wtorek, 30 września 2014

Narodziny gwiazdy czyli kolejny kucharz w łonie Hurmy i Czeredy!

Jest czas siania i czas zbierania rzeczy sianych, jako rzecze Pismo. Marzynia zasiewała w Hurmie i Czeredzie kulinarnego bakcyla i okazało się - i to z najmniej spodziewanej strony - że ziarno nie padło na skałę. Albowiem Janek tyle razy z lubością futrował u cioci różne przysmaki, aż sam zapragnął pobawić się w Bartoliniego. 
Jak zeznała jego Mama, a moja kochana bratowa, ambitnie SAM stanął za patelnią i usmażył sobie (i Rodzinie!) placuszki z cukinii, które wyjątkowo posmakowały mu w czasie ostatniej wizyty u mnie. Jako że jest permanentnie bez kaski, drogą esemesową uzgadniał ze mną szczegóły, a kiedy zobaczyłam na fotce końcowe dzieło - szczęka mi opadła z wrażenia. 
Dodam, iż Dżony ma dopiero 14 lat i na jego widok nikt nie domyśliłby się, że gościu jest smakoszem. Rozmaryn na placuszku po prostu mnię powalił, ale on naprawdę jest koneserem w kuchni.
Podejrzewam jednak, że w aranżu maczała palce Katia, bo jednak nie widzę Jaśka, jak z pietyzmem wtyka natkę w sałatkę :-D
Aby każdy ujrzał i zapamiętał twarz polskiego Brillant - Savarine'a poprosiłam Jaśka o jakieś ludzkie zdjęcie, nadające się na wizję. Wysłał mi cztery, w tym jedno w wieku 9 miesięcy i jedno w jakichś katakumbach w Grecji na tle równiutko ułożonych na półkach trupich czaszek. Wybrałam to, na którym wygląda jak nastoletni Sędzia Dredd na wycieczce z hajskulu


P.S. W dopisku do maila, w którym wyraził zgodę na upublicznienie swego wizerunku, było: "tylko błagam: nie JASIO GOTUJE!"


wtorek, 16 września 2014

Tiropsomo - greckie bułeczki z serem feta

Ostatnio dopieszczałam moje stadko na słodko. Więc postanowiłam teraz dopieścić SIEBIE i upiekłam słone bułeczki "tiropsomo", którą to nazwę wataha skwitowała gromkim śmiechem (Matka piecze coś dla kierowców ciężarówek). Przestali się śmiać i potem była walka o to, kto komu wydrze kawałek bułeczki, co obserwowałam siedząc na wersalce jak Neron w loży Koloseum, oczywiście z bułą w każdej łapie i trzecią na podołku. Niech się cieszą, że popółtoraczniłam przepis (można było podwoić, a nawet potroić, co ino brakło syrka), bo zamiast 6 byłoby tylko 4 bułeczki.
Podaję proporcje na sześć ślimaczków, są dość duże, ale tak smaczne, że NA PEWNO każdy zje po dwa od razu. 
Jak wykonać opisuje pani Mamcia Wariatka z tego bloga. 
Warto dodać do fety suszonych pomidorów i czosnku, a ja jeszcze sypnęłam tego gruzińskiego hyzopu (chmeli suneli) i nieco sumaku, bom se kupiła i ręka mię świędzi :-D


Składniki:
450g mąki pszennej
180ml ciepłego mleka
1,5 łyżki cukru
6 łyżek oliwy
30g świeżych drożdży
1,5 płaskiej łyżeczki soli

300g sera feta
6 suszonych pomidorów
2  ząbki czosnku
ulubione przyprawy pasujące do fety


poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Tarta Jabłkowa Róża

Fajoooska... jest bajerek... I nie tylko wygląda, ale i smakuje dobrze, H&C wręcz kwiczała z radości. 
I musiałam upiec zaraz na drugi dzień taką samą, tylko już z jabłuszkami obranymi ze skórki (te okazały się - i owszem! - bardzo dekoracyjne, ale upieczona skórka była nadal twarda, na szczęście sama złaziła z plasterka).
Spód to kruche ciasto, nie ryżowe jak w inspiracji pani Marceli (klik!); wykorzystałam swoje sprawdzone do słodkich wypieków (no NAWET DANUSIA powiedziała, że dobre, klik!).
Do budyniu (zwykły śmietankowy) dodałam cukru wanilinowego i dużą łyżkę masełeczka, coby nie było takie pośnisko :-D
A jabłuszek nie blanszowałam ani nie polewałam syropem czy cóś, bo były miękkie i słodkie z natury. Po prostu piekłam je na tym budyniu i podpieczonym wcześniej spodzie jakieś 20-25 minut, aż były gotowe.
Sesję foto robił Martik, pod parasolem, żeby ślina Hurmy i Czeredy nie kapała na stół :-D.


sobota, 16 sierpnia 2014

O suszeniu pomidorów raz jeszcze i krok po kroku




Znów zaczęło się suszenie pomidorów. Przez te 5 lat, od kiedy to czynię, wyprodukowałam górę suszu wielkości naszej Niebyleckiej Góry i nabrałam doświadczenia. 
Jadłam także kupne, koleżankowe, restauracyjne, a nawet ekologiczne i ŻADNE nie smakowały mi tak, jak moje. Przede wszystkim dlatego, że miały skórkę, twardą jak stopięćdziesiąt i włażącą we wszystkie miejsca w jamie ustnej (a nawet prącą ku nosowej). 
Te, co miały być super-hiper egipskimi na słońcu suszonymi (tiaaa, nie widziała d…) po rozpakowaniu paczki okazały się wiórami grubej skóry, z przyklejonymi śladowymi ilościami miąższu. 
Drogie masakrycznie słoiczkowe miały dziwny posmak i mazistą konsystencję; fakt, że nie były kupowane w żadnym tam „Starym Kredensie” czy cóś, ale za tę cenę to już człowiek oczekiwał czegoś lepszego. 
Więc co roku druga połowa sierpnia, kiedy już surowiec stanieje do 2 złotych i mniej za kilo, upływa mi pod znakiem Wielkiej Suszarni (od razu przypomniała mi się Kraina Deszczowców, tam za karę zsyłano do suszarni - czasami czuję się podobnie).

Jak zasadniczo postępować, jest napisane tutaj.

Poniżej parę światłych wskazówek Umiłowanej Przywódczyni, coby moja Wataha wiedziała, co ma czynić, gdy Matka odejdzie już na kulinarną emeryturkę :-D

  1. Jakie pomidory kupić? U nas na targowicy dostępne są przede wszystkim Lima, Bawole Serca też dają radę, ale suszą się o wiele dłużej i (szczególnie gdy są dojrzałe) miąższ przy wydłubywaniu pestek lubi się rozłazić.
  2. Nie polecam kupowania małych pomidorków. Wysuszone przelatują przez kratkę, lądując zdradliwie na dnie piekarnika, gdzie przyczajone czekają tylko na jakieś pieczenie pizzy przez moje leniwe potworki. Źle się też obierają i po prostu mają mniej miąższu.
  3. Po umyciu trzeba je wytrzeć/wysuszyć – dodatkowa wilgoć w piekarniku czy suszarce opóźnia proces, no chyba że suszymy na słońcu, ale jak na złość teraz na polu jest mokro... a w lipcu można było smażyć jajka na parapecie, wot żyźń…
  4. Zanim zaczniemy dehydratację (to brzmi, nieprawdaż?) trzeba surowiec obrobić skrawaniem. Przekroić na pół, wyciąć to zielone gniazdko przy szypułce, a jeżeli wydają się zbyt niedojrzałe w środku po prostu odrzucić (ja obcinam grubo tę zieloną piętkę i dodaję do tych przeznaczonych na passatę, tomatyna jest najbardziej szkodliwa na surowo). Nie musimy, a nawet nie trzeba brać pomidorów baaardzo dojrzałych. One i tak potem robią się czerwoniutkie.
  5. Następnie paluszkiem zgrabnie wydłubujemy większą część tej galaretki z nasionami. Nie trzeba tego robić zbyt dokładnie (lepiej smakują) ani zbyt energicznie, bo to „zgrabne wydłubywanie” szybko zamienia się w grzebanie na tzw. chama i wtedy (jak już pisałam) zasikujemy pół kuchni i wytrzeszczone nad pomidorem ślipia, jak jakaś czerepacha. Tak to jest, jak człowiek się irytuje, bo kupił se na raz 10 kilo pomidorów, żeby wielbłąd w postaci zniewolonych Juranda czy Jacusia nie miał wolnych przebiegów. Wszystkie te resztki też oczywiście przeznaczam na passatę, bo i tak przecieram ją przez sitko.
  6. Na kratce czy blaszce układamy je najpierw na pleckach i delikatnie solimy, tak, jakby się siało mak, no wiecie o co chodzi. Ja używam morskiej soli już do wszystkiego (ze względu na szkodliwość antyzbrylacza dodawanego do zwykłej) i wiem, że grubą solą ciężko przysolić precyzyjnie. Potem odwracam na brzuszki i czekam około pół godziny, żeby wyciekł nadmiar soku. Potem znowu odwracanka i do piekarnika. Nie dodaję żadnych ziół ani czosnku - chłoną potem wodę (no chyba, że robi się na bieżące spożycie).
  7. Mam taką machinę do suszenia grzybów i warzyw, ale nie nadaje się do suszenia bardzo mokrych rzeczy. Dopiero ostatni szlif nadaję pomidorom w tej suszarce, mogę bowiem precyzyjnie uchwycić tam stopień wysuszenia.
  8. Piekarnik nastawiam na 50 stopni z termoobiegiem. Temperatura i tak jest wyższa (termoobieg tak ma), ale nie może być jeszcze wyższa, jak zalecają niektóre panie. Już to obadałam. Ja nie chcę PIECZONYCH pomidorów, tylko suszone. Blaszki trzeba odwracać i zamieniać miejscami, warzywa też odwracać. Czasami soku jest tak dużo, że muszę podkładać ręczniczki papierowe i wymieniać je po nasiąknięciu (ale uwaga! muszą być z tych lepszych gatunkowo, grubych - badziewiaste mogą przylgnąć do pomidora!). I jeszcze jedno – piekarnik MUSI BYĆ UCHYLONY! W zamkniętym robi się ruska bania i pomidory się gotują! Jeśli ktoś ma piekarnik wyłączający się przy otwartych drzwiczkach (jakiś idiotyzm, kto to wymyślił?!) to jest problem. Ja wsadzam mątewkę w szparę.
  9. Robotę najlepiej zacząć rano, żeby móc suszyć ten pierwszy cały dzień. Na noc zostawiam po prostu w uchylonym piekarniku, nic im się do rana nie dzieje.
  10. Jeśli suszymy na słońcu, to trzeba uważać na muchy (jednak mieszkanie wysoko w bloku może mieć JAKĄŚ zaletę, jedną z nich jest mała ilość owadów).
  11.  Kiedy skórka zaczyna się marszczyć i daje się ją łatwo ściągnąć - wg mnie trzeba to zrobić. Metodą prób i błędów należy uchwycić moment najlepszy na ściąganie - żeby były jeszcze jędrne i trzymały kształt, ale już z odparzoną skórką. Jeśli suszymy na słońcu to niestety najpierw trzeba je oskórować po piekarniku. To idzie dość szybko i najlepiej zagonić do tej roboty dziecko np. za karę (uwaga, nie Jaśka! zaczął mi skórować razem z połową miąższu, drzyk jeden!). potem suszenie idzie dużo szybciej, bo parują całą powierzchnią.
  12. Co jakiś czas trzeba kontrolować stadium wysuszenia, bo schną nierówno. Te już dobre zdejmujemy z blachy. Jeśli działamy na kilka blach, to można je pogrupować wg stanu gotowości i wtedy mamy całą blaszkę na raz gotową do dosuszania.
  13. I teraz ważna rzecz. Jeśli ktoś robi ich niewiele, to może trzymać w słoiczkach, zalane gorącą oliwą. Nie zrujnuje się i zdąży zjeść, zanim się zepsują (takich zalanych tłuszczem nie można trzymać miesiącami, nie próbowałam dłużej niż 3 miesiące). I nie dodawać jednak czosnku czy innych przypraw, o ile nie zamierzamy ich szybko zjeść. Nie próbowałam pasteryzować takich w oliwie. Słyszałam też o zamrażaniu, ale bałam się, że stracą ten cudowny smak. Ja daję pół na pół oliwę ze zwykłym olejem rzepakowym, bo to jednak duży koszt. I nie zalewam tak, by pływały krytą żabką, tylko odwracam słoiczek co jakiś czas i one są stale pokryte tłuszczem, który potem skrupulatnie wykorzystuję, nawet do smażenia można. Przy tej opcji stopień wysuszenia może być mniejszy – wąż gumowy to dobre stadium.
  14. Jeśli zamierzamy przechowywać je bez oliwy, to jednak trzeba wysuszyć mocno, na wiór. Wtedy ładuję je do woreczków na mrożonki (muszą być grube i szczelne) i zakręcam hermetycznie w sposób pokazany na zdjęciach. Jest to super patencik podpatrzony gdzieś w necie, każdy woreczek (a nawet wór, tylko wtedy trzeba z plastikowego baniaka) da się szczelnie zakręcić. Nawet woda nie ucieka – sprawdzałam! Brzeżki obciętej butelki są ostre, więc trzeba je delikatnie podtopić nad palnikiem gazowym – stają się plastyczne i można je ładnie woblić gołymi palcami (uwaga na oparzenia!). Taki sposób pozwala przechowywać je długo, ale stale trzeba zaglądać, czy nie złapały wilgoci – ja co jakiś czas odpalam moją maszynerię i dosuszam. Aby zmiękły potem do użycia np. w sałatce, trzeba je namoczyć w minimalnej ilości gorącej wody (nie można wziąć jej więcej, bo cały smak przejdzie do wody) albo naparować (ja tak robię, kładę nad parę na tym piprztyku i raz dwa się robią elastyczne).
I to już jest koniec, ufff!!! nie wiem, czy ktoś dotrwał… Jeśli moje rady się komuś przydadzą to super, to są oczywiście tylko moje spostrzeżenia, nie uważam się za żadnego eksperta, wręcz przeciwnie – ciągle się uczę. 
Na deser daję Wam coś ekstra: widok Tatr (słowackich) z naszej Niebyleckiej Góry. To jest 150 km, ale gdy powietrze jest przejrzyste, to takie cuda można zobaczyć. Niedaleko naszego domku na Pstrągowej też widać! 
 Autorem zdjęcia jest pan Piotr Sarna (http://www.dalekieobserwacje.eu/tag/podkarpacie/)

sobota, 9 sierpnia 2014

Patriotyczna szarlotka Danusi

Na jednym z moich ulubionych blogów, czyli u mistrzyni Danusi z "Co mi w duszy gra", zobaczyłam szarlotkę, wyglądającą rychtyk jak szarlotka mojej Mamy, już zupełnie zapomniana w kuchni niewdzięcznej potomkini. Postanowiłam więc upiec dwie pieczenie w tym piekarniku, tzn. odtworzyć to pyszne ciasto, aby i Hurma i Czereda poznała smak mojego dzieciństwa, oraz przyłączyć się do akcji wspierania polskich jabłek. 
Sądzę, że Putin tam już wyje z rozpaczy, tłukąc głową o car-kołokoła, bo jak sami widzicie napakowałam jabłek na maksa.
Smak placka jest rewelacyjny, dałam tylko nieco mniej masła niż Danusia, bo Mama robiła tę szarlotkę raczej z półkruchego ciasta. Dodatek śmietany i proszku jest konieczny - TO NIE JEST TYPOWE KRUCHE CIASTO - i dlatego wyróżnia się nietuzinkowym, takim nieco "babcinowym" smakiem. 
Przepis jest tu, zapraszam :-)

piątek, 1 sierpnia 2014

Tarta "Warzywny Ogródek"

W przepisie tym nie ma nic niezwykłego. Każda z nas umie zrobić kruche ciasto i poukładać na nim młode warzywa. Mogę pochwalić się tylko sposobem, który w swym móżdżku Pomysłowej Dobromiry rozkminiłam: jak postawić na sztorc kalafiora i brokuła (bo marchewka jak widać poleguje). Aha, i jeszcze na spodzie są plasterki grillowanej cukinii, którem najpierw pracowicie kroiła obierakiem do warzyw (dwie godziny obróbki skrawaniem ;-) a potem w pocie czoła, w 40 stopniach w kuchni, zgrillowałam, by stwierdzić, że przybrały postać smętnych i wiotkich wkładek do starych tenisówek. I takiż miały kolor. Więc tę cukinię wewaliłam na spód podpieczonego ciasta (przepis na słone kruche np. tutaj) i zalałam mieszaniną sporządzoną z kubka kwaśnej śmietany, 3 rozbełtanych jajek i 25 dekagramów startej mozzarelli (tej tańszej, z bloku, na bufalę mnie nie stać, ale i ta pseudo daje radę). 

Następnie znowuż się zapieka, aż massa serowa się zetnie. 
W gorącą masę wtykamy, co chcemy - stoi galanto! - i jeszcze raz siup do pieca na 190 stopni, aż się warzywka zapieką. Oczywiście były podgotowane niemal na miękko (uwaga, brokuły gotują się najszybciej, jeśli gotujemy razem z kalafiorem zalecam zabawę z podbierakiem :-D)
No to buźka baaardzo letnia!
Marzynia

sobota, 19 lipca 2014

Pyszne ciasto jogurtowe, dla idiotów też :-D

No rzeczywiście - dziewczyny (Agunia i Kinga) nie kłamały. To ciasto może zrobić każdy przedstawiciel Naczelnych i wychodzi zaskakująco dobre. I zbrudzicie tylko szklankę, łyżkę i miskę (no i sitko do przesiania mąki, ale to się opłucze raz-dwa). 
Szlajająca się po cudzych blogach i wzdychająca do słodkości Czereda: zapchana. 
Etos Matki - Polki: podtrzymany. 
Hyr na dzielni: poszedł. 
Wszystkie majo placki jogurtowe: MAM I JA!!!
A przepisy są tu: Agnieszka
albo tu: Kinga
No to idę się napawać pomrukami Potworów, łaszących się do mych spracowanych rąk :-D

poniedziałek, 14 lipca 2014

Tabbouleh z kaszą - na swojską nutę :-)



Dzisiaj było ciepło. Nawet bardzo. Taplając się w rozpalonym, azbestowym zaduchu (no niestety, zanim zamieszkam w naszej drewnianej wójtówce, to jeszcze trza się pomordować w bloku, będącym szczytowym osiągnięciem stanu wojennego) pomyślałam, że zjadłby coś chłodnego… niebanalnego… może z tchnieniem Orientu? 
I zmajstrowałam sałatkę tabbouleh, którą robiłam już parę razy, ale nigdy nie z kaszą jęczmienną. Swojska nuta wzięła się z kategorycznej odmowy H&C pójścia do sklepu po kuskus (oni nie lubią tej sałatki), więc wzięłam to, co było pod ręką. Bo kaszę perłówkę mam zawsze. 
To tabule wg mnie jest jeszcze lepsze niż z pszenną kaszką, spróbujcie sami. 
SKŁADNIKI (orientacyjnie, bo każdy sam sobie reguluje, ile czego): 
szklanka kaszy perłowej (średniej), 
2 duże pomidory, 
4 ogórki gruntowe, 
średnia czerwona cebula, 
3 ząbki czosnku, 
pół pęczka pietruszki, 
pół pęczka mięty, 
sok z cytryny, 
oliwa, 
pieprz, sól. 
WYKONANIE: kaszę ugotować na bardzo sypko (ja robiłam tak, jak tu, tylko zamiast masła nieco oliwy, no i zalewałam osoloną wodą). Ogórki wydrążyć z pestek (niestety, mają w nich za dużo wody), takoż pomidory i skroić je w kostkę. Cebulkę i natki drobniutko posiekać. 
I tu dygresja: w ortodoksyjnych receptach jest dużo więcej natki, ale już to obadałam: jej duża ilość powoduje, że potrawa jest dla mnie zbyt gorzka. Nie wyobrażam sobie, jak można jeść praktycznie samą natkę, jak widać po niektórych zdjęciach na blogach. 
Czosnek przecisnąć. Kaszę wymieszać z warzywami, skropić oliwą i cytryną wg uznania, dopieprzyć i ewentualnie dosolić. Smak ma być kwaśny i taki rześki, dzięki ogórkowi, mięcie i cytrynie. Ja lubię sobie jeszcze dołożyć oliwki albo kapary, coby dodać rzazu.
P.S. A potem przyszła burza i się ochłodziło. Ale nie wątpię, że tropiki jeszcze nam dadzą w kość :-D


piątek, 4 lipca 2014

Masło z avocado

Jak celnie zauważyła Agunia z "Gotuj się do gotowania!" - na szczęście kubki smakowe człowieka ewoluują. Moje pierwsze podejście do avocado było całkowicie spalone, i jak pisałam, zrobiłam guacamole, ale wyszło mi niedobre.
Albo wtedy coś skiepściłam (ale tam nie ma co skiepścić!) albo moje czerewiaste, wygarbowane barszczem i ziemniakami podniebienie nie było godne tego smaku, bo jadłam, a w gębie mi rosło.
Hurma i Czereda, najpierw podejrzliwie obserwująca moje przygotowania, złośliwie potem dopingowała tekstami z "Misia": No jedz mamo, jedz, na świecie to jedzą bez przerwy!”. A jednak...
Nie poddałam się i po 5 latach - proszę! Robię sobie dietetyczne, aromatyczne masełko i się nim zajadam. A Potwory nadal nie partycypują, ale to jest banda wilcząt z Czarnej Dzielni na smalcu chowana.
SKŁADNIKI:
1 dojrzałe avocado,
ząbek czosnku (zmiażdżony),
ze 2-3 łyżki oliwy tłoczonej na zimno,
sok z połowy limonki,
sól (dałam HIMALAJSKĄ RÓŻOWĄ, a co, zna się te tryndy!)
WYKONANIE:
Wszystko zmiksować na gładką masę. 
Podobno to najzdrowsze masło świata, no nie wiem, co na to Babcia Bronia, ale w każdym razie pyszne pod pomidora czy szyneczkę :-). 

czwartek, 26 czerwca 2014

Mufinki z kurczaka


Nie jest to wpis nowy, ale odżył ostatnio, więc postanowiłam go dopracować i wrzucić teraz. Pomysł na mufinki kurczakowe podpatrzyłam na blogu u Pieguska. Pigusek (kolegujemy się z Piguskiem od czasu, gdy najmłodszy członek H&C tak Ją nazywał i zostało) gotuje pysznie, a w tym pomyśle jest przebłysk geniuszu kulinarnego... 

Przede wszystkim nie trzeba się tak starać, aby zgrabnie wyciąć te filety jak tu na ten przykład. Można nawet dość niedbale, i tak to się zawinie do środka. Nawet nie trzeba rozbijać, jeśli umie się wyciąć cienkie fileciki. Te foremki muffinkowe są dość duże, dołeczki mają około 6 cm średnicy, więc nie upychałam na siłę. 
Potem to już łatwizna: po 1-2 usmażone na masełku pieczarki, serek ulubiony i posiekany koperek. Tam można wsadzić wszystko, co nam kulinarna fantazja podpowie. 

Wierzch mufinek smarujemy nie za grubo majonezem i pieczemy na 200 stopniach, aż się ślicznie zrumienią, a zapach wypełni całą kuchnię. Trwało to nie więcej niż pół godziny. Ja uchyliłam kilka razy piekarnik, żeby wypuścić parę, bo mi się dosłownie gotowały w sosie własnym w tych gniazdkach.
 Tak wyglądają w formie, tuż po wyjęciu z piekarnika. Jeden został zeżarty w locie. Są baaardzo soczyste i fajnie stoją na talerzu, ukazując "bogate wnętrze" :-).
 
 
Łatwizna tego przepisu czyni go idealnym dla faceta, który chciałby błysnąć przed ukochaną samodzielnie przygotowaną kolacyjką.
Kiedy Jurek zobaczył, jakie to proste i pyszne, to odwołał wcześniejszą sugestię, że na TAKĄ kolację RANDKOWĄ, to najlepsze będą na danie główne "Cycki Aryjki" (klik!), a na deser "Cycki Murzynki" (klik) :-D

piątek, 20 czerwca 2014

Tarta z truskawkami i gorącą pianką




Niestety, jest to jedyne zdjęcie tego przepysznego ciasta, bo akurat nikt z lepszą komórką się nie namanił, zanim Hurma i Czereda nie pożarła go na pniu. Dosłownie trzeba było Jurandowi wydzierać formę, a ryczał przy tym niemal jak Jurand ze Spychowa miotający Krzyżakami. 
Ta tarta (zwłaszcza na tym zdjęciu) nie wygląda tak apetycznie, jak setki innych ciast z truskawkami, od których roi się teraz na blogach. A jednak ośmielę się właśnie ją polecić. 
A przypomniała mi o tym przepisie pani Iza z bloga „Apetyt na ogród”. 27 lat nie jadłam tego placka i wspomnienia napłynęły taką falą, że od razu przeniosłam się do tamtego lata, kiedy to moja śp. Teściowa częstowała mnie tym zapomnianym już dzisiaj ciastem. A Iza też ma ten przepis z zeszytu swojej Teściowej. 
Raz nawet podjęłam próbę odtworzenia go, ale zrobiłam błąd i wyszło coś zupełnie innego, chociaż tyż dobryńkie (można podglądnąć)
 Ciasto kruche zrobiłam wg swojego przepisu (jest dobre, nawet Danusia go pochwaliła, o tu!), tylko dałam 4 żółtka, bo potrzebowałam 4 białek na piankę. 
Ciasto trzeba zupełnie upiec (na rumiano, nie podpiec), zanim nałoży się piankę z pokrojonymi truskawkami, bo sok będzie wyciekał i nie upiekłoby się dobrze. I zapewniam, że nic a nic to nie przeszkadza. No i do piany dodałam sok z połowy cytryny i 1 łyżeczkę mąki ziemniaczanej, bo jednak musi być słodka i bezowata. I zapiekałam ją w temperaturze 150 stopni, bo zaczęło mi za szybko chwytać, a potem dosuszałam z termoobiegiem. Najsmaczniejsza wg mnie na ciepło.
Myślę, że najlepszą rekomendacją jest fakt, że nawet ja zjadłam 2 kawałki, co ze zdumieniem obserwowała H&C, komentując „no jak to, to JESZCZE  I MAMA do podziału?! Przecież nie lubisz słodyczy!” :-D

wtorek, 10 czerwca 2014

Harira marokańska czyli post sadystyczny - rozgrzewanie w upały :-)


Sugeruję czytanie tego wpisu gdzieś w okolicach ferii zimowych, bo próba wyobrażenia sobie smaku oraz walorów rozgrzewających tej wspaniałej zupy w 35 stopniowym upale może powalić. Gotowałam ją oczywiście 2 tygodnie temu, kiedy za oknem lał zimny deszcz i… [słowo na „p” usunięto; przyp. cenzora] i wiało jak w Kieleckim (nie wiem dlaczego, ale u nas to nieszczęsne Kieleckie jest zawsze symbolem okrutnego wygwizdowa, pozdrawiamy ludzi z Kielc!). Niestety nie mam zdjęć innych potraw, albowiem na razie zakupy glanc-papiru, rapsztang, forajbek i szprosów do okien wygrywają wciąż z nowym aparatem dla mnie... 
i muszę czyhać, aż na obiedzie będzie ktoś z lepszą komórką i pstryknie… 
a tu ludzie już zjedli oczami te gómułki i knydle…

Niech więc będzie harira, jak pisze autorka przepisu, na którym się wzorowałam, czyli pani Dominika: „gorące Maroko na talerzu”!

SKŁADNIKI (wersja z kurczakiem):
  • 0,5 kg mięsa gulaszowego z kurczaka  pokrojonego w kostkę,
  • 1,5 litra bulionu drobiowego,
  • 200 g ugotowanej ciecierzycy,
  • 2 garście fasolki szparagowej (nic innego „strączkowego” nie miałam, ale było przepysznie, choć nie tak syto jak z soczewicą na ten przykład),
  • 1 duża cebula,
  • 5 ząbków czosnku,
  • 2 marchewki,
  • 2 łodygi selera naciowego,
  • butelka pasaty pomidorowej,
  • 2 łyżeczki (ostrej i łagodnej) papryki w proszku,
  • po 1 łyżeczce kuminu, ziaren kolendry, imbiru w proszku, kurkurmy,
  • po pół łyżeczki cynamonu i gałki muszkatołowej, 
  • papryczka chili do dekoracji (raczej nie z tych diabelskich),
  • sól i pieprz,
  • sok z limonki i cukier,
  • kilka posiekanych daktyli,
  • oliwa z oliwek (taka do smażenia),
  • i powinna być natka pietruszki albo jeszcze lepiej kolendra, ale ja miałam LUBCZYK i chyba się żaden Arab nie obrazi?

WYKONANIE:
Osobno obsmażyć przyprawionego solą i pieprzem kurczaka, dodając (gdy odparuje sok) czosnek i cebulę, żeby się zeszkliły. W dużym garnku, najlepiej ceramicznym o grubym dnie, rozgrzać nieco oliwy i wsypać sypkie przyprawy (te w ziarnach wcześniej utłuc w moździerzu albo zmielić). Gdy zacznie cudownie pachnieć (ale uważać na przypalenie, papryka będzie gorzka!) dodać fasolkę i pokrojone w słupki marchewkę i seler. Smażyć chwilę, dodać kurczaka z cebulą i czosnkiem, pomidory i cieciorkę, zalać bulionem i „chytać” smak, doprawiając ew. ostrą papryką, sokiem z limonki czy cytryny i nieco cukrem (dla złamania kwasu). Powinna być wyrazista, pachnąca przyprawami, ostra i lekko kwaskowata, tzn. tak mnie się wydaje, bo jako żywo nigdy nie byłam w Maroku. „Na wydaniu” posypać plasterkami chili, zieleniną i koniecznie tymi daktylami (jak dobrze, że wujek Stasiu obdarzył moje potwory daktylami w ubiegłoroczne wakacje i leżały sobie zapomniane i scukrzone w szafce).

I jeśli - ojcze i matko, i ty bracie i siostro - wydaje ci się, że jest ci gorąco, to zapodaj sobie taką zupkę a wtedy zrozumiesz, że w strefie Maghrebu mają o wiele większe upały, a to jedzą, i to w ramadanie (w tym roku między lipcem a sierpniem) i nie sarkają, ha!!! 

niedziela, 25 maja 2014

Kopytka zapiekane z parmezanem w sosie pomidorowym

Stare ziemniaki w piwnicy wyglądają już coraz mniej apetycznie (no niestety, nie jest to piwnica - sklep Babci Broni, tylko klitka w bloku). Trzeba wymyślać potrawy, w których da się je podać Potworom i Spółce w jakiejś atrakcyjnej formie. Oczywiście mięso to oni mogliby jeść w ogóle bez ziemniaków, ale niestety - za wielki szpas (cytat z "Myśli Zebranych BB"). Więc ogólnie lubiane kopytka, z braku grzybów suszonych (a w sosie grzybowym "schodzą" najlepiej, patrz tu) podałam w formie zapiekanki na pomidorowym sosie, we włoskich klimatach.
Jak zrobić ciasto ziemniaczane na kopytka - patrz tutaj jeszcze raz.
Sos pomidorowy każdy ma swój ulubiony - nasz ulubiony jest tu:
A potrzepać serem (u mnie mięszany, bo sam parmezan jest drogi) to już każdy potrafi :-D
P.S. Trzeba podawać gorace, najlepiej w takich naczyniach do zapiekania, bo ser szybko stygnie i robi się twardy.

piątek, 16 maja 2014

Gomółki z sera białego


I znów przenosiny w czasie. Babcia Bronia i prababki Patrynka z Mistaczką i Nazimkowo z Kluszczynom spoglądają na mnie zapewne łaskawym okiem z Tamtego Świata. Udało mi się bowiem - właśnie w tej wersji tradycyjnej, z kminkiem - idealnie utrafić w smak i konsystencję zapamiętane z dzieciństwa. Te z czosnkiem i lubczykiem to już nie to: czosnek zagłusza specyficzny smak suszonego sera. Te czerwonawe z kolei są PRZEPYSZNE, pikantne, z wędzoną papryką - ale to nie jest smak podkarpackich gomółek z Listy UNESCO (no dobra, przesadziłam... z Listy Produktów Tradycyjnych). 
Trzeba mieć dużo dobrego sera białego. A właściwie najpierw trzeba mieć dobrą ciocię Zosię z dobrą, mleczną krową. Poniżej 2 kilogramów sera to nawet nie ma co suszyć, zwłaszcza, gdy się to robi deszczową wiosną, gdy kaloryfery już nie grzeją, pieca chlebowego i "brańdury" jeszcze nie mamy i trzeba piłować elektrycznym piekarnikiem z termoobiegiem :-(
Dopisano 24 maja; temperatura na polu 35 stopni:
 Bardzo dobrze suszą się na słońcu w przewiewnym miejscu!


SKŁADNIKI:
tłusty twaróg, najlepiej wiejski, nieprzewarzony (bez grudek),
po 2-3 żółtka na kilogram sera,
soli dużo (mają być słone) i pieprzu też,
ulubione dodatki, ale ja zalecam opcję arche: kminek mielony i cały do posypania.
WYKONANIE:
Ser można zemleć przez maszynkę, ale ten od cioci był tak dobry, że po prostu wyrabiałam go ręką. Trzeba zadbać, aby ser nie był mokry; jeśli wydaje nam się taki, trzeba go odcisnąć na zmienianych często ręczniczkach papierowych (patrz tu: klik!). Porządnie posolić, popieprzyć i dokminić, bo to musi być "czujne". Potem wmieszać żółtka, znowu dokładnie wyrobić i maczanymi w wodzie rękami (sakrucko się kleiło, ser był sielnie tłusty) uformować zapamiętane  z dzieciństwa gomółki z czubkiem. 
Suszyłam je przez 4 dni (co jakiś czas, przed i po pracy) w piekarniku na 50 stopni z termoobiegiem, po chwili wyłączając grzałkę, żeby mi się nie ugotował ten serek. Już na drugi dzień zaczyna charakterystycznie pachnieć i właśnie tak ma być, to jest cały ten smaczek. Z wierzchu jest sucha skórka (u mnie aż błyszcząca od tłuszczu mlecznego), a w środku zwarty, ostry w smaku ser.
Gdy chcemy długo przechowywać, to można ususzyć na kamień, ale ja wiedziałam, że u mnie tyle nie postoją. Nie ma bowiem nic lepszego do piwka :-D

sobota, 10 maja 2014

Roladki z szynki w galarecie



Rzadko robię jakieś wypasione przekąski, ale zobaczywszy te ruloniki u pani Broni (która chyba urodziła się po to, by dekorować jedzenie) pomyślałam, że zrobię je na wielkanocny stół. 
NA PEWNO nie zadam sobie tego trudu ponownie przed Wielkanocą 2015, ale może kogoś zainspiruję? Bo to danko jest i pyszne, i ślicznie wygląda, zresztą trzeba to zobaczyć w wykonaniu Broni, bo moje to tylko średniej klasy naśladownictwo. 
Więc jeśli małżonek na ten przykład już coś przebąkuje o Dniu Matki, i Teściowa przyjdzie na proszoną kolację, to można zaszaleć. Lojalnie uprzedzam, że jest z tym troszkie certolenia się, chociaż nie potrzeba żadnego geniuszu kulinarnego. 
Przepis podaję za panią Bronisławą, z moimi komentarzami. 
 SKŁADNIKI: 
10 plastrów szynki konserwowej prostokątnej, 
serek chrzanowy Ostrowia (musi być dość gęsty, rzadki wypłynie podlany galaretką), 
opcjonalnie 1 łyżeczka chrzanu (wg mnie musowo, bo będzie mdłe; chrzan odcisnąć, żeby nie rozrzedził serka), 
1 litr wywaru warzywnego lub bulionu, 
10 łyżeczek żelatyny na 1 litr wywaru (wydaje się dużo, ale spoko, nie wychodzi żelka). 
Składniki do klarowania wywaru:  
2 łyżeczki octu, 2 białka jaja. 
Do dekoracji
u mnie rzodkiewka i natka pietruszki, Bronia zrobiła śliczne kwiatuszki, ale ja już padałam na ryjek i poszłam w opcję minimum. 
Proces klarowania bulionu warto sobie przyswoić (jeszcze raz odsyłam tu); ja robiłam to tak skrupulatnie pierwszy raz w życiu i wywar wyszedł idealnie czyściutki. A był to tylko zwykły niedzielny rosół, który mrożę w porcjach. Trzeba go jednak naprawdę solidnie doprawić, ja nawet dodałam 2 ząbki zmiażdżonego czosnku, bo inaczej galaretka będzie mdła. 
I bezwzględnie przestrzegać tych etapów zastygania - niestety, za pierwszym razem wlałam resztę bulionu zanim dobrze skrzepła dekoracja i po chwili miałam smętnie pływające po w bulionie trójkąciki rzodkiewki i listki pietruszki :-D
Aha, i jeszcze te listki trzeba jakoś zmiękczyć, bo nijak nie chcą się położyć na rulonku; z łodyżkami to w ogóle był jakiś kosmos – cały czas sterczały sztywno. Nie wiem, jak Bronia je okiełznała, że u niej tak równiutko leżą… W końcu sparzyłam je wrzątkiem, a może dać im podwiędnąć? 
Warto mieć też naczynie o prostokątnym dnie i pionowych ścianach – ja użyłam po prostu plastikowego pudełka. 
Muszę się jeszcze porwać na tę grzybową polanę, ale to dopiero przy kolejnej rodzinnej imprezie...