sobota, 19 lipca 2014

Pyszne ciasto jogurtowe, dla idiotów też :-D

No rzeczywiście - dziewczyny (Agunia i Kinga) nie kłamały. To ciasto może zrobić każdy przedstawiciel Naczelnych i wychodzi zaskakująco dobre. I zbrudzicie tylko szklankę, łyżkę i miskę (no i sitko do przesiania mąki, ale to się opłucze raz-dwa). 
Szlajająca się po cudzych blogach i wzdychająca do słodkości Czereda: zapchana. 
Etos Matki - Polki: podtrzymany. 
Hyr na dzielni: poszedł. 
Wszystkie majo placki jogurtowe: MAM I JA!!!
A przepisy są tu: Agnieszka
albo tu: Kinga
No to idę się napawać pomrukami Potworów, łaszących się do mych spracowanych rąk :-D

poniedziałek, 14 lipca 2014

Tabbouleh z kaszą - na swojską nutę :-)



Dzisiaj było ciepło. Nawet bardzo. Taplając się w rozpalonym, azbestowym zaduchu (no niestety, zanim zamieszkam w naszej drewnianej wójtówce, to jeszcze trza się pomordować w bloku, będącym szczytowym osiągnięciem stanu wojennego) pomyślałam, że zjadłby coś chłodnego… niebanalnego… może z tchnieniem Orientu? 
I zmajstrowałam sałatkę tabbouleh, którą robiłam już parę razy, ale nigdy nie z kaszą jęczmienną. Swojska nuta wzięła się z kategorycznej odmowy H&C pójścia do sklepu po kuskus (oni nie lubią tej sałatki), więc wzięłam to, co było pod ręką. Bo kaszę perłówkę mam zawsze. 
To tabule wg mnie jest jeszcze lepsze niż z pszenną kaszką, spróbujcie sami. 
SKŁADNIKI (orientacyjnie, bo każdy sam sobie reguluje, ile czego): 
szklanka kaszy perłowej (średniej), 
2 duże pomidory, 
4 ogórki gruntowe, 
średnia czerwona cebula, 
3 ząbki czosnku, 
pół pęczka pietruszki, 
pół pęczka mięty, 
sok z cytryny, 
oliwa, 
pieprz, sól. 
WYKONANIE: kaszę ugotować na bardzo sypko (ja robiłam tak, jak tu, tylko zamiast masła nieco oliwy, no i zalewałam osoloną wodą). Ogórki wydrążyć z pestek (niestety, mają w nich za dużo wody), takoż pomidory i skroić je w kostkę. Cebulkę i natki drobniutko posiekać. 
I tu dygresja: w ortodoksyjnych receptach jest dużo więcej natki, ale już to obadałam: jej duża ilość powoduje, że potrawa jest dla mnie zbyt gorzka. Nie wyobrażam sobie, jak można jeść praktycznie samą natkę, jak widać po niektórych zdjęciach na blogach. 
Czosnek przecisnąć. Kaszę wymieszać z warzywami, skropić oliwą i cytryną wg uznania, dopieprzyć i ewentualnie dosolić. Smak ma być kwaśny i taki rześki, dzięki ogórkowi, mięcie i cytrynie. Ja lubię sobie jeszcze dołożyć oliwki albo kapary, coby dodać rzazu.
P.S. A potem przyszła burza i się ochłodziło. Ale nie wątpię, że tropiki jeszcze nam dadzą w kość :-D


piątek, 4 lipca 2014

Masło z avocado

Jak celnie zauważyła Agunia z "Gotuj się do gotowania!" - na szczęście kubki smakowe człowieka ewoluują. Moje pierwsze podejście do avocado było całkowicie spalone, i jak pisałam, zrobiłam guacamole, ale wyszło mi niedobre.
Albo wtedy coś skiepściłam (ale tam nie ma co skiepścić!) albo moje czerewiaste, wygarbowane barszczem i ziemniakami podniebienie nie było godne tego smaku, bo jadłam, a w gębie mi rosło.
Hurma i Czereda, najpierw podejrzliwie obserwująca moje przygotowania, złośliwie potem dopingowała tekstami z "Misia": No jedz mamo, jedz, na świecie to jedzą bez przerwy!”. A jednak...
Nie poddałam się i po 5 latach - proszę! Robię sobie dietetyczne, aromatyczne masełko i się nim zajadam. A Potwory nadal nie partycypują, ale to jest banda wilcząt z Czarnej Dzielni na smalcu chowana.
SKŁADNIKI:
1 dojrzałe avocado,
ząbek czosnku (zmiażdżony),
ze 2-3 łyżki oliwy tłoczonej na zimno,
sok z połowy limonki,
sól (dałam HIMALAJSKĄ RÓŻOWĄ, a co, zna się te tryndy!)
WYKONANIE:
Wszystko zmiksować na gładką masę. 
Podobno to najzdrowsze masło świata, no nie wiem, co na to Babcia Bronia, ale w każdym razie pyszne pod pomidora czy szyneczkę :-). 

czwartek, 26 czerwca 2014

Mufinki z kurczaka


Nie jest to wpis nowy, ale odżył ostatnio, więc postanowiłam go dopracować i wrzucić teraz. Pomysł na mufinki kurczakowe podpatrzyłam na blogu u Pieguska. Pigusek (kolegujemy się z Piguskiem od czasu, gdy najmłodszy członek H&C tak Ją nazywał i zostało) gotuje pysznie, a w tym pomyśle jest przebłysk geniuszu kulinarnego... 

Przede wszystkim nie trzeba się tak starać, aby zgrabnie wyciąć te filety jak tu na ten przykład. Można nawet dość niedbale, i tak to się zawinie do środka. Nawet nie trzeba rozbijać, jeśli umie się wyciąć cienkie fileciki. Te foremki muffinkowe są dość duże, dołeczki mają około 6 cm średnicy, więc nie upychałam na siłę. 
Potem to już łatwizna: po 1-2 usmażone na masełku pieczarki, serek ulubiony i posiekany koperek. Tam można wsadzić wszystko, co nam kulinarna fantazja podpowie. 

Wierzch mufinek smarujemy nie za grubo majonezem i pieczemy na 200 stopniach, aż się ślicznie zrumienią, a zapach wypełni całą kuchnię. Trwało to nie więcej niż pół godziny. Ja uchyliłam kilka razy piekarnik, żeby wypuścić parę, bo mi się dosłownie gotowały w sosie własnym w tych gniazdkach.
 Tak wyglądają w formie, tuż po wyjęciu z piekarnika. Jeden został zeżarty w locie. Są baaardzo soczyste i fajnie stoją na talerzu, ukazując "bogate wnętrze" :-).
 
 
Łatwizna tego przepisu czyni go idealnym dla faceta, który chciałby błysnąć przed ukochaną samodzielnie przygotowaną kolacyjką.
Kiedy Jurek zobaczył, jakie to proste i pyszne, to odwołał wcześniejszą sugestię, że na TAKĄ kolację RANDKOWĄ, to najlepsze będą na danie główne "Cycki Aryjki" (klik!), a na deser "Cycki Murzynki" (klik) :-D

piątek, 20 czerwca 2014

Tarta z truskawkami i gorącą pianką




Niestety, jest to jedyne zdjęcie tego przepysznego ciasta, bo akurat nikt z lepszą komórką się nie namanił, zanim Hurma i Czereda nie pożarła go na pniu. Dosłownie trzeba było Jurandowi wydzierać formę, a ryczał przy tym niemal jak Jurand ze Spychowa miotający Krzyżakami. 
Ta tarta (zwłaszcza na tym zdjęciu) nie wygląda tak apetycznie, jak setki innych ciast z truskawkami, od których roi się teraz na blogach. A jednak ośmielę się właśnie ją polecić. 
A przypomniała mi o tym przepisie pani Iza z bloga „Apetyt na ogród”. 27 lat nie jadłam tego placka i wspomnienia napłynęły taką falą, że od razu przeniosłam się do tamtego lata, kiedy to moja śp. Teściowa częstowała mnie tym zapomnianym już dzisiaj ciastem. A Iza też ma ten przepis z zeszytu swojej Teściowej. 
Raz nawet podjęłam próbę odtworzenia go, ale zrobiłam błąd i wyszło coś zupełnie innego, chociaż tyż dobryńkie (można podglądnąć)
 Ciasto kruche zrobiłam wg swojego przepisu (jest dobre, nawet Danusia go pochwaliła, o tu!), tylko dałam 4 żółtka, bo potrzebowałam 4 białek na piankę. 
Ciasto trzeba zupełnie upiec (na rumiano, nie podpiec), zanim nałoży się piankę z pokrojonymi truskawkami, bo sok będzie wyciekał i nie upiekłoby się dobrze. I zapewniam, że nic a nic to nie przeszkadza. No i do piany dodałam sok z połowy cytryny i 1 łyżeczkę mąki ziemniaczanej, bo jednak musi być słodka i bezowata. I zapiekałam ją w temperaturze 150 stopni, bo zaczęło mi za szybko chwytać, a potem dosuszałam z termoobiegiem. Najsmaczniejsza wg mnie na ciepło.
Myślę, że najlepszą rekomendacją jest fakt, że nawet ja zjadłam 2 kawałki, co ze zdumieniem obserwowała H&C, komentując „no jak to, to JESZCZE  I MAMA do podziału?! Przecież nie lubisz słodyczy!” :-D

wtorek, 10 czerwca 2014

Harira marokańska czyli post sadystyczny - rozgrzewanie w upały :-)


Sugeruję czytanie tego wpisu gdzieś w okolicach ferii zimowych, bo próba wyobrażenia sobie smaku oraz walorów rozgrzewających tej wspaniałej zupy w 35 stopniowym upale może powalić. Gotowałam ją oczywiście 2 tygodnie temu, kiedy za oknem lał zimny deszcz i… [słowo na „p” usunięto; przyp. cenzora] i wiało jak w Kieleckim (nie wiem dlaczego, ale u nas to nieszczęsne Kieleckie jest zawsze symbolem okrutnego wygwizdowa, pozdrawiamy ludzi z Kielc!). Niestety nie mam zdjęć innych potraw, albowiem na razie zakupy glanc-papiru, rapsztang, forajbek i szprosów do okien wygrywają wciąż z nowym aparatem dla mnie... 
i muszę czyhać, aż na obiedzie będzie ktoś z lepszą komórką i pstryknie… 
a tu ludzie już zjedli oczami te gómułki i knydle…

Niech więc będzie harira, jak pisze autorka przepisu, na którym się wzorowałam, czyli pani Dominika: „gorące Maroko na talerzu”!

SKŁADNIKI (wersja z kurczakiem):
  • 0,5 kg mięsa gulaszowego z kurczaka  pokrojonego w kostkę,
  • 1,5 litra bulionu drobiowego,
  • 200 g ugotowanej ciecierzycy,
  • 2 garście fasolki szparagowej (nic innego „strączkowego” nie miałam, ale było przepysznie, choć nie tak syto jak z soczewicą na ten przykład),
  • 1 duża cebula,
  • 5 ząbków czosnku,
  • 2 marchewki,
  • 2 łodygi selera naciowego,
  • butelka pasaty pomidorowej,
  • 2 łyżeczki (ostrej i łagodnej) papryki w proszku,
  • po 1 łyżeczce kuminu, ziaren kolendry, imbiru w proszku, kurkurmy,
  • po pół łyżeczki cynamonu i gałki muszkatołowej, 
  • papryczka chili do dekoracji (raczej nie z tych diabelskich),
  • sól i pieprz,
  • sok z limonki i cukier,
  • kilka posiekanych daktyli,
  • oliwa z oliwek (taka do smażenia),
  • i powinna być natka pietruszki albo jeszcze lepiej kolendra, ale ja miałam LUBCZYK i chyba się żaden Arab nie obrazi?

WYKONANIE:
Osobno obsmażyć przyprawionego solą i pieprzem kurczaka, dodając (gdy odparuje sok) czosnek i cebulę, żeby się zeszkliły. W dużym garnku, najlepiej ceramicznym o grubym dnie, rozgrzać nieco oliwy i wsypać sypkie przyprawy (te w ziarnach wcześniej utłuc w moździerzu albo zmielić). Gdy zacznie cudownie pachnieć (ale uważać na przypalenie, papryka będzie gorzka!) dodać fasolkę i pokrojone w słupki marchewkę i seler. Smażyć chwilę, dodać kurczaka z cebulą i czosnkiem, pomidory i cieciorkę, zalać bulionem i „chytać” smak, doprawiając ew. ostrą papryką, sokiem z limonki czy cytryny i nieco cukrem (dla złamania kwasu). Powinna być wyrazista, pachnąca przyprawami, ostra i lekko kwaskowata, tzn. tak mnie się wydaje, bo jako żywo nigdy nie byłam w Maroku. „Na wydaniu” posypać plasterkami chili, zieleniną i koniecznie tymi daktylami (jak dobrze, że wujek Stasiu obdarzył moje potwory daktylami w ubiegłoroczne wakacje i leżały sobie zapomniane i scukrzone w szafce).

I jeśli - ojcze i matko, i ty bracie i siostro - wydaje ci się, że jest ci gorąco, to zapodaj sobie taką zupkę a wtedy zrozumiesz, że w strefie Maghrebu mają o wiele większe upały, a to jedzą, i to w ramadanie (w tym roku między lipcem a sierpniem) i nie sarkają, ha!!! 

niedziela, 25 maja 2014

Kopytka zapiekane z parmezanem w sosie pomidorowym

Stare ziemniaki w piwnicy wyglądają już coraz mniej apetycznie (no niestety, nie jest to piwnica - sklep Babci Broni, tylko klitka w bloku). Trzeba wymyślać potrawy, w których da się je podać Potworom i Spółce w jakiejś atrakcyjnej formie. Oczywiście mięso to oni mogliby jeść w ogóle bez ziemniaków, ale niestety - za wielki szpas (cytat z "Myśli Zebranych BB"). Więc ogólnie lubiane kopytka, z braku grzybów suszonych (a w sosie grzybowym "schodzą" najlepiej, patrz tu) podałam w formie zapiekanki na pomidorowym sosie, we włoskich klimatach.
Jak zrobić ciasto ziemniaczane na kopytka - patrz tutaj jeszcze raz.
Sos pomidorowy każdy ma swój ulubiony - nasz ulubiony jest tu:
A potrzepać serem (u mnie mięszany, bo sam parmezan jest drogi) to już każdy potrafi :-D
P.S. Trzeba podawać gorace, najlepiej w takich naczyniach do zapiekania, bo ser szybko stygnie i robi się twardy.

piątek, 16 maja 2014

Gomółki z sera białego


I znów przenosiny w czasie. Babcia Bronia i prababki Patrynka z Mistaczką i Nazimkowo z Kluszczynom spoglądają na mnie zapewne łaskawym okiem z Tamtego Świata. Udało mi się bowiem - właśnie w tej wersji tradycyjnej, z kminkiem - idealnie utrafić w smak i konsystencję zapamiętane z dzieciństwa. Te z czosnkiem i lubczykiem to już nie to: czosnek zagłusza specyficzny smak suszonego sera. Te czerwonawe z kolei są PRZEPYSZNE, pikantne, z wędzoną papryką - ale to nie jest smak podkarpackich gomółek z Listy UNESCO (no dobra, przesadziłam... z Listy Produktów Tradycyjnych). 
Trzeba mieć dużo dobrego sera białego. A właściwie najpierw trzeba mieć dobrą ciocię Zosię z dobrą, mleczną krową. Poniżej 2 kilogramów sera to nawet nie ma co suszyć, zwłaszcza, gdy się to robi deszczową wiosną, gdy kaloryfery już nie grzeją, pieca chlebowego i "brańdury" jeszcze nie mamy i trzeba piłować elektrycznym piekarnikiem z termoobiegiem :-(
Dopisano 24 maja; temperatura na polu 35 stopni:
 Bardzo dobrze suszą się na słońcu w przewiewnym miejscu!


SKŁADNIKI:
tłusty twaróg, najlepiej wiejski, nieprzewarzony (bez grudek),
po 2-3 żółtka na kilogram sera,
soli dużo (mają być słone) i pieprzu też,
ulubione dodatki, ale ja zalecam opcję arche: kminek mielony i cały do posypania.
WYKONANIE:
Ser można zemleć przez maszynkę, ale ten od cioci był tak dobry, że po prostu wyrabiałam go ręką. Trzeba zadbać, aby ser nie był mokry; jeśli wydaje nam się taki, trzeba go odcisnąć na zmienianych często ręczniczkach papierowych (patrz tu: klik!). Porządnie posolić, popieprzyć i dokminić, bo to musi być "czujne". Potem wmieszać żółtka, znowu dokładnie wyrobić i maczanymi w wodzie rękami (sakrucko się kleiło, ser był sielnie tłusty) uformować zapamiętane  z dzieciństwa gomółki z czubkiem. 
Suszyłam je przez 4 dni (co jakiś czas, przed i po pracy) w piekarniku na 50 stopni z termoobiegiem, po chwili wyłączając grzałkę, żeby mi się nie ugotował ten serek. Już na drugi dzień zaczyna charakterystycznie pachnieć i właśnie tak ma być, to jest cały ten smaczek. Z wierzchu jest sucha skórka (u mnie aż błyszcząca od tłuszczu mlecznego), a w środku zwarty, ostry w smaku ser.
Gdy chcemy długo przechowywać, to można ususzyć na kamień, ale ja wiedziałam, że u mnie tyle nie postoją. Nie ma bowiem nic lepszego do piwka :-D

sobota, 10 maja 2014

Roladki z szynki w galarecie



Rzadko robię jakieś wypasione przekąski, ale zobaczywszy te ruloniki u pani Broni (która chyba urodziła się po to, by dekorować jedzenie) pomyślałam, że zrobię je na wielkanocny stół. 
NA PEWNO nie zadam sobie tego trudu ponownie przed Wielkanocą 2015, ale może kogoś zainspiruję? Bo to danko jest i pyszne, i ślicznie wygląda, zresztą trzeba to zobaczyć w wykonaniu Broni, bo moje to tylko średniej klasy naśladownictwo. 
Więc jeśli małżonek na ten przykład już coś przebąkuje o Dniu Matki, i Teściowa przyjdzie na proszoną kolację, to można zaszaleć. Lojalnie uprzedzam, że jest z tym troszkie certolenia się, chociaż nie potrzeba żadnego geniuszu kulinarnego. 
Przepis podaję za panią Bronisławą, z moimi komentarzami. 
 SKŁADNIKI: 
10 plastrów szynki konserwowej prostokątnej, 
serek chrzanowy Ostrowia (musi być dość gęsty, rzadki wypłynie podlany galaretką), 
opcjonalnie 1 łyżeczka chrzanu (wg mnie musowo, bo będzie mdłe; chrzan odcisnąć, żeby nie rozrzedził serka), 
1 litr wywaru warzywnego lub bulionu, 
10 łyżeczek żelatyny na 1 litr wywaru (wydaje się dużo, ale spoko, nie wychodzi żelka). 
Składniki do klarowania wywaru:  
2 łyżeczki octu, 2 białka jaja. 
Do dekoracji
u mnie rzodkiewka i natka pietruszki, Bronia zrobiła śliczne kwiatuszki, ale ja już padałam na ryjek i poszłam w opcję minimum. 
Proces klarowania bulionu warto sobie przyswoić (jeszcze raz odsyłam tu); ja robiłam to tak skrupulatnie pierwszy raz w życiu i wywar wyszedł idealnie czyściutki. A był to tylko zwykły niedzielny rosół, który mrożę w porcjach. Trzeba go jednak naprawdę solidnie doprawić, ja nawet dodałam 2 ząbki zmiażdżonego czosnku, bo inaczej galaretka będzie mdła. 
I bezwzględnie przestrzegać tych etapów zastygania - niestety, za pierwszym razem wlałam resztę bulionu zanim dobrze skrzepła dekoracja i po chwili miałam smętnie pływające po w bulionie trójkąciki rzodkiewki i listki pietruszki :-D
Aha, i jeszcze te listki trzeba jakoś zmiękczyć, bo nijak nie chcą się położyć na rulonku; z łodyżkami to w ogóle był jakiś kosmos – cały czas sterczały sztywno. Nie wiem, jak Bronia je okiełznała, że u niej tak równiutko leżą… W końcu sparzyłam je wrzątkiem, a może dać im podwiędnąć? 
Warto mieć też naczynie o prostokątnym dnie i pionowych ścianach – ja użyłam po prostu plastikowego pudełka. 
Muszę się jeszcze porwać na tę grzybową polanę, ale to dopiero przy kolejnej rodzinnej imprezie...

wtorek, 29 kwietnia 2014

Fuczki



Czas świątecznego i poświątecznego obżarstwa minął, a trza jakosik dociorać  do pierwszego. Wydrenowany budżet rodzinny każe zapomnieć o kawiorze i foie gras (tym bardziej, że jachty znowu poszły w górę). Dlatego sięgnęłam do przepastnych zasobów bieda-kuchni Podkarpacia i ugotowałam fuczki, czyli placki z kapustą kiszoną. 
Danie wydaje się dziwne, ale to jest naprawdę dobre, oryginalne w smaku, no i bardzo tanie. Warto je zrobić dla samej przyjemności zabicia domowej Hurmie i Czeredzie klina hasełkiem: Dzisiaj na obiad FUCZKI! 
SKŁADNIKI: 
ugotowana kapusta kiszona (zrobiłam dokładnie tak jak tu, tylko bez zasmażki i grzybków), 
ciasto naleśnikowe na słono, pi razy oko objętościowo równe kapuście, 
olej do smażenia. 
WYKONANIE: 
Kapuchę odcisnąć, wymieszać z ciastem, mocno doprawić pieprzem. Łyżką nakładać placuszki i smażyć na rumiano. 

Najstarsze Babcie Bronie nie są zgodne co do wersji archetypowej: czy z kapusty ugotowanej, czy z surowej. Ja na razie zrobiłam z gotowanej, ale nie omieszkam spróbować i drugiej opcji :-)

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Gugelhupf - drożdżowa babka z czekoladą

To już zapewne ostatni dzwonek, aby zdecydować się, jaką babę upiec na Wielkanoc. Jeśli ktoś jest miłośnikiem czekolady (ja nie jestem, ale to GORZKA czekolada, więc ciasto nie jest mulące) w połączeniu z delikatnym, puszystym ciastem drożdżowym, to radzę rozważyć tę propozycję. Niestety, zdjęcie było robione (rok temu, widać po jajecznym zegarze) zanim zaczęliśmy śniadanie wielkanocne, a potem to już nikt nie miał siły fotografować. Dlatego aby obejrzeć środek trzeba zajrzeć TU, na cudownego bloga pani Dorotki, od której zapożyczyłam przepis.
Oddaję głos Dorotusiowi; robiłam dokładnie wg jej przepisu, co ino nie miałam jakiegosik tam "golden syrupu" i moja polewa chyba bez to sie tak nie lśkli (poleciałam gwarą, bo babcia zawsze mówiła "syrup", he he he, i się mnie skojarzyło).


Składniki na ciasto drożdżowe:
  • 500 g mąki pszennej
  • pół łyżeczki soli
  • 60 g drobnego cukru do wypieków
  • 20 g suchych drożdży lub 40 g drożdży świeżych
  • 2 duże jajka, roztrzepane
  • 100 g masła, roztopionego i lekko przestudzonego
  • 310 ml letniego mleka
  • 400 g gorzkiej czekolady, roztopionej w kąpieli wodnej i lekko przestudzonej
 Do większego naczynia przesiać mąkę i sól. Dodać cukier i suche drożdże (ze świeżymi wcześniej zrobić rozczyn). Dodać roztrzepane jajka, masło i mleko. Wymieszać do połączenia, następnie wyrobić, do uzyskania gładkiego i miękkiego ciasta (ciasto na tym etapie będzie dość luźne, nie należy się tym przejmować). Oprószyć mąką, przykryć lnianym ręczniczkiem i pozostawić w ciepłym miejscu do podwojenia objętości (przez około 30 - 60 minut).
Formę na babkę o pojemności minimum 2,5 litra (najlepiej 3 litry) wysmarować masłem, oprószyć mąką.
Po tym czasie wyrośnięte ciasto ponownie wyrobić. Na oprószonej mąką powierzchni, rozwałkować na prostokąt o wymiarach 30 x 40 cm, podsypując lekko mąką. Na ciasto przelać przestudzoną lekko czekoladę, rozprowadzić, pozostawiając wolne 2 cm od brzegów. Zwinąć wzdłuż dłuższego boku, jak roladę. Przełożyć do formy na babkę. Przykryć ponownie lnianym ręczniczkiem i pozostawić w cieple do podwojenia objętości na kolejne 30 minut.
Piec w temperaturze 200ºC przez około 30 minut. Babka powinna mieć piękny wypieczony kolor, a postukana od spodu (od góry w formie) wydawać głuchy odgłos.
Polewa czekoladowa:
  • 150 g gorzkiej czekolady (70%)
  • 40 g masła
  • 1 łyżka golden syrupu (opcjonalnie)
 Wszystkie składniki umieścić w miseczce nad kąpielą wodną i roztopić, mieszając od czasu do czasu. Po lekkim zgęstnieniu polewy udekorować babkę.

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Nocne bułeczki grahamki

Z tymi nocnymi bułeczkami to naprawdę fajny patencik. Wieczorem zarabiasz ciasto, formujesz bułeczki i wstawiasz z blachą do lodówki, a rano tylko siup! do piekarnika! I można zaszpanować na dzielni, że o 8 rano w niedzielę Marzynia już dzieciom bułków napiekła :-D
Tym razem robiłam grahamki, z tego przepisu, które rzeczywiście smakowały jak te z dawnych lat. Cała Czereda była zachwycona. Różnice polegały na skarmelizowaniu jednej łyżki cukru, zamiast dwóch zalecanych w przepisie pani Małgosi, wzięciu zwykłej mąki (luksusowa, typ 550) a nie bułkowej oraz fakcie, że uformowane o 9 wieczór bułeczki wsadziłam razem z blaszką do lodówki. Piekłam na macie silikonowej i w temperaturze 200 stopni, bo przez 11 godzin wyrastania wydawały mi się bardzo nadmuchane i delikatne. 
Wyszły przepyszne i nie miały ciężkiego miąższu. 
P.S. Ten cień na dolnym zdjęciu to główka Martika, któren robił foto :-)

sobota, 29 marca 2014

Pieczeń rzymska w sosie z mrożonych podgrzybków



Jesienią tamtego roku mroziłam grzyby pierwszy raz w życiu. Wydawały mi się takie śliczne i apetyczne te małe podgrzybki (zwane u nas zajączkami), że chciałam je schować na jakąś czarną godzinę, gdy trzeba będzie zabłysnąć, a na nic nie ma pomysłu. 
Co prawda nie musiałam błyszczeć, ale była to ciemna godzina - cała micha mielonego mięsa czekała na wysmażenie sznycli. Nie lubię tego robić - najpierw formowanie masy, pitolenie się z moczeniem rąk i obtaczaniem, a potem dziuczenie nad patelnią ze szpatułką w spryskanych gorącym tłuszczem rękach. Uruchomiłam więc piłeczkę Pomysłowego Dobromira i postanowiłam upiec to mięso w formie pieczeni. Pokroi się w kromeczki i tyż bedzie. 
Ale rozbestwiona H&C stwierdziła, że taka pieczeń to znowuż nie takie mecyje, że sznycelki lepsiejsze, więc postanowiłam walnąć ich po kubkach smakowych sosikiem z PRAWDZIWYCH grzybów. Zbieranych w lesie Babci Broni, czyli na tzw. paryi. 
Jedna tylko myśl mąciła moje samozadowolenie: a co będzie, gdy te grzybki nie nadają się już do spożycia? Wszak nie mam zamrażarki, tylko taką w lodówce, no i nie wiedziałam, że lepiej je króciutko obsmażyć na maśle, zanim się zamrozi. Postanowiłam jednak zaryzykować, ale najpierw sama zjeść i poczekać, czy mnie nie sponiewiera, a dopiero potem napaść Potwory. 
Sos wyszedł przepyszny, po prostu niebo w gębie, ale to się chyba tak wydaje dlatego, że zapomnieliśmy już o smaku świeżych grzybów. 
Nic im nie zaszkodziło to leżenie w lodówce, były takie, jak prosto spod krzaka. 
Jak zrobić pieczeń rzymską to każdy chyba wie, ale dla „proformy” podaję przepis: 
SKŁADNIKI:
70-80 dkg mięsa mielonego (najlepiej mieszane wieprzowo – wołowe), 
duża cebula, 
2 ząbki czosnku, 
sól, ulubione zioła i przyprawy (ja dałam natkę pietruszki, lubczyk, majeranek, troszkę kminku, pieprz i chili), 
2 jajka, 
kilka łyżek tartej bułki, 
kilka łyżek wody lub bulionu. 
WYKONANIE:
Czosnek przecisnąć, cebulę zetrzeć na tarce, już to obadałam, że dodana na surowo lepiej smakuje. Wszystkie składniki dobrze wyrobić, aby masa stała się kleista. 
Wyłożyć do foremki (ja miałam silikonową) i piec około 45 minut w piekarniku, na środkowej półce, w temp. 200 stopni. Ponieważ z mięsa wypłynie na początku dużo soku, trzeba uważać, by nie ładować do foremki kopiato, bo nam zrobi masakrę w piekarniku. W jakieś tam wysypywanie tartą bułką też nie ma co się bawić, bo i tak rozmięknie od soku. Gdyby „chytało z wirzchu” trzeba przykryć folią aluminiową (błyszczącą stroną do góry). 
Co do sosu grzybowego, to najpierw - bez rozmrażania - obsmażyłam dość mocno grzyby (w nadziei, że te jakieś tam listerie czy inne bakterie, które ewentualnie zaatakowały, się wysmażą cha, cha, cha!!!), potem dopiero podlałam wodą i dodusiłam w towarzystwie lekko zezłoconej na maśle cebulki. Tego masła dużo :-)
Bardzo podkręca smak odrobina tymianku i czosnku suszonego. I śmietanka słodka (taka 18-tka wystarczy); gdyby nie chciała zgęstnieć można dodać ciutkę mąki. 
Oczywiście Hurma i Czereda nie czekała, czy nie zacznę się czasem wić w mękach, zignorowali moje ostrzeżenia i zeżarli tę pieczeń na pniu, obficie polewając sosikiem.

sobota, 22 marca 2014

Placki z kukurydzą i ziołami


Hurma i Czereda niemal co tydzień robi pizzę. Owszem, sami gotują i sami się zrzucają na składniki (bo Matula zrzędzi, że pełna lodówka jedzenia, a oni se jeszcze picce umyśleli), ale potem z tyłu lodówki „odkrywam” wyschnięte resztki salami z Biedro, dziesięć pozaczynanych keczupów (też z Biedronki) i pootwierane puszki kukurydzy (wiadomo skąd, bo tam taniej i dużo w puszce). 
Potwory wyjeżdżają, a ja muszę się głowić, co robić z tymi resztkami, bo wyrzucić szkoda. I tak narodziły się placki z kukurydzą, dla których inspiracją były te placuszki z bloga „Filozofia Smaku”. 
To podstawowe składniki wg pani Malwiny:
  • 1 szklanka mąki
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • pół łyżeczki soli
  • spora szczypta pieprzu
  • 1/4-1/2 łyżeczki chili w proszku
  • pół pęczka natki pietruszki, posiekanej
  • 2-3 dymki, posiekane
  • 1 jajko
  • 1 szklanka maślanki
  • 1 łyżka oleju
  • pół szklanki kukurydzy
Moje różnią się brakiem chili, dodaniem oprócz pietruszki posiekanego oregano i sposobem podania – z sosem ziołowo- czosnkowym. 
No i oczywiście moje zdjęcie się nie umywa do pierwowzoru, ale dobrze, że w ogóle jest, a to dzięki uprzejmości Bratowej, która akurat była z młodszą linią Hurmy i Czeredy (Janek i Zuzianka), więc mi pstrykła komórką. 
Placki są bardzo smaczne, puszyste, ta kukurydza tak fajnie chrupie, no i roboty nie ma przy nich wcale.

sobota, 8 marca 2014

Malfatti ze szpinakiem w maśle szałwiowym

Dzisiaj jest Dzień Kobiet i Marzynia postanowiła kulinarnie dopieścić SIEBIE. Jurand pojechał do dziewczyny, Martik skosztował i powiedział, że ten parmezan mu nie pasi, a Pasiu (wierny "zięciu") owszem, powiedział że pyszne, ale załapał się już tylko na 4 kluseczki. 
Bo resztę zeżarła Matka.
Moje malfatti rzeczywiście wyglądają tak, jak się nazywają, czyli "niedbale" albo "brzydko zrobione", ale smak wynagradza niedostatki anturażu. Są miękkie, rozpływają się wręcz w ustach (chociaż nie są paciajowate), mają mocno wyczuwalny smak szpinaku, a lekko czosnku i gałki muszkatołowej. Parmezan i ząbek czosnku zaostrzają smak, no a to masełko szałwiowe, z chrupiącymi listeczkami to już poezja...
I na dobre im wyszło, że miałam tylko 250-gramowe opakowanie ricotty i dodałam drugie tyle twarogu, bo chociaż "złamałam" (he he, Okrasowa się znalazła) przepis, ale nasze twarogi są kwaskowate i kluseczki wg mnie były jeszcze lepsze.
Przepis jest tu (klik!), nie ma sensu przepisywać, bo pani Ewa zrobiła to dokładnie, moim odstępstwem było zmniejszenie ilości gałki do pół łyżeczki i wciśnięcie dużego ząbka czosnku do masy serowej. No i nie z sosem pomidorowym, tylko z ziołowym masełkiem. 
No nie ma co więcej gadać - musowo zrobić :-)