środa, 1 kwietnia 2015

Sos tatarski świąteczny



Sos tatarski jest NA PEWNO ulubionym sosem na zimno w naszym domu. Niestety, robiony jest tylko na tzw. okazje, czyli święta i imprezy „okolicznościowe”, bo trzeba do niego prawdziwe grzybki marynowane (kupne pieczarki to już nie to). 
No i zawsze jest problem, kto dokona katorżniczej pracy skrojenia składników w drobniutką kostkę. Gdy Potwory były mniejsze można było przykuć za kostkę do kaloryfera i albo kroili, albo mogli odgryźć sobie nogę. A teraz są już silniejsi ode mnie i działają jako wataha, więc wariant siłowy odpada i pozostaje przekupstwo :-D
Trzeba skroić: 
2 słoiczki grzybów marynowanych (najlepsze prawdziwki, tu przydaje się Teściu grzybiarz), 
duży słoik ogórków kiszonych (niektórzy robią z korniszonów, ale z kiszonymi lepsze), 
6 jajek, 
1 cebulę (tutaj ilość cebuli trzeba sobie samemu wyregulować do smaku) 
i pęczek szczypiorku. 
Mieszamy to z majonezem i gęstą, kwaśną śmietaną. 
Sól, pieprz i cukier. 
Ma być gęsty, jak rzadka sałatka. 
No po prostu pokrojone niebo w gębie!

środa, 18 marca 2015

Kotlety z kaszanki gryczanej z serem i pieczarkami - czyli akcja: Swojski wieprzek powraca!

I znowu nastał czas apokalipsy dla dwóch wesołych knurów cioci Zosi... Na szczęście ja na to nie musiałam patrzeć, a i wcześniej starałam się nie odwiedzać tych tłuściochów, żeby potem móc coś przełknąć. Hurma i Czereda zaś nie miała okazji poznać żywca "na żywca", więc opychają się bez moralnych dylematów :-)
Ponieważ sezon na budowie też się zaczął, i różnej maści i różnego pokrewieństwa robotnikom trzeba coś rzucić na talerz, więc bardzo się ucieszyłam z poddanej przez Danusię propozycji (klik!). I nie zawiodłam się - są zaskakująco smaczne, o chrupiącej skórce (dzięki dodatkowi mozzarelli) i soczystym wnętrzu. W mojej kiszce jest bardzo dużo kaszy (2/3 gryczanej, 1/3 jęczmiennej), więc sądzę, że te sznycelki mają jeszcze dodatkowy plus, bo nie zapychają kiszek hie hie... 
SKŁADNIKI:
Pół kilo kiszki,
1 jajko,
15 dkg startej na grubych oczkach mozzarelli,
 3 łyżki mąki,
1 surowa, starta cebula,
3 ząbki czosnku,
ulubione przyprawy ziołowe,
bułka tarta do obtaczania,
tłuszcz do smażenia (zgadnijcie, na czym ja smażyłam? tak! macie rację! na swojskim smalcu! :-D)
WYKONANIE:
Wszystkie składniki wyrobić łapką, formować sznycelki i obturlać w bułce. Usmażone na rumiano dobrze czują się w towarzystwie usmażonych pieczarek, kłóconych ziemniaczków i surówki. Ja sobie jeszcze skropiłam sokiem z cytryny.

piątek, 13 marca 2015

Barszcz białostocki

Czerwony barszcz jest jedną z ulubionych zup w naszym domu (nie bez kozery blog tak się nazywa; mam nadzieję, że pani Tessa Capponi się nie obraziła za tę buraczaną trawestację :-)). 
Więc kiedy wpadł mi w oko ten przepis, postanowiłam go wypróbować. Jest nieco inny, dzięki tym jabłkom i goździkowi, ale bardzo smaczny. Musiałam tylko osobno podsmażyć troszkię kiełbaski dla mojej Bandy Mięsożerców, bo sarkali, że straszne pośnisko... 
Przepis wlepiam w (niemal) oryginalnym brzmieniu; i tak sobie każdy, kto zechciałby go ugotować, przerobi na swój strój :-D
Składniki:
  • 4-5 jabłek
  • 4-5 czerwonych buraków
  • 1,5 litra wywaru z kości i włoszczyzny
  • 1 łyżka masła
  • łyżka mąki
  • listek laurowy
  • filiżanka śmietany
  • kieliszek czerwonego wina
  • 1- 2 goździki
  • sól
  • cukier
Przyrządzenie:
Umyte i obrane buraki i jabłka zetrzeć na tarce, poddusić na maśle, oprószyć mąką, zalać wywarem, dodać przyprawy i gotować, aż będą miękkie.
Wlać czerwone wino, podprawić śmietaną.
Podawać:
Z ziemniakami posypanymi koperkiem.

niedziela, 22 lutego 2015

Frykando Jane Austen



Zawsze lubiłam czytać książki Jane Austen. No i oglądać ekranizacje jej powieści. Najbardziej wrył mi się pamięć (nie wiedzieć czemu, chyba byłam wtedy zakochana) serial „Mansfield Park” z miłą aktorką o końskiej twarzy i jej ukochanym, który wyglądał, jakby miał wrażony kij od szczotki… poprawka: kij od polo. 
I jak to w wyższych sferach, oni tam ciągle jedzą przy ogromnych stołach, a lokaje w liberiach i pudrowanych perukach bezszelestnie zmieniają półmiski. Dlatego gdy zobaczyłam zupełnie przypadkiem (tu) przepis na frykando Jane Austen WIEDZIAŁAM, że muszę to ugotować. Już sama nazwa kojarzy się z czymś pysznym, co się fryga aż uszy się trzęsą. Jest książka kucharska na podstawie powieści Austen i jeśli tylko nie zrujnuje mi budżetu to kupię. 
Zapewniam, że danie jest pyszne, składniki można zstąpić zbliżonymi w smaku, chociaż wydaje mi się, że nie można pominąć sardeli (fileciki z sardeli, czyli anchois bez problemu można kupić). 
Ze smardzami, truflami i karczochami może być kłopot (umyślny z Włoch nie dotarł do mnie na czas), ale i bez tych ingrediencji frykando jest znakomite! 
Przepis oryginalny: 
Weź udziec cielęcy, wytnij z części grubej plastry na pół cala grube i sześć cali długie. Obłóż łodygami młodych karczochów i oprósz mąką. Piecz na ogniu, aż nabiorą jasnobrązowego koloru, po czym przełóż do wielkiego rondla, dodaj kwartę sosu i duś przez pół godziny. Dołóż plasterek cytryny, nieco sardeli, dwie łyżeczki pikli cytrynowych, pokaźną łyżkę przecieru orzechowego, takąż smażeniny, trochę pieprzu kajeńskiego, kilka smardzów i trufli. Kiedy frykando miękkim się stanie, wyjmij je, a sos zagęść masłem i mąką. Przecedź, wyłóż mięso na półmisek i polej dobrze sosem, obłóż cytryną i berberysem. Niektórzy dekorują pulpecikami albo kulkami zawijanymi w cielęcą kiszkę, albo żółtkami jaj na twardo gotowanych, co mile cieszy oko. 
Przepis uwspółcześniony: 
6 plastrów cielęciny grubych na centymetr, 
kilka gałązek świeżego rozmarynu (użyłam suszonego), 
sól i pieprz, ew. pieprz cayenne, 
olej lub masło do smażenia, 
1/2 litra rosołu, 
1 łyżka soku z cytryny, 
1 łyżka pasty z sardeli (anchois) – dałam 3 fileciki drobno pokrojone; same rozpadły się w sosie, 
2 lub 3 łyżki przecieru grzybowego – wystarczy po prostu łyżka sproszkowanych grzybów suszonych,

można dodać łyżkę dobrego przecieru pomidorowego, najlepiej takiego własnej produkcji,
15 dag grubo pokrojonych pieczarek, 
beurre maniè zrobione z 2,5 dag miękkiego masła i tej samej ilości mąki, 
do dekoracji: plasterki cytryny (jakoś mi to kruszone jajo nie konweniowało, chociaż być może mile cieszy oko :-D)
Wykonanie (wg pani Makellby):
Pokrój cielęcinę lub wołowinę w niezbyt cienkie paseczki i usmaż na oleju z masłem, tak by lekko się przyrumieniła z obu stron. Przełóż do rondla, dodaj rosół, sok z cytryny, rozmaryn, przecier z sardeli i grzybowy, pieczarki i szczyptę pieprzu cayenne. Duś, aż mięso zrobi się miękkie. Zdejmij rondel z ognia, wrób w sos małe kawałeczki beurre maniè, ponownie podgrzej i zagęść sos do konsystencji, jaka wyda ci się odpowiednia. Udekoruj cytryną, żurawiną lub owym żółteczkiem. 
Zaproś Mamę lub (lepiej) Teściową, a potem idź do biblioteki po książkę Jane Austen.


wtorek, 10 lutego 2015

Chrupki z ciecierzycy

Buszując w zbożu... eee... wróć!: buszując na blogu u Kubeczka natknęłam się na coś, co Bożenka nazwała "grzankami z ciecierzycy". Z tych rzeczy to ja tylko grzaniec, ale mam w domu takiego smużdża, co się odchudza, a potem chodzi i smędzi, bo wszystko co dobre jest tuczące. A tu jeszcze Hurma i Czereda sadystycznie na jego oczach obżera się czipsami i batonami, zapijając kolą. 
A że mam mientkie serce, a i staram się jakoś podchlibić i ulżyć w niedoli diety, więc żem się porwała na te chrupeczki. 
Jezusie Nazaryński królu żydoski!!! (cytat z klasyka, wiadomo kogo). 
Jakbym wiedziała, ile to roboty, to sama bym się nie brała za to. Na szczęście namanił się Martik, któren chciał wysępić doładowanie przez internet, więc go zaprzęgłam do łuskania. Sarkała, że przebieranie grochu i soczewicy (cieciorki??) z popiołu było lepsze, ale obierała. Bo każde ziarenko ugotowanej ciecierzycy trzeba obrać ze skórki ha!
Jakieś inne kobitki z blogów twierdzą, że nie trza, ale ja tam wierzę Kubeczkowi. 
Jeżeli nie macie w domu Kopciuszka, to nie przygotowujcie jak ja z całej torebki. No chyba, że odsiadujecie dożywocie za zamordowanie męża, który domagał się tych PRZEPYSZNYCH chrupeczek codziennie :-D
Co i jak trzeba zrobić, już tam Bożenka opisała dokładnie (klik!). Ja nie mroziłam ugotowanej, tylko po odcedzeniu zalałam lodowatą wodą i skórka nawet fajnie schodziła z ziarenek. I dodałam jakiejś indyjskiej przyprawy (masala coś tam), połączonej z suszonym czosnkiem i słodką papryką dla koloru.
Ta przekąska jest świetna. Naprawdę chrupie galanto i można przygotować kilka wersji smakowych. No i odpadają wyrzuty sumienia podczas podjadania przy kompie :-D

czwartek, 5 lutego 2015

Dwukolorowa roladka drobiowa z mielonej piersi kurczaka



Kapeczke blada ta moja roladka, dzie ta jej kolorami do oryginału!Ale smakiem NA PEWNO  nie ustępuje tej, którą znalazłam u pani Madzi na blogu „Smak Zdrowia”. 
A jak wygląda w wersji Bożenki ze "Smakowych kubków" to macie tutaj :-)
Jest soczysta i delikatna, posmak groszku w zielonej warstwie jest ledwo wyczuwalny (groszek dlatego, że zalegał w zamrażarce, szpinak dałby bardziej kontrastowy efekt kolorystyczny), ale za to warstwa pieczarkowa ma dość wyraźny aromat podsmażonych grzybków. Gdy się ma blender, to roboty nie jest wcale tak dużo. 
I niezaprzeczalna zaleta: z dwóch podwójnych piersi wyszła mi rolada długości 34 (zmierzyłam!) centymetrów, o fi jak mortadela z „Sokołowa”, wiecie o co chodzi, tiaaa... :-D
SKŁADNIKI: 
2 podwójne piersi z kurczaka, 
40 dkg pieczarek, 
pół torebki mrożonego groszku, 
masło i olej do smażenia, 
ulubione przyprawy (oprócz soli i pieprzu dałam tylko trochę tymianku i sproszkowanej suszonej cebuli do części pieczarkowej, a mielonego suszonego czosnku i gałki muszkatołowej do warstwy groszkowej, bo nie chciałam zagłuszyć smaku mięsa), 
2 jajka. 
Żadnej bułki. 
WYKONANIE: 
Pieczarki usmażyć na masełku z odrobiną oleju. 
Mrożony groszek ugotować (uwaga, trwa to bardzo krótko!) w osolonej i lekko pocukrzonej wodzie. Odłożyć ze dwie łyżki, a resztę przetrzeć przez rzadkie sitko (można ten etap pominąć, ale jednak trochę będzie czuć te łupki). 
Pierś pokroić na kawałki i połowę zblendować (ale nie na muto!) z pieczarkami, a połowę solo i dodać pulpę z groszku. Można oczywiście przemielić w maszynce, ale komu się chce myć maszynkę...
Wyrobić dokładnie z jajkiem (każdą warstwę osobno, ma się rozumieć, to dopisek dla nowicjuszy). Doprawić. 
No i teraz chwilka zabawy z formowaniem, ale gdy się przestudiuje tę instrukcję, to nie może nie wyjść. 
Można zrobić oczko, można zrobić ślimaka. 
Jeśli będziecie ją piec, a nie gotować, to trzeba wziąć papier do pieczenia lub pergamin zamiast folii. Ja polecam pieczenie (jakieś pół godziny do 40 minut w 180 stopni), bo w połowie można rozciąć papier i ślicznie ją zarumienić z wierzchu. Wcale nie wyschnie. 
No i za późno się skapczyłam, że trzeba było sobie odłożyć nieco groszku w całości, te dwa smętne groszki, które widać na zdjęciu znalazły się w massie przypadkiem, bo mi się gibło sitko w czasie przecierania i nie wygrzebałam. A z zielonymi kuleczkami byłoby ładniej!

niedziela, 25 stycznia 2015

Jedz, módl się (o zaliczenie) i kochaj (wykładowców swoich) - czyli Martik gotuje!!!

(to ja pisałem, Jarząbek Martik!)

Studiującą część Hurmy i Czeredy ogarnęła czarna rozpacz. Tydzień do sesji, codziennie jakieś zaliczenia, a Politechnika nie wybacza porażek. Martik i Paś, w składzie poszerzonym o przyjaciółko-współlokatorkę Agę, łapie się wszelkich zajęć byleby przetrwać. I tak po wysprzątaniu mieszkania, przeglądnięciu całego Internetu i odrobieniu zaległości w serialach naszło nas na gotowanie. Szczęśliwym trafem w Biedronce rozpoczęła się edycja włoska i wśród ulotek promocyjnych znaleźć można gazetkę z przepisami na włoskie dania. I tym oto sposobem biedni studenci, odmawiając sobie niezbędnych do praktycznej nauki mechaniki płynów środków, szarpnęli się na gnocchi na szpinaku. Danie, delikatnie zmodyfikowane, okazało się pyszne i nawet Paś nie marudził zbyt długo, że nie ma w nim mięsa. Po takim obiedzie nie straszna nam nauka - jutro dziewczyny zaliczają mechanikę gruntów, a Pasiu konstrukcje sprężone. Trzymajcie kciuki! :)

SKŁADNIKI:

4 ząbki czosnku (wersja hardcorowa)

mała cebula

łyżka masła

starty ser grana padano (od biedy ujdzie też żółty)

chlust oliwy - mieliśmy o smaku papryki i czosnku z Biedro

świeży szpinak (większość opakowania)

pomidory podsuszane również z Biedro - daliśmy całe opakowanie

gotowe gnocchi nadziewane mozzarellą i pomidorem, o dziwo bardzo smaczne (Biedro)

śmietanka 30%

przyprawy: pieprz, sól, można dać bazylię lub oregano

WYKONANIE:

Na oliwie i połowie masła zrumienić drobno pokrojoną cebulkę. Dodać pokrojone pomidory, podsmażyć. Czosnek wycisnąć lub pokroić drobno (tę katorżniczą robotę wykonała Aga - a co, jest nowa w H&C, to niech się przysłuży) i też na patelnię. Od szpinaku oderwać ogonki (Mamamarzynia nauczyła) i wrzucić na patelnię, smażyć aż zmięknie. Zalać to śmietanką, która po połączeniu z tymi wszystkimi smakami daje pyszny sosik. Na drugiej patelni podsmażyć gnocchi, są gotowe dosłownie w 5 minut. Na talerz nałożyć szpinakową breję, na to gnocchi i wszystko posypać startym serem - my mieliśmy żółty, studentów nie stać na grana padano...

Na zdjęciu widać, że pod swoją porcję Paś położył jeszcze świeży szpinak, który nam został - i też było pycha!

sobota, 3 stycznia 2015

Parówki w szlafroczkach albo Zgrzybiali Beduini


 Nasz ostatni wytwór, hie hie... 
Dżordżyk, Jasiek, Zuźka i Umiłowana Przywódczyni zrobili se na śniadanie paróweczki, ale żeby nie było już tak grzybowo-kapustno-pierożaśnie jak przez ostatnie  2 tygodnie, to wyzawijaliśmy parówki w burnusy i kefije na głowy z ciasta francuskiego. Widziałam to gdzieś w necie jako "Parówkowych sułtanów".
Nie wiemy, dlaczego się z letka skiepścili - pewnie te szaty trzeba było posmarować białkiem, coby się nie rozwijały. No i kiedy wyjmowałam ich z piekarnika jeszcze mieli godny wygląd, wręcz tryskali optymizmem i tłuszczem z pulchnych obliczy. Niestety, po wystygnięciu zaczęli się kurczyć w oczach i w końcu wyglądali jak Idrys, Gebhr i Chamis mocno nadżarci trądem. No zobaczcie sami :-D
P.S. Zdjęcie komórką Jaśka, może i lepiej, bo kulinarnego szału nima...

poniedziałek, 22 grudnia 2014

Wesołych Świąt!

Wszystkim blogowym Przyjaciołom najlepsze życzenia spokojnych, zdrowych i smacznych (to NA PEWNO się spełni) świąt życzą:
Marzynia oraz Hurma i Czereda (podajemy wg starszeństwa, coby porządek we wsi był :-D): Jurand, Pasiu, Dorcia, Martik, Jasiek i Zuzianka.
P.S. Tego reniferka oraz przestrzenne choinki i gwiazdki wymajstrowałyśmy z Zulką jeszcze w Mikołaja, wg przepisu Danusi na superanckie do formowania ciasto (klik!). 
Jego mina i zwisający, napełniony świątecznymi przysmakami brzuch mówią wszystko!

sobota, 13 grudnia 2014

Kotlety schabowe marynowane wg Danusi

No cóż, w porównaniu z wyglądem oryginału - patrz tu! - szału nima, raczej jest to jakaś wieprzowa czterolistna koniczyna (wszak PSL na Podkarpaciu trzyma się mocno, podświadomość działa...), ale ten smak... Nie wyobrażam sobie, by Danusi były jeszcze lepsze, chociaż teoretycznie jest to możliwe - ja robiłam je po raz pierwszy
Jak zrobić odsyłam na stronę "Co mi w duszy gra" - jeśli ktoś tam jeszcze nie był, niech leci w te pędy :-)

Są soczyste, mięciutkie, aromatyczne. Oprócz majeranku dodałam też trochę mielonego kminku i rozmarynu, zresztą każdy sobie dosmacza marynatę, jak lubi. 
Martikowi, Jaśkowi i Zuni bardzo smakowały z tłuczonymi ziemniaczkami i surówką z selera, jabłka i marchewki.
Aha, i jeśli robimy tak grube, jak moje, to trzeba dłużej dusić po obsmażeniu (ten knur, z którego był mój schab musiał być championem; nie wiem, jak można wyhodować normalnie tucznika o takich mięśniach grzbietu i wolę się nie domyślać, jak go tuczono. Bo chyba nie gnano wieprzki na świńską pakernię???).

środa, 3 grudnia 2014

Kurczak pakora

Kiedy dostajemy już letkiego ochwatu od "swojskiego jadła" można zaszpanować przed rodzinką czymś zalatującym dalekim, bliskim albo chociaż lekkopółśrednim Wschodem. Znakomicie do tego nadają się przyprawy, które w przypływie kulinarnego markopolizmu zakupiliśmy w internetowych sklepach. A jeśli jeszcze skusiliśmy się na mąkę z ciecierzycy, to już my są w turbanie. 
SKŁADNIKI:
Szklanka mąki z ciecierzycy,
2 piersi z kurczaka,
mieszanka przypraw pakora masala - ilość wg uznania, ja dodałam dość dużo, bo chciałam, żeby woniało...,
woda i białko z jajka do ciasta (z białkiem lepiej się trzyma),
sos sojowy, skórka z limonki, tłuczone nasiona kolendry, czosnek i ostra papryczka do zamarynowania mięsa,
olej do smażenia.
WYKONANIE:
Piersi pociąć w niezbyt grube paski i zamarynować chociaż na godzinę w ulubionej marynacie. Mąkę wymieszać z przyprawami (w mojej była już sól, w tym jakasik INDYJSKA), wodą i białkiem, aby powstało dość gęste ciasto. Trzeba sobie to wyregulować tak, aby nie spływało z kawałków mięska. Obtytłane w massie (kolor przed smażeniem jest ohydny, nie wpuszczajcie na tym etapie Czeredy do kuchni) kąski smażymy w głębokim oleju, niezbyt rozgrzanym, bo szybko się pali. Aha, i strasznie się czepia dna, boków i siebie nawzajem :-)
Odsączyć na ręczniczku, podawać z jakimś konweniującym sosem (ja dawałam z ajvarem, bo mam go dużo). 
Ta "trowka" na talerzu to dekor :-D
Szkoda, że spożywanie dużej ilości indyjskich przypraw nie powoduje wyrastania (odpinanych) ośmiu rąk, jak u bogini Kali; przydałyby się w okresie przedświątecznym...

niedziela, 23 listopada 2014

Sznycelki z parówek zaskakująco smaczne :-)

Danie jak znalazł, gdy trzeba w miarę tanio zatkać kilka paszcz (nasi budowlańcy jedli i się nie skapli, z czego to jest). Z jednej parówki wychodzi jeden sznycel, dla kobity styknie, chłopu trza dać dwa, ale i tak gdyby podać same parówki, to musieliby mieć po cztery. 
I są NAPRAWDĘ  smaczne, oczywiście o ile użyjemy parówek, w których jest mięso, a nie tylko krówskie wymiączko, soja modyfikowana i papier toaletowy (choćby nawet Velvet...). Co prawda żena za pultem i cała kolejka przed pultem patrzyli na mnie boczato, kiedy zażądałam sprawdzenia zawartości mięsa w mięsie (to przecież ja muszę pójść i poszukać!), ale się opłaciło :-D
SKŁADNIKI:
tyle parówek, ile chcemy mieć sznycelków (zwanych poza Galicją kotletami, nie wiedzieć czemu),
kawałek sera żółtego - jaki tam mamy,
mała lub średnia cebula,
ze 4 łyżki tartej bułki, 
2 jajka,
2 ząbki czosnku,
ulubione przyprawy,
tarta bułka do panierowania,
olej do smażenia.
WYKONANIE:
Parówki, ser i cebulę zetrzeć na tarce*. Oczywiście można cebulkę wpierw podsmażyć, ale ja zawsze daję na surowo. Wbić jajka, dodać przyprawy i tyle bułki, by masę dało się formować (nie paciarzą się tak jak mielone). Smażyć na rumiano.
Przepis znalazłam tu, na blogu Smaczny Kąsek.
Ja "wydawałam" z kłóconymi ziemniaczkami i domowymi kiszonymi ogórkami.
* Wtręt dla tych Potworów, co gotując piszą esemesy, słuchają muzy na słuchawkach i odszczekują się siostrze czy bratu w trzecim pokoju: 
                       parówy trza obrać z folijki!

niedziela, 9 listopada 2014

Charczo - gruzińska zupa z wołowiną



W mojej kuchni z galicyjskiej prowincji goszczą czasami nowinki, albowiem H&C domaga się, w przerwach między wymiataniem mich z boszczem i knydlami, jakiejś egzotyki.
 Dlatego lustrując sklepowe lady wyniuchałam i zakupiłam piękną wołową karkówkę, w cenie niepowodującej stawania potrawy gorzką pigułką w gardle. Bo przypomniała mi się zupa o wdzięcznej i swojskiej nazwie „CHARCZO” (możecie sobie wyobrazić komenty Hurmy i Czeredy, gdy zapodałam, co gotuję). 
Jest pyszna, a smak tej potrawy najlepiej oddają słowa Faceta z Nożem, z którego bloga pochodzi przepis (nieco przerobiony przeze mnie, ma się rozumieć i niestety nie umywający się do Mistrza...): 
Charczo (ხარჩო) to w zasadzie zupa. W zasadzie, bo najlepsze, które jadłem, było do tego stopnia zagęszczone orzechami, że konsystencją przypominało potrawkę. To porządna porcja wołowiny dopieszczonej przyprawami i podkręconej orzechowym umami. Przygotowanie sporo trwa, ale charczo pozostawia po sobie dużo ciepła, sytości i w ogóle szczęścia (...). Potrawy można rozrysować na kontinuum między czasem przygotowania a ilością pracy, gdzie t=1/W :) Innymi słowy, albo coś się robi szybko, ale pracując przy tym intensywnie i bez przerwy, albo przygotowanie trwa długo, ale niewiele wymaga zaangażowania. Charczo to zdecydowanie drugi przypadek.  
SKŁADNIKI: 
0,7 kg karkówki wołowej, 
2 duże cebule, 
łyżka mąki, 
mały słoiczek ostrego ajvaru (powinna być adżyka, ale mam swój ajwar w wersji soft i hard, więc wykorzystałam), 
kubek (ok. 150 g) zmielonych orzechów włoskich, 
porcja włoszczyzny (2-3 marchewki, 1-2 pietruszki, kawałek selera, kawałek pora, mała cebulka, dwa liście laurowe i 4-5 kuleczek ziela angielskiego), 
słoik pulpy pomidorowej, 
pęczek naci kolendry (u mnie pietruszka i w mniejszej ilości), 
2 łyżeczki przyprawy chmeli suneli (jest na Allegro), 
torebka ugotowanej soczewicy, 
2-3 ząbki czosnku, 
2 łyżeczki słodkiej papryki, 
łyżka masła, 
2 łyżki oliwy, 
sól i pieprz do smaku.
WYKONANIE (znowu za Facetem, warto zajrzeć na jego bloga, bo i z jajem pisze, i świetnie gotuje):  
Mięso potnij w poprzek włókien w niezbyt małą kostkę, jak na gulasz. Na dno dużego gara wlej oliwę, a gdy się rozgrzeje, przesmaż na niej posiekany czosnek z adżiką (albo Twoim autorskim substytutem) i przyprawami. Wrzuć mięso - najlepiej partiami, żeby się podsmażyło. Gdy wrzucisz wszystko od razu, jest spore ryzyko, że temperatura w garze za bardzo spadnie i mięso, zamiast się zrumienić, zacznie się gotować we własnych sokach, z niewesołym, szarym skutkiem (u mnie był właśnie taki skutek, hie hie). 
Kiedy mięso się zarumieni, zalej je dwoma litrami wrzątku i dorzuć całą włoszczyznę. Zmniejsz ogień i gotuj pod przykryciem przez półtorej godziny. 
Masz teraz czas dla siebie, podczas gdy w garnku powstaje smakowity, lekko pikantny wywar. 
Teraz wyjmij cedzakiem włoszczyznę z bulionu. Poszatkuj cebule i przesmaż na maśle, aż się zeszklą. Wtedy dosyp mąkę, trochę soli i pieprzu, i pozwól się temu wszystkiemu nieco zrumienić, a przede wszystkim mące spęcznieć. Wrzuć na patelnię pomidory, posmaż chwilę, a pustą puszkę napełnij do połowy bulionem z gara, wypłucz nim i wlej wszystko do cebuli z pomidorami, żeby zdeglasować to, co przywarło do dna patelni. Nie chcemy tego stracić. 
Zawartość patelni dodaj teraz do bulionu z mięsem. Wsyp mielone orzechy i dobrze wszystko zamieszaj. Spróbuj, i jeśli trzeba, dosyp soli i pieprzu. Duś na małym ogniu, pod półprzykryciem, przez kolejną godzinę. Przez ten czas pozwolimy kolagenowi w mięsie zmienić się w żelatynę - w efekcie kawałki będą się pod naciskiem widelca rozkosznie rozpadać na miękkie włókna. 
Dosmakuj - sól? pieprz? chili? Dodaj, jeśli trzeba. Wsyp ugotowaną soczewicę (Facet dawał ryż, ale z tą soczewica jest jeszcze bardziej "egzotyczna"). Posiekaj natkę i wrzuć na sam koniec. 
Serwuj posypane ziołami, z kawałkiem pszennego pieczywa.
Odgłosy wydawane przez Watahę przy konsumpcji tej potrawy NA PEWNO nie były charczeniem. Raczej stękaniem z lubego obżarstwa :-D

czwartek, 23 października 2014

Garbata szarlotka



Zobaczyłam tę szarlotkę na blogu u Marzenki (hie, hie, my, Marzynie, trzymajmy się razem!) i wsiąkłam. 
I Ona to tak skrupulatnie opisała, że od razu Was tam przekierowuję. 
Moje zmiany były nieco wymuszone, bo kazałam zakupić Czeredzie 20 dkg serka homo waniliowego. Owszem, kupili, ale 10 deko, bo tyle miało jedno opakowanie, a żadne nie spojrzało na gramaturę. 
Nikomu nie chciało się lecieć do sklepu 
(a powinnam była ich wysłać boso, w worach pokutnych i z pochwami mieczów na szyjach, bo TYLE RAZY MATKA MÓWI I JAK GROCHEM O ŚCIANĘ!!!), ale była reszta już mocno kwaśnej śmietany, więc się im upiekło. 
I mnie też. Pysznie. 
Ciasto bajecznie proste, zarabiałam widelcem, było lepiące, ale bez problemu rozwałkowałam na papierze, a górny płat też przeniosłam na pergaminie. I użyłam szarych renet zamiast tych granicośtam. 

Widok pagórków zrumienionego ciasta, a potem tych jabłuszek umasowanych w środku – bezcenny! Chyba tylko widok naszych pagórków może mocniej wzruszyć. 
P.S. Ostatnio moje zdjęcia wychodzą w sepii jakby (żeby nie powiedzieć gorzej, bo ten kolor to się dość jednoznacznie kojarzy). Jest to wynik zakupienia przez J. aparatu w tzw. promocji, którego teraz nijak nie możemy obczaić. 
Trzeba sobie w wyobraźni zdjąć ten żółty filter i jest git, no nie?!

sobota, 18 października 2014

Potrawka z kurczaka z pieczarkami - czyli z pańska: Fricassee de poulet


Odrabiając „zaległości blogowe” trafiłam na dwie potrawy z drobiu z pieczarkami: u Agi (klik!) i u Danusi (klik!). 
Połączenie wypróbowane i znane, ale takie były smakowite te zdjęcia, żem uległa sklamrzeniu łypiącej mi przez ramię H&C (tym bardziej, że był Jasiek) i zrobiłam. 
Powstało danie, które się światowo nazywa „fricassee de poulet”. Dobrym rozwiązaniem jest grube krojenie pieczarek, jak radzą dziewczyny, bo wtedy można wgryźć się w pysznego grzybka, któren sok w „sześciu miejscach naraz puska”. 
SKŁADNIKI: 
kawałki kurczaka (jakie kto lubi, najlepiej podzielić całego, zwłaszcza, jak był chudziaczek jakiś zabiedzony i do pieczenia w całości niezbyt podchodzący), 
minimum pół kilo średnich, świeżutkich pieczarek, 
2 szklanki bulionu drobiowego, 
3 łyżki mąki, 
2 szalotki (kupiłam w Lidu, były duże i miały wrzecionowaty kształt), 
2 ząbki czosnku, 
małe opakowanie słodkiej śmietanki (wysadziłam się na kremówkę), 
masło z ciutką oliwy do smażenia, 
ulubione zioła pasujące do kurczaka, 
chluścik dobrego octu balsamicznego, 
sól, pieprz. 
WYKONANIE: 
kawałki mięsa opłukać i osuszyć, po czym obsmażyć na maśle z oliwą (nie żałować masełka). Posolić, potrzepać mąką i smażyć do lekkiego zrumienienia mąki. 
Następnie dodać przyprawy, zalać bulionem i dusić, aż mięsko niemal będzie odchodzić od kości. 
W tym czasie obsmażyć pokrojone w ćwiartki lub szóstki grzyby (na maśle ma się rozumieć), dodać pokrojoną cebulkę i czosnek, posolić do smaku i jeszcze chwilę posmażyć, aż cebula się zeszkli (nie zrumienić czosnku!). 
Wyjąć kurczaka z potrawki, a do sosu wrzucić grzyby (wyłowione wraz z cebulą z maślanej kąpieli, tłuszczyk bedzie na zaś), zalać śmietanką. Podciągnąć smak odrobiną balsamico i ewentualnie cukru, pieprzem, tymiankiem, lubczykiem…
I „wysadzać” sos (uwielbiam, gdy Lolek Okrasa wysadza sos) aż zrobi się kremowy. 
Kawałki mięsa wyłożyć na półmisek i polewać cudownie pachnącym sosikiem na oczach czekającej rodziny. 
Dać im do łapek po bagietce lub białej chrupiącej bułce, a pod brody śliniaczki ;-D