niedziela, 23 listopada 2014

Sznycelki z parówek zaskakująco smaczne :-)

Danie jak znalazł, gdy trzeba w miarę tanio zatkać kilka paszcz (nasi budowlańcy jedli i się nie skapli, z czego to jest). Z jednej parówki wychodzi jeden sznycel, dla kobity styknie, chłopu trza dać dwa, ale i tak gdyby podać same parówki, to musieliby mieć po cztery. 
I są NAPRAWDĘ  smaczne, oczywiście o ile użyjemy parówek, w których jest mięso, a nie tylko krówskie wymiączko, soja modyfikowana i papier toaletowy (choćby nawet Velvet...). Co prawda żena za pultem i cała kolejka przed pultem patrzyli na mnie boczato, kiedy zażądałam sprawdzenia zawartości mięsa w mięsie (to przecież ja muszę pójść i poszukać!), ale się opłaciło :-D
SKŁADNIKI:
tyle parówek, ile chcemy mieć sznycelków (zwanych poza Galicją kotletami, nie wiedzieć czemu),
kawałek sera żółtego - jaki tam mamy,
mała lub średnia cebula,
ze 4 łyżki tartej bułki, 
2 jajka,
2 ząbki czosnku,
ulubione przyprawy,
tarta bułka do panierowania,
olej do smażenia.
WYKONANIE:
Parówki, ser i cebulę zetrzeć na tarce*. Oczywiście można cebulkę wpierw podsmażyć, ale ja zawsze daję na surowo. Wbić jajka, dodać przyprawy i tyle bułki, by masę dało się formować (nie paciarzą się tak jak mielone). Smażyć na rumiano.
Przepis znalazłam tu, na blogu Smaczny Kąsek.
Ja "wydawałam" z kłóconymi ziemniaczkami i domowymi kiszonymi ogórkami.
* Wtręt dla tych Potworów, co gotując piszą esemesy, słuchają muzy na słuchawkach i odszczekują się siostrze czy bratu w trzecim pokoju: 
                       parówy trza obrać z folijki!

niedziela, 9 listopada 2014

Charczo - gruzińska zupa z wołowiną



W mojej kuchni z galicyjskiej prowincji goszczą czasami nowinki, albowiem H&C domaga się, w przerwach między wymiataniem mich z boszczem i knydlami, jakiejś egzotyki.
 Dlatego lustrując sklepowe lady wyniuchałam i zakupiłam piękną wołową karkówkę, w cenie niepowodującej stawania potrawy gorzką pigułką w gardle. Bo przypomniała mi się zupa o wdzięcznej i swojskiej nazwie „CHARCZO” (możecie sobie wyobrazić komenty Hurmy i Czeredy, gdy zapodałam, co gotuję). 
Jest pyszna, a smak tej potrawy najlepiej oddają słowa Faceta z Nożem, z którego bloga pochodzi przepis (nieco przerobiony przeze mnie, ma się rozumieć i niestety nie umywający się do Mistrza...): 
Charczo (ხარჩო) to w zasadzie zupa. W zasadzie, bo najlepsze, które jadłem, było do tego stopnia zagęszczone orzechami, że konsystencją przypominało potrawkę. To porządna porcja wołowiny dopieszczonej przyprawami i podkręconej orzechowym umami. Przygotowanie sporo trwa, ale charczo pozostawia po sobie dużo ciepła, sytości i w ogóle szczęścia (...). Potrawy można rozrysować na kontinuum między czasem przygotowania a ilością pracy, gdzie t=1/W :) Innymi słowy, albo coś się robi szybko, ale pracując przy tym intensywnie i bez przerwy, albo przygotowanie trwa długo, ale niewiele wymaga zaangażowania. Charczo to zdecydowanie drugi przypadek.  
SKŁADNIKI: 
0,7 kg karkówki wołowej, 
2 duże cebule, 
łyżka mąki, 
mały słoiczek ostrego ajvaru (powinna być adżyka, ale mam swój ajwar w wersji soft i hard, więc wykorzystałam), 
kubek (ok. 150 g) zmielonych orzechów włoskich, 
porcja włoszczyzny (2-3 marchewki, 1-2 pietruszki, kawałek selera, kawałek pora, mała cebulka, dwa liście laurowe i 4-5 kuleczek ziela angielskiego), 
słoik pulpy pomidorowej, 
pęczek naci kolendry (u mnie pietruszka i w mniejszej ilości), 
2 łyżeczki przyprawy chmeli suneli (jest na Allegro), 
torebka ugotowanej soczewicy, 
2-3 ząbki czosnku, 
2 łyżeczki słodkiej papryki, 
łyżka masła, 
2 łyżki oliwy, 
sól i pieprz do smaku.
WYKONANIE (znowu za Facetem, warto zajrzeć na jego bloga, bo i z jajem pisze, i świetnie gotuje):  
Mięso potnij w poprzek włókien w niezbyt małą kostkę, jak na gulasz. Na dno dużego gara wlej oliwę, a gdy się rozgrzeje, przesmaż na niej posiekany czosnek z adżiką (albo Twoim autorskim substytutem) i przyprawami. Wrzuć mięso - najlepiej partiami, żeby się podsmażyło. Gdy wrzucisz wszystko od razu, jest spore ryzyko, że temperatura w garze za bardzo spadnie i mięso, zamiast się zrumienić, zacznie się gotować we własnych sokach, z niewesołym, szarym skutkiem (u mnie był właśnie taki skutek, hie hie). 
Kiedy mięso się zarumieni, zalej je dwoma litrami wrzątku i dorzuć całą włoszczyznę. Zmniejsz ogień i gotuj pod przykryciem przez półtorej godziny. 
Masz teraz czas dla siebie, podczas gdy w garnku powstaje smakowity, lekko pikantny wywar. 
Teraz wyjmij cedzakiem włoszczyznę z bulionu. Poszatkuj cebule i przesmaż na maśle, aż się zeszklą. Wtedy dosyp mąkę, trochę soli i pieprzu, i pozwól się temu wszystkiemu nieco zrumienić, a przede wszystkim mące spęcznieć. Wrzuć na patelnię pomidory, posmaż chwilę, a pustą puszkę napełnij do połowy bulionem z gara, wypłucz nim i wlej wszystko do cebuli z pomidorami, żeby zdeglasować to, co przywarło do dna patelni. Nie chcemy tego stracić. 
Zawartość patelni dodaj teraz do bulionu z mięsem. Wsyp mielone orzechy i dobrze wszystko zamieszaj. Spróbuj, i jeśli trzeba, dosyp soli i pieprzu. Duś na małym ogniu, pod półprzykryciem, przez kolejną godzinę. Przez ten czas pozwolimy kolagenowi w mięsie zmienić się w żelatynę - w efekcie kawałki będą się pod naciskiem widelca rozkosznie rozpadać na miękkie włókna. 
Dosmakuj - sól? pieprz? chili? Dodaj, jeśli trzeba. Wsyp ugotowaną soczewicę (Facet dawał ryż, ale z tą soczewica jest jeszcze bardziej "egzotyczna"). Posiekaj natkę i wrzuć na sam koniec. 
Serwuj posypane ziołami, z kawałkiem pszennego pieczywa.
Odgłosy wydawane przez Watahę przy konsumpcji tej potrawy NA PEWNO nie były charczeniem. Raczej stękaniem z lubego obżarstwa :-D

czwartek, 23 października 2014

Garbata szarlotka



Zobaczyłam tę szarlotkę na blogu u Marzenki (hie, hie, my, Marzynie, trzymajmy się razem!) i wsiąkłam. 
I Ona to tak skrupulatnie opisała, że od razu Was tam przekierowuję. 
Moje zmiany były nieco wymuszone, bo kazałam zakupić Czeredzie 20 dkg serka homo waniliowego. Owszem, kupili, ale 10 deko, bo tyle miało jedno opakowanie, a żadne nie spojrzało na gramaturę. 
Nikomu nie chciało się lecieć do sklepu 
(a powinnam była ich wysłać boso, w worach pokutnych i z pochwami mieczów na szyjach, bo TYLE RAZY MATKA MÓWI I JAK GROCHEM O ŚCIANĘ!!!), ale była reszta już mocno kwaśnej śmietany, więc się im upiekło. 
I mnie też. Pysznie. 
Ciasto bajecznie proste, zarabiałam widelcem, było lepiące, ale bez problemu rozwałkowałam na papierze, a górny płat też przeniosłam na pergaminie. I użyłam szarych renet zamiast tych granicośtam. 

Widok pagórków zrumienionego ciasta, a potem tych jabłuszek umasowanych w środku – bezcenny! Chyba tylko widok naszych pagórków może mocniej wzruszyć. 
P.S. Ostatnio moje zdjęcia wychodzą w sepii jakby (żeby nie powiedzieć gorzej, bo ten kolor to się dość jednoznacznie kojarzy). Jest to wynik zakupienia przez J. aparatu w tzw. promocji, którego teraz nijak nie możemy obczaić. 
Trzeba sobie w wyobraźni zdjąć ten żółty filter i jest git, no nie?!

sobota, 18 października 2014

Potrawka z kurczaka z pieczarkami - czyli z pańska: Fricassee de poulet


Odrabiając „zaległości blogowe” trafiłam na dwie potrawy z drobiu z pieczarkami: u Agi (klik!) i u Danusi (klik!). 
Połączenie wypróbowane i znane, ale takie były smakowite te zdjęcia, żem uległa sklamrzeniu łypiącej mi przez ramię H&C (tym bardziej, że był Jasiek) i zrobiłam. 
Powstało danie, które się światowo nazywa „fricassee de poulet”. Dobrym rozwiązaniem jest grube krojenie pieczarek, jak radzą dziewczyny, bo wtedy można wgryźć się w pysznego grzybka, któren sok w „sześciu miejscach naraz puska”. 
SKŁADNIKI: 
kawałki kurczaka (jakie kto lubi, najlepiej podzielić całego, zwłaszcza, jak był chudziaczek jakiś zabiedzony i do pieczenia w całości niezbyt podchodzący), 
minimum pół kilo średnich, świeżutkich pieczarek, 
2 szklanki bulionu drobiowego, 
3 łyżki mąki, 
2 szalotki (kupiłam w Lidu, były duże i miały wrzecionowaty kształt), 
2 ząbki czosnku, 
małe opakowanie słodkiej śmietanki (wysadziłam się na kremówkę), 
masło z ciutką oliwy do smażenia, 
ulubione zioła pasujące do kurczaka, 
chluścik dobrego octu balsamicznego, 
sól, pieprz. 
WYKONANIE: 
kawałki mięsa opłukać i osuszyć, po czym obsmażyć na maśle z oliwą (nie żałować masełka). Posolić, potrzepać mąką i smażyć do lekkiego zrumienienia mąki. 
Następnie dodać przyprawy, zalać bulionem i dusić, aż mięsko niemal będzie odchodzić od kości. 
W tym czasie obsmażyć pokrojone w ćwiartki lub szóstki grzyby (na maśle ma się rozumieć), dodać pokrojoną cebulkę i czosnek, posolić do smaku i jeszcze chwilę posmażyć, aż cebula się zeszkli (nie zrumienić czosnku!). 
Wyjąć kurczaka z potrawki, a do sosu wrzucić grzyby (wyłowione wraz z cebulą z maślanej kąpieli, tłuszczyk bedzie na zaś), zalać śmietanką. Podciągnąć smak odrobiną balsamico i ewentualnie cukru, pieprzem, tymiankiem, lubczykiem…
I „wysadzać” sos (uwielbiam, gdy Lolek Okrasa wysadza sos) aż zrobi się kremowy. 
Kawałki mięsa wyłożyć na półmisek i polewać cudownie pachnącym sosikiem na oczach czekającej rodziny. 
Dać im do łapek po bagietce lub białej chrupiącej bułce, a pod brody śliniaczki ;-D

poniedziałek, 6 października 2014

Suppli al telefono czyli kule ryżowe z mozzarellą



Suppli to są kulki z ryżu i mielonego mięsa, smażone w panierce. Jadłam to kilka razy we Włoszech, fajna przekąska, ale do tej pory nie chciało mi się sterczeć przy kuchni akurat wyrabiając kule (jak jakiś żuk Teodor nie przymierzając…). 
Trafiłam jednak na woreczek przecenionych o połowę kuleczek mozzarelli Galbani, której kończył się termin przydatności do spożycia. No i doznałam iluminacji, że były takie ryżowe jajca, po ugryzieniu których ze środka (niespodziewanie a smakowicie) ciągnęła się dłuuuga nitka stopionego sera. Ów gorący „przewód telefoniczny”, jak mówią Włosi, przeważnie ląduje ci na gorsie, ale cóż to wobec radości konsumpcji.
I zrobiłam, tym bardziej, że NIE BYŁO Watahy i nie musiałam zrobić 1500 kul, lecz po 4 jajeczka dla nas starych, z 1,5 woreczka ryżu. A mielone miałam, bom kupiła żeby chłopom na budowe narobić „snycli”. 
Martik, przyjechawszy na weekend „ze szkół” rzucił okiem na zdjęcie i parsknął: „Co to jest, mamuś!? Wygląda jak TASIEMIEC (!) wyłażący z jakiegoś kokonu!”. 

Przepis znalazłam na którejś z włoskich stron. 
Wujaszek Gogle przetłumaczył mi to, a jakże! dostarczając kupę radości z rozkminy receptury. 

Przytaczam mniej więcej tak, jak to leciało (uwzględniając moje modyfikacje): 
Składniki:  
Ryż gotowany,  
sos pomidorowy (lub – jak u mnie, suszone pomidory),  
Wołowina mielona (ja dałam mielonkę wieprzowo – wołową, na surowo wymieszaną z ryżem i resztą składników),  
1 lub 2 jajka do masy,
mała cebula i czosnek (starłam na tarce),  
Sól, pieprz i inne ulubione przyprawy,  
Świeża mozzarella w kuleczkach lub kawałkach,  
2 jajka, mąka i bułka tarta do panierowania,  
olej do głębokiego smażenia. 

Ugotować ryż w obfitej wrzenia wody z garścią soli rzucił się, tak samo jak gotować makaron, w zależności od czasu gotowania na opakowaniu. Gdy ryż jest gotowy, spuścić wodę z użyciem filtru (?! chyba chodzi o odcedzenie).  
Gdy ryż jest fajne, można przystąpić do montażu. Mokre ci ręce, aby ułatwić do obsługi ryż. Rękami, łopatka tyle ryżu dokonać suppli jaj wielkości. Mold ją w podłużne kształtować i kciukiem zrobić wcięcie w centrum. Wypełnij wcięcie z kawałkiem sera mozzarella, a następnie załączyć mozzarella z ryżu, tak że jest on schowany i wewnątrz.
Odkurzyć suppli w mące, zanurzyć go w jaja i obracać go tak, że jest dobrze pokryte, i wreszcie rzucić go w bułce tartej.  
Niektóre przepisy sugerują powtórzenie drugiej powłoki jajkiem i bułką tartą. Próbowaliśmy to w obie strony, a korzystne pojedynczą warstwę, ale można eksperymentować i zdecydować, która opcja jest najlepsza dla Ciebie. 
Dodaj swoje oleju kilka centymetrów w głąb naczynia nadającego się do smażenia, i umieścić go na średnim ogniu. Delikatnie umieścić każdy suppli do gorącego oleju i smażyć, aż nabiera bogatego brązowy odcień. Wyjąć z oleju i ustawić na ręczniki z papieru chłonnego. 
Pozostawić do ostygnięcia lekko, i cieszyć się z Birra Moretti (ja jednak wolę Książęce…).

wtorek, 30 września 2014

Narodziny gwiazdy czyli kolejny kucharz w łonie Hurmy i Czeredy!

Jest czas siania i czas zbierania rzeczy sianych, jako rzecze Pismo. Marzynia zasiewała w Hurmie i Czeredzie kulinarnego bakcyla i okazało się - i to z najmniej spodziewanej strony - że ziarno nie padło na skałę. Albowiem Janek tyle razy z lubością futrował u cioci różne przysmaki, aż sam zapragnął pobawić się w Bartoliniego. 
Jak zeznała jego Mama, a moja kochana bratowa, ambitnie SAM stanął za patelnią i usmażył sobie (i Rodzinie!) placuszki z cukinii, które wyjątkowo posmakowały mu w czasie ostatniej wizyty u mnie. Jako że jest permanentnie bez kaski, drogą esemesową uzgadniał ze mną szczegóły, a kiedy zobaczyłam na fotce końcowe dzieło - szczęka mi opadła z wrażenia. 
Dodam, iż Dżony ma dopiero 14 lat i na jego widok nikt nie domyśliłby się, że gościu jest smakoszem. Rozmaryn na placuszku po prostu mnię powalił, ale on naprawdę jest koneserem w kuchni.
Podejrzewam jednak, że w aranżu maczała palce Katia, bo jednak nie widzę Jaśka, jak z pietyzmem wtyka natkę w sałatkę :-D
Aby każdy ujrzał i zapamiętał twarz polskiego Brillant - Savarine'a poprosiłam Jaśka o jakieś ludzkie zdjęcie, nadające się na wizję. Wysłał mi cztery, w tym jedno w wieku 9 miesięcy i jedno w jakichś katakumbach w Grecji na tle równiutko ułożonych na półkach trupich czaszek. Wybrałam to, na którym wygląda jak nastoletni Sędzia Dredd na wycieczce z hajskulu


P.S. W dopisku do maila, w którym wyraził zgodę na upublicznienie swego wizerunku, było: "tylko błagam: nie JASIO GOTUJE!"


wtorek, 16 września 2014

Tiropsomo - greckie bułeczki z serem feta

Ostatnio dopieszczałam moje stadko na słodko. Więc postanowiłam teraz dopieścić SIEBIE i upiekłam słone bułeczki "tiropsomo", którą to nazwę wataha skwitowała gromkim śmiechem (Matka piecze coś dla kierowców ciężarówek). Przestali się śmiać i potem była walka o to, kto komu wydrze kawałek bułeczki, co obserwowałam siedząc na wersalce jak Neron w loży Koloseum, oczywiście z bułą w każdej łapie i trzecią na podołku. Niech się cieszą, że popółtoraczniłam przepis (można było podwoić, a nawet potroić, co ino brakło syrka), bo zamiast 6 byłoby tylko 4 bułeczki.
Podaję proporcje na sześć ślimaczków, są dość duże, ale tak smaczne, że NA PEWNO każdy zje po dwa od razu. 
Jak wykonać opisuje pani Mamcia Wariatka z tego bloga. 
Warto dodać do fety suszonych pomidorów i czosnku, a ja jeszcze sypnęłam tego gruzińskiego hyzopu (chmeli suneli) i nieco sumaku, bom se kupiła i ręka mię świędzi :-D


Składniki:
450g mąki pszennej
180ml ciepłego mleka
1,5 łyżki cukru
6 łyżek oliwy
30g świeżych drożdży
1,5 płaskiej łyżeczki soli

300g sera feta
6 suszonych pomidorów
2  ząbki czosnku
ulubione przyprawy pasujące do fety


poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Tarta Jabłkowa Róża

Fajoooska... jest bajerek... I nie tylko wygląda, ale i smakuje dobrze, H&C wręcz kwiczała z radości. 
I musiałam upiec zaraz na drugi dzień taką samą, tylko już z jabłuszkami obranymi ze skórki (te okazały się - i owszem! - bardzo dekoracyjne, ale upieczona skórka była nadal twarda, na szczęście sama złaziła z plasterka).
Spód to kruche ciasto, nie ryżowe jak w inspiracji pani Marceli (klik!); wykorzystałam swoje sprawdzone do słodkich wypieków (no NAWET DANUSIA powiedziała, że dobre, klik!).
Do budyniu (zwykły śmietankowy) dodałam cukru wanilinowego i dużą łyżkę masełeczka, coby nie było takie pośnisko :-D
A jabłuszek nie blanszowałam ani nie polewałam syropem czy cóś, bo były miękkie i słodkie z natury. Po prostu piekłam je na tym budyniu i podpieczonym wcześniej spodzie jakieś 20-25 minut, aż były gotowe.
Sesję foto robił Martik, pod parasolem, żeby ślina Hurmy i Czeredy nie kapała na stół :-D.


sobota, 16 sierpnia 2014

O suszeniu pomidorów raz jeszcze i krok po kroku




Znów zaczęło się suszenie pomidorów. Przez te 5 lat, od kiedy to czynię, wyprodukowałam górę suszu wielkości naszej Niebyleckiej Góry i nabrałam doświadczenia. 
Jadłam także kupne, koleżankowe, restauracyjne, a nawet ekologiczne i ŻADNE nie smakowały mi tak, jak moje. Przede wszystkim dlatego, że miały skórkę, twardą jak stopięćdziesiąt i włażącą we wszystkie miejsca w jamie ustnej (a nawet prącą ku nosowej). 
Te, co miały być super-hiper egipskimi na słońcu suszonymi (tiaaa, nie widziała d…) po rozpakowaniu paczki okazały się wiórami grubej skóry, z przyklejonymi śladowymi ilościami miąższu. 
Drogie masakrycznie słoiczkowe miały dziwny posmak i mazistą konsystencję; fakt, że nie były kupowane w żadnym tam „Starym Kredensie” czy cóś, ale za tę cenę to już człowiek oczekiwał czegoś lepszego. 
Więc co roku druga połowa sierpnia, kiedy już surowiec stanieje do 2 złotych i mniej za kilo, upływa mi pod znakiem Wielkiej Suszarni (od razu przypomniała mi się Kraina Deszczowców, tam za karę zsyłano do suszarni - czasami czuję się podobnie).

Jak zasadniczo postępować, jest napisane tutaj.

Poniżej parę światłych wskazówek Umiłowanej Przywódczyni, coby moja Wataha wiedziała, co ma czynić, gdy Matka odejdzie już na kulinarną emeryturkę :-D

  1. Jakie pomidory kupić? U nas na targowicy dostępne są przede wszystkim Lima, Bawole Serca też dają radę, ale suszą się o wiele dłużej i (szczególnie gdy są dojrzałe) miąższ przy wydłubywaniu pestek lubi się rozłazić.
  2. Nie polecam kupowania małych pomidorków. Wysuszone przelatują przez kratkę, lądując zdradliwie na dnie piekarnika, gdzie przyczajone czekają tylko na jakieś pieczenie pizzy przez moje leniwe potworki. Źle się też obierają i po prostu mają mniej miąższu.
  3. Po umyciu trzeba je wytrzeć/wysuszyć – dodatkowa wilgoć w piekarniku czy suszarce opóźnia proces, no chyba że suszymy na słońcu, ale jak na złość teraz na polu jest mokro... a w lipcu można było smażyć jajka na parapecie, wot żyźń…
  4. Zanim zaczniemy dehydratację (to brzmi, nieprawdaż?) trzeba surowiec obrobić skrawaniem. Przekroić na pół, wyciąć to zielone gniazdko przy szypułce, a jeżeli wydają się zbyt niedojrzałe w środku po prostu odrzucić (ja obcinam grubo tę zieloną piętkę i dodaję do tych przeznaczonych na passatę, tomatyna jest najbardziej szkodliwa na surowo). Nie musimy, a nawet nie trzeba brać pomidorów baaardzo dojrzałych. One i tak potem robią się czerwoniutkie.
  5. Następnie paluszkiem zgrabnie wydłubujemy większą część tej galaretki z nasionami. Nie trzeba tego robić zbyt dokładnie (lepiej smakują) ani zbyt energicznie, bo to „zgrabne wydłubywanie” szybko zamienia się w grzebanie na tzw. chama i wtedy (jak już pisałam) zasikujemy pół kuchni i wytrzeszczone nad pomidorem ślipia, jak jakaś czerepacha. Tak to jest, jak człowiek się irytuje, bo kupił se na raz 10 kilo pomidorów, żeby wielbłąd w postaci zniewolonych Juranda czy Jacusia nie miał wolnych przebiegów. Wszystkie te resztki też oczywiście przeznaczam na passatę, bo i tak przecieram ją przez sitko.
  6. Na kratce czy blaszce układamy je najpierw na pleckach i delikatnie solimy, tak, jakby się siało mak, no wiecie o co chodzi. Ja używam morskiej soli już do wszystkiego (ze względu na szkodliwość antyzbrylacza dodawanego do zwykłej) i wiem, że grubą solą ciężko przysolić precyzyjnie. Potem odwracam na brzuszki i czekam około pół godziny, żeby wyciekł nadmiar soku. Potem znowu odwracanka i do piekarnika. Nie dodaję żadnych ziół ani czosnku - chłoną potem wodę (no chyba, że robi się na bieżące spożycie).
  7. Mam taką machinę do suszenia grzybów i warzyw, ale nie nadaje się do suszenia bardzo mokrych rzeczy. Dopiero ostatni szlif nadaję pomidorom w tej suszarce, mogę bowiem precyzyjnie uchwycić tam stopień wysuszenia.
  8. Piekarnik nastawiam na 50 stopni z termoobiegiem. Temperatura i tak jest wyższa (termoobieg tak ma), ale nie może być jeszcze wyższa, jak zalecają niektóre panie. Już to obadałam. Ja nie chcę PIECZONYCH pomidorów, tylko suszone. Blaszki trzeba odwracać i zamieniać miejscami, warzywa też odwracać. Czasami soku jest tak dużo, że muszę podkładać ręczniczki papierowe i wymieniać je po nasiąknięciu (ale uwaga! muszą być z tych lepszych gatunkowo, grubych - badziewiaste mogą przylgnąć do pomidora!). I jeszcze jedno – piekarnik MUSI BYĆ UCHYLONY! W zamkniętym robi się ruska bania i pomidory się gotują! Jeśli ktoś ma piekarnik wyłączający się przy otwartych drzwiczkach (jakiś idiotyzm, kto to wymyślił?!) to jest problem. Ja wsadzam mątewkę w szparę.
  9. Robotę najlepiej zacząć rano, żeby móc suszyć ten pierwszy cały dzień. Na noc zostawiam po prostu w uchylonym piekarniku, nic im się do rana nie dzieje.
  10. Jeśli suszymy na słońcu, to trzeba uważać na muchy (jednak mieszkanie wysoko w bloku może mieć JAKĄŚ zaletę, jedną z nich jest mała ilość owadów).
  11.  Kiedy skórka zaczyna się marszczyć i daje się ją łatwo ściągnąć - wg mnie trzeba to zrobić. Metodą prób i błędów należy uchwycić moment najlepszy na ściąganie - żeby były jeszcze jędrne i trzymały kształt, ale już z odparzoną skórką. Jeśli suszymy na słońcu to niestety najpierw trzeba je oskórować po piekarniku. To idzie dość szybko i najlepiej zagonić do tej roboty dziecko np. za karę (uwaga, nie Jaśka! zaczął mi skórować razem z połową miąższu, drzyk jeden!). potem suszenie idzie dużo szybciej, bo parują całą powierzchnią.
  12. Co jakiś czas trzeba kontrolować stadium wysuszenia, bo schną nierówno. Te już dobre zdejmujemy z blachy. Jeśli działamy na kilka blach, to można je pogrupować wg stanu gotowości i wtedy mamy całą blaszkę na raz gotową do dosuszania.
  13. I teraz ważna rzecz. Jeśli ktoś robi ich niewiele, to może trzymać w słoiczkach, zalane gorącą oliwą. Nie zrujnuje się i zdąży zjeść, zanim się zepsują (takich zalanych tłuszczem nie można trzymać miesiącami, nie próbowałam dłużej niż 3 miesiące). I nie dodawać jednak czosnku czy innych przypraw, o ile nie zamierzamy ich szybko zjeść. Nie próbowałam pasteryzować takich w oliwie. Słyszałam też o zamrażaniu, ale bałam się, że stracą ten cudowny smak. Ja daję pół na pół oliwę ze zwykłym olejem rzepakowym, bo to jednak duży koszt. I nie zalewam tak, by pływały krytą żabką, tylko odwracam słoiczek co jakiś czas i one są stale pokryte tłuszczem, który potem skrupulatnie wykorzystuję, nawet do smażenia można. Przy tej opcji stopień wysuszenia może być mniejszy – wąż gumowy to dobre stadium.
  14. Jeśli zamierzamy przechowywać je bez oliwy, to jednak trzeba wysuszyć mocno, na wiór. Wtedy ładuję je do woreczków na mrożonki (muszą być grube i szczelne) i zakręcam hermetycznie w sposób pokazany na zdjęciach. Jest to super patencik podpatrzony gdzieś w necie, każdy woreczek (a nawet wór, tylko wtedy trzeba z plastikowego baniaka) da się szczelnie zakręcić. Nawet woda nie ucieka – sprawdzałam! Brzeżki obciętej butelki są ostre, więc trzeba je delikatnie podtopić nad palnikiem gazowym – stają się plastyczne i można je ładnie woblić gołymi palcami (uwaga na oparzenia!). Taki sposób pozwala przechowywać je długo, ale stale trzeba zaglądać, czy nie złapały wilgoci – ja co jakiś czas odpalam moją maszynerię i dosuszam. Aby zmiękły potem do użycia np. w sałatce, trzeba je namoczyć w minimalnej ilości gorącej wody (nie można wziąć jej więcej, bo cały smak przejdzie do wody) albo naparować (ja tak robię, kładę nad parę na tym piprztyku i raz dwa się robią elastyczne).
I to już jest koniec, ufff!!! nie wiem, czy ktoś dotrwał… Jeśli moje rady się komuś przydadzą to super, to są oczywiście tylko moje spostrzeżenia, nie uważam się za żadnego eksperta, wręcz przeciwnie – ciągle się uczę. 
Na deser daję Wam coś ekstra: widok Tatr (słowackich) z naszej Niebyleckiej Góry. To jest 150 km, ale gdy powietrze jest przejrzyste, to takie cuda można zobaczyć. Niedaleko naszego domku na Pstrągowej też widać! 
 Autorem zdjęcia jest pan Piotr Sarna (http://www.dalekieobserwacje.eu/tag/podkarpacie/)

sobota, 9 sierpnia 2014

Patriotyczna szarlotka Danusi

Na jednym z moich ulubionych blogów, czyli u mistrzyni Danusi z "Co mi w duszy gra", zobaczyłam szarlotkę, wyglądającą rychtyk jak szarlotka mojej Mamy, już zupełnie zapomniana w kuchni niewdzięcznej potomkini. Postanowiłam więc upiec dwie pieczenie w tym piekarniku, tzn. odtworzyć to pyszne ciasto, aby i Hurma i Czereda poznała smak mojego dzieciństwa, oraz przyłączyć się do akcji wspierania polskich jabłek. 
Sądzę, że Putin tam już wyje z rozpaczy, tłukąc głową o car-kołokoła, bo jak sami widzicie napakowałam jabłek na maksa.
Smak placka jest rewelacyjny, dałam tylko nieco mniej masła niż Danusia, bo Mama robiła tę szarlotkę raczej z półkruchego ciasta. Dodatek śmietany i proszku jest konieczny - TO NIE JEST TYPOWE KRUCHE CIASTO - i dlatego wyróżnia się nietuzinkowym, takim nieco "babcinowym" smakiem. 
Przepis jest tu, zapraszam :-)

piątek, 1 sierpnia 2014

Tarta "Warzywny Ogródek"

W przepisie tym nie ma nic niezwykłego. Każda z nas umie zrobić kruche ciasto i poukładać na nim młode warzywa. Mogę pochwalić się tylko sposobem, który w swym móżdżku Pomysłowej Dobromiry rozkminiłam: jak postawić na sztorc kalafiora i brokuła (bo marchewka jak widać poleguje). Aha, i jeszcze na spodzie są plasterki grillowanej cukinii, którem najpierw pracowicie kroiła obierakiem do warzyw (dwie godziny obróbki skrawaniem ;-) a potem w pocie czoła, w 40 stopniach w kuchni, zgrillowałam, by stwierdzić, że przybrały postać smętnych i wiotkich wkładek do starych tenisówek. I takiż miały kolor. Więc tę cukinię wewaliłam na spód podpieczonego ciasta (przepis na słone kruche np. tutaj) i zalałam mieszaniną sporządzoną z kubka kwaśnej śmietany, 3 rozbełtanych jajek i 25 dekagramów startej mozzarelli (tej tańszej, z bloku, na bufalę mnie nie stać, ale i ta pseudo daje radę). 

Następnie znowuż się zapieka, aż massa serowa się zetnie. 
W gorącą masę wtykamy, co chcemy - stoi galanto! - i jeszcze raz siup do pieca na 190 stopni, aż się warzywka zapieką. Oczywiście były podgotowane niemal na miękko (uwaga, brokuły gotują się najszybciej, jeśli gotujemy razem z kalafiorem zalecam zabawę z podbierakiem :-D)
No to buźka baaardzo letnia!
Marzynia

sobota, 19 lipca 2014

Pyszne ciasto jogurtowe, dla idiotów też :-D

No rzeczywiście - dziewczyny (Agunia i Kinga) nie kłamały. To ciasto może zrobić każdy przedstawiciel Naczelnych i wychodzi zaskakująco dobre. I zbrudzicie tylko szklankę, łyżkę i miskę (no i sitko do przesiania mąki, ale to się opłucze raz-dwa). 
Szlajająca się po cudzych blogach i wzdychająca do słodkości Czereda: zapchana. 
Etos Matki - Polki: podtrzymany. 
Hyr na dzielni: poszedł. 
Wszystkie majo placki jogurtowe: MAM I JA!!!
A przepisy są tu: Agnieszka
albo tu: Kinga
No to idę się napawać pomrukami Potworów, łaszących się do mych spracowanych rąk :-D

poniedziałek, 14 lipca 2014

Tabbouleh z kaszą - na swojską nutę :-)



Dzisiaj było ciepło. Nawet bardzo. Taplając się w rozpalonym, azbestowym zaduchu (no niestety, zanim zamieszkam w naszej drewnianej wójtówce, to jeszcze trza się pomordować w bloku, będącym szczytowym osiągnięciem stanu wojennego) pomyślałam, że zjadłby coś chłodnego… niebanalnego… może z tchnieniem Orientu? 
I zmajstrowałam sałatkę tabbouleh, którą robiłam już parę razy, ale nigdy nie z kaszą jęczmienną. Swojska nuta wzięła się z kategorycznej odmowy H&C pójścia do sklepu po kuskus (oni nie lubią tej sałatki), więc wzięłam to, co było pod ręką. Bo kaszę perłówkę mam zawsze. 
To tabule wg mnie jest jeszcze lepsze niż z pszenną kaszką, spróbujcie sami. 
SKŁADNIKI (orientacyjnie, bo każdy sam sobie reguluje, ile czego): 
szklanka kaszy perłowej (średniej), 
2 duże pomidory, 
4 ogórki gruntowe, 
średnia czerwona cebula, 
3 ząbki czosnku, 
pół pęczka pietruszki, 
pół pęczka mięty, 
sok z cytryny, 
oliwa, 
pieprz, sól. 
WYKONANIE: kaszę ugotować na bardzo sypko (ja robiłam tak, jak tu, tylko zamiast masła nieco oliwy, no i zalewałam osoloną wodą). Ogórki wydrążyć z pestek (niestety, mają w nich za dużo wody), takoż pomidory i skroić je w kostkę. Cebulkę i natki drobniutko posiekać. 
I tu dygresja: w ortodoksyjnych receptach jest dużo więcej natki, ale już to obadałam: jej duża ilość powoduje, że potrawa jest dla mnie zbyt gorzka. Nie wyobrażam sobie, jak można jeść praktycznie samą natkę, jak widać po niektórych zdjęciach na blogach. 
Czosnek przecisnąć. Kaszę wymieszać z warzywami, skropić oliwą i cytryną wg uznania, dopieprzyć i ewentualnie dosolić. Smak ma być kwaśny i taki rześki, dzięki ogórkowi, mięcie i cytrynie. Ja lubię sobie jeszcze dołożyć oliwki albo kapary, coby dodać rzazu.
P.S. A potem przyszła burza i się ochłodziło. Ale nie wątpię, że tropiki jeszcze nam dadzą w kość :-D


piątek, 4 lipca 2014

Masło z avocado

Jak celnie zauważyła Agunia z "Gotuj się do gotowania!" - na szczęście kubki smakowe człowieka ewoluują. Moje pierwsze podejście do avocado było całkowicie spalone, i jak pisałam, zrobiłam guacamole, ale wyszło mi niedobre.
Albo wtedy coś skiepściłam (ale tam nie ma co skiepścić!) albo moje czerewiaste, wygarbowane barszczem i ziemniakami podniebienie nie było godne tego smaku, bo jadłam, a w gębie mi rosło.
Hurma i Czereda, najpierw podejrzliwie obserwująca moje przygotowania, złośliwie potem dopingowała tekstami z "Misia": No jedz mamo, jedz, na świecie to jedzą bez przerwy!”. A jednak...
Nie poddałam się i po 5 latach - proszę! Robię sobie dietetyczne, aromatyczne masełko i się nim zajadam. A Potwory nadal nie partycypują, ale to jest banda wilcząt z Czarnej Dzielni na smalcu chowana.
SKŁADNIKI:
1 dojrzałe avocado,
ząbek czosnku (zmiażdżony),
ze 2-3 łyżki oliwy tłoczonej na zimno,
sok z połowy limonki,
sól (dałam HIMALAJSKĄ RÓŻOWĄ, a co, zna się te tryndy!)
WYKONANIE:
Wszystko zmiksować na gładką masę. 
Podobno to najzdrowsze masło świata, no nie wiem, co na to Babcia Bronia, ale w każdym razie pyszne pod pomidora czy szyneczkę :-). 

czwartek, 26 czerwca 2014

Mufinki z kurczaka


Nie jest to wpis nowy, ale odżył ostatnio, więc postanowiłam go dopracować i wrzucić teraz. Pomysł na mufinki kurczakowe podpatrzyłam na blogu u Pieguska. Pigusek (kolegujemy się z Piguskiem od czasu, gdy najmłodszy członek H&C tak Ją nazywał i zostało) gotuje pysznie, a w tym pomyśle jest przebłysk geniuszu kulinarnego... 

Przede wszystkim nie trzeba się tak starać, aby zgrabnie wyciąć te filety jak tu na ten przykład. Można nawet dość niedbale, i tak to się zawinie do środka. Nawet nie trzeba rozbijać, jeśli umie się wyciąć cienkie fileciki. Te foremki muffinkowe są dość duże, dołeczki mają około 6 cm średnicy, więc nie upychałam na siłę. 
Potem to już łatwizna: po 1-2 usmażone na masełku pieczarki, serek ulubiony i posiekany koperek. Tam można wsadzić wszystko, co nam kulinarna fantazja podpowie. 

Wierzch mufinek smarujemy nie za grubo majonezem i pieczemy na 200 stopniach, aż się ślicznie zrumienią, a zapach wypełni całą kuchnię. Trwało to nie więcej niż pół godziny. Ja uchyliłam kilka razy piekarnik, żeby wypuścić parę, bo mi się dosłownie gotowały w sosie własnym w tych gniazdkach.
 Tak wyglądają w formie, tuż po wyjęciu z piekarnika. Jeden został zeżarty w locie. Są baaardzo soczyste i fajnie stoją na talerzu, ukazując "bogate wnętrze" :-).
 
 
Łatwizna tego przepisu czyni go idealnym dla faceta, który chciałby błysnąć przed ukochaną samodzielnie przygotowaną kolacyjką.
Kiedy Jurek zobaczył, jakie to proste i pyszne, to odwołał wcześniejszą sugestię, że na TAKĄ kolację RANDKOWĄ, to najlepsze będą na danie główne "Cycki Aryjki" (klik!), a na deser "Cycki Murzynki" (klik) :-D