sobota, 15 września 2018

Bibimbap

Ostatnio "jarają" (mówiąc językiem H&C) mnie potrawy o niezwykłych nazwach. No więc jeżeli w necie wpadło mi w oczy coś, co się nazywa BIBIMBAP - to musiało zostać wykonane i pożarte. Zakupiłam nawet w tym celu (metodą klikania ma się rozumieć, w naszym Żeleźnioku chłopy wykupiły :-D) koreańską pastę o niemniej frapującej nazwie go-chuj-ang czy jakoś tak. Zaraz sprawdzę... tak! GOCHUJANG. 
Potrawa jest pyszna, wcale nie trudna do zrobienia i daje niezłego kopa. Jeśli Kim Dzong Un ma ją w menu, to nie ma co liczyć, że szybko zejdzie... Przepisów w Sieci jest kilka, ja inspirowałam się tym, polecam, bo wszystko tam dokładnie opisano. Niestety, nie posiadałam wymienionego w przepisie "jednego czarnego chińskiego grzyba" (?! to chyba ten jakisik uszak bzowy?), alem miała takoż czarne grzyby mun. Hurmie i Czeredzie (poszerzonej nawet o niejakiego P., któren jest inżynierem w PeGieE, więc jest światowcem na naszej wiosce) było wsio rawno. Zamiast karkówki czy wołowiny dałam cieniutko krojony schab, zamarynowany w sosie sojowym i tej gochujandze. No i uwaga! miałam olej sezamowy, NO BA! I nawet kolendrę dałam, uprzednio ją wyszmalcowawszy dla połysku (Okrasa tak robi), choć nie wiem, czy aby na pewno konweniuje.
Wszystkim smakowało, a nizijer zrobił nawet zdjęcia :-)
P.S. Po sesji foto okazało się, że krojony omlet, którym bibimbap powinien być posypany, został na patelni. Ale uprzejmy pan nizijerek sfotografował mi go solo.
CaUski dla wszystkich - Umiłowana Przywódczyni Marzynia

niedziela, 26 sierpnia 2018

Rumpuć

Tyle lat babki, matki, wujny i stryjanki w mojej rodzinie gotowały tę zupę, ale dopiero niedawno odpowiednie jej dano słowo: RUMPUĆ. Ja zawsze myślałam, że to zwykła jarzynowa na kawałku jakiegoś mięsiwa dla większej pożywności. A teraz już wiem, że kwaskowata zupa z kapustą i wszystkimi warzywami, jakie mamy w ogródku, tak się superancko w Wielkopolsce nazywa. A ponieważ i Zuzię urzekła ta nazwa, i skroiła wszystkie składniki, i jej baaardzo smakowało, więc daję przepis.
Najlepiej smak tej zupy z dzieciństwa (i przepis na nią) opisał jeden pan z Poznania, o tutaj
Gdybyś Zulajdo zapomniała, to sobie zerknij, albo przyjedź do mnie i znowu zrobimy, bo właśnie teraz jest rumpuciowy czas :-D
Dodano 15.IX.
Okazało się, że ktoś jeszcze oprócz nas zainteresował się tym przepisem, zapewne z powodu nęcącej nazwy. Więc napiszę, jakie składniki były w naszym rumpuciu:
wędzone kości od schabu,
marchewka, 
pietruszka,
mała kapustka biała,
garstka kiszonej kapusty,
ziemniaki,
cebula,
fasolka szparagowa,
starte na grubej tarce pomidory,
ulubione przyprawy (kminek!),
cukier,
2 łyżki lekko zasmażonej na maśle mąki.
Jest jednocześnie lekko kwaskowata i lekko słodkawa, słona, pieprzna, pożywna, ale nie tak treściwa jak zimowy kapuśniak.




sobota, 28 lipca 2018

Ogórki kanapkowe z curry i kurkumą

Podobno wszystkie kobity na tym świecie i nawet niektóre z Marsa już robiły te ogórki, ale umna Marzynia dopiero odkryła ten - znakomity! - przepis. Śpieszę więc zamieścić go "kupamięci", coby my z Zuzią nie zapomniały (a robiłyśmy razem :-)
Przepis - matka pochodził od pani Olgi Smile (o tu!), niemniej musiałam go zmodyfikować. Myślę, że będąc żoną Hipolita Kwassa tworzyłabym z nim parę idealną... Niestety - domownicy nie podzielają mego upodobania do kwasoty (nadkwasoty?!) i mogliby siły tej zalewy nie docenić, więc nieco zmieniłam proporcje. 
Już po tygodniu otworzyłam słoik i rzeczywiście są bardzo smaczne: jędrne, ostro - kwaśne z lekką słodyczą "w tle" i ujmująco gotowe do zlegnięcia na kanapce (no bo już w plastrach). Gdy ma się NSR*, tym razem w postaci Zuzki  która pokroi te kilogramy ogórków, to przepis jest prosty. I można zutylizować tony surowca bardziej wydajnie (w naszym Geesie, w "Żeleźnioku" i nawet w "Strażoku", przerobionym światowo na Marmax, zabrakło litrowych słoików, taki urodzaj!).
SKŁADNIKI:
3 kg ogórków (chyba... nie ważyłam..., ale gdzieś tak było),
3 szklanki wody,
1,5 szklanki octu 10%,
1,5 szklanki cukru,
2 łyżki soli do przetworów,
łyżeczka kurkumy,
łyżeczka curry,
pieprz w ziarenkach, 
ziele angielskie,
gorczyca,
czosnek,
słoiki różnej wysokości.
WYKONANIE:
Ogórki pokroić w plastry wzdłuż, starając się, by były w miarę równej grubości. Upakować na stojaka ciasno w słoiki, dobierając ich wysokość do długości plasterków (a przynajmniej na początku, bo i tak pod koniec, zirytowani, będziecie pchać na tzw. "chama", aby już tylko skończyć...). Do każdego słoiczka wsypać ulubione przyprawy wg uznania. Składniki zalewy zagotować, wrzącą zalać ogórki (cały czas mieszając zalewę, bo przyprawy opadają na dno garnka), mocno zakręcić i pasteryzować nie więcej niż 10 minut.
P.S. Gdyby ktoś się zastanawiał, co to za dizajnerski plan zdjęciowy, to uprzejmie donoszę, że to stare dachówki w moim ogrodzie. Co do warunków współpracy to proszę się skontaktować z moim pełnomocnikiem. 
NSR* - Niewolnicza Siła Robocza

wtorek, 17 lipca 2018

Sok z trześni z korzenną nutą

To już ostatni dzwonek, aby zerwać trześnie (tak się u nas mówi na dzikie wiśnie, zwane też ptasimi wiśniami). Ptaki oczywiście wolą szlachetne wiśnie z sadu, a co się będą mordować z drobnymi dzikimi owockami, skoro można opędzlować ludzkie. A ja "grabię" ptakom ich wisienki, bo jest to jeden z najzdrowszych owoców, jakie daje natura. No i są dosłownie wszędzie, na każdym kroku przy drodze, w lesie, nad strumieniem, na dziole i w paryi, i nikt ich nie zrywa!
Na drzewo należy wysłać małżonka wraz z całą watahą (Martika w gumowych rękawiczkach), obiecując w nagrodę cokolwiek, byle tylko zerwali :-D 
Aha, i potrzebny jest sokownik na parę, warto zakupić, nie są drogie.
Owoce wypłukać w kilku wodach i nawet nie zaglądać do środka w poszukiwaniu jakichś tam robaczków. Prawdziwi Ludzie  Natury oraz mieszkańcy mojej wsi NIGDY nie zaglądają, bo  w życiu by se nie chapnęli żadnej leśnej maliny, jeżyny czy jagódki.
"Przepuścić" przez sokownik do dużego garnka i dodać tyle cukru, aby był mocno słodki. Oczywiście to kwestia gustu, ale ja daję dość dużo, bowiem nie pasteryzuję soku - wystarczy wrzący rozlać do wyparzonych buteleczek.  Doprawić do smaku sokiem z cytryny i przyprawami z rodzaju tych "bożonarodzeniowych": imbirem, goździkami, kolendrą, kardamonem, cynamonem - co kto lubi.
Sok sam w sobie jest nieco gorzkawy i ma mocny posmak trześniowy (nie wiedzieć czemu...), ale z tymi korzeniami nabiera niezwykłego aromatu - naprawdę niewielu zgadnie, co to. Najpyszniejszy w gorącej herbacie, już się widzę w zimie siorbiącą z pękatego kubka Babci Broni. A zdrowotność - nieoceniona, jak we wszystkich czarnych, rodzimych, nieprzemajstrowanych genetycznie owocach.
P.S. I nie pić w kościołowym obleczeniu - okrutnie plami!

poniedziałek, 2 lipca 2018

Gołąbki z włoskiej kapusty, z kaszą orkiszową, mięsem i wędzoną rybą(!)

Gołąbki często goszczą na na naszych stołach, ale te są niezwykłe. Jak to z literackim zacięciem określiła pani Karo (której wspaniały blog: Karointhekitchen szczerze polecam): "Zjedliśmy po pierwszej porcji i wmurowało nas  w krzesła. Jeśli jeszcze nie jesteście pewni, czy dodawanie do mięsa, kapusty i pomidorów wędzonej ryby to dobry pomysł, powiem Wam jedno – po tych gołąbkach już nic nie będzie takie samo".
Niestety, góra garów do pozmywania pozostała taka sama, ale uśmiechy na twarzach biesiadników na pewno były szersze - aż się przestraszyłam, czy nie pozostanie mi w domu czereda Gwynplaine'ów :-D.
No i pierwszy raz robiłam z włoskiej, no i na pewno nie ostatni - liście miękną dużo szybciej, łatwiej je uwijać, a efekt wizualny jest bardziej spektakularny (oczywiście nie jedliśmy w żadnych tam kapuścianych miseczkach, ale zachwyciły mnie zdjęcia na blogu mentorki i też chciałam mieć piekniusio, na moją marzyniną miarę ma się rozumieć :-)).

SKŁADNIKI:
Średnia główka włoskiej kapusty,
0,5 kg mielonej łopatki lub karkówki,
2 torebki kaszy orkiszowej,
1 mała wędzona makrela (w oryginale były to sardynki, alem takowych nie zdybała w naszym geesie, od czapy zwanym przez wszystkich na wsi "Żeleźniokiem"),
2 duże cebule,
4 ząbki czosnku,
sól, pieprz do smaku,
natka pietruszki (dałam, bom stwierdziła, że będzie konweniować) i lubczyk (ten nigdy nie zawadzi, zwłaszcza, gdy słabnie uczucie do Umiłowanej Przywódczyni),
2 szklanki bulionu (jaki tam mamy zamrożony),
2 łyżki smalcu ze skwarkami z wędzonej słoniny (ma sie to zaplecze energetyczne, hie hie), ale inny tłuszczyk też bedzie.
WYKONANIE
Ugotować kaszę w osolonej wodzie na półmiękko. Cebulę zeszklić, czosnek przecisnąć. Liście z kapustki schodziły galanto, wystarczyło podciąć gruby nerw przy "głębiu", po czym sparzyć je we wrzącej wodzie - ja to robiłam po prostu w dużej patelni z pokrywą. Wymieszać łapką kaszę, mięso, cebulę, mięso z ryby, czosnek i przyprawy i nadziewać liście kapustki metodą "na krokieta" (Martik wie jak, a Zuzia może spojrzeć np. tutaj). Dno naczynia do zapiekania (najlepsza żeliwna gęsiarka, ale każde ze szczelną pokrywą się nadaje, jeśli mamy bez pokrywy, to szczelnie zatkać folią aluminiową, chociaż starajmy się jej unikać  w kuchni) namaścić tym szmalcykiem, ułożyć ciasno gołąbki (wyjdzie dwie warstwy) i zalać bulionem. Zapiekać 1,5 godziny na 180 stopniach, grzanie góra i dół, środkowa półka.
Wyserwować (ha! zna się te branżowe termina!) z sosem pomidorowym. Albo i bez, bo i tak są przepyszne! (jak przyznała nawet ciocia Zosia: worte gemby :-D

czwartek, 14 czerwca 2018

Baozi - chińskie pierożki na parze

Mójezu! w co to się człowiek nie właduje, żeby się choć trochę popisać... No i udało się, chociaż dopiero obejrzane zdjęcia ujawniły niedostatki anturażu. Nie wystarczą plasterki chili i  wyszmalcowany dla połysku szczypiorek - olej sezamowy, którym skropiłam baozi wygląda jak krwawy pot, który niebacznie skapnął gospodyni ze zroszonego czoła, a na talerzu z "Wawela" to raczej pierogi z gryczaną powinny spoczywać...
Ale co tam, grunt, że było pysznie! Choć nieortodoksyjnie.
Te pampuchy są bardzo miękkie, puszyste, a w "łagodnym" cieście znajdujemy niespodziankę - orientalne, lekko chrupiące nadzienie o zdecydowanym, pikantnym smaku. Troszkie certolenia jest z tym dankiem, dlatego warto wykorzystać owoce żywota swego w charakterze pomocników :-D
SKŁADNIKI:
na ciasto: 
- 40 dkg mąki luksusowej,
- szklanka ciepłej wody,
- 1-2 dkg świeżych drożdży (dałam "na oko", mniej więcej tyle, co na łyżce stołowej),
- 2 łyżeczki cukru,

- 1 łyżeczka soli,
- 2 łyżki oleju rzepakowego.

na nadzienie:
- kawałki kurczaka (może być usmażona pierś, albo jak u mnie to, co obrałam z rosołowego kadłuba i zręcznie podrasowałam przyprawą "5 smaków" Kamisa),
- marchewka pokrojona w zapałkę,
- takoż skrojony por,
- i takoż imbir (no ten może w takie przedwojenne zapałeczki podzielone na czworo; BB mówiła, że przed wojną się dało je podzielić. I jeszcze węgiel był we wiosce :-DD),
-  2 - 3 ząbki czosnku,
- 2 cebulki dymki razem z cybuchami,
- chili w płatkach wg uznania,
- sos sojowy do smaku,
- ocet winny jw. (wiem, wiem, powinien być ryżowy, ale wujkowego konia z rzędem temu w naszej wiosce, kto się kapnie!),
- i cukier, do smaku a jakże!
WYKONANIE:
Zrobić zaczyn drożdżowy z wody, cukru i drożdży, a potem wyrobić go z resztą składników, aż przestanie się lepić do rąk. W zasadzie prawie przestanie, no chyba że chce nam się myć robota kuchennego, który odwali za nas tę robotę lub możemy wykorzystać w/w pomagierów. Odstawić w ciepłe miejsce do wyrośnięcia (około godziny). 
W tym czasie przygotować "faszer":
Na patelni mocno rozgrzać olej. Tak, to kanonicznie powinien być wok, ale - zważywszy na ceny dobrych woków - raczej nie kupię go sobie w najbliższej pięciolatce. Sąsiad z Budzisza ma poniemiecki hełm, bo tam stał długo front, ale nie chce oddać, bo od czterdziestego czwartego karmi w nim kury. Na olej wrzucić  marchewkę, podsmażyć, potem imbir i posiekany czosnek, kurczaka, chili, cebulkę, a na końcu na chwileczkę pora (szybko mięknie). Przyprawić wyraziście, bo inaczej smak zginie w nieco "bezpciowej" okrywie.
Wyrośnięte ciasto jeszcze trochę wyrobić, podzielić na 16 części (na 16 wychodzą równe kawałki - metodą: na 2, na 2, na 2 i na 2). Poza tym nie mam tego szpeja bambusowego do gotowania na parze (hmmm... przetak wujanki?) i korzystam z przydasia zastępczego ( o tu klik), a to jest dość małe. Każdą kulkę wywałkować na placuszek, lekko sklepać (scieńczyć) mu brzegi, szczodrze nadziać i zawinąć brzegi do góry, mocno ugniatając "na falbankę" (miała powstać jakoby chryzantemka, wyszły raczej takie czubki, ale nic to). Pierożki od spodu wysmarować olejem, coby nie przylgnęły do sitka (najpierw próbowałam posmarować sitko, ale olej zaraz  wylądował w wodzie). Parować pod przykryciem na dużym ogniu około 15 minut.
A polewka z oleju sezamowego rzeczywiście pasuje.

piątek, 23 marca 2018

Mazurek z fiołkami

Kiedy patrzę na zmrożony i zasypany śniegiem świat za oknem, nie mogę uwierzyć, że rok temu przed Wielkanocą zbierałam fiołki w ogrodzie sąsiadki. Podejrzewam, że przepis w tym roku już nie zdąży się przydać, ale myślę, że można się pobawić w fiołkowe dekorowanie ciasta i po świętach.  Jak cudnie to wygląda, to najlepiej przekonać się tutaj :-)
Szczerze mówiąc, z powodu niewytłumaczalnego dla mnie rozpuszczenia się części lukru na dżemie (kiwiowym), mój baranek z fiołkowego cukru nieszczególnie zachęca. Wygląda rychtyk, jakby się pasł na łące, na której spod topniejącego śniegu wyziera zżółknięta zeszłoroczna trawa :-D
Z tymi fiołkami jest zabawa. Robiłam tą metodą (klik!), bo zachwycił mnie efekt skrzących się od kryształków cukru kwiateczków. Oczywiście moje prototypy były skromniutkie (dobrze, że był wysyp tego kwiecia, bo mnóstwo się zepsuło, naprawdę niecierpliwi mogą dostać fioła). Cukier fiołkowy to już betka, ucierałam kwiatki z kryształem w makutrze (mam taką małą), jak radzi pani Paulina (klik!).
Podobno ładnie wychodzą pierwiosnki i jasne bratki, wypróbujemy, kiedy wreszcie przyjdzie wiosna!


środa, 14 marca 2018

Ptasie mleczko

Właściwie nie jest to ptasie mleczko, tylko jakaś stabilizowana śmietankowa pianka, ale odkąd przeczytałam skład tego sklepowego, wybiłam z głowy mojemu miłośnikowi tej słodkości ów zakup. A poza tym nic tak nie łechce dumy Matki Polki, jak ochy i achy męża (rzeczywiście jest smaczne), no i z czystym sumieniem można stwierdzić, że mu nawet ptasiego mleka nie brakuje :-D
Za pomocą miksera robi się to błyskawicznie, przydają się także babcinowe półlitroczki (w blaszanych kubkach galaretka, wstawiona do zimnej wody w zlewie, błyskawicznie stygnie, więc śliniący się już małżonek nie musi długo czekać).
SKŁADNIKI:
- 0,5 litra śmietanki 30%, 
- kubek jogurtu typu greckiego,
- 2 różnokolorowe galaretki (troszkę chemii nie zawadzi hie hie..., gdy ktoś bardzo uważa, to można zrobić białe, na samej żelatynie lub agarze),
- 2 łyżeczki ksylitolu (albo cukru pudru, mój Pan jednak pożera słodkości z mniejszymi wyrzutami sumienia, gdy nie są dosładzane sacharozą, a jeszcze nie dotarło do niego, że taki cukier jest przecież w kupnej galaretce :-D),
- mała paczka petitków (też nie są konieczne, ale fajnie się kroi na porcje. Nie czytać składu!)
WYKONANIE:
Galaretki rozpuścić w niepełnych szklankach wrzątku, w osobnych garnuszkach ma się rozumieć. Jeśli zależy nam na szybkości, to wstawić do zimnej wody, tylko nie iść gadać z ciotką, bo zastaniemy je zastygnięte na beton (w takim przypadku ostrożnie podgrzać, rozpuściły się z powrotem i nic im nie było). Ubić śmietankę, dosłodzić, wymieszać z jogurtem na gładko. Gdy mamy złe doświadczenia z ubijaniem, można zajrzeć tu (klik!). Podzielić masę na pół i zanim wlejemy galaretkę, to najpierw trzeba wmiksować do garnuszka ze dwie łyżki tej ubitej śmietany (zapobiega to powstawaniu grudek, raz tak zepsułyśmy z Martikiem krem żelatyną - potrafi zastygać błyskawicznie w zetknięciu z zimną śmietanką). Jakieś prostokątne naczynie wyłożyć herbatnikami, wylać pierwszą warstwę, zastudzić (krzepnie szybko), potem drugi kolor i na wierzch znowu ciastka. Jeśli nie chce wyleźć z pojemnika (oczywiście NIGDY nie chce), to podgrzać od spodu w gorącej wodzie, delikatnie wyłożyć na deseczkę, a potem hopsa! odwrócić. 
I zawołać na Hurmę i Czeredę, że ptaki już wydojone :-)

 

sobota, 3 marca 2018

Kurczak pieczony z czosnkiem, rozmarynem i cytryną

Upiec całego kurczaka tak, aby był soczysty, nie jest wcale tak łatwo, zwłaszcza, jeżeli jest duży jak ten (niby) zagrodowy ze zdjęcia. Co prawda kobita w sklepie się zarzekała, że napis "wiejski" na jego metce oznacza, że był hodowany w zagrodzie. Mogła to być co prawda zagroda 20x30 cm, albo tak jak stwierdziła Ciocia z Anią: jechał przez wieś z tuczarni. Mój kurczak miał niemal 2 kilogramy, co oznacza, że trzeba go piec przez 2 godziny - ogólna zasada jest taka, że tyle godzin się piecze, ile waży (w zaokrągleniu, ma się rozumieć). Jeżeli jest lodowaty, bo zapomnieliśmy zabrać go z sieni, gdzie leżakował w temperaturze 0,5 stopnia (Jessu, kiedy te mrozy się skończą!), a Wataha już ante portas, to trzeba mu dodać ze 20 minut pieczenia. A najlepiej wyjąć wcześniej z lodowni, by się ocieplił.
A propos leżakowania: wcale nie musi "dojrzewać", natarty solą, pieprzem i przyprawami oraz wypchany tam gdzie słońce nie dochodzi cytryną i zgniecionymi ząbkami czosnku. Duży ptak piecze się wystarczająco długo, aby aromat przypraw go przeniknął. Jednak "nasłonienie" jest bardziej równomierne, jeżeli posolimy go chociaż z godzinę wcześniej.
Najlepiej piec w naczyniu z kratką na dnie, o takim! Jeśli takowego nie mamy, to coś trzeba mu pod plecki wsadzić, aby nie pływał we własnym sosie i tłuszczu, bo się skórka nie wychrupczy. Gdy mąż wydrze nam jednak w ostatniej chwili z rąk pieczołowicie wyszorowaną metalową ramkę, w której eksponował se zdjęcie z kumplem z wojska, to noże stołowe też mogą być (byle nie miały plastikowych uchwytów, hie hie).
Pieczemy bez przykrycia. Patentem na kruchą skórkę i soczyste mięsko jest nawtykanie kurczakowi pod skórkę (przez wąskie nacięcia pogłębione paluszkiem) zimnego masła i namaszczenie go także z wierzchu. Temperatura 180-190 stopni, grzanie góra i dół, środkowa półka piekarnika. W ostatniej fazie można włączyć termoobieg, ale wtedy zmniejszyć temperaturę, bo się może zbytnio zjarać (no i nie dziuczeć wtedy z nosem w telefonie albo kompie! - to dygresja do H&C).
W połowie pieczenia warto odwrócić go brzuchem w dół, coby plecy też się zrumieniły, przy okazji można odlać nadmiar soku i tłuszczu. Niektórzy zalecają związać mu nóżki, ja wykorzystałam jego własną skórę do podgięcia odnóży (bo tak już był spreparowany na tacce sklepowej). Zostało to oczywiście złośliwie skomentowane przez wrażą Watahę (cyt.: "chyba będzie rodził, bo rozwarcie już na cztery palce"), ale się nie przejęłam, bo z durnych skojarzeń już wyrosłam :-D. 
Dopiero, gdy wgrałam poniższe zdjęcia, to i mnie dopadły skojarzenia.
No spojrzyjcie sami: czy to nie wygląda jak ów Obcy, co wyskoczył z klaty temu gościowi z Nostromo?!

sobota, 24 lutego 2018

Chlebek bananowy dla wszystkomających

To pisałem ja, Jarząbek Martik. Nastąpiła największa tragedia, jaka mogła spotkać członka H&C - okazało się, że mam nietolerancje pokarmowe na gluten, laktozę i jeszcze parę innych pyszności.  Niestety, poniekąd wypadłam z watahy pożeraczy maminej kuchni, dlatego zamieszczam tutaj nietypowy jak na Marzynię przepis dla posiadaczy większości nietolerancji (tych "wszystkomających").
Ale normalsi - nie przestawajcie czytać, bo chlebek jest pyszny i smakuje całkiem zwyczajnie, co zresztą wiadomo nie od dziś, bo w sieci jest jakiś milion przepisów na ten wypiek (ale tutaj pierwszy :-)).
Oryginalny przepis jest tutaj.
Przygotowanie faktycznie zajmuje 5 minut. Ja zawsze robię go z mąki ryżowej (nawet w Lidlu można kupić). To ciasto jest bez glutenu, cukru, laktozy, orzechów, a i tak jest słodkie i smakuje trochę jak piernik. 
SKŁADNIKI:
- 3/4 geesowskiej szklanki mąki ryżowej,
- pół łyżeczki sody oczyszczonej,
- łyżeczka cynamonu (można także trochę imbiru),
- 3 banany (im bardziej dojrzałe, tym chleb będzie słodszy i bardziej miękki),
- 1 jajko,
- pół jabłka (najlepsza szara reneta) w kawałkach.
WYKONANIE:
Banany blendujemy z jajkiem, dodajemy sypkie składniki. Wkrawamy jabłko, mięszamy. Wylewamy do keksówki albo foremek mufinkowych, zresztą we wszystkim się uda. Pieczemy 30-40 minut w temperaturze 170 stopni (mufinki "na oko", do suchego patyczka). Można jeść jeszcze ciepły. Zamiast jabłka można dać jakiekolwiek owoce, albo czekoladę, albo coś. 

sobota, 17 lutego 2018

Sernik na zimno na ksylitolu i herbatnikach

To ciasto (deser?) nazywało się za komuny "Domek Baby Jagi" i czasami bywało na naszym stole, przeważnie w wersji białej i bez polewy czekoladowej (kakao rzadko można było zdobyć, a cukier na lukier tak). Co prawda miało formę pięciościanu i trójkątny przekrój (o tu np. jest klasyczna wersja), bo moje jako żywo żadnego "domku" nie przypomina. Chociaż nie, taki kwadraciak z lat 70 -tych, taki z płaskim dachem, to w sumie podobny jest. 
Do wykonu tego ciasta zmusiło mnie smędzenie H&C, zredukowanej w tygodniu do jednego przedstawiciela watahy, więc gdy On prosi o coś, to prosi mnie 100% petentów. No i jak tu odmówić?  Niestety, pan od jakichś 3 miesięcy nie je (wogle!) cukru, co ja przyjęłam z entuzjazmem, bo myślałam, że już całkowicie umyję ręce od pieczenia (na weekendzie piecze Martik). Ale nie... słodkiego się dalej chce, tylko ma być ZDROWE słodkie! No to coś tam stulam i zachwalam, że zdrowiusieńkie, wprost lecznicze!
Na marginesie mówiąc to ciasto jest bardzo smaczne. Robi się błyskawicznie i szybko można je jeść, gdy tylko herbatniki zmiękną. Robiłam je po prostu blenderem, bo nie mam miksera, a nie chciało mi się borykać z robotem.
SKŁADNIKI:
- 0,5 kg sera białego,
- kostka masła (200 g.),
- szklanka ksylitolu,
- esencja migdałowa do smaku,
- rodzynki - dobrze umyte w gorącej wodzie i skropione rumem,
- duża paczka herbatników "Petit Beurre" (oczywiście jest w nich cukier, ale jakoś pan nie umarł w konwulsjach),
- tabliczka gorzkiej czekolady (to był "Wawel", idealnie zastygła i bardzo chrupała, co do cukru w niej to patrz wyżej),

- prostokątna forma, może być nawet pudełko
WYKONANIE:
Masło zmiksować z ksylitolem (ja po prostu nożami ręcznego blendera), aż będzie puszyste. Dodać ser, zmiksowany takoż (w innym naczyniu) i dobrze wymieszać. Dodać rodzynki i aromat jaki nam pasuje, akurat miałam migdałowy. Herbatnikami wyłożyć formę, wcale nie musi być starannie, smarować kremem serowym i tak warstwa po warstwie, aż do dachu, którym oczywiście mają być ciastka. Czekoladę połamać, rozpuścić w kąpieli wodnej z łyżeczką masła i pokryć nią jak papą płaski w tym przypadku dach domku (jeśli w ogóle odczuwamy jeszcze potrzebę samooszustwa, że to Chatka Baby Jagi). Już po godzinie było miękkie, świetnie się kroiło i zostało pożarte w błogim poczuciu dbania o zdrowie.
P.S. Ciocia i Ania się nie kapły, że to na petitkach, ale Teściowa, jako wytrawna znawczyni, już mogłaby :-)

 

środa, 7 lutego 2018

Krokiety z maślakami i kapustą

W tym przepisie kluczowe jest słowo: MAŚLAK (tak, pana Maślaka też pozdrawiamy). Czereda rozumie dlaczego, ponieważ za każdym razem Matka proponuje im, aby wzięli do  domków swych bodej z jedną bryłę zamrożonych w lecie maślaków i coś z nimi zrobili. Jurand mieszka na drugim, Zuzka i Chrzesny też na drugim, a Martik aż na szóstym piętrze bloku, więc mogliby chociaż miotać nimi w wyjców z dzielni. Ale nie. Tylko gdy przemycam je w pizzy, to im smakują, no fakt, są troszkie śliziowate w sosach...
I po co ja te tony tych grzybków zebrałam? a wiedziałam, że nie zejdą, ale człowiek to taka świnia grześkowiakowa jest, że nie przepuści (Martik mi w lecie uświadomił, że ocieram się już o nosacza, o tego klik!). Jeszcze kiedy leżały u Cioci w zamrażarce (swojej na razie nie mam), to łudziłam się, że będzie zapas w razie wojny światów, ale wyparły je bojlery, które niestety dożyły (w dobrostanie, a jakże!) swoich dni, a ciocia je hurtowo oprawia i mrozi. Bojlera można zobaczyć np. tu albo w zamrażarkach u nas na wsi:-D.
Więc za każdym razem, gdy z zamrażalnika w lodówce wypada mi na duży palec u nogi kolejna porcja grzybów, to myślę, CO BY TU Z NIMI ZROBIĆ.
I obadałam, że maślak w kapuście jest dobry.
I już się nie wykręcą od odciążenia matki, bo krokiety wszyscy lubią i umieją robić też.
Jak zrobić ciasto naleśnikowe tom opisała tu.
A jak farsz kapuściany to tu i tu.
Jak obrobić mrożone grzyby to opisane jest także przez Umiłowaną Przywódczynię (klik!), która medal "Tytan Pracy i Intelektu" dostała już dwieście postów wcześniej. 
No i teraz może sobie wstawiać takie pościki - lajciki, tylko pyk! pyk! link! link! i gotowe.
P.S. A krokiety są pyszne ma się rozumieć :-)

sobota, 9 grudnia 2017

Piróg biłgorajski (łysy!)


No rzeczywiście - wart tych peanów, które wypiali na swojej stronie biłgorajczycy (biłgorajanie?? H&C mi tu zdradziecko podpowiada: "biłgojaranie", ale nie chciałabym nikogo obrazić, a zwłaszcza Harveya Keitela, bo przyjedzie i zrobi nam wszystkim jesień średniowiecza).  Jest bardzo smaczny, pachnący kaszą gryczaną i skwareczkami, leciutko kwaskowaty od sera, no i bardzo syty. Wykonanie jest banalnie proste, chociaż trochę czasu trzeba sobie zarezerwować. 
A dlaczego łysy? Bo bez "opakowania" w postaci cienkiej skórki z drożdżowego ciasta.
SKŁADNIKI:
Piróg składa się z ziemniaków gotowanych, ugotowanej na sypko kaszy gryczanej (u nas się mówiło: tatarczanej) i sera białego. Myślę, że nie ma kanonicznych proporcji, ja też robiłam na oko, wydedukowawszy na podstawie kilku przepisów, że ziemniaków ma być mniej więcej dwa razy tyle, co sera i kaszy. No a słoninki to już ile kto tam chce, ja dużo chciałam :-) 
Na kilogram ziemniaków dałam torebkę (400 g) kaszy gryczanej prażonej, taką mniej więcej półkilową bołdkę sera (tłuuusssty, od Cioci), trzy jajka, kilka łyżek skwareczków z wędzonej słoninki. Śmietany już nie, bo i tak się zlepiło galanto, a bałam się, że jak jeszcze dam ciotczyną śmietanę (jakieś 50% tłuszczu, double cream to pikuś), to stołownikom wysiądą wątroby. No i oczywiście sól i pieprz. W oryginale jest jeszcze suszona mięta, alem wtedy nie miała (można było wybebeszyć z jedną saszetkę z Herbapolu, co ją ma mężuś na trawienie, ale to chyba nie to).
WYKONANIE:
Ziemniaki ugotować normalnie, jak do obiadu, i normalnie je wykłócić (kto by się tam mordował z praską czy maszynką). Kaszę ugotować na sypko - ja zawsze wszystkie kasze gotuję tym sposobem. Ser rozgnieść; jeśli jest tłusty, to się powinien sam umasować w rękach, jeśli zaś ktoś chciałby z chudym (ale po co?!), to myślę sobie, że można go wtedy ze śmietanką urobić, byłby bardziej plastyczny. Połączyć wszystkie składniki, dodać skwarki, dobrze doprawić solą i pieprzem, wbić jajka i jeszcze raz wyrobić. Formę wysmarować (tym smalczykiem, co został po wysmażaniu słoninki) i dokładnie wyrównując wypełnić farszem. Lepiło się jak klej Konrada, więc trzeba zmoczyć łapki, by wyrównać wierzch. 
Ja piekłam godzinę w 180 st., bez pokrywy, w szklanym obłym naczyniu, bo chciałam, żeby miał kształt bochenkowaty. Na ciepło najlepszy jest podsmażony na masełeczku na rumiano, ale mnie jeszcze bardziej smakował na zimno, krojony po prostu w kromki jak jak chleb.

wtorek, 1 sierpnia 2017

Ogórki kiszone krok po kroku przepis dla początkujących

Jestem szczęśliwą posiadaczką własnych ogórków, wyhodowanych na działce krwawicą absolutnego nowicjusza w branży ogrodniczej (ale mam dobre nauczycielki :-)).
Podobno najszybciej na świecie rośnie bambus, tiiaaa, chyba Chińcyki nie badali moich ogórów, no nie wiem, jak to możliwe, żeby zbierać wieczorem, a rano znajdować pełno spaślaków, leżakujących leniwie pod liśćmi.
Każda doświadczona gospodyni ma swój sposób na kiszone ogórki i ja tu nihil novi nie wniosę, ale dziewczynki gotują już na całego i ani się nie obejrzę, jak będą potrzebować sprawdzonego przepisu Umiłowanej Przywódczyni :-D
A wtedy pyk! odpalamy blogusia i jest. 
SKŁADNIKI:
ogórki (gruntowe, ma się rozumieć drogie kózki; jeśli nie będzie się chciało przyjechać po nie do mamci albo gdy Karmicielka zamknie już znużone powieczki na zawsze, to trzeba się pofatygować na targowicę we wtorek i kupić o 6 rano od chłopa niehurtownika. Lub baby.) - różnej wielkości, ale nie te potwory spaślaki; na jeden słoik litrowy wchodzi 4-5 większych i 3-4 mniejsze na wierzch,
dużo kopru z łodygą i wiechciem nasion, może być suszony (luknijcie do słoika na zdjęciu, widać wiechetek i łodygę) - też jest na rynku; na jeden słoik biorę surowiec z jednego lub półtora "koprów",
korzeń lub dwa chrzanu, ustrugany w wiórki wielkości zatykaczek do długopisu (widać) - przy zakupie trza pomacać, jeśli gnie się jak wąż gumowy to znaczy, że jest stary i zwiędnięty, na upartego będzie, ale już nie będzie miał tego rzazu no i może być zepsuty w środku. Ewentualnie można wynająć koparkę i przyjechać do matki na wieś, ja pokażę, gdzie rośnie, ale ani ja, ani Jacuś NIE BĘDZIEMY JUŻ NIGDY KOPAĆ CHRZANU W TEJ PSTRĄGOWSKIEJ SPIECZONEJ GLINIE!!!,
dużo ząbków czosnku (nie chiński! i zaznaczam, że w tym roku nie mam swojego!) - obranego z łupinki i przymiażdżonego (dużo łatwiej go obrać, jeśli się zmiażdży wcześniej ząbek dłonią, albo deszczką Martiku, bo ty masz takie wycacane rączki :-D). U Szakala jest pewny, polski,
sól niejodowana do przetworów - jest w każdym sklepie, trzeba 2 płaskie łyżki na litr wody do ogórków na zimę albo jedną łyżkę z małą górką do małosolnych na bieżące spożycie,
woda - najlepiej ze studni u mamci, i nie śmiać mi się, bo Teściowie jeżdżą do nas po wodę do kiszenia ogórków.
No i słoiki oczywiście, litrowe, a zakrętki z niewychełtaną gumką (tam od spodu jest takie cienkie gumowanie) i nie te otwierane zeszłego roku nożem. Można oczywiście kisić w większych słoikach, ale dopóki nie macie własnej żernej H&C to litrowe będą najbardziej podchodzące :-).
WYKONANIE:
Słoiki i nakrętki umyć, dobrze wypłukać z płynu, nie trzeba wyparzać. Nigdy nie wyparzam do kiszenia i nie zdarza mi się pleśń. 
Tu co prawda przypomniało mi się, jak Ela M. stała kiedyś w kolejce do laboratorium analitycznego, a przed nią jakiś dziadek. Kiedy nadeszła jego kolej chłopina wyjął z teczki LITROWY SŁOIK moczu i usiłował podać go babce w okienku przez otwór (na szczęście miał nakrętkę z dobrą podgumówką :-D). Trzeba było otworzyć drzwi do gabinetu, bo nijak nie dało się tego wcisnąć przez niewielkie okienko. Zirytowana pielęgniara chciała przyszydzić i pyta chłopa: "To już więcej pan nie miał?!", na co zdziwiony manekenpis (coś czuję, że był z mojej wsi) odparował: "Łoooo, widzisz pani, a mojo mówiła, że starczy!"
Ogórki umyć, usunąć resztki okwiatu. Przy myciu można sobie już je pogrupować do dwóch naczyń na większe i mniejsze, potem łatwiej dobierać przy upychaniu do słoików.
Łodygi kopru dobrze jest ciąć kuchennymi nożyczkami, ja obcinam baldachy i ładuję jeden na spód, a drugi na wierzch, a pozałamywanymi w dłoniach łodygami dopycham ogórki z wierzchu, żeby mi nie wypływały ponad lustro wody po zalaniu.
Na koper spodni włożyć 2 wiórki chrzanu i 2 duże lub 3 mniejsze ząbki czosnku. Ogórki duże ustawiać "na sztorca", trzeba dopychać, aby utrzymały się na stojaka. Uzupełnić słoik małymi, przeważnie te już są "na leżąco". Włożyć w wolne przestrzenie kolejne 2 chrzany i znowu czosnek, a na wierzch koper. 
Nastawić wodę na gaz (wychodzi pi razy oko pół litra na słoik), gdy się zagotuje posolić i wymięszać. Wodę trzeba sobie odmierzyć słoikiem litrowym przed zagotowaniem, bo nie polecam miareczkowania wrzątku :-).  
Zalewać tą gorącą wodą, dobrze dokręcić pokrywki (żeby tak "zaskoczyły" w ten gwint od spodu; najlepsze nakrętki są na 6 ząbków) i odwrócić do góry dnem. W sumie to nie wiem, po co się odwraca, ale ciotka tak robiła. Gdy wychłódną postawić już normalnie i gdy woda zmętnieje wynieść do piwnicy (jak się ją ma , hłe hłe Martiku). 
Ogórki szybko kiszą się, gdy jest ciepło, ale gdy jest permanentnie ponad 30 stopni, jak 2 lata temu, to może się zdarzyć, że tzw. małosolne, czyli te mniej słone kiszone na szybkie spożycie (np. w kamienioku) się zepsują. Czasami słoik troszkie przecieka, lecz gdy zacznie się proces kiszenia, to pokrywkę i tak zassie, i spokojnie się utrzymają.
No, jakieś pytania jeszcze?? To ja chętnie :-)
                       małosolne ze snycelkiem

piątek, 30 czerwca 2017

Pierogi z wątróbką


Po obejrzeniu tego zdjęcia Hurma i Czereda stwierdziła, że zrobił je praojciec Adam swoim kalkulatorem (wystruganym z drzewa figowego) w chwili, gdy odpoczywający Pan przebudził się ósmego dnia i stwierdził, że stworzy jeszcze pierogi z wątróbką. Po czym Pan oświetlił swe dzieło (jak na obrazie Blake'a), a Adam cyknął fotkę :-D
Takie pierożki są przepyszne. Wiem, wiem, jest niewielu wielbicieli wątróbki, ale wielu pieromaniaków, więc może warto się przekonać do wątroby w ten sposób?
CIASTO:
1 kilo mąki pszennej (np. Lubella),
 1 jajko,
ze 2 łyżki oleju,
gorąca woda ile zabierze,
 ja nie solę ciasta, tylko wodę, tak ze 2 kopiate łyżki soli na 4 litry wody.
Jak zrobić ciasto bardzo dokładnie opisałam tutaj.

FARSZ:
10 kurzych wątróbek,
2 duże cebule,
olej do smażenia,
sól, maga, 
pieprz czosnkowy (albo pieprz i suszony czosnek),
duża patelnia z grubym dnem.
Podroby szybko przepłukać na sitku.
Cebule skroić w grube pióra, wrzucić na rozgrzany olej, zeszklić. Odsunąć cebulkę na brzegi patelni, na środek wrzucić wątróbki, podkręcić ogień, podsmażyć aż zmienią kolor. Wtedy odwrócić je „na plecki” i przykryć patelnię dużą pokrywką. Zmniejszyć ogień, smażyć do momentu odparowania soku, który z nich wycieknie. Posolić, znowu odwrócić, pomagować, posypać pieprzem czosnkowym  i dalej smażyć (już odkryte) do pożądanego stopnia zrumienienia
Następnie trzeba całą zawartość patelni zmielić w maszynce. Jeśli robimy niewielką ilość pierogów, to można to zrobić dużo szybciej w blenderze, no i odpada mycie maszynki. Same pierogi robi się szybko, bo farsz jest "wdzięczny" do klejenia.
Gotujemy z minutę, dwie po wypłynięciu, maścimy cebulką zrumienioną na maśle.