że miałam tylko 250-gramowe opakowanie ricotty i dodałam drugie tyle twarogu, bo chociaż "złamałam" (he he, Okrasowa się znalazła) przepis, ale nasze twarogi są kwaskowate i kluseczki wg mnie były jeszcze lepsze.
Przepis jest tu (klik!), nie ma sensu przepisywać, bo pani Ewa zrobiła to dokładnie, moim odstępstwem było zmniejszenie ilości gałki do pół łyżeczki i wciśnięcie dużego ząbka czosnku do masy serowej. No i nie z sosem pomidorowym, tylko z ziołowym masełkiem. 
No nie ma co więcej gadać - musowo zrobić :-)

czwartek, 27 lutego 2014

Kulinarne wpadki czyli ŻADNEGO CHRUPANIA NIE BYŁO!

Te brązowe wydmy, które widzicie, to mój kurczak w krakersach. Zdjęcie jest beznadziejne, bo i po co artystycznie uwieczniać porażkę. Przepisów na piersi kurczaka pieczone w krakersach jest mnóstwo. Oczywiście te piersi dało się zjeść i rzeczywiście mięso było soczyste, ale niestety żadnego "krrruchutka" nie było!!!
Wręcz przeciwnie: im bardziej zaglądałam i macałam wierzch, tym bardziej mokra i mazista robiła się obsypka. Okruchy jak gąbka piły wilgoć z piekącego się mięsa. Próba dania im szansy wychrupczenia się pod wichrem termoobiegu spowodowała przypalenie boków i lekkie wysuszenie jednego na sto okruszków, który tam akurat wystawał najbardziej. 
Hurma i Czereda, oczekująca ze śliniaczkami pod brodami i sztućcami na sztorc w niecierpliwie drżących dłoniach, na początku zakwiczała radośnie. 
A po chwili Jurand zapytał: 
- Maaamuś, a ta Kasia na wierzchu, musi to być?!
- Jaka KASIA???
- Nooo, Glinka...

P.S. Ma ktoś pomysła, dlaczego wszystkim chrupało, a mnie nie?

niedziela, 9 lutego 2014

Gołe gołąbki



Zapewne każdy już spotkał się z tą potrawą, jednak Martik nalegał, bym ją wrzuciła na bloga, bo zamierza takie robić często, gdy już będzie „MamciąMartikiem”. 
Moje „gołe gołąbki” różnią się tym od innych, że zawierają i ryż, i kaszę jęczmienną. Zrobiła takie kiedyś kolejna ze świetnych kucharek z Bandrowa (i notabene też przyszywana siostra) Ziutka, zachwalając potrawę jaką tanią, sytą i awantażowną :-D
SKŁADNIKI: 
pół główki średniej kapustki, 
kilo mielonej wieprzowiny (oczywiście kłania się mój wieprzuś), 
torebka ryżu (10 dkg), 
torebka kaszy jęczmiennej, 
3 jajka, 
2 średnie cebule, 
ulubione przyprawy (no sól i pieprz musowo, ja dałam jeszcze trochę kminku i majeranku, bo pasują do wieprzowiny), 
2 ząbki czosnku, 
podwójna porcja sosu pomidorowego, 
olej do smażenia. 
WYKONANIE: 
z kapusty wyciąć głąb i grube nerwy, pokroić w kawałki i posiekać w malakserze. Ja nie mam malaksera, więc partiami zsiekałam ją w blenderze (a Ziutka to wręcz starła na grubej tarce, ale ona ma krzepe w ręcach). 
Mięso wyrobić z solą i przyprawami jak na sznycle (gdzieś tam w Polsce mówi się na sznycle: mielone), dodać kapustę, SUCHY (nie ugotowany!) ryż i kaszę, jajka, przeciśnięty czosnek i starte na tarce lub usiekane w blenderze też surowe cebule (jeśli ktoś woli je najpierw podsmażyć to wuala, ale ja wolę na surowo). 
Massę dobrze wyrobić, formować takie jakby duże pulpety (ja robiłam lekko spłaszczone, bo miałam mało oleju do smażenia) i obsmażyć na rumiano. Przełożyć do naczynia do zapiekania (MUSI BYĆ Z POKRYWĄ) i zalać sosem niemal do przykrycia gołąbków. 
Wypiekać około 1,5 godziny w piekarniku nastawionym na 150 stopni. 
Jak widać, gołąbki „wciągnęły” sos, zrobiły się miękutkie, kapustka, ryż i kasza się ugotowały, a całość pachniała wspaniale. Nie trzeba było już żadnej polewki, bo były bardzo soczyste, niemniej oczywiście można je skąpać w dodatkowym sosiku.

niedziela, 2 lutego 2014

Szałot śląski ze śledziem



Nigdy nie robiłam (ani nawet nie jadłam!) takiej sałatki. I to był błąd, bo takie zestawienie smaków: słonego, kwaśnego, ostrego i odrobinkę słodkiego jest wyśmienite, co sie wi nie od dziś! 
Więc dobrze, że mnie zagnało na blog Gotuj-Sam Ślązaczki pani Niny z Tarnowskich Gór, gdzie trwa od tygodnia festiwal śledzi. Blog i strona są bardzo ciekawe – rzetelnie opisana, smaczna kuchnia bez zadęcia i mnóstwo praktycznych porad, bo pani Nina jest doświadczoną kucharką. Naprawdę warto tam zajrzeć i nie tylko na szałot. 
Dodatkowego smaka narobił mi Rączka, który też gotował z jakąś kobitą tę sałatkę, co „ino z marekwią” i bez śledzia, ale właśnie taka wersja z rybą jest wpisana na Listę Produktów Tradycyjnych (na marginesie mówiąc oczywiście u nas na Podkarpaciu jest zarejestrowanych najwięcej tych przysmaków). 
Moja sałatka jest nieco zmodyfikowana, bo dałam do ziemniaków zaprawę podobną do tej z niemieckiej sałatki ziemniaczanej i ogórki kiszone (bo lubimy kwasss! jak niezapomniany Hipolit z Marka Piegusa, he he). 
SKŁADNIKI: 
4 duże ziemniaki ugotowane w łupinach, 
3 ogórki kiszone, 
3 filety śledziowe (najlepiej matiasy), 
duża cebula (powinna być czerwona), 
10-15 dkg wędzonego boczku, 
jajka na twardo do dekoracji, 
olej rzepakowy, 
sól, pieprz, suszony koperek, 
pół łyżeczki cukru. 
WYKONANIE: 
Boczek pokroić w drobną kostkę i zeskwarzyć na oleju (no chyba, że jest bardzo tłusty i się wytopi wystarczająco dużo smalczyku, ale mój był raczej chudy, więc podlałam olejem). Skwarki wybrać do miseczki, a do tłuszczu na gorącej patelni wlać kilka łyżek wody z ogórków (lepiej pasuje niż sok z cytryny, ja bym dała niezdrowy ocet, ale sarkają, psiajuchy…), pocukrować, popieprzyć, pokoperkować i dosypać soli do smaku. Zalewa ma być wyrazista w smaku – słono-kwaśna z wyczuwalną lekką nutką słodyczy. 
Ciepłe jeszcze ziemniaki obrać ze skórki, pokroić w grubą kostkę i pomieszać z drobno pokrojoną cebulką. Zalać to gorącą zalewą i odstawić, żeby „naciągało”. Ma się rozumieć, że warzywa nie mogą pływać krytą żabką, ale jeśli (jak u mnie) trochę tego sosiku zostaje na dnie to dobrze. Następnie dodać pokrojone ogórki, śledziki i skwareczki. Wymieszać, ewentualnie dosolić i dopieprzyć. Bardzo by pasował szczypior do dekoracji, jak u Niny, ale nie miałam. 
Jak się przegryzie – palce lizać!

niedziela, 26 stycznia 2014

Zapiekanka Okrasy z ziemniaków i suszonych grzybów ze śmietanką

Do tego dania zanęcił mnie Okrasa, buszujący gdzieś po Polsce swoją żółtą "Syreną" (ojciec miał podobną w latach 80-tych, tylko w kolorze "Piasek polskiego wybrzeża" czyli ohydny, brudnobeżowy, i zwaliśmy ją "skarpeta"). Przyrządził potrawę, której prostota składników niech was nie zwiedzie, bo smak wychodzi niezwykły, ziemniaczki rozpływają się w ustach, a zapach sprawia, że w całej dzielni faceci złażą z wersalek i podążają za swoim nosem jak Tutejszy na statku  piratów ;-)
Moja wersja jest nieco zmodyfikowana no i nie zapiekałam w piecu chlebowym, ale nie sądzę, by wiele straciła na smaku, tym bardziej, że podsmażałam (podduszałam) cebulę, czosnek i grzyby na maśle, a nie na oleju. I nie dawałam  0,75 l., tylko 0,5 l. śmietanki, bo ziemniaki miały się zapiec, a nie ugotować w śmietanie.  
Aha, plasterki kartofelków wcale nie muszą być cienkie, a moje grzyby to był miks podgrzybków i prawdziwków. Rozmaryn miałam suszony, dodałam też ciut tymianku. I bardzo przydała się stara rynka do zapiekania, bo w niej też - jak Okrasie - wszystko się udaje.
Oryginalny przepis jest tu, już tam Lolek wszystko wyjaśnia i pokazuje na filmie.
Ale dajcie masełeczko, jak ZAWSZE doradza mój ukochany doktor Russak (i pani Okrasowa)!

niedziela, 19 stycznia 2014

Klepak łemkowski czyli kopytka (kluski?) z płatków owsianych

Niezwykły smak. Archaiczny nieledwie, co poczułam ze zdwojoną siłą wyczytawszy, iż korzenie tej potrawy sięgają XVI wieku. Przepis (tzw. na oko i pod rękę) dostałam od przyszywanej kuzynki z Bandrowa Narodowego (patrz tu), kiedy pojechaliśmy tam sylwestra. Siedząc w gościnnej kuchni Cioci Zosi zgadałyśmy się o przepisach na starodawne, regionalne potrawy. Krystyna, doskonała kucharka, sprzedała mi ogólny przepis na takie właśnie kluchy (kopytka? knedle?)
Podobno jest to z kuchni Łemków, ale kucharka kucharek Babcia Bronia zawsze wspominała nagminne używanie w ich skrzypiącej od biedy kuchni mąki owsianej (na wsi pogórzańskiej, polskiej). W latach 70-tych i 80-tych, gdy ja spędzałam u BB wakacje, ferie i weekendy, królowała już mąka pszenna i nie dane mi było zjeść słynnego żuru owsianego ani klusek z owsianej mąki. W ogóle nigdy nie jadłam TAKIEJ potrawy. Można jej spróbować w restauracji "Młyn" w Ustrzykach Dolnych - fajne, klimatyczne miejsce i muzeum (stary młyn) przy gospodzie też jest. Jedliśmy tam pyszne hreczanyki i placki ziemniaczane takie, jak u Babci Broni z blachy.
Dlatego napaliłam się na ten przepis i bardzo Krzysi dziękuję :-)
Roboty przy tym jest niewiele, no może przy formowaniu tych szurpatych knedli, bo trzeba to robić mokrymi rękami (kleją się bardzo, ale po ugotowaniu mocno tężeją). Jedliśmy to i z sosem grzybowym (pożarte w mgnieniu oka nie doczekały się sesji foto) i z kwaśnym serem białym ze skwarkami z boczku, i odsmażane na masełku (tyż dobryńkie). 

Z półkilowej torebki płatków wyszło na 3 obiady dla 4 osób.
SKŁADNIKI:
0,5 kg płatków owsianych górskich,
2 szklanki ciepłego mleka pół na pół z wodą,
2 jajka,
mąki zwykłej tyle, żeby ciasto się jako tako skleiło,
sól i pieprz do smaku,
ja dałam jeszcze pół łyżeczki suszonego czosnku,
no i jakieś dodatki, coby urozmaicić smak.
WYKONANIE:
Płatki namoczyć, np. na noc, w ciepłym mleku z wodą. Napęcznieją, zmiękną i staną się takie śliskie pod ręką. Dodać jajka, sól, przyprawy i mąkę i zarobić ciasto jak na knedle. Lepka bryja w misce wyglądała mało zachęcająco, przypominała kalamuchy, które spożywali pierwsi rolnicy w neolicie. Niezniechęcona tym formowałam mokrymi łapkami kulki wielkości jajka perkoza dwuczubego i wrzucałam na osolony wrzątek. Gdy wypływały, gotowałam jakieś 5-7 minut (no sorry, oczywiście nie łapałam czasu, ale one się nie rozgotowują). A potem omasta, ser, świezo mielony pieprz i uczta!
P.S. jako żywo nie wiem, dlaczego KLEPAK. Może nasi przodkowie klepali owies, żeby zrobić z niego płatki?

piątek, 10 stycznia 2014

Golonka z indyka wolno pieczona z warzywami



Mój wieprzek niestety, nie miał golonek, tzn. miał, ale poszły na kiełbasy (?, albo mięso mielone?), w każdym razie zachciewajka golonkowa musiała zostać zaspokojona indyczyną. H&C nieco marudziła, że świńskie lepsze, ale ile można żreć wieprze? (oho, już mię wena ponosi, już rymy składam jak imć Zagłoba…)

Na pewno takie mięsko jest zdrowsze i na pewno upiekło się szybciej, bo mamucia golona w piwie potrzebowała wstępnej obróbki cieplnej (patrz tu), a ta nie.

SKŁADNIKI (na 4 osoby):

2 golonki z indyka,

8 ziemniaków (zresztą ile kto tam lubi),

4 marchewki,

4 pietruszki,

duża cebula,

ulubione przyprawy (ja dałam rozmaryn, czosnek, liść bobkowy, lubczyk),

sól i pieprz, „Delikat” czy tam jakaś maga (a jak!),

olej i masło,

ze 2 łyżki octu winnego.
WYKONANIE:

Zrobić marynatę: olej wymieszać z octem winnym, zmiażdżonym czosnkiem, lubczykiem i pieprzem. Natrzeć mięso i wstawić na noc do lodówki.

Warzywa obrać, pokroić ziemniaki w kawałki, a korzeniowe w plasterki (jak widać niedbale). Cebulę lekko zrumienić na maśle z olejem – zrobiłam to po to, żeby ziemniaki miały lepszy smak, wymieszać z jarzynami, posolić, popieprzyć. Naczynie żaroodporne ze szczelną pokrywą (gdy nie ma, trzeba nakryć folią aluminiową) wyłożyć warzywami, podlać wodą tak, aby były niemal przykryte. Część wody wyparuje, a resztę „wciągnie” potrawa. Położyć na tym golonki, lekko je pomagować, posolić, powtykać w mięso i jarzyny liście laurowe i gałązki rozmarynu. Oczywiście można użyć dowolnie wybranych przypraw. Piec w 150 stopniach jakieś 1,5 godziny, potem wyjąć (nie opadnie, he he), sprawdzić stan miękkości i słoności goloneczek, w razie potrzeby podlać wodą, zwiększyć temperaturę do 200 stopni i dopiekać już bez pokrywy, żeby się zrobiły rumiane. 
No nie da się powiedzieć, ile minut ma trwać każdy etap, bo golonki są różnej wielkości. Aha, i lepiej nie brać mączystych i sypkich ziemniaków, bo się rozlecą.
Ze szklaneczką zimnego piwa są bardzo podchodzące :-D

piątek, 27 grudnia 2013

Sylwestrowe jajka w sosie tatarskim "Zegar"




Jak widać po anturażu ja takie jajka zrobiłam na Wielkanoc, bo gdy tylko zobaczyłam je na blogu Broni (koniecznie tam zajrzyjcie, ma fantastyczne pomysły) musiałam je przygotować. Ale właśnie na sylwestra będą najbardziej podchodzące, co chyba nikogo nie dziwi, więc tulczyłam to zdjęcie niemal cały rok. Tylko zegar trzeba nastawić na „za pięć dwunasta” a nie - jak u mnie - na jedenastą (wtedy zasiedliśmy do śniadania wielkanocnego). No i jajka nie mogą być tak świeże, jak moje (zawsze biorę je od ulubionego chłopa o wdzięcznym pseudonimie Szakal, bo to są „jedynki”) – fatalnie się obierały!

Bronia podała swój zegar na sałatce jarzynowej, ale lepiej pasuje do tego sos tatarski – jajka są wtedy częścią dania, a nie tylko dekoracją. No i moje cyferki są z marynowanej papryki, bo marchewka nie konweniowała mi z ostro-kwaśnym sosem.

Sos tatarski w mojej wersji robi się banalnie prosto: trzeba drobno posiekać dobre, kiszone ogórki, grzybki marynowane, sparzoną cebulkę i jajka na twardo (ja je trę na grubej tarce). Mieszamy z majonezem i kwaśną śmietaną, zaostrzamy smak pieprzem, musztardą i odrobiną chrzanu.

W moim domu mogłyby być tylko takie zegary:-)

niedziela, 15 grudnia 2013

Leniwe ze szpinakiem

Walczę z aparatem i dalej mi nie wychodzi, poza tym stylista zawyłby na widok prezentacji tej potrawy - ale przestałby wyć i zaczął mruczeć, gdyby skosztował. No trudno powiedzieć, które są lepsze - tradycyjne, takie jak tu opisywałam (klik!) czy te szpinakowe z lekkim czosnkowym smaczkiem. Proponuję zrobić obydwie wersje, bo to naprawdę szybkie danie i w ferworze świątecznych przygotowań nie zajmie nam wiele czasu.
Jak zrobić ciasto podstawowe to piszę właśnie tu.
Co do zieloniutkiej wersji to oprócz sera, jajek i mąki (proporcje na połowę składników w bazowym przepisie) trzeba jeszcze zaopatrzyć się w szpinak w formie muta (miałam rozdrobniony z Horteksu) i duży ząbek czosnku. Szpinak należy rozmrozić, odcisnąć i przesmażyć na łyżce masła, żeby odparował i stracił smak surowizny. Doprawiamy go na pikantnie czosnkiem, pieprzem i odrobiną gałki muszkatołowej i mieszamy z serem. A potem już tak, jak w "białej" wersji. I z tą rumianą bułeczką koniecznie!

sobota, 7 grudnia 2013

Polpettone czyli poczciwy klops z włoską nutą

Jesteśmy już z lekka ochwaceni swojskim wieprzkiem, więc Marzynia zakupiła mieloną wołowinę. Coby było bardziej podzielnie, a i na zimno można było kąsnąć, postanowiłam zrobić klops i to nie w klimatach "polskie jadło". Podparłam się Tessą Capponi i jej "Kuchnią pachnącą bazylią". Co prawda patrząc na fotkę można się zabawić w "Zgadnij, czym jestem", ale to moja wina - nie wystarczy pożyczyć wypasiony aparat, trzeba jeszcze umieć zrobić zdjęcie. To jest jedyne, jakie nadaje się do publikacji. 
Sam klopsik, zwany polpettone, jest bardzo smaczny, aromatyczny, cieniutko się kroi, i na ciepło i na zimno godny polecenia. Hurma i Czereda co prawda chciała tradycyjny, z jajkiem w środku (o, taki!), alem się oparła żmędzeniu i okazało się, że zeżarli niemal pół zanim dopadłam z aparatem :-)
SKŁADNIKI:
kilo mielonej wołowiny,
pęczek pietruszki,
10 dkg baleronu (w oryginale była mortadela, ale u nas nie ma włoskiej, a polskiej nie odważyłabym się dać),
1-2 ząbki czosnku,
2 jajka,
płaska łyżeczka gałki muszkatołowej,
sól, pieprz,
rozmaryn i oregano,
majonez,
plastry pomidora.
WYKONANIE:
Czosnek i pietruszkę posiekać drobno. Baleron także skroić w kosteczkę. Mięso dobrze i dość długo wyrobić z jajkami, czosnkiem, natką, gałką, solą i pieprzem, dodać baleron. Wymieszać i napełnić keksówkę do 2/3 wysokości (z mięsa wycieknie dużo soku, może chlapać po blaszce), wyrównać wierzch i posmarować go majonezem wymieszanym z drobno pociętym rozmarynem i oregano. Poukładać na tym plastry pomidora dla dekoracji i piec w temaperaturze 180 stopni, grzanie góra i dół około godziny. Gdyby "chytało" z wierzchu, trzeba przykryć folią aluminiową.
Właściwie prawdziwy włoski polpettone jest smażony na patelni w formie walca i potem duszony w sosie, ale prościej jest upiec go jak nasz klops.

piątek, 29 listopada 2013

Krupnik na kościach od schabu - nie tylko dla ciężko tyrających, ale dla tyrających na mrozie!



Oj, ciężko mają bidni robotnicy na naszej budowie! Ponieważ to sam szczyt „dziołu” (widoki piękne, ale wiater drze niemiłosiernie), więc posiłki regeneracyjne muszą być naprawdę konkretne. W zamrażarce kwiczały jeszcze kości od schabu (ach wieprzku - dobroczyńco, miej tam zawsze pełne koryto w świńskich zaświatach), więc padło na krupnik z mięsną wkładką. Na moim blogu wcześniej było tylko gołe zdjęcie, więc czas uzupełnić opis, coby tradycja gotowania tej pysznej zupy nie zaginęła wraz z odejściem Marzyni na kulinarną emeryturę.

Aby więc zapchać ekipę rozgrzewającą i pożywną zupą krupnik należy przygotować:

2-3 kości od schabu (zależy jak są duże i mięsne),

kilka plastrów wędzonego boczku,

kilka suszonych grzybków,

3 marchewki,

2 pietruszki,

kawałek selera,

cebulę,

4-5 ziemniaków,

2 ząbki czosnku (nieobrane),

pół szklanki kaszy jęczmiennej (perłówki, ja dałam średnią),

sól, pieprz,

liść laurowy, kilka kuleczek ziela i pieprzu, 
korzeń lubczyku suszony i mielony (super przyprawa, wyczaiłam ją przypadkiem),

coś zielonego do posypania.

WYKONANIE:

Kości, opaloną cebulę, 2 marchewki, 1 pietruszkę, seler, liść bobkowy, grzybki, czosnek i ziele nastawić jak na rosół (o tu czytaj Martiku). Sól dodajemy też od razu, bo że nam bulion zmętnieje to nie ma znaczenia, a to mięso ma być smaczne. Kiedy mięsko będzie miękkie i zacznie odchodzić od kości wyjąć je i odłożyć do ostygnięcia (potem obierzemy je i wrzucimy do zupy).

Boczek zesmażyć, dodać do bulionu. Kaszę można przepłukać, ale ja tego nie robię, bo zupa naturalnie się zagęszcza – trzeba tylko uważać, by na początku leżąca na dnie garnka kasza nie przypaliła się w zupie. Perłówkę gotujemy w wywarze jakieś 10-15 minut, tak na półtwardo. 
1 marchewkę i jedną pietruszkę zetrzeć na tarce albo pokroić w małą kostkę (ja tam trę i nikt mi nie każe oddać fartucha), dodać do zupy, gotować znowu z 10 minut. W tym czasie ziemniaki pokroić w kosteczkę i siup do gara – kasza powinna już być miękka. Gotować aż kartofelki będą dobre, dodać mięsko i doprawić wg uznania (sypnęłam nawet trochę chili żeby dodać pałera marznącym na rusztowaniu).

Wyszło takie dobre, że sąsiad (zbędny zasadniczo) chciał chociaż majzel i waserwoge podawać, żeby się tylko załapać ;-)