poniedziałek, 2 lipca 2018

Gołąbki z włoskiej kapusty, z kaszą orkiszową, mięsem i wędzoną rybą(!)

Gołąbki często goszczą na na naszych stołach, ale te są niezwykłe. Jak to z literackim zacięciem określiła pani Karo (której wspaniały blog: Karointhekitchen szczerze polecam): "Zjedliśmy po pierwszej porcji i wmurowało nas  w krzesła. Jeśli jeszcze nie jesteście pewni, czy dodawanie do mięsa, kapusty i pomidorów wędzonej ryby to dobry pomysł, powiem Wam jedno – po tych gołąbkach już nic nie będzie takie samo".
Niestety, góra garów do pozmywania pozostała taka sama, ale uśmiechy na twarzach biesiadników na pewno były szersze - aż się przestraszyłam, czy nie pozostanie mi w domu czereda Gwynplaine'ów :-D.
No i pierwszy raz robiłam z włoskiej, no i na pewno nie ostatni - liście miękną dużo szybciej, łatwiej je uwijać, a efekt wizualny jest bardziej spektakularny (oczywiście nie jedliśmy w żadnych tam kapuścianych miseczkach, ale zachwyciły mnie zdjęcia na blogu mentorki i też chciałam mieć piekniusio, na moją marzyniną miarę ma się rozumieć :-)).

SKŁADNIKI:
Średnia główka włoskiej kapusty,
0,5 kg mielonej łopatki lub karkówki,
2 torebki kaszy orkiszowej,
1 mała wędzona makrela (w oryginale były to sardynki, alem takowych nie zdybała w naszym geesie, od czapy zwanym przez wszystkich na wsi "Żeleźniokiem"),
2 duże cebule,
4 ząbki czosnku,
sól, pieprz do smaku,
natka pietruszki (dałam, bom stwierdziła, że będzie konweniować) i lubczyk (ten nigdy nie zawadzi, zwłaszcza, gdy słabnie uczucie do Umiłowanej Przywódczyni),
2 szklanki bulionu (jaki tam mamy zamrożony),
2 łyżki smalcu ze skwarkami z wędzonej słoniny (ma sie to zaplecze energetyczne, hie hie), ale inny tłuszczyk też bedzie.
WYKONANIE
Ugotować kaszę w osolonej wodzie na półmiękko. Cebulę zeszklić, czosnek przecisnąć. Liście z kapustki schodziły galanto, wystarczyło podciąć gruby nerw przy "głębiu", po czym sparzyć je we wrzącej wodzie - ja to robiłam po prostu w dużej patelni z pokrywą. Wymieszać łapką kaszę, mięso, cebulę, mięso z ryby, czosnek i przyprawy i nadziewać liście kapustki metodą "na krokieta" (Martik wie jak, a Zuzia może spojrzeć np. tutaj). Dno naczynia do zapiekania (najlepsza żeliwna gęsiarka, ale każde ze szczelną pokrywą się nadaje, jeśli mamy bez pokrywy, to szczelnie zatkać folią aluminiową, chociaż starajmy się jej unikać  w kuchni) namaścić tym szmalcykiem, ułożyć ciasno gołąbki (wyjdzie dwie warstwy) i zalać bulionem. Zapiekać 1,5 godziny na 180 stopniach, grzanie góra i dół, środkowa półka.
Wyserwować (ha! zna się te branżowe termina!) z sosem pomidorowym. Albo i bez, bo i tak są przepyszne! (jak przyznała nawet ciocia Zosia: worte gemby :-D

czwartek, 14 czerwca 2018

Baozi - chińskie pierożki na parze

Mójezu! w co to się człowiek nie właduje, żeby się choć trochę popisać... No i udało się, chociaż dopiero obejrzane zdjęcia ujawniły niedostatki anturażu. Nie wystarczą plasterki chili i  wyszmalcowany dla połysku szczypiorek - olej sezamowy, którym skropiłam baozi wygląda jak krwawy pot, który niebacznie skapnął gospodyni ze zroszonego czoła, a na talerzu z "Wawela" to raczej pierogi z gryczaną powinny spoczywać...
Ale co tam, grunt, że było pysznie! Choć nieortodoksyjnie.
Te pampuchy są bardzo miękkie, puszyste, a w "łagodnym" cieście znajdujemy niespodziankę - orientalne, lekko chrupiące nadzienie o zdecydowanym, pikantnym smaku. Troszkie certolenia jest z tym dankiem, dlatego warto wykorzystać owoce żywota swego w charakterze pomocników :-D
SKŁADNIKI:
na ciasto: 
- 40 dkg mąki luksusowej,
- szklanka ciepłej wody,
- 1-2 dkg świeżych drożdży (dałam "na oko", mniej więcej tyle, co na łyżce stołowej),
- 2 łyżeczki cukru,

- 1 łyżeczka soli,
- 2 łyżki oleju rzepakowego.

na nadzienie:
- kawałki kurczaka (może być usmażona pierś, albo jak u mnie to, co obrałam z rosołowego kadłuba i zręcznie podrasowałam przyprawą "5 smaków" Kamisa),
- marchewka pokrojona w zapałkę,
- takoż skrojony por,
- i takoż imbir (no ten może w takie przedwojenne zapałeczki podzielone na czworo; BB mówiła, że przed wojną się dało je podzielić. I jeszcze węgiel był we wiosce :-DD),
-  2 - 3 ząbki czosnku,
- 2 cebulki dymki razem z cybuchami,
- chili w płatkach wg uznania,
- sos sojowy do smaku,
- ocet winny jw. (wiem, wiem, powinien być ryżowy, ale wujkowego konia z rzędem temu w naszej wiosce, kto się kapnie!),
- i cukier, do smaku a jakże!
WYKONANIE:
Zrobić zaczyn drożdżowy z wody, cukru i drożdży, a potem wyrobić go z resztą składników, aż przestanie się lepić do rąk. W zasadzie prawie przestanie, no chyba że chce nam się myć robota kuchennego, który odwali za nas tę robotę lub możemy wykorzystać w/w pomagierów. Odstawić w ciepłe miejsce do wyrośnięcia (około godziny). 
W tym czasie przygotować "faszer":
Na patelni mocno rozgrzać olej. Tak, to kanonicznie powinien być wok, ale - zważywszy na ceny dobrych woków - raczej nie kupię go sobie w najbliższej pięciolatce. Sąsiad z Budzisza ma poniemiecki hełm, bo tam stał długo front, ale nie chce oddać, bo od czterdziestego czwartego karmi w nim kury. Na olej wrzucić  marchewkę, podsmażyć, potem imbir i posiekany czosnek, kurczaka, chili, cebulkę, a na końcu na chwileczkę pora (szybko mięknie). Przyprawić wyraziście, bo inaczej smak zginie w nieco "bezpciowej" okrywie.
Wyrośnięte ciasto jeszcze trochę wyrobić, podzielić na 16 części (na 16 wychodzą równe kawałki - metodą: na 2, na 2, na 2 i na 2). Poza tym nie mam tego szpeja bambusowego do gotowania na parze (hmmm... przetak wujanki?) i korzystam z przydasia zastępczego ( o tu klik), a to jest dość małe. Każdą kulkę wywałkować na placuszek, lekko sklepać (scieńczyć) mu brzegi, szczodrze nadziać i zawinąć brzegi do góry, mocno ugniatając "na falbankę" (miała powstać jakoby chryzantemka, wyszły raczej takie czubki, ale nic to). Pierożki od spodu wysmarować olejem, coby nie przylgnęły do sitka (najpierw próbowałam posmarować sitko, ale olej zaraz  wylądował w wodzie). Parować pod przykryciem na dużym ogniu około 15 minut.
A polewka z oleju sezamowego rzeczywiście pasuje.

piątek, 23 marca 2018

Mazurek z fiołkami

Kiedy patrzę na zmrożony i zasypany śniegiem świat za oknem, nie mogę uwierzyć, że rok temu przed Wielkanocą zbierałam fiołki w ogrodzie sąsiadki. Podejrzewam, że przepis w tym roku już nie zdąży się przydać, ale myślę, że można się pobawić w fiołkowe dekorowanie ciasta i po świętach.  Jak cudnie to wygląda, to najlepiej przekonać się tutaj :-)
Szczerze mówiąc, z powodu niewytłumaczalnego dla mnie rozpuszczenia się części lukru na dżemie (kiwiowym), mój baranek z fiołkowego cukru nieszczególnie zachęca. Wygląda rychtyk, jakby się pasł na łące, na której spod topniejącego śniegu wyziera zżółknięta zeszłoroczna trawa :-D
Z tymi fiołkami jest zabawa. Robiłam tą metodą (klik!), bo zachwycił mnie efekt skrzących się od kryształków cukru kwiateczków. Oczywiście moje prototypy były skromniutkie (dobrze, że był wysyp tego kwiecia, bo mnóstwo się zepsuło, naprawdę niecierpliwi mogą dostać fioła). Cukier fiołkowy to już betka, ucierałam kwiatki z kryształem w makutrze (mam taką małą), jak radzi pani Paulina (klik!).
Podobno ładnie wychodzą pierwiosnki i jasne bratki, wypróbujemy, kiedy wreszcie przyjdzie wiosna!


środa, 14 marca 2018

Ptasie mleczko

Właściwie nie jest to ptasie mleczko, tylko jakaś stabilizowana śmietankowa pianka, ale odkąd przeczytałam skład tego sklepowego, wybiłam z głowy mojemu miłośnikowi tej słodkości ów zakup. A poza tym nic tak nie łechce dumy Matki Polki, jak ochy i achy męża (rzeczywiście jest smaczne), no i z czystym sumieniem można stwierdzić, że mu nawet ptasiego mleka nie brakuje :-D
Za pomocą miksera robi się to błyskawicznie, przydają się także babcinowe półlitroczki (w blaszanych kubkach galaretka, wstawiona do zimnej wody w zlewie, błyskawicznie stygnie, więc śliniący się już małżonek nie musi długo czekać).
SKŁADNIKI:
- 0,5 litra śmietanki 30%, 
- kubek jogurtu typu greckiego,
- 2 różnokolorowe galaretki (troszkę chemii nie zawadzi hie hie..., gdy ktoś bardzo uważa, to można zrobić białe, na samej żelatynie lub agarze),
- 2 łyżeczki ksylitolu (albo cukru pudru, mój Pan jednak pożera słodkości z mniejszymi wyrzutami sumienia, gdy nie są dosładzane sacharozą, a jeszcze nie dotarło do niego, że taki cukier jest przecież w kupnej galaretce :-D),
- mała paczka petitków (też nie są konieczne, ale fajnie się kroi na porcje. Nie czytać składu!)
WYKONANIE:
Galaretki rozpuścić w niepełnych szklankach wrzątku, w osobnych garnuszkach ma się rozumieć. Jeśli zależy nam na szybkości, to wstawić do zimnej wody, tylko nie iść gadać z ciotką, bo zastaniemy je zastygnięte na beton (w takim przypadku ostrożnie podgrzać, rozpuściły się z powrotem i nic im nie było). Ubić śmietankę, dosłodzić, wymieszać z jogurtem na gładko. Gdy mamy złe doświadczenia z ubijaniem, można zajrzeć tu (klik!). Podzielić masę na pół i zanim wlejemy galaretkę, to najpierw trzeba wmiksować do garnuszka ze dwie łyżki tej ubitej śmietany (zapobiega to powstawaniu grudek, raz tak zepsułyśmy z Martikiem krem żelatyną - potrafi zastygać błyskawicznie w zetknięciu z zimną śmietanką). Jakieś prostokątne naczynie wyłożyć herbatnikami, wylać pierwszą warstwę, zastudzić (krzepnie szybko), potem drugi kolor i na wierzch znowu ciastka. Jeśli nie chce wyleźć z pojemnika (oczywiście NIGDY nie chce), to podgrzać od spodu w gorącej wodzie, delikatnie wyłożyć na deseczkę, a potem hopsa! odwrócić. 
I zawołać na Hurmę i Czeredę, że ptaki już wydojone :-)

 

sobota, 3 marca 2018

Kurczak pieczony z czosnkiem, rozmarynem i cytryną

Upiec całego kurczaka tak, aby był soczysty, nie jest wcale tak łatwo, zwłaszcza, jeżeli jest duży jak ten (niby) zagrodowy ze zdjęcia. Co prawda kobita w sklepie się zarzekała, że napis "wiejski" na jego metce oznacza, że był hodowany w zagrodzie. Mogła to być co prawda zagroda 20x30 cm, albo tak jak stwierdziła Ciocia z Anią: jechał przez wieś z tuczarni. Mój kurczak miał niemal 2 kilogramy, co oznacza, że trzeba go piec przez 2 godziny - ogólna zasada jest taka, że tyle godzin się piecze, ile waży (w zaokrągleniu, ma się rozumieć). Jeżeli jest lodowaty, bo zapomnieliśmy zabrać go z sieni, gdzie leżakował w temperaturze 0,5 stopnia (Jessu, kiedy te mrozy się skończą!), a Wataha już ante portas, to trzeba mu dodać ze 20 minut pieczenia. A najlepiej wyjąć wcześniej z lodowni, by się ocieplił.
A propos leżakowania: wcale nie musi "dojrzewać", natarty solą, pieprzem i przyprawami oraz wypchany tam gdzie słońce nie dochodzi cytryną i zgniecionymi ząbkami czosnku. Duży ptak piecze się wystarczająco długo, aby aromat przypraw go przeniknął. Jednak "nasłonienie" jest bardziej równomierne, jeżeli posolimy go chociaż z godzinę wcześniej.
Najlepiej piec w naczyniu z kratką na dnie, o takim! Jeśli takowego nie mamy, to coś trzeba mu pod plecki wsadzić, aby nie pływał we własnym sosie i tłuszczu, bo się skórka nie wychrupczy. Gdy mąż wydrze nam jednak w ostatniej chwili z rąk pieczołowicie wyszorowaną metalową ramkę, w której eksponował se zdjęcie z kumplem z wojska, to noże stołowe też mogą być (byle nie miały plastikowych uchwytów, hie hie).
Pieczemy bez przykrycia. Patentem na kruchą skórkę i soczyste mięsko jest nawtykanie kurczakowi pod skórkę (przez wąskie nacięcia pogłębione paluszkiem) zimnego masła i namaszczenie go także z wierzchu. Temperatura 180-190 stopni, grzanie góra i dół, środkowa półka piekarnika. W ostatniej fazie można włączyć termoobieg, ale wtedy zmniejszyć temperaturę, bo się może zbytnio zjarać (no i nie dziuczeć wtedy z nosem w telefonie albo kompie! - to dygresja do H&C).
W połowie pieczenia warto odwrócić go brzuchem w dół, coby plecy też się zrumieniły, przy okazji można odlać nadmiar soku i tłuszczu. Niektórzy zalecają związać mu nóżki, ja wykorzystałam jego własną skórę do podgięcia odnóży (bo tak już był spreparowany na tacce sklepowej). Zostało to oczywiście złośliwie skomentowane przez wrażą Watahę (cyt.: "chyba będzie rodził, bo rozwarcie już na cztery palce"), ale się nie przejęłam, bo z durnych skojarzeń już wyrosłam :-D. 
Dopiero, gdy wgrałam poniższe zdjęcia, to i mnie dopadły skojarzenia.
No spojrzyjcie sami: czy to nie wygląda jak ów Obcy, co wyskoczył z klaty temu gościowi z Nostromo?!

sobota, 24 lutego 2018

Chlebek bananowy dla wszystkomających

To pisałem ja, Jarząbek Martik. Nastąpiła największa tragedia, jaka mogła spotkać członka H&C - okazało się, że mam nietolerancje pokarmowe na gluten, laktozę i jeszcze parę innych pyszności.  Niestety, poniekąd wypadłam z watahy pożeraczy maminej kuchni, dlatego zamieszczam tutaj nietypowy jak na Marzynię przepis dla posiadaczy większości nietolerancji (tych "wszystkomających").
Ale normalsi - nie przestawajcie czytać, bo chlebek jest pyszny i smakuje całkiem zwyczajnie, co zresztą wiadomo nie od dziś, bo w sieci jest jakiś milion przepisów na ten wypiek (ale tutaj pierwszy :-)).
Oryginalny przepis jest tutaj.
Przygotowanie faktycznie zajmuje 5 minut. Ja zawsze robię go z mąki ryżowej (nawet w Lidlu można kupić). To ciasto jest bez glutenu, cukru, laktozy, orzechów, a i tak jest słodkie i smakuje trochę jak piernik. 
SKŁADNIKI:
- 3/4 geesowskiej szklanki mąki ryżowej,
- pół łyżeczki sody oczyszczonej,
- łyżeczka cynamonu (można także trochę imbiru),
- 3 banany (im bardziej dojrzałe, tym chleb będzie słodszy i bardziej miękki),
- 1 jajko,
- pół jabłka (najlepsza szara reneta) w kawałkach.
WYKONANIE:
Banany blendujemy z jajkiem, dodajemy sypkie składniki. Wkrawamy jabłko, mięszamy. Wylewamy do keksówki albo foremek mufinkowych, zresztą we wszystkim się uda. Pieczemy 30-40 minut w temperaturze 170 stopni (mufinki "na oko", do suchego patyczka). Można jeść jeszcze ciepły. Zamiast jabłka można dać jakiekolwiek owoce, albo czekoladę, albo coś. 

sobota, 17 lutego 2018

Sernik na zimno na ksylitolu i herbatnikach

To ciasto (deser?) nazywało się za komuny "Domek Baby Jagi" i czasami bywało na naszym stole, przeważnie w wersji białej i bez polewy czekoladowej (kakao rzadko można było zdobyć, a cukier na lukier tak). Co prawda miało formę pięciościanu i trójkątny przekrój (o tu np. jest klasyczna wersja), bo moje jako żywo żadnego "domku" nie przypomina. Chociaż nie, taki kwadraciak z lat 70 -tych, taki z płaskim dachem, to w sumie podobny jest. 
Do wykonu tego ciasta zmusiło mnie smędzenie H&C, zredukowanej w tygodniu do jednego przedstawiciela watahy, więc gdy On prosi o coś, to prosi mnie 100% petentów. No i jak tu odmówić?  Niestety, pan od jakichś 3 miesięcy nie je (wogle!) cukru, co ja przyjęłam z entuzjazmem, bo myślałam, że już całkowicie umyję ręce od pieczenia (na weekendzie piecze Martik). Ale nie... słodkiego się dalej chce, tylko ma być ZDROWE słodkie! No to coś tam stulam i zachwalam, że zdrowiusieńkie, wprost lecznicze!
Na marginesie mówiąc to ciasto jest bardzo smaczne. Robi się błyskawicznie i szybko można je jeść, gdy tylko herbatniki zmiękną. Robiłam je po prostu blenderem, bo nie mam miksera, a nie chciało mi się borykać z robotem.
SKŁADNIKI:
- 0,5 kg sera białego,
- kostka masła (200 g.),
- szklanka ksylitolu,
- esencja migdałowa do smaku,
- rodzynki - dobrze umyte w gorącej wodzie i skropione rumem,
- duża paczka herbatników "Petit Beurre" (oczywiście jest w nich cukier, ale jakoś pan nie umarł w konwulsjach),
- tabliczka gorzkiej czekolady (to był "Wawel", idealnie zastygła i bardzo chrupała, co do cukru w niej to patrz wyżej),

- prostokątna forma, może być nawet pudełko
WYKONANIE:
Masło zmiksować z ksylitolem (ja po prostu nożami ręcznego blendera), aż będzie puszyste. Dodać ser, zmiksowany takoż (w innym naczyniu) i dobrze wymieszać. Dodać rodzynki i aromat jaki nam pasuje, akurat miałam migdałowy. Herbatnikami wyłożyć formę, wcale nie musi być starannie, smarować kremem serowym i tak warstwa po warstwie, aż do dachu, którym oczywiście mają być ciastka. Czekoladę połamać, rozpuścić w kąpieli wodnej z łyżeczką masła i pokryć nią jak papą płaski w tym przypadku dach domku (jeśli w ogóle odczuwamy jeszcze potrzebę samooszustwa, że to Chatka Baby Jagi). Już po godzinie było miękkie, świetnie się kroiło i zostało pożarte w błogim poczuciu dbania o zdrowie.
P.S. Ciocia i Ania się nie kapły, że to na petitkach, ale Teściowa, jako wytrawna znawczyni, już mogłaby :-)

 

środa, 7 lutego 2018

Krokiety z maślakami i kapustą

W tym przepisie kluczowe jest słowo: MAŚLAK (tak, pana Maślaka też pozdrawiamy). Czereda rozumie dlaczego, ponieważ za każdym razem Matka proponuje im, aby wzięli do  domków swych bodej z jedną bryłę zamrożonych w lecie maślaków i coś z nimi zrobili. Jurand mieszka na drugim, Zuzka i Chrzesny też na drugim, a Martik aż na szóstym piętrze bloku, więc mogliby chociaż miotać nimi w wyjców z dzielni. Ale nie. Tylko gdy przemycam je w pizzy, to im smakują, no fakt, są troszkie śliziowate w sosach...
I po co ja te tony tych grzybków zebrałam? a wiedziałam, że nie zejdą, ale człowiek to taka świnia grześkowiakowa jest, że nie przepuści (Martik mi w lecie uświadomił, że ocieram się już o nosacza, o tego klik!). Jeszcze kiedy leżały u Cioci w zamrażarce (swojej na razie nie mam), to łudziłam się, że będzie zapas w razie wojny światów, ale wyparły je bojlery, które niestety dożyły (w dobrostanie, a jakże!) swoich dni, a ciocia je hurtowo oprawia i mrozi. Bojlera można zobaczyć np. tu albo w zamrażarkach u nas na wsi:-D.
Więc za każdym razem, gdy z zamrażalnika w lodówce wypada mi na duży palec u nogi kolejna porcja grzybów, to myślę, CO BY TU Z NIMI ZROBIĆ.
I obadałam, że maślak w kapuście jest dobry.
I już się nie wykręcą od odciążenia matki, bo krokiety wszyscy lubią i umieją robić też.
Jak zrobić ciasto naleśnikowe tom opisała tu.
A jak farsz kapuściany to tu i tu.
Jak obrobić mrożone grzyby to opisane jest także przez Umiłowaną Przywódczynię (klik!), która medal "Tytan Pracy i Intelektu" dostała już dwieście postów wcześniej. 
No i teraz może sobie wstawiać takie pościki - lajciki, tylko pyk! pyk! link! link! i gotowe.
P.S. A krokiety są pyszne ma się rozumieć :-)

sobota, 9 grudnia 2017

Piróg biłgorajski (łysy!)


No rzeczywiście - wart tych peanów, które wypiali na swojej stronie biłgorajczycy (biłgorajanie?? H&C mi tu zdradziecko podpowiada: "biłgojaranie", ale nie chciałabym nikogo obrazić, a zwłaszcza Harveya Keitela, bo przyjedzie i zrobi nam wszystkim jesień średniowiecza).  Jest bardzo smaczny, pachnący kaszą gryczaną i skwareczkami, leciutko kwaskowaty od sera, no i bardzo syty. Wykonanie jest banalnie proste, chociaż trochę czasu trzeba sobie zarezerwować. 
A dlaczego łysy? Bo bez "opakowania" w postaci cienkiej skórki z drożdżowego ciasta.
SKŁADNIKI:
Piróg składa się z ziemniaków gotowanych, ugotowanej na sypko kaszy gryczanej (u nas się mówiło: tatarczanej) i sera białego. Myślę, że nie ma kanonicznych proporcji, ja też robiłam na oko, wydedukowawszy na podstawie kilku przepisów, że ziemniaków ma być mniej więcej dwa razy tyle, co sera i kaszy. No a słoninki to już ile kto tam chce, ja dużo chciałam :-) 
Na kilogram ziemniaków dałam torebkę (400 g) kaszy gryczanej prażonej, taką mniej więcej półkilową bołdkę sera (tłuuusssty, od Cioci), trzy jajka, kilka łyżek skwareczków z wędzonej słoninki. Śmietany już nie, bo i tak się zlepiło galanto, a bałam się, że jak jeszcze dam ciotczyną śmietanę (jakieś 50% tłuszczu, double cream to pikuś), to stołownikom wysiądą wątroby. No i oczywiście sól i pieprz. W oryginale jest jeszcze suszona mięta, alem wtedy nie miała (można było wybebeszyć z jedną saszetkę z Herbapolu, co ją ma mężuś na trawienie, ale to chyba nie to).
WYKONANIE:
Ziemniaki ugotować normalnie, jak do obiadu, i normalnie je wykłócić (kto by się tam mordował z praską czy maszynką). Kaszę ugotować na sypko - ja zawsze wszystkie kasze gotuję tym sposobem. Ser rozgnieść; jeśli jest tłusty, to się powinien sam umasować w rękach, jeśli zaś ktoś chciałby z chudym (ale po co?!), to myślę sobie, że można go wtedy ze śmietanką urobić, byłby bardziej plastyczny. Połączyć wszystkie składniki, dodać skwarki, dobrze doprawić solą i pieprzem, wbić jajka i jeszcze raz wyrobić. Formę wysmarować (tym smalczykiem, co został po wysmażaniu słoninki) i dokładnie wyrównując wypełnić farszem. Lepiło się jak klej Konrada, więc trzeba zmoczyć łapki, by wyrównać wierzch. 
Ja piekłam godzinę w 180 st., bez pokrywy, w szklanym obłym naczyniu, bo chciałam, żeby miał kształt bochenkowaty. Na ciepło najlepszy jest podsmażony na masełeczku na rumiano, ale mnie jeszcze bardziej smakował na zimno, krojony po prostu w kromki jak jak chleb.

wtorek, 1 sierpnia 2017

Ogórki kiszone krok po kroku przepis dla początkujących

Jestem szczęśliwą posiadaczką własnych ogórków, wyhodowanych na działce krwawicą absolutnego nowicjusza w branży ogrodniczej (ale mam dobre nauczycielki :-)).
Podobno najszybciej na świecie rośnie bambus, tiiaaa, chyba Chińcyki nie badali moich ogórów, no nie wiem, jak to możliwe, żeby zbierać wieczorem, a rano znajdować pełno spaślaków, leżakujących leniwie pod liśćmi.
Każda doświadczona gospodyni ma swój sposób na kiszone ogórki i ja tu nihil novi nie wniosę, ale dziewczynki gotują już na całego i ani się nie obejrzę, jak będą potrzebować sprawdzonego przepisu Umiłowanej Przywódczyni :-D
A wtedy pyk! odpalamy blogusia i jest. 
SKŁADNIKI:
ogórki (gruntowe, ma się rozumieć drogie kózki; jeśli nie będzie się chciało przyjechać po nie do mamci albo gdy Karmicielka zamknie już znużone powieczki na zawsze, to trzeba się pofatygować na targowicę we wtorek i kupić o 6 rano od chłopa niehurtownika. Lub baby.) - różnej wielkości, ale nie te potwory spaślaki; na jeden słoik litrowy wchodzi 4-5 większych i 3-4 mniejsze na wierzch,
dużo kopru z łodygą i wiechciem nasion, może być suszony (luknijcie do słoika na zdjęciu, widać wiechetek i łodygę) - też jest na rynku; na jeden słoik biorę surowiec z jednego lub półtora "koprów",
korzeń lub dwa chrzanu, ustrugany w wiórki wielkości zatykaczek do długopisu (widać) - przy zakupie trza pomacać, jeśli gnie się jak wąż gumowy to znaczy, że jest stary i zwiędnięty, na upartego będzie, ale już nie będzie miał tego rzazu no i może być zepsuty w środku. Ewentualnie można wynająć koparkę i przyjechać do matki na wieś, ja pokażę, gdzie rośnie, ale ani ja, ani Jacuś NIE BĘDZIEMY JUŻ NIGDY KOPAĆ CHRZANU W TEJ PSTRĄGOWSKIEJ SPIECZONEJ GLINIE!!!,
dużo ząbków czosnku (nie chiński! i zaznaczam, że w tym roku nie mam swojego!) - obranego z łupinki i przymiażdżonego (dużo łatwiej go obrać, jeśli się zmiażdży wcześniej ząbek dłonią, albo deszczką Martiku, bo ty masz takie wycacane rączki :-D). U Szakala jest pewny, polski,
sól niejodowana do przetworów - jest w każdym sklepie, trzeba 2 płaskie łyżki na litr wody do ogórków na zimę albo jedną łyżkę z małą górką do małosolnych na bieżące spożycie,
woda - najlepiej ze studni u mamci, i nie śmiać mi się, bo Teściowie jeżdżą do nas po wodę do kiszenia ogórków.
No i słoiki oczywiście, litrowe, a zakrętki z niewychełtaną gumką (tam od spodu jest takie cienkie gumowanie) i nie te otwierane zeszłego roku nożem. Można oczywiście kisić w większych słoikach, ale dopóki nie macie własnej żernej H&C to litrowe będą najbardziej podchodzące :-).
WYKONANIE:
Słoiki i nakrętki umyć, dobrze wypłukać z płynu, nie trzeba wyparzać. Nigdy nie wyparzam do kiszenia i nie zdarza mi się pleśń. 
Tu co prawda przypomniało mi się, jak Ela M. stała kiedyś w kolejce do laboratorium analitycznego, a przed nią jakiś dziadek. Kiedy nadeszła jego kolej chłopina wyjął z teczki LITROWY SŁOIK moczu i usiłował podać go babce w okienku przez otwór (na szczęście miał nakrętkę z dobrą podgumówką :-D). Trzeba było otworzyć drzwi do gabinetu, bo nijak nie dało się tego wcisnąć przez niewielkie okienko. Zirytowana pielęgniara chciała przyszydzić i pyta chłopa: "To już więcej pan nie miał?!", na co zdziwiony manekenpis (coś czuję, że był z mojej wsi) odparował: "Łoooo, widzisz pani, a mojo mówiła, że starczy!"
Ogórki umyć, usunąć resztki okwiatu. Przy myciu można sobie już je pogrupować do dwóch naczyń na większe i mniejsze, potem łatwiej dobierać przy upychaniu do słoików.
Łodygi kopru dobrze jest ciąć kuchennymi nożyczkami, ja obcinam baldachy i ładuję jeden na spód, a drugi na wierzch, a pozałamywanymi w dłoniach łodygami dopycham ogórki z wierzchu, żeby mi nie wypływały ponad lustro wody po zalaniu.
Na koper spodni włożyć 2 wiórki chrzanu i 2 duże lub 3 mniejsze ząbki czosnku. Ogórki duże ustawiać "na sztorca", trzeba dopychać, aby utrzymały się na stojaka. Uzupełnić słoik małymi, przeważnie te już są "na leżąco". Włożyć w wolne przestrzenie kolejne 2 chrzany i znowu czosnek, a na wierzch koper. 
Nastawić wodę na gaz (wychodzi pi razy oko pół litra na słoik), gdy się zagotuje posolić i wymięszać. Wodę trzeba sobie odmierzyć słoikiem litrowym przed zagotowaniem, bo nie polecam miareczkowania wrzątku :-).  
Zalewać tą gorącą wodą, dobrze dokręcić pokrywki (żeby tak "zaskoczyły" w ten gwint od spodu; najlepsze nakrętki są na 6 ząbków) i odwrócić do góry dnem. W sumie to nie wiem, po co się odwraca, ale ciotka tak robiła. Gdy wychłódną postawić już normalnie i gdy woda zmętnieje wynieść do piwnicy (jak się ją ma , hłe hłe Martiku). 
Ogórki szybko kiszą się, gdy jest ciepło, ale gdy jest permanentnie ponad 30 stopni, jak 2 lata temu, to może się zdarzyć, że tzw. małosolne, czyli te mniej słone kiszone na szybkie spożycie (np. w kamienioku) się zepsują. Czasami słoik troszkie przecieka, lecz gdy zacznie się proces kiszenia, to pokrywkę i tak zassie, i spokojnie się utrzymają.
No, jakieś pytania jeszcze?? To ja chętnie :-)
                       małosolne ze snycelkiem

piątek, 30 czerwca 2017

Pierogi z wątróbką


Po obejrzeniu tego zdjęcia Hurma i Czereda stwierdziła, że zrobił je praojciec Adam swoim kalkulatorem (wystruganym z drzewa figowego) w chwili, gdy odpoczywający Pan przebudził się ósmego dnia i stwierdził, że stworzy jeszcze pierogi z wątróbką. Po czym Pan oświetlił swe dzieło (jak na obrazie Blake'a), a Adam cyknął fotkę :-D
Takie pierożki są przepyszne. Wiem, wiem, jest niewielu wielbicieli wątróbki, ale wielu pieromaniaków, więc może warto się przekonać do wątroby w ten sposób?
CIASTO:
1 kilo mąki pszennej (np. Lubella),
 1 jajko,
ze 2 łyżki oleju,
gorąca woda ile zabierze,
 ja nie solę ciasta, tylko wodę, tak ze 2 kopiate łyżki soli na 4 litry wody.
Jak zrobić ciasto bardzo dokładnie opisałam tutaj.

FARSZ:
10 kurzych wątróbek,
2 duże cebule,
olej do smażenia,
sól, maga, 
pieprz czosnkowy (albo pieprz i suszony czosnek),
duża patelnia z grubym dnem.
Podroby szybko przepłukać na sitku.
Cebule skroić w grube pióra, wrzucić na rozgrzany olej, zeszklić. Odsunąć cebulkę na brzegi patelni, na środek wrzucić wątróbki, podkręcić ogień, podsmażyć aż zmienią kolor. Wtedy odwrócić je „na plecki” i przykryć patelnię dużą pokrywką. Zmniejszyć ogień, smażyć do momentu odparowania soku, który z nich wycieknie. Posolić, znowu odwrócić, pomagować, posypać pieprzem czosnkowym  i dalej smażyć (już odkryte) do pożądanego stopnia zrumienienia
Następnie trzeba całą zawartość patelni zmielić w maszynce. Jeśli robimy niewielką ilość pierogów, to można to zrobić dużo szybciej w blenderze, no i odpada mycie maszynki. Same pierogi robi się szybko, bo farsz jest "wdzięczny" do klejenia.
Gotujemy z minutę, dwie po wypłynięciu, maścimy cebulką zrumienioną na maśle.

niedziela, 21 maja 2017

Bramborowa sałatka z chwastami


Tę sałatkę postanowiłam nazwać jakoś inaczej niż zwykła "sałatka ziemniaczana" (opcja "Kartoffelsalat" odpadła w przedbiegach) i padło na brambory, bo język czeski dostarcza nam wiele radości...:-). Taka zwykła ziemniaczanka to to nie jest, bo - jak widać na załączonym obrazku - jednym z głównych składników są dziko rosnące rośliny z łąki i lasu, z których kilka to po prostu chwasty.  Mieszkanie na wsi jest cudowne pod tym względem: wychodzisz o rzut beretem i masz pełno oryginalnych dodatków do sałatki, i jeszcze możesz się snobować na blogu, jaka to jesteś fit, eko, wege, hyge (?), paleo (??) i w ogóle. 
Rustici mordaces zadbają jednak, żeby się nam w głowie nie przewróciło ("Świniom do kłócaniny niesiesz?" - bom niesła w koszu, no po co baba łazi po lesie i polu z koszykiem w kwietniu?!). I słusznie, bo te chwaściki to taki bejerek dla miastowych, lepsza byłaby rzodkiewka i szczypior na wierzchu, ale H&C zjadła i chwaliła (tylko Dorunia wywaliła pokrzywę, no i potem się dowiedziałam, że krwawnik drapał w gardle :-D).
SKŁADNIKI PODSTAWOWE:
ugotowane młode ziemniaki - tak z 5 -6 sztuk,
1-2 młode cebulki,
4 kiszone ogórki,
po 1 jajku na osobę,
liście sałaty "na podściółkę",
sól, pieprz,
SOS:
jogurt naturalny,
majonez - kilka łyżek,
łyżeczka lub dwie ulubionej musztardy,
sól, pieprz, cukier, sok z cytryny,
kilka łyżek jakiegoś dobrego oleju (oliwa wg mnie nie, ma nie ten smak, ja dałam tłoczony na zimno rzepakowy)
DZIKA ZIELENINA w mojej sałatce:
rzeżucha łąkowa - o, to jest super; urwane listki dałam do środka sałatki, bo jest ostra i świetnie rzazuje te bramborki, a wiechetek jej kwiatuszków wetknęłam na środku, żeby było piekniusio,
babka jajowata - spoko, smak łagodny,
pokrzywa - nie urywa, żelazista i twardawa,
mniszek lekarski - lubię, jest gorzki i chrupie,
krwawnik - też gorzkawy, ale łechcze,
szczawik zajęczy - kwaśny, cytrynowy, no i ładny z tymi czerwonymi łodyżkami i koniczynowatym pokrojem,
zwykły szczaw - to każdy wie, jak smakuje :-),
Większość tych roślin to zioła; kto się tam cyka, że zaszkodzi, niech sprawdzi, czy wolno mu jeść. Nam nic nie było. Aha, i degustacja odbyła się 30 kwietnia - obawiam się, że wiele z tych roślin jest już "za stara" do celów kulinarnych :-(

czwartek, 4 maja 2017

Kartacze z ruskim nadzieniem czyli sarzyńskie granaty

No cóż... nie jest to potrawa, którą zrobimy "na Oliwera" nawet, jeżeli ktoś rozgrzeje nam patelnię, włączy wodę i złoży malakser :-D Ale raz na ruski (nomen omen) rok można się poświęcić i sprawić tę radość domownikom, tym bardziej, że nie nadwerężając portfela będziemy mieli dwa przepyszne obiady dla czteroosobowej watahy głodomorów albo sześciu osób z normalnej rodziny. 
Nadzienie jest nietypowe - tylko u mojej Teściowej jadłam taką wersję i wdrukowała mi się zamiast mięsa mielonego. Nazywają się tam "sarzyńskie granaty" i jako żywo przypominają niemieckie granaty typu jajko. Zapewniam, że nie jest to nudne zestawienie, chociaż występują tu troiste ziemniaki: surowe tarte, gotowane i umieszane z serem w ruskim nadzieniu. Aha, i ważne jest, żeby były sypkie (najlepiej typu C, w sumie B też obleci, ale nie mogą to być ziemniaki sałatkowe)
SKŁADNIKI:
2 kg ziemniaków surowych, startych na drobnej tarce (Teściowa hakowała te pyrki na tarce z dziurkami jakby wybitymi gwoździem, wiecie o co chodzi; ja bardziej wygodnicko na tych małych łezkowatych otworach, idzie dużo szybciej a wg mnie różnicy nie ma),
2 kg ugotowanych,
ok. 35 dkg sera białego (najlepiej, żeby był kwaśny),
2 jajka,
po 3-4 łyżki mąki ziemniaczanej i pszennej,
sól i pieprz,
skwareczki do omaszczenia i dużo usmażonej na złoto cebulki.
WYKONANIE:
Ziemniaki tarte odcisnąć w rzadkiej lnianej ściereczce prawie do sucha (to ważne!). Radzę czynić to niewielkimi porcjami, bo wpakowanie całej masy do ścierki powoduje powstanie ziemniaczanego wora treningowego, a nie każdy ma cyklopa na podorędziu :-D. Ten wyciśnięty sok łapiemy do miski, a kiedy się ustoi zlewamy "wodę" z wierzchu, a osadzoną na dnie skrobię dodajemy do masy.
Z połowy ugotowanych kartofli zrobić farsz jak na ruskie pierogi, taki dobrze czujny (można zerknąć np. tutaj), a drugą połowę dobrze wykłócić i połączyć z tymi surowymi, z jajkami, solą i mąką ziemniaczaną. Dobrze wyrobić, a jeśli masa jest zbyt rzadka to można dosypać pszennej mąki - byle nie za dużo, bo będą trochę twarde, ale w sumie lepsze twardawe niż zupa ziemniaczana :-(
Z ciasta formujemy placki rozklepując je na dłoni i nadziewamy kulkami ruskiego farszu. Kulamy w formę cepelina (mnie wyszły akurat bardziej kartaczowate niż wrzecionowate). Gotujemy w dużym garze, w osolonej wodzie, na niewielkim ogniu 15 - 20 minut (trzeba próbować, czy już miękkie). Na talerzu robimy im czapy ze skwarków i cebuli. Doradzam jedzenie w pozycji półleżącej, bo ciężko się potem doczołgać do wersalki :-DD

poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Najlepsza drożdżowa babka świąteczna czyli zaparzana baba Danusi :-)

Odkąd zobaczyłam tę babę na blogu Danusi (klik!), a właściwie przeczytałam sugestywny opis jej walorów - tylko ta króluje na moim wielkanocnym stole. Słusznie prawi mistrzyni i jej oddaję głos, bo napisała szczerą prawdę: "Babka,  którą proponuję jest bardzo pulchna, wilgotna i  długo świeża - ok. 4- 5 dni przechowywana w chłodzie. Ciasto nie podsycha na drugi dzień jak w zwykłych babkach drożdżowych, a jest jeszcze smaczniejsze. Świeżość, wilgotność i pulchność zawdzięcza sparzeniu mąki, użyciu mąki krupczatki i samych żółtek. Babka naprawdę rozpływa się w ustach, po prostu niebo w gębie, choć w poście takie zachwyty się nie godzą".
Godzą, godzą się, Danusiu, bo od samego czytania o jedzeniu jeszcze nikt nie zgrzeszył, a zresztą widok mojego zdjęcia jest pewnym umartwieniem po tej lekturze :-D
SKŁADNIKI (wg autorki, ale nie wszystkie składniki znalazły się w moim wypieku):
  • 3 szklanki mąki krupczatki - przesiać (szklanka 250 ml)
  • 3/4 szklanki mleka
  • 1/4 szklanki mleka zsiadłego lub kefiru naturalnego o temperaturze pokojowej
  • 40 g świeżych drożdży + 1 łyżka cukru + 2 łyżki mleka
  • 5 żółtek (wcześniej wyjąć z lodówki)
  • 3/4 szklanki cukru
  • 100 g stopionego masła
  • 3 płaskie łyżeczki cukru z prawdziwą wanilią - u mnie wanilinowy :-(
  • szczypta soli
 WYKONANIE (słowa Danusi kursywą):
3/4 szklanki mleka zagotować i sparzyć 3/4 szklanki mąki, dobrze wymieszać i przestudzić do ciepłego. Zetrzeć skórkę ze sparzonej pomarańczy (nie dodawałam, bo jeden mój Syfut nie lubi). Drożdże zasypać łyżką cukru, wlać letnie mleko i rozpuścić. W pozostałej mące zrobić dołek, wlać drożdże i końcówką łyżki lekko przemieszać z mąką - tylko po wierzchu. Przykryć ściereczką i pozostawić, żeby drożdże ruszyły. Żółtka ubić z cukrem, szczyptą soli i cukrem z wanilią. Do podrośniętego rozczynu na mące dodać zaparzoną mąkę, masę żółtkową. Wyrobić końcówką (hakiem do drożdżowego) miksera na wolnych obrotach, dodać stopione letnie masło i wszystko dobrze wyrobić mikserem. Ciasto przykryć ściereczką, włożyć do worka foliowego i wstawić do piekarnika z zapaloną tylko żarówką (albo w inne ciepłe miejsce). Pozostawić do wyrośnięcia. Wyrośnięte ciasto przemieszać dłonią. Ciasto jest lekko klejące. Foremkę (Dania używała kamionkowej, ale ja mam taką sprawdzoną z grubego silikonu) wysmarować dokładnie masłem, wysypać dobrze kaszką manną i przekładać łyżką ciasto dociskając do dna foremki. Mocząc łyżkę w wodzie wyrównać ciasto i jeszcze docisnąć, przykryć ściereczką i wstawić do piekarnika z zapaloną żarówką. Drugi raz dość szybko rośnie. Piekarnik nagrzać do temperatury 170 stopni C i do nagrzanego wstawić wyrośniętą babkę. Piec ok. 55- 60 minut - koniecznie sprawdzić patyczkiem po ok. 50 minutach - musi być suchy. Ponieważ babka jest dość wysoka, żeby się za mocno nie przypiekła  po 30 minutach przykryć górę srebrną folią matową stroną do ciasta (jak widać ja nie przykryłam za pierwszym razem :-D). Upieczone ciasto wyjąć z piekarnika i po 10 minutach odwrócić formę i wysunąć babkę. Jak całkowicie ostygnie polukrować i posypać pistacjami i pestkami dyni.
Gwoli ścisłości to moja nie tylko się dobrze spiekła - ale tylko z wierchu! - ale jeszcze mi pękła, wyglądała jednak tak pięknie, rustykalnie, jak z jakiegoś pieca chlebowego (Babci Broni??), więc zostawiłam ją już tak, bez lukru i dodatków. Dzieci nazwały ją "baba - motyl" i zażądały takiej samej na przyszły rok. No i w 2016 roku też ją piekłam, tym razem wyszła tak (i nosiła miano "baba patriotyczna", ze względu na nieśmiertelną pisankę z orłem dzierżącym jakimś cudem wielkanocne jajo w szponach):
 Jeśli jeszcze nie zdecydowaliście się, jakie ciasto ma być królową wielkanocnego stołu w 2017 roku to nie wahajcie się! Sukces murowany!