niedziela, 18 listopada 2018

Lebkuchen - tradycyjne niemieckie pierniczki

Rozmawiałam "na okienku" z koleżankami o kuchni i kiedy Ela zapytała, czy nie znamy jakiegoś fajnego przepisu na pierniczki, oczywiście nie wytrzymałam, żeby nie wciąć się z moją propozycją :-D 
A właściwie z propozycją Mistrzyni Dorotusi (o tutaj klik!), nieznacznie tylko zmodyfikowaną pod gust mojej H&C
Nie jestem miłośniczką niemieckiej kuchni (miesiąc żywienia się w stołówce Fischwerku zniechęcił mnie na całe życie), ale te pierniczki (ciasteczka?) rzeczywiście są przepyszne. Odbiegają smakiem od tradycyjnych "polskich", lecz opinia pani Dorotki, którą dosłownie cytuję, jest prawdziwa: "Podobno jedne z najlepszych na świecie. Mięciutkie, rozpływające się w ustach, z wyraźną cytrusową nutą, delikatnie ciągnące się w środku, nie wymagające długiego leżakowania".  
Poniżej zamieszczam przepis szanownej mentorki. Na niebiesko moje sugestie, którymi oczywiście nikt nie musi się kierować, ale żeby nie było, żem nie umna cukiernica :-D 
 Składniki na 30 sztuk: - lepiej od razu zróbcie z podwójnej porcji, bo potem wydzierają sobie te ostatnie, nie bacząc na świąteczne deklaracje wszechogarniającej miłości bliźniego,

·         - 250 g mąki pszennej,
·         - 85 g zmielonych migdałów - warto te migdały troszkę podprażyć,
·         - 3 łyżeczki przyprawy korzennej do piernika (najlepiej domowej) - ja dałam 3 łyżeczki kupnej (dobra jest z Kotany i Kamisa) na podwójną porcję, nie chciałam, by zdominowała smak i zapach migdałów,
·         - 1 łyżeczka zmielonego cynamonu - jeśli ktoś lubi bardziej cynamonowo,
·         - 1 łyżeczka proszku do pieczenia,
·         - 1/2 łyżeczki sody oczyszczonej,
·         - 200 ml płynnego miodu - mój miód był wielokwiatowy,
·         - 85 g masła,
·         - pół szklanki (w sumie) drobno posiekanej kandyzowanej skórki pomarańczowej i cytrynowej* - i tu niestety, okazało się, że H&C NIE CHCE tego składnika i przegłosowali mnie gadziny...

 Wykonanie:
Suche składniki: mąkę, migdały, proszek, sodę, przyprawy wymieszać w misce.
W garnuszku z grubym dnem umieścić masło i miód, podgrzewać, mieszając, do roztopienia masła. Zdjąć z palnika i lekko przestudzić (mieszanka ma pozostać lekko ciepła).
Do suchych składników wlać ciepłą masę maślano - miodową, dodać kandyzowane owoce i wymieszać (można mikserem), by nie było grudek. Ciasto powinno wyjść lepiące (nie dosypywać mąki). Przykryć ściereczką i odstawić do całkowitego wystudzenia (zgęstnieje).
Po tym czasie z ciasta robić kulki wielkości niedużego orzecha włoskiego (powinno Wam wyjść około 30 sztuk). Układać na blaszkach wyłożonych papierem do pieczenia w dużych odległościach od siebie (bardzo rosną - fakt, mnie się pozlepiały, mimo dużych odległości). Każdą kulkę spłaszczyć trochę łyżką (ponieważ ciasto bardzo się klei najlepiej maczać ręce w wodzie i wtedy formować kulki; również łyżka, którą je spłaszczamy powinna być wilgotna - maczać w ciepłej wodzie).
Piec w temperaturze 180ºC przez 15 minut (nie dłużej, bo będą zbyt kruche i twarde). Lebkuchen wyciągnięte prosto z piekarnika będą bardzo miękkie, należy poczekać 2 minuty, potem przenieść je na kratkę do wystudzenia. Później ich wierzch kruszeje, by zmięknąć znów na drugi dzień, po pokryciu lukrem.
Pani Dorotka zastrzegła także, że mogą stwardnieć nie wiedzieć czemu.  U mnie właśnie tak było, ale piekłam je tydzień przed świętami, gdy Wataha Jarzębiaka była jeszcze poza domem, więc w spokoju sobie je zmiękczyłam znanym sposobem z jabłkiem (który dokładnie jest opisany tamże). 
I - jak widać - każdego lebkuszka przyozdobiłam migdałem :-)

niedziela, 28 października 2018

Struklji - rolowane pierogi ze Słowenii

Znęcona oryginalną nazwą (wciąż jeszcze mnie to kręci) porwałam się pewnej niedzieli na te pierożki. Dodatkowym asumptem był fakt, że w lodówce zalegało gotowane mięszane mięsiwo z rosołu, wykonanie miało być bardzo łatwe, a czas pracy krótki. Podśpiewując "Czas życia krótki, napijemy się..." przepuściłam przez maszynkę i doprawiłam faszer o tak jak tu. Już w tym momencie poczułam się zmęczona i lenistwo niestety mię zgubiło, bo Czereda chciała tradycyjne babcinowe, ale ja się uparłam, że te. Zamieszałam michę ciasta wg sprawdzonego przepisu (tutaj), było jednak zbyt rzadkie, bo mi się cyrkło za dużo gorącej wody. Na pewniaka sięgnęłam do szafki po mąkę i...
"...ręka długo i głęboko 
szukała, nie znalazła - i kucharz pobladnął".
Niedziela niehandlowa. Na naszym "dziole" 3 zamieszkane domy, łącznie z moim. Ciotka i kuzynka mają mąkę, ale nie pójdę, bo wyjdzie szydło z wora, jaka ze mnie gospodyni ("Marzyniu, jedziemy do sklepu, trza ci co, bo jutro sklepy zamknięte! - Nie, nie, ciociu, wszystkom se już dawno kupiła!")
Tiaaa... 

Zanurkowanie w czeluść szafki zaowocowało wygrzebaniem zapomnianej torby z mąką ŻYTNIĄ. 
Myślę se: a co tam, troszkie podsypie, to nic się nie stanie, H&C sie nie skapnie, a nawet będzie tak bardziej rustykalnie, modnie, eko i organic (bo to była ta bio). 
I to był błąd. Nie idźcie tą drogą!
Po pierwsze: kolor. Koment: "Co one takie czorne?!" był z tych łagodniejszych.
Po drugie: sakrucko lepiły się do ścierki (bo gotuje się je w płótnie), co - po zdzieraniu pazurami prototypów - wymusiło grube wałkowanie.
Po trzecie: straciłam CAŁE POPOŁUDNIE, a fiksy słyszał chyba cały nasz przysiółek.
Po czwarte: były jednak smaczne :-)
Jak wykonać prawidłowo to niewątpliwie godne polecenia danie, dowiecie się szczegółowo tu, bo znalazłam przepis właśnie na przesmacznym blogu Izuni. 
Živé naj vsi naródi! a zwłaszcza bracia Słoweńcy!

niedziela, 23 września 2018

Marynowana papryka z kolendrą

W ostatnie dni lata zebrałam swoją, WŁASNĄ, wyhodowaną od ziarenka paprykę. Teraz już wiem, że następnego roku muszę posadzić (zamiast wciskać wszystkim sadzonki) więcej niż 6 sztuk. Czy ja się spodziewałam papryk, obfitych jak winne grona, na ogromnych krzaczorach? Chyba tak, tymczasem były to niziutkie krzaczki, na których zawiązały się zaledwie po dwa owoce. I jeszcze okrutnie długo dojrzewały, lato się kończyło, a one - owszem - wreszcie sczerwieniały, ale jakieś takie małe były, szurpate... Na zdjęciu jest egzemplarz reklamowy jedyna "miss" o gładkiej skórce z mojej uprawy :-D 
Jednak gdy skosztowałam, zrozumiałam, dlaczego warto było czekać, że tak polecę Elitą... Ta papryka jest jędrna, ma gruby miąższ, jest soczysta no i ten smak! Co najmniej dwa razy bardziej intensywny, niż kupna! Kiedy już nie mogliśmy więcej wcisnąć w siebie na surowo, reszta trafiła do 4 słoiczków, coby se zimą wspomnieć o tym ciepłym lecie:
SKŁADNIKI:
papryka,
cebula,
czosnek,
ziele angielskie, liść laurowy, ziarenka pieprzu,
ziarna kolendry,
zalewa octowa (zrobiona np. tą metodą).
WYKONANIE:
Paprykę oczyścić, wyciąć to żółte gąbczaste żebrowanie ze środka, upakować w słoikach wraz z przyprawami i zalać wrzącą zalewą. Pasteryzować, tym razem na mokro, bo ważny jest czas gotowania słoików: 10 minut od zawrzenia wody przy cienkiej papryce, 15 minut przy grubszej, bardziej mięsistej. Zalecane przez inne panie 20. minutowe gotowanie powoduje, że papryka jest jak dla mnie zbyt miękka.

sobota, 15 września 2018

Bibimbap

Ostatnio "jarają" (mówiąc językiem H&C) mnie potrawy o niezwykłych nazwach. No więc jeżeli w necie wpadło mi w oczy coś, co się nazywa BIBIMBAP - to musiało zostać wykonane i pożarte. Zakupiłam nawet w tym celu (metodą klikania ma się rozumieć, w naszym Żeleźnioku chłopy wykupiły :-D) koreańską pastę o niemniej frapującej nazwie go-chuj-ang czy jakoś tak. Zaraz sprawdzę... tak! GOCHUJANG. 
Potrawa jest pyszna, wcale nie trudna do zrobienia i daje niezłego kopa. Jeśli Kim Dzong Un ma ją w menu, to nie ma co liczyć, że szybko zejdzie... Przepisów w Sieci jest kilka, ja inspirowałam się tym, polecam, bo wszystko tam dokładnie opisano. Niestety, nie posiadałam wymienionego w przepisie "jednego czarnego chińskiego grzyba" (?! to chyba ten jakisik uszak bzowy?), alem miała takoż czarne grzyby mun. Hurmie i Czeredzie (poszerzonej nawet o niejakiego P., któren jest inżynierem w PeGieE, więc jest światowcem na naszej wiosce) było wsio rawno. Zamiast karkówki czy wołowiny dałam cieniutko krojony schab, zamarynowany w sosie sojowym i tej gochujandze. No i uwaga! miałam olej sezamowy, NO BA! I nawet kolendrę dałam, uprzednio ją wyszmalcowawszy dla połysku (Okrasa tak robi), choć nie wiem, czy aby na pewno konweniuje.
Wszystkim smakowało, a nizijer zrobił nawet zdjęcia :-)
P.S. Po sesji foto okazało się, że krojony omlet, którym bibimbap powinien być posypany, został na patelni. Ale uprzejmy pan nizijerek sfotografował mi go solo.
CaUski dla wszystkich - Umiłowana Przywódczyni Marzynia

niedziela, 26 sierpnia 2018

Rumpuć

Tyle lat babki, matki, wujny i stryjanki w mojej rodzinie gotowały tę zupę, ale dopiero niedawno odpowiednie jej dano słowo: RUMPUĆ. Ja zawsze myślałam, że to zwykła jarzynowa na kawałku jakiegoś mięsiwa dla większej pożywności. A teraz już wiem, że kwaskowata zupa z kapustą i wszystkimi warzywami, jakie mamy w ogródku, tak się superancko w Wielkopolsce nazywa. A ponieważ i Zuzię urzekła ta nazwa, i skroiła wszystkie składniki, i jej baaardzo smakowało, więc daję przepis.
Najlepiej smak tej zupy z dzieciństwa (i przepis na nią) opisał jeden pan z Poznania, o tutaj
Gdybyś Zulajdo zapomniała, to sobie zerknij, albo przyjedź do mnie i znowu zrobimy, bo właśnie teraz jest rumpuciowy czas :-D
Dodano 15.IX.
Okazało się, że ktoś jeszcze oprócz nas zainteresował się tym przepisem, zapewne z powodu nęcącej nazwy. Więc napiszę, jakie składniki były w naszym rumpuciu:
wędzone kości od schabu,
marchewka, 
pietruszka,
mała kapustka biała,
garstka kiszonej kapusty,
ziemniaki,
cebula,
fasolka szparagowa,
starte na grubej tarce pomidory,
ulubione przyprawy (kminek!),
cukier,
2 łyżki lekko zasmażonej na maśle mąki.
Jest jednocześnie lekko kwaskowata i lekko słodkawa, słona, pieprzna, pożywna, ale nie tak treściwa jak zimowy kapuśniak.




sobota, 28 lipca 2018

Ogórki kanapkowe z curry i kurkumą

Podobno wszystkie kobity na tym świecie i nawet niektóre z Marsa już robiły te ogórki, ale umna Marzynia dopiero odkryła ten - znakomity! - przepis. Śpieszę więc zamieścić go "kupamięci", coby my z Zuzią nie zapomniały (a robiłyśmy razem :-)
Przepis - matka pochodził od pani Olgi Smile (o tu!), niemniej musiałam go zmodyfikować. Myślę, że będąc żoną Hipolita Kwassa tworzyłabym z nim parę idealną... Niestety - domownicy nie podzielają mego upodobania do kwasoty (nadkwasoty?!) i mogliby siły tej zalewy nie docenić, więc nieco zmieniłam proporcje. 
Już po tygodniu otworzyłam słoik i rzeczywiście są bardzo smaczne: jędrne, ostro - kwaśne z lekką słodyczą "w tle" i ujmująco gotowe do zlegnięcia na kanapce (no bo już w plastrach). Gdy ma się NSR*, tym razem w postaci Zuzki  która pokroi te kilogramy ogórków, to przepis jest prosty. I można zutylizować tony surowca bardziej wydajnie (w naszym Geesie, w "Żeleźnioku" i nawet w "Strażoku", przerobionym światowo na Marmax, zabrakło litrowych słoików, taki urodzaj!).
SKŁADNIKI:
3 kg ogórków (chyba... nie ważyłam..., ale gdzieś tak było),
3 szklanki wody,
1,5 szklanki octu 10%,
1,5 szklanki cukru,
2 łyżki soli do przetworów,
łyżeczka kurkumy,
łyżeczka curry,
pieprz w ziarenkach, 
ziele angielskie,
gorczyca,
czosnek,
słoiki różnej wysokości.
WYKONANIE:
Ogórki pokroić w plastry wzdłuż, starając się, by były w miarę równej grubości. Upakować na stojaka ciasno w słoiki, dobierając ich wysokość do długości plasterków (a przynajmniej na początku, bo i tak pod koniec, zirytowani, będziecie pchać na tzw. "chama", aby już tylko skończyć...). Do każdego słoiczka wsypać ulubione przyprawy wg uznania. Składniki zalewy zagotować, wrzącą zalać ogórki (cały czas mieszając zalewę, bo przyprawy opadają na dno garnka), mocno zakręcić i pasteryzować nie więcej niż 10 minut.
P.S. Gdyby ktoś się zastanawiał, co to za dizajnerski plan zdjęciowy, to uprzejmie donoszę, że to stare dachówki w moim ogrodzie. Co do warunków współpracy to proszę się skontaktować z moim pełnomocnikiem. 
NSR* - Niewolnicza Siła Robocza

wtorek, 17 lipca 2018

Sok z trześni z korzenną nutą

To już ostatni dzwonek, aby zerwać trześnie (tak się u nas mówi na dzikie wiśnie, zwane też ptasimi wiśniami). Ptaki oczywiście wolą szlachetne wiśnie z sadu, a co się będą mordować z drobnymi dzikimi owockami, skoro można opędzlować ludzkie. A ja "grabię" ptakom ich wisienki, bo jest to jeden z najzdrowszych owoców, jakie daje natura. No i są dosłownie wszędzie, na każdym kroku przy drodze, w lesie, nad strumieniem, na dziole i w paryi, i nikt ich nie zrywa!
Na drzewo należy wysłać małżonka wraz z całą watahą (Martika w gumowych rękawiczkach), obiecując w nagrodę cokolwiek, byle tylko zerwali :-D 
Aha, i potrzebny jest sokownik na parę, warto zakupić, nie są drogie.
Owoce wypłukać w kilku wodach i nawet nie zaglądać do środka w poszukiwaniu jakichś tam robaczków. Prawdziwi Ludzie  Natury oraz mieszkańcy mojej wsi NIGDY nie zaglądają, bo  w życiu by se nie chapnęli żadnej leśnej maliny, jeżyny czy jagódki.
"Przepuścić" przez sokownik do dużego garnka i dodać tyle cukru, aby był mocno słodki. Oczywiście to kwestia gustu, ale ja daję dość dużo, bowiem nie pasteryzuję soku - wystarczy wrzący rozlać do wyparzonych buteleczek.  Doprawić do smaku sokiem z cytryny i przyprawami z rodzaju tych "bożonarodzeniowych": imbirem, goździkami, kolendrą, kardamonem, cynamonem - co kto lubi.
Sok sam w sobie jest nieco gorzkawy i ma mocny posmak trześniowy (nie wiedzieć czemu...), ale z tymi korzeniami nabiera niezwykłego aromatu - naprawdę niewielu zgadnie, co to. Najpyszniejszy w gorącej herbacie, już się widzę w zimie siorbiącą z pękatego kubka Babci Broni. A zdrowotność - nieoceniona, jak we wszystkich czarnych, rodzimych, nieprzemajstrowanych genetycznie owocach.
P.S. I nie pić w kościołowym obleczeniu - okrutnie plami!

poniedziałek, 2 lipca 2018

Gołąbki z włoskiej kapusty, z kaszą orkiszową, mięsem i wędzoną rybą(!)

Gołąbki często goszczą na na naszych stołach, ale te są niezwykłe. Jak to z literackim zacięciem określiła pani Karo (której wspaniały blog: Karointhekitchen szczerze polecam): "Zjedliśmy po pierwszej porcji i wmurowało nas  w krzesła. Jeśli jeszcze nie jesteście pewni, czy dodawanie do mięsa, kapusty i pomidorów wędzonej ryby to dobry pomysł, powiem Wam jedno – po tych gołąbkach już nic nie będzie takie samo".
Niestety, góra garów do pozmywania pozostała taka sama, ale uśmiechy na twarzach biesiadników na pewno były szersze - aż się przestraszyłam, czy nie pozostanie mi w domu czereda Gwynplaine'ów :-D.
No i pierwszy raz robiłam z włoskiej, no i na pewno nie ostatni - liście miękną dużo szybciej, łatwiej je uwijać, a efekt wizualny jest bardziej spektakularny (oczywiście nie jedliśmy w żadnych tam kapuścianych miseczkach, ale zachwyciły mnie zdjęcia na blogu mentorki i też chciałam mieć piekniusio, na moją marzyniną miarę ma się rozumieć :-)).

SKŁADNIKI:
Średnia główka włoskiej kapusty,
0,5 kg mielonej łopatki lub karkówki,
2 torebki kaszy orkiszowej,
1 mała wędzona makrela (w oryginale były to sardynki, alem takowych nie zdybała w naszym geesie, od czapy zwanym przez wszystkich na wsi "Żeleźniokiem"),
2 duże cebule,
4 ząbki czosnku,
sól, pieprz do smaku,
natka pietruszki (dałam, bom stwierdziła, że będzie konweniować) i lubczyk (ten nigdy nie zawadzi, zwłaszcza, gdy słabnie uczucie do Umiłowanej Przywódczyni),
2 szklanki bulionu (jaki tam mamy zamrożony),
2 łyżki smalcu ze skwarkami z wędzonej słoniny (ma sie to zaplecze energetyczne, hie hie), ale inny tłuszczyk też bedzie.
WYKONANIE
Ugotować kaszę w osolonej wodzie na półmiękko. Cebulę zeszklić, czosnek przecisnąć. Liście z kapustki schodziły galanto, wystarczyło podciąć gruby nerw przy "głębiu", po czym sparzyć je we wrzącej wodzie - ja to robiłam po prostu w dużej patelni z pokrywą. Wymieszać łapką kaszę, mięso, cebulę, mięso z ryby, czosnek i przyprawy i nadziewać liście kapustki metodą "na krokieta" (Martik wie jak, a Zuzia może spojrzeć np. tutaj). Dno naczynia do zapiekania (najlepsza żeliwna gęsiarka, ale każde ze szczelną pokrywą się nadaje, jeśli mamy bez pokrywy, to szczelnie zatkać folią aluminiową, chociaż starajmy się jej unikać  w kuchni) namaścić tym szmalcykiem, ułożyć ciasno gołąbki (wyjdzie dwie warstwy) i zalać bulionem. Zapiekać 1,5 godziny na 180 stopniach, grzanie góra i dół, środkowa półka.
Wyserwować (ha! zna się te branżowe termina!) z sosem pomidorowym. Albo i bez, bo i tak są przepyszne! (jak przyznała nawet ciocia Zosia: worte gemby :-D

czwartek, 14 czerwca 2018

Baozi - chińskie pierożki na parze

Mójezu! w co to się człowiek nie właduje, żeby się choć trochę popisać... No i udało się, chociaż dopiero obejrzane zdjęcia ujawniły niedostatki anturażu. Nie wystarczą plasterki chili i  wyszmalcowany dla połysku szczypiorek - olej sezamowy, którym skropiłam baozi wygląda jak krwawy pot, który niebacznie skapnął gospodyni ze zroszonego czoła, a na talerzu z "Wawela" to raczej pierogi z gryczaną powinny spoczywać...
Ale co tam, grunt, że było pysznie! Choć nieortodoksyjnie.
Te pampuchy są bardzo miękkie, puszyste, a w "łagodnym" cieście znajdujemy niespodziankę - orientalne, lekko chrupiące nadzienie o zdecydowanym, pikantnym smaku. Troszkie certolenia jest z tym dankiem, dlatego warto wykorzystać owoce żywota swego w charakterze pomocników :-D
SKŁADNIKI:
na ciasto: 
- 40 dkg mąki luksusowej,
- szklanka ciepłej wody,
- 1-2 dkg świeżych drożdży (dałam "na oko", mniej więcej tyle, co na łyżce stołowej),
- 2 łyżeczki cukru,

- 1 łyżeczka soli,
- 2 łyżki oleju rzepakowego.

na nadzienie:
- kawałki kurczaka (może być usmażona pierś, albo jak u mnie to, co obrałam z rosołowego kadłuba i zręcznie podrasowałam przyprawą "5 smaków" Kamisa),
- marchewka pokrojona w zapałkę,
- takoż skrojony por,
- i takoż imbir (no ten może w takie przedwojenne zapałeczki podzielone na czworo; BB mówiła, że przed wojną się dało je podzielić. I jeszcze węgiel był we wiosce :-DD),
-  2 - 3 ząbki czosnku,
- 2 cebulki dymki razem z cybuchami,
- chili w płatkach wg uznania,
- sos sojowy do smaku,
- ocet winny jw. (wiem, wiem, powinien być ryżowy, ale wujkowego konia z rzędem temu w naszej wiosce, kto się kapnie!),
- i cukier, do smaku a jakże!
WYKONANIE:
Zrobić zaczyn drożdżowy z wody, cukru i drożdży, a potem wyrobić go z resztą składników, aż przestanie się lepić do rąk. W zasadzie prawie przestanie, no chyba że chce nam się myć robota kuchennego, który odwali za nas tę robotę lub możemy wykorzystać w/w pomagierów. Odstawić w ciepłe miejsce do wyrośnięcia (około godziny). 
W tym czasie przygotować "faszer":
Na patelni mocno rozgrzać olej. Tak, to kanonicznie powinien być wok, ale - zważywszy na ceny dobrych woków - raczej nie kupię go sobie w najbliższej pięciolatce. Sąsiad z Budzisza ma poniemiecki hełm, bo tam stał długo front, ale nie chce oddać, bo od czterdziestego czwartego karmi w nim kury. Na olej wrzucić  marchewkę, podsmażyć, potem imbir i posiekany czosnek, kurczaka, chili, cebulkę, a na końcu na chwileczkę pora (szybko mięknie). Przyprawić wyraziście, bo inaczej smak zginie w nieco "bezpciowej" okrywie.
Wyrośnięte ciasto jeszcze trochę wyrobić, podzielić na 16 części (na 16 wychodzą równe kawałki - metodą: na 2, na 2, na 2 i na 2). Poza tym nie mam tego szpeja bambusowego do gotowania na parze (hmmm... przetak wujanki?) i korzystam z przydasia zastępczego ( o tu klik), a to jest dość małe. Każdą kulkę wywałkować na placuszek, lekko sklepać (scieńczyć) mu brzegi, szczodrze nadziać i zawinąć brzegi do góry, mocno ugniatając "na falbankę" (miała powstać jakoby chryzantemka, wyszły raczej takie czubki, ale nic to). Pierożki od spodu wysmarować olejem, coby nie przylgnęły do sitka (najpierw próbowałam posmarować sitko, ale olej zaraz  wylądował w wodzie). Parować pod przykryciem na dużym ogniu około 15 minut.
A polewka z oleju sezamowego rzeczywiście pasuje.

piątek, 23 marca 2018

Mazurek z fiołkami

Kiedy patrzę na zmrożony i zasypany śniegiem świat za oknem, nie mogę uwierzyć, że rok temu przed Wielkanocą zbierałam fiołki w ogrodzie sąsiadki. Podejrzewam, że przepis w tym roku już nie zdąży się przydać, ale myślę, że można się pobawić w fiołkowe dekorowanie ciasta i po świętach.  Jak cudnie to wygląda, to najlepiej przekonać się tutaj :-)
Szczerze mówiąc, z powodu niewytłumaczalnego dla mnie rozpuszczenia się części lukru na dżemie (kiwiowym), mój baranek z fiołkowego cukru nieszczególnie zachęca. Wygląda rychtyk, jakby się pasł na łące, na której spod topniejącego śniegu wyziera zżółknięta zeszłoroczna trawa :-D
Z tymi fiołkami jest zabawa. Robiłam tą metodą (klik!), bo zachwycił mnie efekt skrzących się od kryształków cukru kwiateczków. Oczywiście moje prototypy były skromniutkie (dobrze, że był wysyp tego kwiecia, bo mnóstwo się zepsuło, naprawdę niecierpliwi mogą dostać fioła). Cukier fiołkowy to już betka, ucierałam kwiatki z kryształem w makutrze (mam taką małą), jak radzi pani Paulina (klik!).
Podobno ładnie wychodzą pierwiosnki i jasne bratki, wypróbujemy, kiedy wreszcie przyjdzie wiosna!


środa, 14 marca 2018

Ptasie mleczko

Właściwie nie jest to ptasie mleczko, tylko jakaś stabilizowana śmietankowa pianka, ale odkąd przeczytałam skład tego sklepowego, wybiłam z głowy mojemu miłośnikowi tej słodkości ów zakup. A poza tym nic tak nie łechce dumy Matki Polki, jak ochy i achy męża (rzeczywiście jest smaczne), no i z czystym sumieniem można stwierdzić, że mu nawet ptasiego mleka nie brakuje :-D
Za pomocą miksera robi się to błyskawicznie, przydają się także babcinowe półlitroczki (w blaszanych kubkach galaretka, wstawiona do zimnej wody w zlewie, błyskawicznie stygnie, więc śliniący się już małżonek nie musi długo czekać).
SKŁADNIKI:
- 0,5 litra śmietanki 30%, 
- kubek jogurtu typu greckiego,
- 2 różnokolorowe galaretki (troszkę chemii nie zawadzi hie hie..., gdy ktoś bardzo uważa, to można zrobić białe, na samej żelatynie lub agarze),
- 2 łyżeczki ksylitolu (albo cukru pudru, mój Pan jednak pożera słodkości z mniejszymi wyrzutami sumienia, gdy nie są dosładzane sacharozą, a jeszcze nie dotarło do niego, że taki cukier jest przecież w kupnej galaretce :-D),
- mała paczka petitków (też nie są konieczne, ale fajnie się kroi na porcje. Nie czytać składu!)
WYKONANIE:
Galaretki rozpuścić w niepełnych szklankach wrzątku, w osobnych garnuszkach ma się rozumieć. Jeśli zależy nam na szybkości, to wstawić do zimnej wody, tylko nie iść gadać z ciotką, bo zastaniemy je zastygnięte na beton (w takim przypadku ostrożnie podgrzać, rozpuściły się z powrotem i nic im nie było). Ubić śmietankę, dosłodzić, wymieszać z jogurtem na gładko. Gdy mamy złe doświadczenia z ubijaniem, można zajrzeć tu (klik!). Podzielić masę na pół i zanim wlejemy galaretkę, to najpierw trzeba wmiksować do garnuszka ze dwie łyżki tej ubitej śmietany (zapobiega to powstawaniu grudek, raz tak zepsułyśmy z Martikiem krem żelatyną - potrafi zastygać błyskawicznie w zetknięciu z zimną śmietanką). Jakieś prostokątne naczynie wyłożyć herbatnikami, wylać pierwszą warstwę, zastudzić (krzepnie szybko), potem drugi kolor i na wierzch znowu ciastka. Jeśli nie chce wyleźć z pojemnika (oczywiście NIGDY nie chce), to podgrzać od spodu w gorącej wodzie, delikatnie wyłożyć na deseczkę, a potem hopsa! odwrócić. 
I zawołać na Hurmę i Czeredę, że ptaki już wydojone :-)

 

sobota, 3 marca 2018

Kurczak pieczony z czosnkiem, rozmarynem i cytryną

Upiec całego kurczaka tak, aby był soczysty, nie jest wcale tak łatwo, zwłaszcza, jeżeli jest duży jak ten (niby) zagrodowy ze zdjęcia. Co prawda kobita w sklepie się zarzekała, że napis "wiejski" na jego metce oznacza, że był hodowany w zagrodzie. Mogła to być co prawda zagroda 20x30 cm, albo tak jak stwierdziła Ciocia z Anią: jechał przez wieś z tuczarni. Mój kurczak miał niemal 2 kilogramy, co oznacza, że trzeba go piec przez 2 godziny - ogólna zasada jest taka, że tyle godzin się piecze, ile waży (w zaokrągleniu, ma się rozumieć). Jeżeli jest lodowaty, bo zapomnieliśmy zabrać go z sieni, gdzie leżakował w temperaturze 0,5 stopnia (Jessu, kiedy te mrozy się skończą!), a Wataha już ante portas, to trzeba mu dodać ze 20 minut pieczenia. A najlepiej wyjąć wcześniej z lodowni, by się ocieplił.
A propos leżakowania: wcale nie musi "dojrzewać", natarty solą, pieprzem i przyprawami oraz wypchany tam gdzie słońce nie dochodzi cytryną i zgniecionymi ząbkami czosnku. Duży ptak piecze się wystarczająco długo, aby aromat przypraw go przeniknął. Jednak "nasłonienie" jest bardziej równomierne, jeżeli posolimy go chociaż z godzinę wcześniej.
Najlepiej piec w naczyniu z kratką na dnie, o takim! Jeśli takowego nie mamy, to coś trzeba mu pod plecki wsadzić, aby nie pływał we własnym sosie i tłuszczu, bo się skórka nie wychrupczy. Gdy mąż wydrze nam jednak w ostatniej chwili z rąk pieczołowicie wyszorowaną metalową ramkę, w której eksponował se zdjęcie z kumplem z wojska, to noże stołowe też mogą być (byle nie miały plastikowych uchwytów, hie hie).
Pieczemy bez przykrycia. Patentem na kruchą skórkę i soczyste mięsko jest nawtykanie kurczakowi pod skórkę (przez wąskie nacięcia pogłębione paluszkiem) zimnego masła i namaszczenie go także z wierzchu. Temperatura 180-190 stopni, grzanie góra i dół, środkowa półka piekarnika. W ostatniej fazie można włączyć termoobieg, ale wtedy zmniejszyć temperaturę, bo się może zbytnio zjarać (no i nie dziuczeć wtedy z nosem w telefonie albo kompie! - to dygresja do H&C).
W połowie pieczenia warto odwrócić go brzuchem w dół, coby plecy też się zrumieniły, przy okazji można odlać nadmiar soku i tłuszczu. Niektórzy zalecają związać mu nóżki, ja wykorzystałam jego własną skórę do podgięcia odnóży (bo tak już był spreparowany na tacce sklepowej). Zostało to oczywiście złośliwie skomentowane przez wrażą Watahę (cyt.: "chyba będzie rodził, bo rozwarcie już na cztery palce"), ale się nie przejęłam, bo z durnych skojarzeń już wyrosłam :-D. 
Dopiero, gdy wgrałam poniższe zdjęcia, to i mnie dopadły skojarzenia.
No spojrzyjcie sami: czy to nie wygląda jak ów Obcy, co wyskoczył z klaty temu gościowi z Nostromo?!

sobota, 24 lutego 2018

Chlebek bananowy dla wszystkomających

To pisałem ja, Jarząbek Martik. Nastąpiła największa tragedia, jaka mogła spotkać członka H&C - okazało się, że mam nietolerancje pokarmowe na gluten, laktozę i jeszcze parę innych pyszności.  Niestety, poniekąd wypadłam z watahy pożeraczy maminej kuchni, dlatego zamieszczam tutaj nietypowy jak na Marzynię przepis dla posiadaczy większości nietolerancji (tych "wszystkomających").
Ale normalsi - nie przestawajcie czytać, bo chlebek jest pyszny i smakuje całkiem zwyczajnie, co zresztą wiadomo nie od dziś, bo w sieci jest jakiś milion przepisów na ten wypiek (ale tutaj pierwszy :-)).
Oryginalny przepis jest tutaj.
Przygotowanie faktycznie zajmuje 5 minut. Ja zawsze robię go z mąki ryżowej (nawet w Lidlu można kupić). To ciasto jest bez glutenu, cukru, laktozy, orzechów, a i tak jest słodkie i smakuje trochę jak piernik. 
SKŁADNIKI:
- 3/4 geesowskiej szklanki mąki ryżowej,
- pół łyżeczki sody oczyszczonej,
- łyżeczka cynamonu (można także trochę imbiru),
- 3 banany (im bardziej dojrzałe, tym chleb będzie słodszy i bardziej miękki),
- 1 jajko,
- pół jabłka (najlepsza szara reneta) w kawałkach.
WYKONANIE:
Banany blendujemy z jajkiem, dodajemy sypkie składniki. Wkrawamy jabłko, mięszamy. Wylewamy do keksówki albo foremek mufinkowych, zresztą we wszystkim się uda. Pieczemy 30-40 minut w temperaturze 170 stopni (mufinki "na oko", do suchego patyczka). Można jeść jeszcze ciepły. Zamiast jabłka można dać jakiekolwiek owoce, albo czekoladę, albo coś. 

sobota, 17 lutego 2018

Sernik na zimno na ksylitolu i herbatnikach

To ciasto (deser?) nazywało się za komuny "Domek Baby Jagi" i czasami bywało na naszym stole, przeważnie w wersji białej i bez polewy czekoladowej (kakao rzadko można było zdobyć, a cukier na lukier tak). Co prawda miało formę pięciościanu i trójkątny przekrój (o tu np. jest klasyczna wersja), bo moje jako żywo żadnego "domku" nie przypomina. Chociaż nie, taki kwadraciak z lat 70 -tych, taki z płaskim dachem, to w sumie podobny jest. 
Do wykonu tego ciasta zmusiło mnie smędzenie H&C, zredukowanej w tygodniu do jednego przedstawiciela watahy, więc gdy On prosi o coś, to prosi mnie 100% petentów. No i jak tu odmówić?  Niestety, pan od jakichś 3 miesięcy nie je (wogle!) cukru, co ja przyjęłam z entuzjazmem, bo myślałam, że już całkowicie umyję ręce od pieczenia (na weekendzie piecze Martik). Ale nie... słodkiego się dalej chce, tylko ma być ZDROWE słodkie! No to coś tam stulam i zachwalam, że zdrowiusieńkie, wprost lecznicze!
Na marginesie mówiąc to ciasto jest bardzo smaczne. Robi się błyskawicznie i szybko można je jeść, gdy tylko herbatniki zmiękną. Robiłam je po prostu blenderem, bo nie mam miksera, a nie chciało mi się borykać z robotem.
SKŁADNIKI:
- 0,5 kg sera białego,
- kostka masła (200 g.),
- szklanka ksylitolu,
- esencja migdałowa do smaku,
- rodzynki - dobrze umyte w gorącej wodzie i skropione rumem,
- duża paczka herbatników "Petit Beurre" (oczywiście jest w nich cukier, ale jakoś pan nie umarł w konwulsjach),
- tabliczka gorzkiej czekolady (to był "Wawel", idealnie zastygła i bardzo chrupała, co do cukru w niej to patrz wyżej),

- prostokątna forma, może być nawet pudełko
WYKONANIE:
Masło zmiksować z ksylitolem (ja po prostu nożami ręcznego blendera), aż będzie puszyste. Dodać ser, zmiksowany takoż (w innym naczyniu) i dobrze wymieszać. Dodać rodzynki i aromat jaki nam pasuje, akurat miałam migdałowy. Herbatnikami wyłożyć formę, wcale nie musi być starannie, smarować kremem serowym i tak warstwa po warstwie, aż do dachu, którym oczywiście mają być ciastka. Czekoladę połamać, rozpuścić w kąpieli wodnej z łyżeczką masła i pokryć nią jak papą płaski w tym przypadku dach domku (jeśli w ogóle odczuwamy jeszcze potrzebę samooszustwa, że to Chatka Baby Jagi). Już po godzinie było miękkie, świetnie się kroiło i zostało pożarte w błogim poczuciu dbania o zdrowie.
P.S. Ciocia i Ania się nie kapły, że to na petitkach, ale Teściowa, jako wytrawna znawczyni, już mogłaby :-)

 

środa, 7 lutego 2018

Krokiety z maślakami i kapustą

W tym przepisie kluczowe jest słowo: MAŚLAK (tak, pana Maślaka też pozdrawiamy). Czereda rozumie dlaczego, ponieważ za każdym razem Matka proponuje im, aby wzięli do  domków swych bodej z jedną bryłę zamrożonych w lecie maślaków i coś z nimi zrobili. Jurand mieszka na drugim, Zuzka i Chrzesny też na drugim, a Martik aż na szóstym piętrze bloku, więc mogliby chociaż miotać nimi w wyjców z dzielni. Ale nie. Tylko gdy przemycam je w pizzy, to im smakują, no fakt, są troszkie śliziowate w sosach...
I po co ja te tony tych grzybków zebrałam? a wiedziałam, że nie zejdą, ale człowiek to taka świnia grześkowiakowa jest, że nie przepuści (Martik mi w lecie uświadomił, że ocieram się już o nosacza, o tego klik!). Jeszcze kiedy leżały u Cioci w zamrażarce (swojej na razie nie mam), to łudziłam się, że będzie zapas w razie wojny światów, ale wyparły je bojlery, które niestety dożyły (w dobrostanie, a jakże!) swoich dni, a ciocia je hurtowo oprawia i mrozi. Bojlera można zobaczyć np. tu albo w zamrażarkach u nas na wsi:-D.
Więc za każdym razem, gdy z zamrażalnika w lodówce wypada mi na duży palec u nogi kolejna porcja grzybów, to myślę, CO BY TU Z NIMI ZROBIĆ.
I obadałam, że maślak w kapuście jest dobry.
I już się nie wykręcą od odciążenia matki, bo krokiety wszyscy lubią i umieją robić też.
Jak zrobić ciasto naleśnikowe tom opisała tu.
A jak farsz kapuściany to tu i tu.
Jak obrobić mrożone grzyby to opisane jest także przez Umiłowaną Przywódczynię (klik!), która medal "Tytan Pracy i Intelektu" dostała już dwieście postów wcześniej. 
No i teraz może sobie wstawiać takie pościki - lajciki, tylko pyk! pyk! link! link! i gotowe.
P.S. A krokiety są pyszne ma się rozumieć :-)