czwartek, 15 sierpnia 2019

Sos z cukinii, pomidorów i bazylii do pizzy, ryżu, makaronu

To kolejna propozycja z cyklu: "Co zrobić z cukinii na zimę?" Jest to smakowita propozycja :-) 
Już dawno mam za sobą etapy cukinii marynowanej (odpadła w pierwszym starciu wiele lat temu), różnych sałatek octowych z jej dodatkiem (odstawiona do lamusa w drugim starciu), a nawet kiszona poszła w kąt (nie wytrzymuje w barażach z ogórkami i rzodkiewkami, nie mówiąc o kiszonych rydzach). Królową jest ta w sosie Ortolana, potem grillowana w sałatce śródziemnomorskiej i w końcu ta w postaci pysznych sosów. 
Zaletą tego sosu jest to, że jest mało octowy. Robię także keczup z cukinii, ale on już jest bardziej zakonserwowany octem (tym moim z siedmiu ziół, który jest bardzo mocny, a mimo to zachowuje niezwykły aromat). Dlatego powyższy sosik wymaga długiej pasteryzacji, co jest ewenementem w mojej kuchni - tylko sałatkę rydzową i mięso w słoiku jeszcze mocniej pasteryzuję. Warto jednak nawet podwójnie ją gotować w słoikach, bo ma wtedy wiele walorów świeżo zrobionego "musu", bez dominującej nuty kwasowości, a raczej się nie zepsuje nawet w ciepłej piwnicy. No i w tym przetworze można wykorzystać spaślaki, zawsze czające się złośliwie w gąszczu cukiniowych liści :-D
SKŁADNIKI:
cukinia,
pomidory (fajnie, jak się ma już swoje, ale zawsze można się posiłkować Bio-passatą np. z Biedry),
cebula, 
czosnek,
dobry ocet,
sól, cukier, pieprz, papryka w proszku,
bazylia*
oliwa z oliwek lub dobry olej.
WYKONANIE:
Kabaczki obrać ze skórki, wydrążyć gniazda nasienne razem z tą gąbką, zetrzeć na grubej tarce. Takoż postąpić z cebulą, którą dodać do cukinii. Porządnie nasolić i zostawić, aż puści sok. Dobrze odcisnąć, wrzucić na rozgrzany w rondlu o grubym dnie tłuszcz. Mieszając przesmażyć, aż massa zrobi się szklista. Pomidory sparzyć, zdjąć skórkę, odcisnąć z pestek, pokroić, i dodać do duszącej się pulpy. Puszczą dużo soku i warzywa zdążą zmięknąć a nawet rozgotować się (podobnie będzie, gdy dodamy passaty). Ilość pomidorów czy przecieru wg uznania, gdyby wydawało nam się zbyt mało pomidorowe, trzeba poratować się koncentratem - to nie grzech ;-) Pod koniec duszenia wcisnąć czosnek, a tuż przed pasteryzacją - bazylię. Doprawić do smaku cukrem, octem, pieprzem, papryką. 
Pakować do słoików różnej wielkości i pasteryzować - ja na sucho, w temperaturze 100 stopni z termoobiegiem (jest wyższa niż wskazuje termometr, termoobieg tak ma). Trzeba czaić, kiedy zawrze - dlatego te mniejsze słoiczki stawiam bliżej drzwiczek, bo nie jara ich tak grzałka z termo, no i szybciej się gotują z racji rozmiaru. Kiedy zaczynają bulkać (nieraz trwa to z 15-20 minut) "piekę" je jeszcze z 15 minut. Czasami zawartość tak buzuje, że wycieka przez pokrywkę - warto podłożyć folię alu, bo czyszczenie blachy nie jest miłe. Nie wiem, jak to się dzieje, ale te, które "popuściły" przeważnie trzymają się jeszcze lepiej - taki słoik właśnie jest na zdjęciu. Tak go spiekło, że zassało na amen i pogięło pokrywkę.
Wczoraj robiłam pizzę z tym sosem - to super sprawa: odpalasz słoik, połowę smarujesz na placek pod składniki, a resztę mieszasz np. z jogurtem czy majonezem i można zapomnieć o kupnych keczupach (zawartość cukru jest w nich porażająca!)
I tylko jedno mię dręczy... sny, że znowu mieszam w garze z cukinią...
* bazylia z grządki - to jakaś inna bajka! Ludzie, którzy znają ją tylko z doniczki w supermarkecie niech wiedzą, że człowiek, który wyhodował sobie swoją NIGDY  już takiej nie kupi (no chyba, że najdzie go w styczniu...). Bazylia z zagonka jest mniejsza, jakaś bardziej szurpata, ma twardsze liście -  a jednocześnie taki aromat, że te perfumowane się nie umywają! To jak wanilia i cukier wanilinowy :-)

 

 

środa, 7 sierpnia 2019

Sos ortolana na zimę - najsmaczniejszy pomysł na cukinię!

Mogę stwierdzić z całą pewnością, że jest to najsmaczniejszy sos warzywny, jaki kiedykolwiek wytworzyłam. A pamiętajcie, że Wataha Jarzębiaka jest mięsożerna i skoro oni to potwierdzili, to znaczy się: dobry jest :-D
Poza walorami smakowymi (ach, te chrupkie warzywa w lekko pikantnym, gęstym sosie!) ma dwie zalety: można go zakonserwować na zimę i pozwala wykorzystać cukinie, które ZAWSZE plonują i ZAWSZE przychodzi bolesny moment, kiedy już nawet kury nie chcą ich jeść... A że nie znoszę marnowania jedzenia, więc dwa razy przeczytałam Internet i znalazłam przepis - ojca, którego syna wam podaję (myślę, że jest jeszcze lepszy).
SKŁADNIKI:
4 duże cebule,
2 cukinie spaślaki (zawsze się takie uchowają, żeby nawet 2 razy dziennie zbierać te młode),
3-4 małe, bez gąbki w środku (lub kilka tych żółtych, które zrywam już w stadium parówek i kroję w plasterki),
litr passaty (najlepsza domowa, ale gdy nie miałam jeszcze pomidorów robiłam z kupnej, a raz dodałam koncentrat i też było smacznie),
pół kilo marchewki,
duży seler (moim zdaniem powinien być, doskonale podkręca smak),
2-3 kalarepy, albo (no bo już nie mam swojej) papryki opieczone i obrane ze skórki, albo pokrojona w małe ciuczki szparagówka, albo młody groszek - no po prostu co kto ma ochotę tam wsadzić,
dużo czosnku,
natka pietruszki lub bazylia,
można dać chili w strączkach, 
przyprawy: słodka i ostra papryka, pieprz, oregano, zioła prowansalskie, liście laurowe, ziele angielskie, rozmaryn - wg uznania,
cukier i sól,
ocet domowy (u mnie ziołowy) albo balsamiczny albo winny,
oliwa.
WYKONANIE:
Cebule i 2/3 czosnku pokroić. W dużym rondlu o grubym dnie rozgrzać tyle oliwy, żeby dobrze przykryła dno.  Zeszklić czosnek i cebulę wraz z tymi "twardymi i suchymi" przyprawami (bo one potrzebują dłuższej obróbki cieplnej). Odcedzić (uwaga Zuzia: nie na plastikowym sitku!). Oliwę wlać z powrotem do rondla. Na dużym ogniu obsmażyć pokrojonego w kostkę selera (nie rumienić. I nie spalić oliwy!), odcedzić, lekko posolić i przemieszać, a potem po kolei potraktować tak wszystkie twarde warzywa.  Młodą cukinię smażyć dosłownie chwileczkę, niech tylko straci smak surowizny. Jeśli mamy pieczoną paprykę - nie obsmażać, bo się nam potem rozlezie przy pasteryzacji. Wszystkie warzywa możemy wrzucać do jednej miski, z wyjątkiem tej cebuli z czosnkiem (bo ona jeszcze będzie duszona z cukinią).
No wiem, jest z tym troszkie certolenia, ale obadałam, że wtedy warzywa pozostają chrupiące w gotowym sosie.
Duże cukinie zetrzeć na tarce o grubych oczkach, posolić, po chwili lekko odcisnąć i wrzucić na wciąż tę samą oliwę (dzięki takiemu mykowi sos nie jest tłusty). Dodać cebulę i dusić, aż cukinia będzie miękka. Wyłowić liście laurowe i kulki ziela (oczywiście nie musi się tego robić, ale sarkają potem, psiajuchy! przy poławianiu z gorącej brei łatwiej jest, gdy się zapamięta ile się tego dało; kulki ziela dawać te największe, gdy spęcznieją to łatwo je wygrzebać). Następnie dodać pomidory, doprawić octem, cukrem, papryką, pieprzem, ewentualnie solą i niech sobie pyrka, aż będzie gęsty. Kto chce, może go zmiksować (ja nie chciałam). 
W tzw. międzyczasie umyć słoiki i wyprażyć je w piekarniku (razem z nakrętkami, ale te wyjąć wcześniej, bo gumowanie pójdzie) na termoobiegu 90 stopni. Więcej nie trzeba, bo termoobieg i tak ma wyższą temperaturę, niż się nastawi. Chodzi o to, że gdy będziemy pakować sos do słoiczków to i one powinny być gorące, i piekarnik nagrzany.
Do wrzącej massy cukiniowo-pomidorowej wrzucić warzywa, zieleninę i wcisnąć resztę czosnku (tamten pierwszy i tak już jest kremem dla niemowląt). "Uchycić" pożądany smak i ostrość.
Słoiki wyjąć z piekarnika (Jessu, dziewczynki uważajcie! nie róbcie tego w kuchennych pikowanych łapkach, przypominających te rękawice dzieci kołchoźników z ruskich kreskówek; polecam ogrodnicze z grubej bawełny, pięciopalczaste) i szybko, małą chocheleczką, przez szeroki lejek napełniać sosem. Dobrze zakręcić i od razu siup do piekarnika. Pasteryzować na sucho, aż zawartość zawrze w słoikach. Pozostawić w wyłączonym, zamkniętym piekarniku do wystygnięcia. 
Taki sosik jest wspaniały do ryżu, makaronu, na pizzę, do mięs, a nawet pożerany solo z białą bułeczką :-)

P.S. Na górnym zdjęciu jest sos z kalarepą i natką pietruszki, a na dolnym z plastrami żółtej cukinii i pieczoną papryką (oprócz marchewki i selera, ma się rozumieć :-))
 

czwartek, 1 sierpnia 2019

Bułeczki razowe dla rannych ptaszków

To prawda - rosną, kiedy my śpimy (jak paznokcie, hie hie), ale chybabym je "idealnymi" nie nazwała. Idealne bułeczki nocne to były kajzerki od naszego miasteczkowego piekarza-prywaciarza, o jedynie możliwym pseudonimie: Bochen. Bladym świtem za ciemnej komuny, przyniesione przez babcię do domu, są już tylko wspomnieniem, ewokowanym przez namiastki ich cudownego zapachu ...
Niemniej upiec warto - są bardzo smaczne i chrupiące z wierzchu, a należycie miętkie w środku. Są jednak dla rannych ptaszków, bo aby H&C miała je w łapkach ZANIM pójdzie do szkoły czy pracy, to ktoś (czytaj: Matka) musi wstać co najmniej godzinę wcześniej, rozgrzać piekarnik na maksa (u mnie: 20 minut), upiec i wystudzić, coby nie poparzyli wzmiankowanych łap wydzierając se te kilka bułeczek :-D
Ewentualnie, jeśli ma się białą noc jak dzisiaj (wczoraj, po burzy, nie było prądu. Co może robić kobita na wsi? - legnąć i spać. I nadrobić tego spania na następne 48 godzin), to już można się za nie zabrać.
Przepis znajduje się tutaj, dokładnie opisany przez panią Adriannę.  
Jeśli mogę coś doradzić, to zamiast świeżych drożdży  (rzadko dostępnych jako naprawdę świeże w naszym wiejskim Żeleźnioku) można - jak ja - dać torebeczkę suszonych. No i cukru dałam łyżeczkę, bo nie byłam pewna, czy te suszki ruszą moje mąki (i razową, i białą mam swojską, od Cioci). No i tradycyjnie, w trakcie pieczenia, spsikałam dno piekarnika dwukrotnie z mojego kultowego pryskacza, żeby się skórka wychrupczyła. Można też pryskać metodą Babci Broni (czyli wargowo - paszczową), ale raz, że dzieci się krzywo na mnie patrzą, a dwa: strasznie gorąc wali w paszczę ;-)

piątek, 26 lipca 2019

Frużelina wiśniowa

Robienie soków metodą babcinową (klik!) ma tę zaletę, że zostają wspaniałe owoce, które można przerobić na co się chce (w sensie kulinarnym, nie makgajwerowskim :-D)
Moje wiśnie zostały frużeliną: w galaretko - kisielu zanurzone są niemal całe soczyste owoce. Jak pisze nieoceniona Dorotuś z "Moich Wypieków" (cyt.): Frużelina - owoce w żelu. Wyglądem przypomina kisiel, jest jednak bardziej błyszcząca (dzięki żelatynie), a konsystencją jest zbliżona do lekko tężejącej galaretki. Doskonały dodatek do każdego deseru - lodów, panna cotty, gofrów, naleśników, serników... można tak długo wymieniać :-). Na blogu często wykorzystuję ją do tortów, a krem z jej dodatkiem jest najlepszym owocowym kremem do babeczek!
Ja już widzę H&C, jak pchają do paszcz te babeczki... 
SKŁADNIKI:
owoce odcedzone z soku Babci Myszki (w oryginale świeże lub mrożone),
1 łyżeczka żelatyny na każde 50 dkg owoców (mniej o połowę niż u Dorotki, bo jest mało soku),
1 łyżeczka mąki ziemniaczanej, rozbełtanej w łyżce zimnej wody, na każde 50 dkg owoców,
ew. sok z cytryny do smaku.
WYKONANIE:
Do wiśni wlać mąkę, zagotować. Dodać rozpuszczoną w minimalnej ilości wody żelatynę, mieszać do jej rozpuszczenia (już nie gotować). Taką niemal wrzącą pakować do słoiczków, mocno zakręcić, pasteryzować 15 - 20 minut.
Gdyby po zastygnięciu wydawała się nam zbyt gęsta - wystarczy dodać troszkę gorącej wody i wymieszać (gdy chcemy np. polać lody). Ale do kremów do ciast dobra jest taka bardziej sztywna.  

sobota, 20 lipca 2019

Ocet z siedmiu ziół

Nie jest to jeszcze co prawda słynny "Ocet siedmiu złodziei" (ten zapewne także wytworzę, na epidemię dżumy będzie jak znalazł), ale naprawdę ma siedem składników. Jest owocem wyprawy na ostatnie kwiaty czarnego bzu sprzed miesiąca. Niestety, było ich tak mało, że trzeba było domieszać inne chwaściki. No i wędrowałam z koszyczkiem po naszych łąkach i namaniły się pod rękę:
czerwona koniczyna, ostatnie płatki róży cukrowej, płatki bławatka, mięta,  babka zwyczajna i krwawnik. 
Proces produkcji octu jest banalnie prosty. Poprzednie wpisy oraz moje mentorki tłumaczą to jasno (np. tu i tu). Mnie też wydawało się, że to jakaś wiedza tajemna, ale jeśli ma się odrobinę cierpliwości, no i dostęp do surowca, no to każdy może go zrobić ku radości i odporności :-)
W jego aromacie dominuje świeży zapach mięty i bardzo łagodny, słodkawy koniczyny. Niestety, wcale nie czuć róży, ale to trzeba pewnie wytworzyć macerat. Tym zabawimy się za rok!

poniedziałek, 15 lipca 2019

Sok wiśniowy, malinowy i porzeczkowy Babci Myszki oraz co zrobić z owocami po soku

Soki robione metodą Babci Myszki (BB nie robiła soków za mojej pamięci) są najlepsze. Tajemnica ich cudownego smaku polega na tym, że nie są robione w sokowniku, tylko metodą wyekstrahowania (??) soku z owoców cukrem.  Tu oczywiście ktoś może się obruszyć, że tyle cukru to pewna śmierć w męczarniach, ale jeśli nie pożera się cukru w kupnych słodyczach czy napojach, to słodzenie herbatki czy wody takim rarytasem jest warte odejścia od ortodoksji :-D
SKŁADNIKI:
na kilo owoców po wydrylowaniu - kilo cukru (nie, nie miodu ani ksylitolu ani czegóś tam),
pół łyżeczki kwasku cytrynowego (może być sok z cytryny, ale kwasek dodatkowo konserwuje i lepiej utrwala kolor).
WYKONANIE:
Wiśnie wydrylować (najlepsze jest szydełko, ale wsuwka do włosów tez daje radę). Najlepiej robić to na polu pod szczepem, bo obsikanie CAŁEJ kuchni pewne. Zważyć sobie te wisienki i odmierzyć cukier. W dużym słoju wsypywać warstwami: owoce - cukier. na wierzch nawalić czapę z cukru. Obwiązać gazą, przykryć talerzykiem i postawić na oknie (nie wiem, czemu na oknie, ale babcia tak robiła i tak ma być!). 
Po mniej więcej tygodniu wiśnie puszczą dużo soku, więc odcedzamy przez druszlak (durszlak). Sok zagotowujemy krótko i przelewamy do wyparzonych buteleczek czy słoiczków; te, którym nie zassały zakrętki można spasteryzować na sucho lub mokro (ja tego nie robię). Z owoców robimy dżem, konfiturę czy frużelinę, bo są nadal soczyste i niezmiernie pyszne!
dodano 17 lipca:
Taką samą metodą można robić sok chyba z każdych owoców (no, może z wyjątkiem tych bardzo twardych). Wartością dodaną jest ten dżemik czy konfiturka. Tylko maliny trzeba przetrzeć przez sito po odcedzeniu soku, bo zostaje mnóstwo pesteczek. Można także przetrzeć porzeczki - powstaje gęsty mus do lodów i deserów... a z wiśni frużelina (w osobnym poście).
sok malinowy
konfitura z czarnej porzeczki, wspaniała do mazurków pod kajmak, masę krówkową czy czekoladę

Tarte kiszone ogórki na zupę (na zimę)

Nawet najbardziej skrzętnemu ogrodnikowi trafiają się ogórkowe potwory. Zawsze jakieś spaślaki zakamuflują się pod liśćmi i odkrywszy je nie bardzo wiadomo, co z nimi zrobić. Ale jest fajny sposób, bardzo praktyczny w zimie, gdy trzeba szybko ugotować zupę. Technika kiszenia jest dokładnie taka sama, jak przy całych ogórkach (klik!), jedynie wstępna obróbka pochłania więcej czasu. No ale na wakacjach...  z pomagierami pod ręką... warto!
Robiłam w dwóch wersjach: obierane ze skórki i tarte ze skórką. Jednak w tych "ze" przeszkadzało mi, że twarda, więc wpadłam na salomonowe wyjście: ogórki starte bez skóry, ale za to dodaję ją do słoika (lepiej się kiszą). Wygrzebać obierki, koper, czosnek i chrzan to potem już żaden problem.
I kolejny pomysł na zdrowe kiszonki dla naszych jelitowców zrealizowany :-) 

poniedziałek, 8 lipca 2019

Śródziemnomorska grillowana cukinia na zimę

Ten bardzo dobry przepis znalazłam na blogu "Ogrodnik w podróży" i ciut go zmodyfikowałam (klik!) Jest tam dokładnie opisany i zilustrowany proces wytwarzania tego "lata w Toskanii w słoiczku". Moje zdjęcie jest tragiczne wręcz, ale obiecałam koleżance, że wrzucę tę sałatkę, a gdy jest tyle roboty, to nie ma czasu się certolić z sesjami foto :-D 
Warto skorzystać z tego pomysłu, zwłaszcza, gdy cukinie już się proszą o przerób, a nie przepadamy za tradycyjnie marynowanymi.
SKŁADNIKI:  
5-6 małych cukinii,
1 główka czosnku,
2 łyżki suszonych pomidorów (warto mieć swoje),
2 łyżki zielonych oliwek bez pestek,
4 młode cebule,
pęczek świeżej bazylii (razem z łodygami),
świeże (lub suszone) zioła - pasuje oregano i rozmaryn,
olej do smażenia,
sól, pieprz
NA ZALEWĘ: 
4 szklanki wody,
4 łyżki octu balsamicznego,
3 łyżki miodu,
1/2 łyżeczki chilli,
1 łyżka soli.
WYKONANIE:
Cukinię trzeba pokroić (ze skórką) w plastry troszkę grubsze niż ogórka na mizerię. Na patelni grillowej (albo jak u mnie żeliwnej) smarowanej pędzelkiem olejem/oliwą do smażenia zrumienić te plasterki, a potem cebulę (już wrzuciłam byle jak, bo zabawa z odwracaniem cukinii mnie znużyła). Smażyłam na dość dużym ogniu, bo chciałam, aby pozostały jak najbardziej twarde (potem przecież pasteryzacja). W misce wymieszać warzywa z pozostałymi składnikami i dopóki gorące pakować do słoików i pasteryzować 20 minut (ja w piekarniku, "na sucho").
Gdy po tygodniu otworzyłam z ciekawości jeden słoiczek zjedliśmy po prostu z chlebem, taka jest dobra!



środa, 3 lipca 2019

Ocet z kwiatów bzu czarnego

Proces wytwarzania tego octu jest dokładnie taki sam, jak z mniszka lekarskiego (o tu klik!).
Ten jest najlepszy, jaki piłam - cudownie pachnie kwiatem bzu!  Chyba najpiękniejszy hymn pochwalny na jego cześć napisała pani Magdalena z bloga "Lepsze życie", naprawdę warto przeczytać, bo panegiryk nie jest przesadzony nic a nic (tutaj link).
Widać, że mój jeszcze bąbelkuje, bo wydawał mi się zbyt słaby po zlaniu (stał 4 tygodnie, dopóki kwiaty nie opadły), więc dodałam 3 duże łyżki miodu i nadal pracuje. Starterem był ocet z mniszka, bo jabłkowy już się skończył.
Moje octy robią się na okrągło - jeden napędza drugi. Bio-perpetuum mobile :-) Następny w kolejce jest ten z siedmiu ziół, pojawi się na blogu niebawem, bo już jest "opadnięty".
P.S. Gdy niosłam go do ogrodu na sesję, pan Ździchu (który stawia u nas garaż) zakrzyknął "Dawej tu!", ale Wujo go uświadomił, że Marzyna nie robi bimberku, ino ocet, nie wiedzieć po co :-D

wtorek, 25 czerwca 2019

Kiszone rzodkiewki

Jeśli ktoś - nie wiedzieć czemu - pomyślał, że to klopsiki wieprzowe w rzadziuśkim sosiku, to jest w błędzie! To są eko, bio, wege i gluten free rzodkiewki z mojej grządki, zakiszone jak ogórki. Nie ma w nich kopru, bo jeszcze nie miałam baldachów, a dopiero potem przeczytałam, że można dać z zeszłorocznych ogórków kiszonych (a jeszcze mam swoje). Proces jest dokładnie taki sam jak w przypadku ogórków (klik!), mniej więcej po tygodniu są już kwaśne. Zjedliśmy jeden słoiczek - fajne, nietypowe, kwaśne i ostre jednocześnie. I oczywiście - jak wszystkie kiszeliny - baaardzo dobre dla brzuszka :-)

czwartek, 20 czerwca 2019

Tort truskawkowy z kremem z serka mascarpone i bitej śmietany

Ten sposób zdobienia torcików z truskawkami widzieli już nawet Pigmeje i Indianie Yanomami, ale Martusi udało się osiągnąć efekt owocowego jeża bez usztywniania kremu żelatyną. Zdjęcie jest ze świąt wielkanocnych - niestety ZANIM wydałam mężowi zakaz kupowania czegokolwiek spoza listy oczywiście kupił (w kwietniu!) bajeranckie truskawki za niemniej bajerancką cenę. Jego dzielny piekarz Martik wykonał mu to dzieło i udekorował z miłością ;-D
Dzisiaj mamy już swoje owoce, nietknięte chemią i zamierzamy jutro (bo też święto) powtórzyć tę pyszną pyszność. Ciasto jest wspaniałe, bardzo delikatne i lekkie!

SKŁADNIKI:
Na ciasto:
6 jajek (osobno żółtka i białka),
6 łyżek z lekką górką mąki (5 pszennej tortowej i 1 ziemniaczanej),
6 płaskich łyżek cukru pudru,
1 łyżeczka proszku do pieczenia,
szczypta soli
Na krem:
500 g serka mascarpone (dwa z Piątnicy),
400 g śmietanki 30% (też Piątnica, oni mają opakowania po 400 g.),
3-4 łyżki cukru pudru,
ekstrakt waniliowy (albo ziarenka z jednej laski wanilii).
WYKONANIE:
Panię z białek ubić na sztywno (ale nie do stadium waty cukrowej) z cukrem i solą. Domieszać już trzepaczką, delikatnie, rozbełtane żółtka i mąki z proszkiem. Można też sposobem mojej Mamy: przesiać mąkę na piankę i łopatką tak jakby podbierać masę z dołu i wykładać na górę, dopóki obie ingrediencje się nie zmieszają. Wylać do wyłożonej papierem na dnie (boków nie smarować!) tortownicy i piec do złotego koloru (jakieś 30 minut) w temperaturze 170 stopni. Studzić w tortownicy.
Wykonanie kremu jest banalnie proste. Zimny serek i zimną kremówkę pakujemy do miski, ubijamy na najniższych obrotach dodając stopniowo cukier i aromat, na koniec dajemy im więcej gazu, dopóki nie zesztywnieją. Jeśli ciasto ma być dłużej przechowywane to chyba nie obejdzie się bez zagęstnika albo żelatyny, ale gdy H&C już napiera, kapiąc śliną jak wilkołaki, to krem utrzyma owoce :-)
Aha, i te truskawki nie były stabilizowane żadną galaretką, co się często praktykuje, bo Martik nie lubi. Wytrzymały do wielkiego poniedziałku (od soboty).

 

niedziela, 16 czerwca 2019

Syrop różany

Sezon na różę cukrową (zwaną pomarszczoną) już się u nas kończy. Czyhałam na jej płatki rano i wieczorem i udało mi się zrobić kilkanaście buteleczek cudownego syropu. Niestety, nigdy nie zebrałam z 2 krzewów takiej ilości na raz, by wystarczyło na ucieraną na zimno konfiturkę Babci Broni, ale na syrop wystarczy nawet dwie szklanki płatków. Przepis jest bardzo prosty, a smak (i zapach!) - zniewalający :-)
SKŁADNIKI:
na 2 szklanki płatków róży - 
1 szklanka wody,
1 szklanka cukru,
1-2 szczypty kwasku cytrynowego (można dodać sok z cytryny, ale kwasek lepiej konserwuje)
WYKONANIE:
Płatki rozsypać na białej ściereczce (gdy mam więcej wykorzystuję prześcieradło) i przepatrzeć, czy nie ma robaczków. Do syropu nie trzeba odcinać białych końcówek, bo goryczki wcale nie czuć, no chyba że mamy pod ręką niewolniczą siłę roboczą w postaci potomstwa :-D Zalewamy zimną wodą, dodajemy cukier i kwasek, i pomalutku podgrzewamy. Gdy cały cukier się rozpuści sprawdzamy, czy czuć leciuteńki smak kwasku lub soku z cytryny, jeśli nie - dodajemy jeszcze ciut. Gdy już niemal wrze, odstawiamy do wystygnięcia (w lodówce może stać do następnego dnia). Procedurę powtarzamy, starając się go długo nie gotować, bo wtedy ulatnia się duża część aromatu. Gdy płatki staną się szkliste i niemal stracą barwę wlewamy wrzący płyn do buteleczek i odwracamy je do góry dnem. Ja nie pasteryzuję, ale gdy ktoś się boi to pewnie można. Najwspanialszy jest na zimno, z wodą i octem z mniszka lub bzu. 
 P.S. Po zrobieniu zdjęć w ogrodzie okazało się, że na jednym zapozował z tyłu nasz Eduardo, oblizujący sobie nos. Nie ma to jak bohaterowie drugiego planu :-)

poniedziałek, 10 czerwca 2019

Ocet z mniszka lekarskiego

W poszukiwaniu miejsca i światła na zdjęcie polazłam aż do ciotczynego sadu, na dechy podłogowe. Siedzący pod szczepem Wujo ocknął się ze stuporu (wiadomo, niedziela, robić nie można, a upał usypia), bo myślał, że niosę mu kielicha. Fakt, że wygląda to nieco jak mętny bimberek, no i jeszcze to naczynie... Na wiadomość, że to ocet z mlecza spojrzał na mnie jak na raroga, a propozycję skosztowania skwitował filozoficznie: "Jeszczem nie zgupioł, żeby ocet pić!", po czym wrócił do rozmyślań o dziwactwach przeflancowanych na wieś miastowych. Na PRAWDZIWEJ polskiej wsi ocet piją tylko "dziwochy" (tak się u nas mówi na dziewczęta), które nijak nie mogą schudnąć, a muszą, bo legginsy się wrzynają i chłopy pod geesem się podśmiechują pożądliwie. 
My zaś zakochaliśmy się w octach od zeszłej jesieni, kiedy to zasypały nas tony jabłek psiar i nie wiadomo było już, co robić z nimi. I to był strzał w setkę! 
O occie jabłkowym napiszę w jesieni, bo został mi już z niego tylko pieczołowicie przechowywany "zaczyn", którym zaszczepia się kolejne nastawy. Ocet z mniszka jest przepyszny (jak i jabłkowy zresztą, ciekawam też tego z czarnego bzu, który już tam w słoju pracuje) - orzeźwiający, pachnący, a o jego zdrowotnych właściwościach nawet nie będę pisać, bo internet pęka od ochów i achów, jak najbardziej słusznych. Robi się go niesłychanie prosto, właściwie jedyną trudnością dla niektórych może być znalezienie łąki z czystym, nie skażonym opryskiem, spalinami czy gnojowicą (ulubiony na wsi sposób na bujną trawę) mleczem. 
Przepis wzięłam od Hajduczka (klik!), Ona jest po prostu moim guru! Oczywiście nie liczyłam kwiatków, poszłam w sprawdzoną metodę "na oko", czyli napakowałam pół słoja i odmierzyłam tylko cukier (trzy łyżki na każdy litr przegotowanej wody; mamy swoją dobrą wodę ze źródła). Cyrknęłam trochę octu jabłkowego, żeby dać mu startowego kopa, chociaż Hajduczek pisze, że i bez tego się zrobi i bełtałam energicznie 2 razy dziennie. Dość szybko główki kwiatków rozpadły się i nawet troszkie się spietrałam, bo ciecz w słoiku wyglądała jak pobrana z bagienka w lesie, ale po 3 tygodniach muto opadło i można było go przecedzić przez pojedynczą gazę. Hajduczek filtruje przez pieluchę, ja nie robię tego tak dokładnie, bo chciałam zachować ten pyłek z mlecza. W kieliszku na zdjęciu jest prawie klarowny, a to dlatego, że żółte cząstki zostały na dnie słoja, a nabierałam chocheleczką.
Najczęściej pijemy go z wodą i miodem jako napój albo z herbatą (nie wrzącą) zamiast cytryny. No pycha! I bardzo dobrze robi na jelitka :-)

czwartek, 21 marca 2019

Jak wyhodować kiełki w domu - w słoiku!

Nie spodziewałam się, że jest to takie proste. Każdy ma w domu litrowe słoiki, gumki recepturki i gazę, a wybór nasion  w sklepach jest ogromny (trzeba jednak kupić specjalne nasionka na kiełki, takie do uprawy w ziemi mogą być zaprawiane i nie nadają się). Ja hodowałam już kilkakrotnie rzodkiewkę (szybciutko rośnie, a jej lekko pikantny smak świetnie ożywia kanapki i sałatki), lucernę (smakuje jak młode strączki groszku) i buraczki (dość długo rosną i mają charakterystyczny, ziemny posmak botwinki).
Jedyna praca to płukanie nasion w słoikach. Bardzo przystępnie wyjaśnia to pani Dorotka (i stu innych blogerów i vlogerów, ale po raz pierwszy natrafiłam na ten sposób właśnie u niej, więc polecam). 
Cały opis jest tutaj - klik!
Od siebie mogę dodać, że słoiki nie muszą być ukośnie ustawione na podstawkach - u mnie po prostu leżą na boku na zimnym kaloryferze pod oknem (bo powinny być w półcieniu). Woda, którą je płuczemy (pod kran, nalewamy, bełczemy i wylewamy - wszystko bez zdejmowania gazy) dokładnie się odlewa przez tę gazę i nie ma obaw, że będą gniły. Gdy są już wyrośnięte trzeba je wygarnąć do miski i kilkakrotnie odpłukać mieszając palcami - łuski z nasion albo będą pływać po wierzchu, albo zostaną na dnie. Troszkę trudniej jest oddzielić nasiona od kiełków buraka, ale są dość duże, więc bez problemu można je powybierać. 
Hurmo i Czeredo - do dzieła! Złota we Wisłoku nie odpłuczemy, ale nieco zdrowia na wiosnę można wybełtać :-D  

niedziela, 17 marca 2019

Probiotyczny napój z kiszonej pietruszki

Nasza ekopietruszka, pieczołowicie przechowywana w piwnicy, dożywa swoich dni i już wiadomo, że nie zjemy całej w zupie czy sałatce. Dlatego bardzo zainteresowała mnie propozycja, wyszukana u przemiłego Hajduczka na tej stronie. Autorka określiła go celnie jako: "probiotyczny na maksa i do granic wytrzymałości". Wiem, że można kisić praktycznie wszystko, ale o pietruszce nawet nie słyszałam. No i wyszedł prawdziwy bio napój, kwaskowaty, orzeźwiający, lekko musujący, w sumie mało pietruszkowy (smakuje jak woda z ogórków kiszonych nie wiedzieć czemu z pietruszką). Jedyna wada - jak dla mnie zbyt słony przy tych proporcjach, dlatego mieszaliśmy go pół na pół z sokiem z buraków.
Niestety, jestem pewna, że trzeba mieć swoje, uchowane bez żadnej chemii warzywa. Spojrzyjcie na zdjęcie poniżej - są na nim "czapeczki" z obierania pietruszki, wzorem Hajduczka nastawione na natkę w talerzyku z wodą. 
 Ten zżółknięty alien w środku to wierzchołek z kupnej pietruszki, zaprawionej jakimś świństwem, by nie kiełkowała w przechowalniach. Kiedy moje już się zazieleniły, biedna udręczona chemią pietrucha wydała z siebie tylko poskręcane sznureczki... 
Zapraszam do bardzo dokładnego opisu na stronie mentorki i na zdrowie!