poniedziałek, 14 listopada 2016

Bułeczki dyniowe

Bułeczki dyniowe zobaczyłam u Pieguska (warto zajrzeć o tu!), a ponieważ moja miła sąsiadka obdarzyła mnie kilkoma dyniami, a bułeczki (przynajmniej w wersji Piguska) były urocze - więc zrobiłam. Moje już takie urocze nie są i chyba nikt by się nie skapnął, że mają imitować małe banie, ale i tak jestem z siebie dumna :-D
Jeśli ktoś ma dużo dyni do przerobienia, to warto się zabawić, żeby chociaż troszkę uskromnić hałdy żółtego purée leżakującego w zamrażarce.  Przepis autorki bloga "Każdy ma jakiegoś bzika" jest bardzo dokładny, przystępnie opisany i zilustrowany ślicznymi zdjęciami, więc odsyłam do powyższego linku. 


czwartek, 27 października 2016

Klopsy królewieckie


Na szczęście żaden z przepisów na tę przepyszną potrawę to nie kategorische Imperativ (chociaż podejrzewam, że Kant jednak sarkałby, że nie z cielęciny), więc mogłam i ja popełnić to danie. Zainspirował mnie Okrasa, a właściwie ten gostek - kucharz, którego przepis Karolek tak zniekształcił, że Immanuel obrócił się w swym królewieckim grobie. 
Zdjęcia zrobione komórką  wyszły mi w dwóch, z lekka psychodelicznych, sosach: szaro-burym i oliwkowo-sraczkowatym z tłustym glancem (przepraszam za wulgaryzm, ale skojarzenie jest jednoznaczne). Zestawiam je ze sobą, abyście mogli zdecydować, który podziwiać wolicie :-D
SKŁADNIKI: 
Klopsy:

•    0,5 kg mięsa mielonego (wieprzowo-wołowe),
•    1 bułka namoczona w mleku i odciśnięta,
•    1 średnia cebula starta na grubej tarce,
•    5 filetów anchois,
•    2 jaja,
•    1 łyżka łagodnej musztardy,
•   
2 ząbki zmiażdżonego czosnku,
•    sól, pieprz, 1-2 szczypty gałki muszkatołowej,
•    3 łyżki drobno posiekanej natki pietruszki,

•    1 l rosołu (bulionu) drobiowego.
  Sos do klopsów:
•    bulion z gotowania klopsików,
•    2 łyżki masła,
•    2 łyżki mąki,
•    2 łyżki kwaśnej gęstej śmietany,
•    kilka korniszonów skrojonych w drobną kosteczkę (w oryginale 1 słoiczek kaparów, ale moje własnoręcznie robione korniszonki dały radę),
•    1 cytryna, 
•    odrobina cukru,
•    gałka muszkatołowa,
•    2 – 3 łyżki posiekanych oliwek,
•    sól, pieprz do smaku.
WYKONANIE:
 Wszystkie składniki pulpetków dobrze razem wyrabiamy. Bulion, lub jak u mnie po prostu przecedzony niedzielny rosół, zagotowujemy i na wrzący wrzucamy uformowane w naolejonych łapkach kuleczki. Gotujemy wolno 10-15 minut (zależy jak są duże, moje były wielkości piłeczek golfowych, wiem, bo Jacenty przywiózł nam jako suprajz ze Stanów. Kije dostaniemy w przyszłym roku :-D). 
Sos robimy z tegoż bulionu, zaciągnąwszy go lekką zasmażką i doprawiwszy wyżej wymienionymi ingrediencjami. 
To właśnie perspektywa raczenia się wyrazistym w smaku, a delikatnym (bo gotowanym) mięsem w charakternym sosie mnie skusiła. Myślę, że nawet Albrechtowi Fryderykowi Hohenzollernowi rozwiewały się opary szaleństwa, gdy podsuwano mu półmisek takich klopsów.



wtorek, 11 października 2016

Gulasz z żołądków drobiowych

To jest kulinarny debiut blogowy kolejnego członka Hurmy i Czeredy czyli Dorci. Złapała bakcyla, a poza tym Jurand i Dorcia już są "na swoim", więc Umiłowana Przywódczyni Marzynia nie będzie już najjaśniejszą gwiazdą na kulinarnym niebie syna :-D
Wszyscy z Watahy lubią tę potrawę, a jakimś cudem nie było jej na blogu. Przebywająca u dzieci "w gościach" Mamcia wydarła więc Jurandowi, ukokoszonemu na wersalce w pozycji półleżącej jak Neron, michę gulaszu i na tejże wersalce (bał się stracić michę z oczu) zrobiła zdjęcie komórką. 
To jest najlepsiejsze zestawienie: kasza, żołądki w pysznym sosiku cebulowym z marchewką i kiszony ogórek!
Wykonanie jest banalnie proste, a potrawa bardzo tania, dla młodych na dorobku idealna - oczywiście o ile ktoś nie grymasi, że to podroby.
Na kilogram kurzych żołądków trzeba 2 duże cebule w grubą kostkę, 2 marchewki w talarkach, ulubione przyprawy (koniecznie liść laurowy i majeranek), 2 ząbki czosnku, olej do smażenia, łyżka mąki do zaciągnięcia (sos i tak jest dość gęsty od umasowanej cebuli). Cebuli nie rumienić, tylko zeszklić, a z żołądków nie ma sensu wykrawać środkowej błony, ona się po odpowiednio dłuuugim (niestety) czasie zrobi mięciutka. No chyba, że natrafimy na fragmenty tej żółtej wyściółki żołądkowej, no to trza, ale już sobie Dorcia obadała, gdzie sprzedają czyściutkie kurskie pewniaki. I wtedy tylko hopsa! na pół i do gara na cebulkę, podlewać wodą i po około 1,5 - 2 godzinach można podawać Hurmie, Czeredzie i teściowej, czekającym z łyżkami w łapach.

środa, 24 sierpnia 2016

Marchewki z ciasta francuskiego z musem z tuńczyka

Czasami i Marzynia mozolnie wspina się na szczyty kulinarnego Parnasu i serwuje H&C takie fikuśne przekąski, które gdzieś tam wpadły jej w oko. Wykonanie jest banalnie proste, tylko trzeba się uzbroić w cierpliwość, więc nie jest to danko z gatunku: drugie śniadanie chłopów na budowie. Potrzebne jest:
- ciasto francuskie (kupne, ma się rozumieć),
- smarowanko z keczupu i łagodnej papryki w proszku,
- foremki do pieczenia rurek (o takie), 
- jakiś krem do nadzienia  (u mnie z tuńczyka, taki jak tu, ale może być jakikolwiek, który przejdzie przez szpryckę),
- no i jakiś chabłaź, imitujący natkę marchewki (może być natka marchewki :-D).
Ciasto pociąć w cienkie paski i zagonić któregoś z kuchennych pomagierów do nawijania na foremki (raczej nie Juranda, bo nawinie w postaci zbitej bołdy, lepszy ktoś o zgrabnych paluszkach). Trzeba nawijać tak, aby brzeżki pasków nachodziły na siebie. Upiec w temperaturze 200 stopni, aż się zezłocą, wystudzić. Ostrożnie ściągnąć rureczki, te nieudane zjeść na pniu (niestety, część się odwinie, a część zjedzie z formy, bo piekę je "na stojaka", żeby były okrągłe z każdej strony). Posmarować mieszaniną keczupu i papryki, napełnić kremem, wetknąć wiechetki. Et voilà! na przyjęcie gotowe!

czwartek, 11 sierpnia 2016

Marynowane prawdziwki i marynowane rydze



To chyba jedyne marynaty, które NIGDY nie zalegają na półkach w piwnicy, bo nie ma człowieka, żeby nie lubił grzybków w occie. Co prawda prawdziwki pojawiają się na moim stole tylko w święta, bo jak już człowiek zdybie w lesie prawdziwego, to nie wiadomo, czy wstawić go za szybkę i podziwiać, czy może jednak wydać na pastwę Hurmy i Czeredy. No chyba, że ma się znajomości wśród tubylczej ludności w pokołchoznej wsi,  gdzie chłopy na zamówienie uzbieraliby nam nawet grzybków poku i mun w rodzimej paryji, żeby tylko zarobić na flaszeczkę :-)
Gdy więc mamy już surowiec, to zamarynowanie to betka. Zalewa do różnych grzybów jest u nas - wzorem Babci Broni - uniwersalna i w zasadzie robi się ją "na czuja" (do borowików łagodniejsza), ale proporcje są mniej więcej takie:
3 szklanki wody,
1 szklanka octu 10%,
2-3 łyżki cukru,
1,5-2  łyżki soli do przetworów,
kilka kulek ziela angielskiego i pieprzu,
4 liście laurowe,
1 średnia cebula,
2 ząbki czosnku.
Składniki zalewy pogotować z 10 minut i po prostu spróbować, czy jest smaczna. Jak nam coś nie pasi, to rozcieńczyć albo podrzazować.
W tym czasie oczyszczone grzybki obgotować krótko (tak z 5 minutek maks), w małej ilości wody. Tę wodę też lekko posolić i ciutkę zakwasić, żeby borowiki pozostały bialutkie (co widać na załączonym obrazku). Wyparzone słoiczki już mieć przygotowane i od razu ładować do nich gorące grzyby i zalewać wrzącą zalewą (tutaj  przydaje się mała chocheleczka albo taki szeroki lejek). Dokładnie zakręcić i odwrócić do góry dnem. Nie trzeba pasteryzować, bo grzybki mają być jędrne, i tak słoiki chycą :-D  
Tylko w przypadku podpinek - które są, cholery, twarde - obgotowuję dłużej, żeby goście nie żuli podeszew; no chyba że poda się na stół wystarczająco dużą flaszunię ;-)

poniedziałek, 25 lipca 2016

Cukinia marynowana z papryką czyli żółte wstążeczki

No niestety, w biurze World Press Photo powiedzieli, że jeszcze troszkie muszę dopracować aranż moich zdjęć, ale żebym się nie załamywała, bo jestem na dobrej drodze i oddzwonią :-D
Te bladożółte wstążki w środku to nie wyszlamowane jelita, tylko paseczki cukinii, a te drugie to papryka (takoż w paseczkach). Trudne do identyfikacji  ciemne paprochy mogą rodzić podejrzenia, czy aby Marzyni nie wpadł niedopałek do marynaty, ale jednak nie - to oregano! Przepis jest nietypowy, a smak i wygląd tej jarzynki wart jest żmudnej obróbki skrawaniem, której należy poddać cukinię. Jadłam takie kabaczki z lebiodką u znajomej i baaardzo mi smakowały, dodatek papryki jeszcze podkręca smak, no a forma wstążki podyktowana była tym, że dostałam duże i długie kabaczki, więc aż się prosiło, żeby je zestrugać. Jeśli szukacie nowych smaków w spiżarni to polecam!
SKŁADNIKI:
długie cukinie,
żółta papryka w dużych strąkach (czerwona też oszywiście może być),
Na zalewę:
cebula,
czosnek,
woda,
ocet 10%,
liście laurowe,
ziele angielskie,
gorczyca w ziarenkach,
pieprz w ziarenkach,
oregano,
sól do przetworów,
cukier.
WYKONANIE:
Paprykę pokroić w paski, cukinię obrać (w młodziutkich nie trzeba, ale starsze - z twardą skórką - są dłuższe) i obieraczką do warzyw zheblować, dopóki nie zacznie się miękisz z pestkami. Jeśli chcemy, żeby było idealnie, to trzeba paprykę najpierw z 5 minutek uparować w małej ilości wody, bo pasteryzowana razem z cukinią bez wstępnego zmiękczenia będzie twardawa, albo znowuż przy dłuższej pasteryzacji kabaczek będzie zbyt miękki (a jak komuś nie przeszkadza, to nie musi się tak certolić). W tym samym czasie nastawiamy sobie zalewę. Ciężko mi określić dokładne proporcje, bo od dawna robię po prostu "na czuja", no tak, aby zalewa była kwaśno- słodko-słona, o jakimś charakternym aromacie. Najlepiej zrobić to tak: nastawić wodę, kiedy jest ciepła posolić ją na tyle, by była wyraźnie słona (dlaczego ciepła Martiku? bo w zimnej się słabo rozpuszcza sól kamienna i można przesolić, zanim się skapniemy, że na dnie zalegają jeszcze pokłady :-D), wkroić byle jak cebulę i czosnek, dodać przyprawy i zagotować. Jak trochę wychłódnie wlać ocet i pocukrować, łapiąc smak - myślę, że tego octu to z pół szklanki na litr, cukru 4 łyżki, soli z półtorej łyżki. Następnie przecedzić, a nie zlać jak ja to zrobiłam, żeby to oregano nie pływało potem w słoiku. Znowu zagotować i wrzącą marynatą zalewać paski cukinii i papryki w słoikach, zakręcić. Pasteryzować krótko (do 10 minut), coby warzywa pozostały jędrne. Odwrócić ostrożnie do góry dnem - to odwracanie to chyba jest po to, żeby sprawdzić, czy chyciło - i zostawić do wystygnięcia. O przygotowaniu słoików i pasteryzacji - tutaj.

piątek, 8 lipca 2016

Sos tatarski z chrzanem i jogurtem

Sos tatarski pewnie każdy umie zrobić, ale warto wypróbować tę wersję, bo ma nieco inny, bardziej wyrazisty smak. Zasadniczo proces produkcji jest taki jak tutaj (klik!), tylko zamiast kiszonych ogórków są korniszony (miałam swoje, a jakże!) no i zaprawia się gęstym jogurtem, majonezem i dodaje chrzanu, żeby był czujny. Chrzan "kupny" trzeba odcisnąć, bo i tak sos jest kwaśny, a najlepiej zagnać jakąś niewolniczą siłę roboczą do tarki (nie po to człowiek płodził potomstwo, żeby samemu katować się tarciem chrzanu, hie hie...)
Polecam do mięs z grilla, na pewno goście będą zachwyceni, no i w plenerze odpadają te pizdryki - dekory rzodkiewkowe :-)

niedziela, 17 kwietnia 2016

Żydowski kawior

W Dzień Judaizmu w naszym miasteczku od lat przygotowujemy imprezy związane z Żydami mieszkającymi przed wojną razem z nami. Przy okazji muszą być przekąski, więc wspólnie z młodzieżą i Stowarzyszeniem Kobiet Wiejskich szykujemy żydowskie przysmaki. Właśnie ten (no i dla lubiących na słodko kugiel z migdałami) okazał się największym przebojem i wszedł także do mojej kuchni, chociażem nie starozakonna. Żydzi z Galicji podawali ten "kawior" w dzień szabatu, a ja np. na Wielkanoc. Jest to rodzaj pasty lub delikatnego pasztetu, pysznie smakującego na pszennym pieczywie.
SKŁADNIKI:
50 dekagramów wątróbki drobiowej,
3-4 jajka na twardo,

duża cebula,

2 ząbki czosnku,
2 łyżki masła,
olej do smażenia (ale jeszcze lepiej gęsi smalec),
sól, pieprz do smaku.
WYKONANIE:
Wątróbkę usmażyć na oleju, nie może być krwista. Posolić dopiero pod koniec smażenia. Cebulkę skroić, lekko zezłocić na maśle. Wątrobę, jajka, cebulę razem z masłem i zmiażdżonym czosnkiem zmielić w maszynce (przez grube sitko) i doprawić na pikantnie. Kto nie przepada za wyrazistym smakiem czosnku, może go wcześniej zeszklić razem z cebulą.

Ponieważ  kolor mielonej wątróbki jest taki jakiś brudnoszary, najlepiej ugnieść go w natłuszczonej miseczce, a potem ten kopczyk wysmarować majonezem i udekorować wedle gustu :-)

piątek, 25 marca 2016

Wesołych Świąt od naszej czeredy!

W śliczny, słoneczny dzień najlepsze życzenia świąteczne składa  Wataha Jarzębiaka oraz Umiłowana Przywódczyni Marzynia :-D

wtorek, 15 marca 2016

Sałatka lwowska wg Magdy Gessler - idealna na wielkanocny stół!



Co prawda na podstawie powyższego zdjęcia trudno domyślić się, co to za sałatka, ale po pierwsze fotografowaliśmy stół ZANIM wataha rzuciła się do konsumpcji, a po drugie już taka „rozbabrana” nie wygląda tak ładnie (buraki ze śledziami i majonezem nie są bardzo dekoracyjne, ale smak znakomicie wynagradza wizualne niedostatki). Ta sałatka wspaniale łączy składniki, pożądane przez tradycjonalistów na wielkanocnym stole: buraczki, śledź, kwaśne ogórki, grzybki… 
Jak pisze p. Gessler: Sałatka lwowska podawana jest z sosem śmietanowo-musztardowym, który nie tylko dodaje pikanterii potrawie, ale wprowadza do niej również nutkę słodyczy. Wszystkie smaki (…) tworzą niezwykły zestaw aromatów i konsystencji. Nie do pobicia!”.

Z podanych niżej produktów wychodzi naprawdę duża porcja
Sałatka lwowska M. Gessler (podaję za autorką, przepis oryginalny jest tutaj)

  • SKŁADNIKI:
  • ·         8 filetów śledziowych w oleju,
  • ·         8 buraków,
  • ·         4 ziemniaki,
  • ·         1 seler,
  • ·         8 ogórków kiszonych,
  • ·         4 jabłka,
  • ·         4 marchewki,
  • ·         1 cebula,
  • ·         1 mały słoik marynowanych grzybków,
  • ·         1 mały słoik kaparów (nie dawałam, Martik nie lubi),
  • ·         szczypior,
  • ·         sok z cytryny,

Na sos musztardowo-śmietanowy: 
2 szklanki kwaśnej śmietany - wymieszałam pół na pół z majonezem, 
 pół słoiczka ostrej musztardy – ja zrezygnowałam z sugerowanej rosyjskiej, dałam zwykłą „saperską”, bo i tak potrawa jest charakterna,  
sól, pieprz, cukier.
WYKONANIE:
Ziemniaki, buraki, marchew i selera ugotować bez obierania. Następnie obrać i pokroić w kostkę. Ogórki i jabłka obrać i również pokroić w kostkę. Śledzie pokroić w paseczki. Cebulę posiekać. Grzyby odsączyć i również pokroić w kostkę. Pokrojone składniki - oprócz ziemniaków i śledzi - wymieszać. Na końcu dodać te ostatnie. Skropić sokiem z cytryny. Odstawić, żeby smaki "przegryzły się". Następnie śmietanę wymieszać z musztardą, doprawić solą, pieprzem i cukrem. Dodać do sałatki i delikatnie wymieszać. Na koniec posypać szczypiorem.

Albo jeszcze jajeczkiem, jak u mnie, żeby było piknie i na bogato :-D

piątek, 19 lutego 2016

Wesołe śniadanie Hurmy i Czeredy

Wiem, długo nie pisałam. Niestety, przez ostatni miesiąc zajmowałam się głównie wytwarzaniem, podpisywaniem i pieczątkowaniem (tu cienką aluzją podkreślam, że jestem BWO*) stosów papierów, które sobie teraz gdzieś krążą w obiegu na jakichś Wyspach Nonsensu. Swoją drogą ani Papcio Chmiel, ani Wojtyszko chyba się nie spodziewali, że Pieczątkowcy opanują także naszą rzeczywistość...
Dopiero gdy na ferie przyjechał młodszy zastęp H&C, czyli Jasiek i Zuźka, zmobilizowaliśmy się do jakiejś bardziej kreatywnej kuchni (tiritonga i parura muszą iść w odstawkę :-D)
To jest plon porannej sesji z Dżonym i Zuńką. Jak zawsze w takich wypadkach namanił się też Jurand, wiedziony szóstym zmysłem, że u Matki będą jakoweś wypasy (Martik był poza lokalem - znowu potem będzie kwasiła, że myśmy się obżerali, a ona się nie załapała...) . Oczywiście żadne z nich nie jest niejadkiem i nawet gdy byli mali nie musiałam się uciekać do takich "chłytów", żeby zjedli śniadanie. Ale może ktoś się zainspiruje?
Trzeba tylko uważać, żeby małe dziecko nie widziało, co potem należy uczynić z pasażerami autka - Wataha Jarzębiaka miała dużo radości, kiedy zezłomowałam limuzyny, a pasażerom wydłubałam oczy (pieprz) i wrzuciłam do wrzątku :-/
W takim wypadku lepiej działać na ugotowanych paróweczkach.
P.S. Pomysł oczywiście nie jest mój, tylkom gdzieś doślipła w sieci, ale nie pomnę gdzie :-)

 *BWO - Bardzo Ważna Osoba :-D

środa, 30 grudnia 2015

Śledzie w suszonych pomidorach i ajvarze i życzenia noworoczne :-)

Śledzie z tego przepisu są znakomite i można nimi zaszpanować na sylwestrowym przyjęciu (nawet Jasiek je wchłonął, co ino pieczołowicie wygrzebał cebulę, nie wiedzieć czemu...). Inspirację wzięłam od Kubeczka i Danusi; już wcześniej je obadały organoleptycznie i poleciły, więc zrobiłam :-)
I nie żałuję, to kolejna odsłona śledzi, którą wszyscy śledziożercy polubią.
Trudno podać proporcje, po prostu trzeba dostosować ilość tej pomidorowo - paprykowej marynaty do liczby i apetytów potencjalnych biesiadników, a także do ilości wysokoprocentowych trunków (zakładam, że nie szykujemy tej przekąski na kinderbal), bo do wódeczki są bardz podchodzące :-D 
Do wiadomości przeczesujących Internet w poszukiwaniu patologii w polskich rodzinach: Jasiek zapijał je herbatą.
SKŁADNIKI (ilość wg upodobania):
śledzie w typie matias,
pasta ajvar,
suszone pomidory (ja je niedbale zmiksowałam z ajvarem, tak, aby można było wyczuć kawałki),
białe cebule czosnkowe (zwykłe też oblecą),
liście laurowe,
kuleczki ziela angielskiego,
ocet winny do smaku,
brązowy cukier do smaku,
dobry olej lub oliwa z oliwek
WYKONANIE:
Podaję za Bożenką:
Śledzie namoczyć w zimnej wodzie, aż będą dostatecznie słone (nie moczyłam, bo u nas wszyscy lubią charakterne smaki). Wysuszyć ręcznikiem kuchennym, pokroić w ukośne kawałki szerokości 3-4 cm.
Cebulę pokroić w szeroką kostkę.
Na patelni rozgrzać 3 łyżki oliwy, dodać cebulę, chwilę poddusić (musi pozostać jędrna), dodać ze 2 łyżki octu, jeszcze dusić z 5 minut. Dodać resztę składników, mocno podgrzać 2 minuty, skosztować czy już pyszne, potem wystudzić.
Układać w słoiku naprzemiennie ze śledziami.
Odstawić słoik ze śledziami do lodówki (za sałatę, bo znajdą i wyżrą cichcem w nocy).

Jeśli wytrzymamy, to po 24 godzinach są gotowe do jedzenia, z czasem nabierają jeszcze lepszego smaku.
*****
A na koniec życzę moim blogowym przyjaciołom i czytelnikom (może tam jacyś się zapędzą przypadkiem) wszystkiego co najlepsze w nadchodzącym roku 2016!

niedziela, 15 listopada 2015

Ser "zależok" z wędzoną papryką i sumakiem

Robi się ze mnie "kulinarny bałur" (tym wdzięcznym mianem określano u nas bogatego chłopa, czyli "bauera"), albowiem lodówka ma obfituje w swojskie jaja, ser od krowy, a Podenko i Bicenko, czyli dwa nasze wieprzki, już czekają na swój Jom Kipur :-( 
Oczywiście nie ja harowałam, by te płody obory, chlewu i kurnika zasilały nasz stół, lecz kochana Ciocia, ale kto odmówi, gdy mu się podtyka twaróg rozpływający się w ustach czy pachnące mleczko do kawy?!
I właśnie z syrka od cioci namiętnie wytwarzam tzw. zależok, zwany też zgliwialcem, który w naszej rodzinie cieszy się zasłużoną estymą, chociaż są podobno dziwoki, co go za nic nie skosztują. Owszem, w procesie produkcji trzeba tłumaczyć gościom, niespokojnie węszącym, że nie mamy pod stołem w kuchni składu strzeleckich onuc po długim i mokrym poligonie, lecz że to dojrzewa twaróg na zależoka :-D
Sama technologia wytwarzania tego specjału już była opisywana, ale teraz wyprodukowałam tak pyszną wersję, że muszę się nią podzielić :-)
Otóż do stopionej serowej massy trzeba domieszać  (oprócz soli, pieprzu, kminku i ciutki czosnku w proszku) wędzonej papryki wg upodobania i - uwaga! - łyżeczkę sumaku. Każdy wie, że jestem odjechana na punkcie kwasów, ale serek wcale nie robi się octowaty, tylko dostaje takiego kwaśnego muśnięcia, które dopełnia jego smak. I koniecznie potrzepać po wierszchu tą wędzoną papryką!