czwartek, 21 marca 2019

Jak wyhodować kiełki w domu - w słoiku!

Nie spodziewałam się, że jest to takie proste. Każdy ma w domu litrowe słoiki, gumki recepturki i gazę, a wybór nasion  w sklepach jest ogromny (trzeba jednak kupić specjalne nasionka na kiełki, takie do uprawy w ziemi mogą być zaprawiane i nie nadają się). Ja hodowałam już kilkakrotnie rzodkiewkę (szybciutko rośnie, a jej lekko pikantny smak świetnie ożywia kanapki i sałatki), lucernę (smakuje jak młode strączki groszku) i buraczki (dość długo rosną i mają charakterystyczny, ziemny posmak botwinki).
Jedyna praca to płukanie nasion w słoikach. Bardzo przystępnie wyjaśnia to pani Dorotka (i stu innych blogerów i vlogerów, ale po raz pierwszy natrafiłam na ten sposób właśnie u niej, więc polecam). 
Cały opis jest tutaj - klik!
Od siebie mogę dodać, że słoiki nie muszą być ukośnie ustawione na podstawkach - u mnie po prostu leżą na boku na zimnym kaloryferze pod oknem (bo powinny być w półcieniu). Woda, którą je płuczemy (pod kran, nalewamy, bełczemy i wylewamy - wszystko bez zdejmowania gazy) dokładnie się odlewa przez tę gazę i nie ma obaw, że będą gniły. Gdy są już wyrośnięte trzeba je wygarnąć do miski i kilkakrotnie odpłukać mieszając palcami - łuski z nasion albo będą pływać po wierzchu, albo zostaną na dnie. Troszkę trudniej jest oddzielić nasiona od kiełków buraka, ale są dość duże, więc bez problemu można je powybierać. 
Hurmo i Czeredo - do dzieła! Złota we Wisłoku nie odpłuczemy, ale nieco zdrowia na wiosnę można wybełtać :-D  

niedziela, 17 marca 2019

Probiotyczny napój z kiszonej pietruszki

Nasza ekopietruszka, pieczołowicie przechowywana w piwnicy, dożywa swoich dni i już wiadomo, że nie zjemy całej w zupie czy sałatce. Dlatego bardzo zainteresowała mnie propozycja, wyszukana u przemiłego Hajduczka na tej stronie. Autorka określiła go celnie jako: "probiotyczny na maksa i do granic wytrzymałości". Wiem, że można kisić praktycznie wszystko, ale o pietruszce nawet nie słyszałam. No i wyszedł prawdziwy bio napój, kwaskowaty, orzeźwiający, lekko musujący, w sumie mało pietruszkowy (smakuje jak woda z ogórków kiszonych nie wiedzieć czemu z pietruszką). Jedyna wada - jak dla mnie zbyt słony przy tych proporcjach, dlatego mieszaliśmy go pół na pół z sokiem z buraków.
Niestety, jestem pewna, że trzeba mieć swoje, uchowane bez żadnej chemii warzywa. Spojrzyjcie na zdjęcie poniżej - są na nim "czapeczki" z obierania pietruszki, wzorem Hajduczka nastawione na natkę w talerzyku z wodą. 
 Ten zżółknięty alien w środku to wierzchołek z kupnej pietruszki, zaprawionej jakimś świństwem, by nie kiełkowała w przechowalniach. Kiedy moje już się zazieleniły, biedna udręczona chemią pietrucha wydała z siebie tylko poskręcane sznureczki... 
Zapraszam do bardzo dokładnego opisu na stronie mentorki i na zdrowie!

 

sobota, 16 lutego 2019

Cappuccino grzybowe


Oglądając jeden z odcinków programu "Ewa gotuje" (fascynują mnie zwłaszcza śpiewane tam czołówki - majstersztyki słowa i muzy, i tak od lat - co jedna, to lepsza!) zobaczyłam, jak pani Wachowicz robi cappuccino pomidorowe. Wyglądało na pyszne, chociaż mało przypominało kawę, zwłaszcza z dekorem bazyliowym. Umna Marzynia od razu wykombinowała, że z grzybów to będzie jak prawdziwa kawusia i gdy zdybałam świeżutkie pieczarki wykonałyśmy z Zuzianką to dzieło. Nieskromnie powiem, że małżonek zakwalifikował tę zupkę jako "danie z najwyższej półki", do czego przyczyniła się na pewno micha czosnkowych grzanek z białej bułki, należycie zrumienionej. Na wierzchu powinien być jeszcze dekor z usmażonych osobno pieczarek - na zdjęciu nie ma, bo się utopiły (i zatłuściły śmietankową piankę).
SKŁADNIKI:
• 700 dkg pieczarek,
• 2 cebule,
• 3 średnie ziemniaki,
• 2 marchewki,
• 2 pietruszki,
• 250 ml śmietanki 18%,
• sól, pieprz, suszony czosnek i tymianek (bardzo pasuje do grzybowej),
• masło (no, trzeba z pół kostki, bo jeszcze grzanki) z ciutką oleju do smażenia,
• 1,5 litra bulionu (miałam drobiowy),
• ewentualnie trochę smaku (wywaru) grzybowego,
• pieczywo na grzanki
WYKONANIE:
 W garnku o grubym dnie zeszklić na maśle i oleju cebulę (może być niedbale pokrojona, i tak się będzie miksować). Pół kilo umytych i odsączonych na ręczniczkach pieczarek skroić w plasterki i podsmażyć razem z tą cebulą, tak na lekko rumiano. Wygarnąć na miseczkę, a do garnka wlać bulion (oraz - jeśli ktoś ma - smak grzybowy, mnie został jeszcze od wigilii) i ugotować w nim na półmiękko marchewkę i pietruszkę. Dodać do zupy pokrojone w plasterki ziemniaki i te grzyby z cebulą. Ugotować do miękkości, a w tym czasie usmażyć na maśle skrojone już bardziej pieczołowicie pozostałe pieczarki (aby były aż takie brązowe) i dobrze je doprawić. Zupę także doprawić wg uznania czyli "chycić smak". Następnie zmiksować na krem. Śmietankę miałam 18-tkę, ale nawet dała się mocno spienić w blenderze. Podawać z dużą ilością czosnkowych grzanek, najlepiej w jakimś szkle (oczywiście po zrobieniu zdjęcia zupa wylądowała w talerzu, coby było dobrze posypywać rumianymi grzybkami i bułeczką :-D

sobota, 26 stycznia 2019

Marchewkowe mufinki Zuzi


Nasza Zulajda rozwija kulinarne skrzydła ku uciesze swojej Rodzinki (a przede wszystkim Jaśka, który sam się nieźle zapowiadał, ale skoro jest siostra...). Kiedy wysłała mi zdjęcia tego, co akurat zrobiła, MUSIAŁAM zamieścić ten przepis, bo urzekły mnie:
a) jej zapał do pieczenia ciast (te mufiny wytworzyła w ilościach wystarczający nie tylko dla Watahy Jarzębiaka, ale i dla całej dzielni, a podobno są pyszne,
b) kompilacja przepisu z dwóch jakichś różnych (patrz zdjęcia),
c) wiersz na początku, akurat tematycznie podchodzący, bo zasypało nas jak w 1979 roku (ach, nie było wtedy szkoły przez 2 tygodnie!),
d) no i BEZCENNY dopisek o marchewce! 

 A kto chciałby sobie przypomnieć małą Zuzię już 10 lat temu gotującą z ciocią (czyli mua), to tu jest link. Polecam zajrzeć :-D

niedziela, 6 stycznia 2019

Wszystkiego smacznego w Nowym Roku!

życzy Hurma i Czereda, wszystkim przyjaciołom i znajomym (i nieznajomym też), którzy tu zaglądają. Zwłaszcza winszujemy weny w kuchni, bo "odkrycie nowego dania większym jest szczęściem dla ludzkości niż odkrycie nowej gwiazdy", a my to zdanie podzielamy!
Tym co nie zaglądają również życzymy wszystkiego smacznego.
P.S. Wieniec z pierników wykonał własnoręcznie Martik, któren utalentowany jest i jako inżynier wiedziała, jak go skonstruować. Niestety zdjęcie wykonała już matka, oczywiście kalkulatorem :-D
Link do oryginalnego przepisu jest tutaj

sobota, 8 grudnia 2018

Świąteczny sernik z kardamonem na piernikowym spodzie

Przepis pochodzi z pięknego bloga pani Asi "Popołudnie w kuchni" (klik!). Piekłyśmy go z Martkiem w tamtym roku na święta i potwierdzamy: jest baaardzo kremowy i bardzo pyszny. Asia twierdzi, że najlepszy - trudno orzec, bo trzeba by było upiec dwa na raz (o, z tym w duecie!) i degustować symultanicznie. Aromat kardamonu nam zawsze kojarzy się z Bożym Narodzeniem (zresztą trudno, żeby nie, skoro używam tej przyprawy raz w roku, właśnie wtedy :-D), więc z dziesiątków przepisów wybrałyśmy właśnie ten. Niestety, Czereda nie lubi skórki pomarańczowej, więc na wierzch córuś zrobiła lukier (nie wiedzieć, po co). Umiłowana Przywódczyni siedziała w tym czasie  chyba w jakichś pierogach i nie dopatrzyła - no i lukier wyszedł cosik cieniuśki... Nic to jednak nie zaszkodziło i serniczek został pożarty jako pierwszy, tym bardziej, że był z połowy porcji.
Aha, i na spodzie były pokruszone pierniki, coby było już na maksa świątecznie.

niedziela, 18 listopada 2018

Lebkuchen - tradycyjne niemieckie pierniczki

Rozmawiałam "na okienku" z koleżankami o kuchni i kiedy Ela zapytała, czy nie znamy jakiegoś fajnego przepisu na pierniczki, oczywiście nie wytrzymałam, żeby nie wciąć się z moją propozycją :-D 
A właściwie z propozycją Mistrzyni Dorotusi (o tutaj klik!), nieznacznie tylko zmodyfikowaną pod gust mojej H&C
Nie jestem miłośniczką niemieckiej kuchni (miesiąc żywienia się w stołówce Fischwerku zniechęcił mnie na całe życie), ale te pierniczki (ciasteczka?) rzeczywiście są przepyszne. Odbiegają smakiem od tradycyjnych "polskich", lecz opinia pani Dorotki, którą dosłownie cytuję, jest prawdziwa: "Podobno jedne z najlepszych na świecie. Mięciutkie, rozpływające się w ustach, z wyraźną cytrusową nutą, delikatnie ciągnące się w środku, nie wymagające długiego leżakowania".  
Poniżej zamieszczam przepis szanownej mentorki. Na niebiesko moje sugestie, którymi oczywiście nikt nie musi się kierować, ale żeby nie było, żem nie umna cukiernica :-D 
 Składniki na 30 sztuk: - lepiej od razu zróbcie z podwójnej porcji, bo potem wydzierają sobie te ostatnie, nie bacząc na świąteczne deklaracje wszechogarniającej miłości bliźniego,

·         - 250 g mąki pszennej,
·         - 85 g zmielonych migdałów - warto te migdały troszkę podprażyć,
·         - 3 łyżeczki przyprawy korzennej do piernika (najlepiej domowej) - ja dałam 3 łyżeczki kupnej (dobra jest z Kotany i Kamisa) na podwójną porcję, nie chciałam, by zdominowała smak i zapach migdałów,
·         - 1 łyżeczka zmielonego cynamonu - jeśli ktoś lubi bardziej cynamonowo,
·         - 1 łyżeczka proszku do pieczenia,
·         - 1/2 łyżeczki sody oczyszczonej,
·         - 200 ml płynnego miodu - mój miód był wielokwiatowy,
·         - 85 g masła,
·         - pół szklanki (w sumie) drobno posiekanej kandyzowanej skórki pomarańczowej i cytrynowej* - i tu niestety, okazało się, że H&C NIE CHCE tego składnika i przegłosowali mnie gadziny...

 Wykonanie:
Suche składniki: mąkę, migdały, proszek, sodę, przyprawy wymieszać w misce.
W garnuszku z grubym dnem umieścić masło i miód, podgrzewać, mieszając, do roztopienia masła. Zdjąć z palnika i lekko przestudzić (mieszanka ma pozostać lekko ciepła).
Do suchych składników wlać ciepłą masę maślano - miodową, dodać kandyzowane owoce i wymieszać (można mikserem), by nie było grudek. Ciasto powinno wyjść lepiące (nie dosypywać mąki). Przykryć ściereczką i odstawić do całkowitego wystudzenia (zgęstnieje).
Po tym czasie z ciasta robić kulki wielkości niedużego orzecha włoskiego (powinno Wam wyjść około 30 sztuk). Układać na blaszkach wyłożonych papierem do pieczenia w dużych odległościach od siebie (bardzo rosną - fakt, mnie się pozlepiały, mimo dużych odległości). Każdą kulkę spłaszczyć trochę łyżką (ponieważ ciasto bardzo się klei najlepiej maczać ręce w wodzie i wtedy formować kulki; również łyżka, którą je spłaszczamy powinna być wilgotna - maczać w ciepłej wodzie).
Piec w temperaturze 180ºC przez 15 minut (nie dłużej, bo będą zbyt kruche i twarde). Lebkuchen wyciągnięte prosto z piekarnika będą bardzo miękkie, należy poczekać 2 minuty, potem przenieść je na kratkę do wystudzenia. Później ich wierzch kruszeje, by zmięknąć znów na drugi dzień, po pokryciu lukrem.
Pani Dorotka zastrzegła także, że mogą stwardnieć nie wiedzieć czemu.  U mnie właśnie tak było, ale piekłam je tydzień przed świętami, gdy Wataha Jarzębiaka była jeszcze poza domem, więc w spokoju sobie je zmiękczyłam znanym sposobem z jabłkiem (który dokładnie jest opisany tamże). 
I - jak widać - każdego lebkuszka przyozdobiłam migdałem :-)

niedziela, 28 października 2018

Struklji - rolowane pierogi ze Słowenii

Znęcona oryginalną nazwą (wciąż jeszcze mnie to kręci) porwałam się pewnej niedzieli na te pierożki. Dodatkowym asumptem był fakt, że w lodówce zalegało gotowane mięszane mięsiwo z rosołu, wykonanie miało być bardzo łatwe, a czas pracy krótki. Podśpiewując "Czas życia krótki, napijemy się..." przepuściłam przez maszynkę i doprawiłam faszer o tak jak tu. Już w tym momencie poczułam się zmęczona i lenistwo niestety mię zgubiło, bo Czereda chciała tradycyjne babcinowe, ale ja się uparłam, że te. Zamieszałam michę ciasta wg sprawdzonego przepisu (tutaj), było jednak zbyt rzadkie, bo mi się cyrkło za dużo gorącej wody. Na pewniaka sięgnęłam do szafki po mąkę i...
"...ręka długo i głęboko 
szukała, nie znalazła - i kucharz pobladnął".
Niedziela niehandlowa. Na naszym "dziole" 3 zamieszkane domy, łącznie z moim. Ciotka i kuzynka mają mąkę, ale nie pójdę, bo wyjdzie szydło z wora, jaka ze mnie gospodyni ("Marzyniu, jedziemy do sklepu, trza ci co, bo jutro sklepy zamknięte! - Nie, nie, ciociu, wszystkom se już dawno kupiła!")
Tiaaa... 

Zanurkowanie w czeluść szafki zaowocowało wygrzebaniem zapomnianej torby z mąką ŻYTNIĄ. 
Myślę se: a co tam, troszkie podsypie, to nic się nie stanie, H&C sie nie skapnie, a nawet będzie tak bardziej rustykalnie, modnie, eko i organic (bo to była ta bio). 
I to był błąd. Nie idźcie tą drogą!
Po pierwsze: kolor. Koment: "Co one takie czorne?!" był z tych łagodniejszych.
Po drugie: sakrucko lepiły się do ścierki (bo gotuje się je w płótnie), co - po zdzieraniu pazurami prototypów - wymusiło grube wałkowanie.
Po trzecie: straciłam CAŁE POPOŁUDNIE, a fiksy słyszał chyba cały nasz przysiółek.
Po czwarte: były jednak smaczne :-)
Jak wykonać prawidłowo to niewątpliwie godne polecenia danie, dowiecie się szczegółowo tu, bo znalazłam przepis właśnie na przesmacznym blogu Izuni. 
Živé naj vsi naródi! a zwłaszcza bracia Słoweńcy!

niedziela, 23 września 2018

Marynowana papryka z kolendrą

W ostatnie dni lata zebrałam swoją, WŁASNĄ, wyhodowaną od ziarenka paprykę. Teraz już wiem, że następnego roku muszę posadzić (zamiast wciskać wszystkim sadzonki) więcej niż 6 sztuk. Czy ja się spodziewałam papryk, obfitych jak winne grona, na ogromnych krzaczorach? Chyba tak, tymczasem były to niziutkie krzaczki, na których zawiązały się zaledwie po dwa owoce. I jeszcze okrutnie długo dojrzewały, lato się kończyło, a one - owszem - wreszcie sczerwieniały, ale jakieś takie małe były, szurpate... Na zdjęciu jest egzemplarz reklamowy jedyna "miss" o gładkiej skórce z mojej uprawy :-D 
Jednak gdy skosztowałam, zrozumiałam, dlaczego warto było czekać, że tak polecę Elitą... Ta papryka jest jędrna, ma gruby miąższ, jest soczysta no i ten smak! Co najmniej dwa razy bardziej intensywny, niż kupna! Kiedy już nie mogliśmy więcej wcisnąć w siebie na surowo, reszta trafiła do 4 słoiczków, coby se zimą wspomnieć o tym ciepłym lecie:
SKŁADNIKI:
papryka,
cebula,
czosnek,
ziele angielskie, liść laurowy, ziarenka pieprzu,
ziarna kolendry,
zalewa octowa (zrobiona np. tą metodą).
WYKONANIE:
Paprykę oczyścić, wyciąć to żółte gąbczaste żebrowanie ze środka, upakować w słoikach wraz z przyprawami i zalać wrzącą zalewą. Pasteryzować, tym razem na mokro, bo ważny jest czas gotowania słoików: 10 minut od zawrzenia wody przy cienkiej papryce, 15 minut przy grubszej, bardziej mięsistej. Zalecane przez inne panie 20. minutowe gotowanie powoduje, że papryka jest jak dla mnie zbyt miękka.

sobota, 15 września 2018

Bibimbap

Ostatnio "jarają" (mówiąc językiem H&C) mnie potrawy o niezwykłych nazwach. No więc jeżeli w necie wpadło mi w oczy coś, co się nazywa BIBIMBAP - to musiało zostać wykonane i pożarte. Zakupiłam nawet w tym celu (metodą klikania ma się rozumieć, w naszym Żeleźnioku chłopy wykupiły :-D) koreańską pastę o niemniej frapującej nazwie go-chuj-ang czy jakoś tak. Zaraz sprawdzę... tak! GOCHUJANG. 
Potrawa jest pyszna, wcale nie trudna do zrobienia i daje niezłego kopa. Jeśli Kim Dzong Un ma ją w menu, to nie ma co liczyć, że szybko zejdzie... Przepisów w Sieci jest kilka, ja inspirowałam się tym, polecam, bo wszystko tam dokładnie opisano. Niestety, nie posiadałam wymienionego w przepisie "jednego czarnego chińskiego grzyba" (?! to chyba ten jakisik uszak bzowy?), alem miała takoż czarne grzyby mun. Hurmie i Czeredzie (poszerzonej nawet o niejakiego P., któren jest inżynierem w PeGieE, więc jest światowcem na naszej wiosce) było wsio rawno. Zamiast karkówki czy wołowiny dałam cieniutko krojony schab, zamarynowany w sosie sojowym i tej gochujandze. No i uwaga! miałam olej sezamowy, NO BA! I nawet kolendrę dałam, uprzednio ją wyszmalcowawszy dla połysku (Okrasa tak robi), choć nie wiem, czy aby na pewno konweniuje.
Wszystkim smakowało, a nizijer zrobił nawet zdjęcia :-)
P.S. Po sesji foto okazało się, że krojony omlet, którym bibimbap powinien być posypany, został na patelni. Ale uprzejmy pan nizijerek sfotografował mi go solo.
CaUski dla wszystkich - Umiłowana Przywódczyni Marzynia

niedziela, 26 sierpnia 2018

Rumpuć

Tyle lat babki, matki, wujny i stryjanki w mojej rodzinie gotowały tę zupę, ale dopiero niedawno odpowiednie jej dano słowo: RUMPUĆ. Ja zawsze myślałam, że to zwykła jarzynowa na kawałku jakiegoś mięsiwa dla większej pożywności. A teraz już wiem, że kwaskowata zupa z kapustą i wszystkimi warzywami, jakie mamy w ogródku, tak się superancko w Wielkopolsce nazywa. A ponieważ i Zuzię urzekła ta nazwa, i skroiła wszystkie składniki, i jej baaardzo smakowało, więc daję przepis.
Najlepiej smak tej zupy z dzieciństwa (i przepis na nią) opisał jeden pan z Poznania, o tutaj
Gdybyś Zulajdo zapomniała, to sobie zerknij, albo przyjedź do mnie i znowu zrobimy, bo właśnie teraz jest rumpuciowy czas :-D
Dodano 15.IX.
Okazało się, że ktoś jeszcze oprócz nas zainteresował się tym przepisem, zapewne z powodu nęcącej nazwy. Więc napiszę, jakie składniki były w naszym rumpuciu:
wędzone kości od schabu,
marchewka, 
pietruszka,
mała kapustka biała,
garstka kiszonej kapusty,
ziemniaki,
cebula,
fasolka szparagowa,
starte na grubej tarce pomidory,
ulubione przyprawy (kminek!),
cukier,
2 łyżki lekko zasmażonej na maśle mąki.
Jest jednocześnie lekko kwaskowata i lekko słodkawa, słona, pieprzna, pożywna, ale nie tak treściwa jak zimowy kapuśniak.




sobota, 28 lipca 2018

Ogórki kanapkowe z curry i kurkumą

Podobno wszystkie kobity na tym świecie i nawet niektóre z Marsa już robiły te ogórki, ale umna Marzynia dopiero odkryła ten - znakomity! - przepis. Śpieszę więc zamieścić go "kupamięci", coby my z Zuzią nie zapomniały (a robiłyśmy razem :-)
Przepis - matka pochodził od pani Olgi Smile (o tu!), niemniej musiałam go zmodyfikować. Myślę, że będąc żoną Hipolita Kwassa tworzyłabym z nim parę idealną... Niestety - domownicy nie podzielają mego upodobania do kwasoty (nadkwasoty?!) i mogliby siły tej zalewy nie docenić, więc nieco zmieniłam proporcje. 
Już po tygodniu otworzyłam słoik i rzeczywiście są bardzo smaczne: jędrne, ostro - kwaśne z lekką słodyczą "w tle" i ujmująco gotowe do zlegnięcia na kanapce (no bo już w plastrach). Gdy ma się NSR*, tym razem w postaci Zuzki  która pokroi te kilogramy ogórków, to przepis jest prosty. I można zutylizować tony surowca bardziej wydajnie (w naszym Geesie, w "Żeleźnioku" i nawet w "Strażoku", przerobionym światowo na Marmax, zabrakło litrowych słoików, taki urodzaj!).
SKŁADNIKI:
3 kg ogórków (chyba... nie ważyłam..., ale gdzieś tak było),
3 szklanki wody,
1,5 szklanki octu 10%,
1,5 szklanki cukru,
2 łyżki soli do przetworów,
łyżeczka kurkumy,
łyżeczka curry,
pieprz w ziarenkach, 
ziele angielskie,
gorczyca,
czosnek,
słoiki różnej wysokości.
WYKONANIE:
Ogórki pokroić w plastry wzdłuż, starając się, by były w miarę równej grubości. Upakować na stojaka ciasno w słoiki, dobierając ich wysokość do długości plasterków (a przynajmniej na początku, bo i tak pod koniec, zirytowani, będziecie pchać na tzw. "chama", aby już tylko skończyć...). Do każdego słoiczka wsypać ulubione przyprawy wg uznania. Składniki zalewy zagotować, wrzącą zalać ogórki (cały czas mieszając zalewę, bo przyprawy opadają na dno garnka), mocno zakręcić i pasteryzować nie więcej niż 10 minut.
P.S. Gdyby ktoś się zastanawiał, co to za dizajnerski plan zdjęciowy, to uprzejmie donoszę, że to stare dachówki w moim ogrodzie. Co do warunków współpracy to proszę się skontaktować z moim pełnomocnikiem. 
NSR* - Niewolnicza Siła Robocza

wtorek, 17 lipca 2018

Sok z trześni z korzenną nutą

To już ostatni dzwonek, aby zerwać trześnie (tak się u nas mówi na dzikie wiśnie, zwane też ptasimi wiśniami). Ptaki oczywiście wolą szlachetne wiśnie z sadu, a co się będą mordować z drobnymi dzikimi owockami, skoro można opędzlować ludzkie. A ja "grabię" ptakom ich wisienki, bo jest to jeden z najzdrowszych owoców, jakie daje natura. No i są dosłownie wszędzie, na każdym kroku przy drodze, w lesie, nad strumieniem, na dziole i w paryi, i nikt ich nie zrywa!
Na drzewo należy wysłać małżonka wraz z całą watahą (Martika w gumowych rękawiczkach), obiecując w nagrodę cokolwiek, byle tylko zerwali :-D 
Aha, i potrzebny jest sokownik na parę, warto zakupić, nie są drogie.
Owoce wypłukać w kilku wodach i nawet nie zaglądać do środka w poszukiwaniu jakichś tam robaczków. Prawdziwi Ludzie  Natury oraz mieszkańcy mojej wsi NIGDY nie zaglądają, bo  w życiu by se nie chapnęli żadnej leśnej maliny, jeżyny czy jagódki.
"Przepuścić" przez sokownik do dużego garnka i dodać tyle cukru, aby był mocno słodki. Oczywiście to kwestia gustu, ale ja daję dość dużo, bowiem nie pasteryzuję soku - wystarczy wrzący rozlać do wyparzonych buteleczek.  Doprawić do smaku sokiem z cytryny i przyprawami z rodzaju tych "bożonarodzeniowych": imbirem, goździkami, kolendrą, kardamonem, cynamonem - co kto lubi.
Sok sam w sobie jest nieco gorzkawy i ma mocny posmak trześniowy (nie wiedzieć czemu...), ale z tymi korzeniami nabiera niezwykłego aromatu - naprawdę niewielu zgadnie, co to. Najpyszniejszy w gorącej herbacie, już się widzę w zimie siorbiącą z pękatego kubka Babci Broni. A zdrowotność - nieoceniona, jak we wszystkich czarnych, rodzimych, nieprzemajstrowanych genetycznie owocach.
P.S. I nie pić w kościołowym obleczeniu - okrutnie plami!

poniedziałek, 2 lipca 2018

Gołąbki z włoskiej kapusty, z kaszą orkiszową, mięsem i wędzoną rybą(!)

Gołąbki często goszczą na na naszych stołach, ale te są niezwykłe. Jak to z literackim zacięciem określiła pani Karo (której wspaniały blog: Karointhekitchen szczerze polecam): "Zjedliśmy po pierwszej porcji i wmurowało nas  w krzesła. Jeśli jeszcze nie jesteście pewni, czy dodawanie do mięsa, kapusty i pomidorów wędzonej ryby to dobry pomysł, powiem Wam jedno – po tych gołąbkach już nic nie będzie takie samo".
Niestety, góra garów do pozmywania pozostała taka sama, ale uśmiechy na twarzach biesiadników na pewno były szersze - aż się przestraszyłam, czy nie pozostanie mi w domu czereda Gwynplaine'ów :-D.
No i pierwszy raz robiłam z włoskiej, no i na pewno nie ostatni - liście miękną dużo szybciej, łatwiej je uwijać, a efekt wizualny jest bardziej spektakularny (oczywiście nie jedliśmy w żadnych tam kapuścianych miseczkach, ale zachwyciły mnie zdjęcia na blogu mentorki i też chciałam mieć piekniusio, na moją marzyniną miarę ma się rozumieć :-)).

SKŁADNIKI:
Średnia główka włoskiej kapusty,
0,5 kg mielonej łopatki lub karkówki,
2 torebki kaszy orkiszowej,
1 mała wędzona makrela (w oryginale były to sardynki, alem takowych nie zdybała w naszym geesie, od czapy zwanym przez wszystkich na wsi "Żeleźniokiem"),
2 duże cebule,
4 ząbki czosnku,
sól, pieprz do smaku,
natka pietruszki (dałam, bom stwierdziła, że będzie konweniować) i lubczyk (ten nigdy nie zawadzi, zwłaszcza, gdy słabnie uczucie do Umiłowanej Przywódczyni),
2 szklanki bulionu (jaki tam mamy zamrożony),
2 łyżki smalcu ze skwarkami z wędzonej słoniny (ma sie to zaplecze energetyczne, hie hie), ale inny tłuszczyk też bedzie.
WYKONANIE
Ugotować kaszę w osolonej wodzie na półmiękko. Cebulę zeszklić, czosnek przecisnąć. Liście z kapustki schodziły galanto, wystarczyło podciąć gruby nerw przy "głębiu", po czym sparzyć je we wrzącej wodzie - ja to robiłam po prostu w dużej patelni z pokrywą. Wymieszać łapką kaszę, mięso, cebulę, mięso z ryby, czosnek i przyprawy i nadziewać liście kapustki metodą "na krokieta" (Martik wie jak, a Zuzia może spojrzeć np. tutaj). Dno naczynia do zapiekania (najlepsza żeliwna gęsiarka, ale każde ze szczelną pokrywą się nadaje, jeśli mamy bez pokrywy, to szczelnie zatkać folią aluminiową, chociaż starajmy się jej unikać  w kuchni) namaścić tym szmalcykiem, ułożyć ciasno gołąbki (wyjdzie dwie warstwy) i zalać bulionem. Zapiekać 1,5 godziny na 180 stopniach, grzanie góra i dół, środkowa półka.
Wyserwować (ha! zna się te branżowe termina!) z sosem pomidorowym. Albo i bez, bo i tak są przepyszne! (jak przyznała nawet ciocia Zosia: worte gemby :-D

czwartek, 14 czerwca 2018

Baozi - chińskie pierożki na parze

Mójezu! w co to się człowiek nie właduje, żeby się choć trochę popisać... No i udało się, chociaż dopiero obejrzane zdjęcia ujawniły niedostatki anturażu. Nie wystarczą plasterki chili i  wyszmalcowany dla połysku szczypiorek - olej sezamowy, którym skropiłam baozi wygląda jak krwawy pot, który niebacznie skapnął gospodyni ze zroszonego czoła, a na talerzu z "Wawela" to raczej pierogi z gryczaną powinny spoczywać...
Ale co tam, grunt, że było pysznie! Choć nieortodoksyjnie.
Te pampuchy są bardzo miękkie, puszyste, a w "łagodnym" cieście znajdujemy niespodziankę - orientalne, lekko chrupiące nadzienie o zdecydowanym, pikantnym smaku. Troszkie certolenia jest z tym dankiem, dlatego warto wykorzystać owoce żywota swego w charakterze pomocników :-D
SKŁADNIKI:
na ciasto: 
- 40 dkg mąki luksusowej,
- szklanka ciepłej wody,
- 1-2 dkg świeżych drożdży (dałam "na oko", mniej więcej tyle, co na łyżce stołowej),
- 2 łyżeczki cukru,

- 1 łyżeczka soli,
- 2 łyżki oleju rzepakowego.

na nadzienie:
- kawałki kurczaka (może być usmażona pierś, albo jak u mnie to, co obrałam z rosołowego kadłuba i zręcznie podrasowałam przyprawą "5 smaków" Kamisa),
- marchewka pokrojona w zapałkę,
- takoż skrojony por,
- i takoż imbir (no ten może w takie przedwojenne zapałeczki podzielone na czworo; BB mówiła, że przed wojną się dało je podzielić. I jeszcze węgiel był we wiosce :-DD),
-  2 - 3 ząbki czosnku,
- 2 cebulki dymki razem z cybuchami,
- chili w płatkach wg uznania,
- sos sojowy do smaku,
- ocet winny jw. (wiem, wiem, powinien być ryżowy, ale wujkowego konia z rzędem temu w naszej wiosce, kto się kapnie!),
- i cukier, do smaku a jakże!
WYKONANIE:
Zrobić zaczyn drożdżowy z wody, cukru i drożdży, a potem wyrobić go z resztą składników, aż przestanie się lepić do rąk. W zasadzie prawie przestanie, no chyba że chce nam się myć robota kuchennego, który odwali za nas tę robotę lub możemy wykorzystać w/w pomagierów. Odstawić w ciepłe miejsce do wyrośnięcia (około godziny). 
W tym czasie przygotować "faszer":
Na patelni mocno rozgrzać olej. Tak, to kanonicznie powinien być wok, ale - zważywszy na ceny dobrych woków - raczej nie kupię go sobie w najbliższej pięciolatce. Sąsiad z Budzisza ma poniemiecki hełm, bo tam stał długo front, ale nie chce oddać, bo od czterdziestego czwartego karmi w nim kury. Na olej wrzucić  marchewkę, podsmażyć, potem imbir i posiekany czosnek, kurczaka, chili, cebulkę, a na końcu na chwileczkę pora (szybko mięknie). Przyprawić wyraziście, bo inaczej smak zginie w nieco "bezpciowej" okrywie.
Wyrośnięte ciasto jeszcze trochę wyrobić, podzielić na 16 części (na 16 wychodzą równe kawałki - metodą: na 2, na 2, na 2 i na 2). Poza tym nie mam tego szpeja bambusowego do gotowania na parze (hmmm... przetak wujanki?) i korzystam z przydasia zastępczego ( o tu klik), a to jest dość małe. Każdą kulkę wywałkować na placuszek, lekko sklepać (scieńczyć) mu brzegi, szczodrze nadziać i zawinąć brzegi do góry, mocno ugniatając "na falbankę" (miała powstać jakoby chryzantemka, wyszły raczej takie czubki, ale nic to). Pierożki od spodu wysmarować olejem, coby nie przylgnęły do sitka (najpierw próbowałam posmarować sitko, ale olej zaraz  wylądował w wodzie). Parować pod przykryciem na dużym ogniu około 15 minut.
A polewka z oleju sezamowego rzeczywiście pasuje.