wtorek, 1 sierpnia 2017

Ogórki kiszone krok po kroku przepis dla początkujących

Jestem szczęśliwą posiadaczką własnych ogórków, wyhodowanych na działce krwawicą absolutnego nowicjusza w branży ogrodniczej (ale mam dobre nauczycielki :-)).
Podobno najszybciej na świecie rośnie bambus, tiiaaa, chyba Chińcyki nie badali moich ogórów, no nie wiem, jak to możliwe, żeby zbierać wieczorem, a rano znajdować pełno spaślaków, leżakujących leniwie pod liśćmi.
Każda doświadczona gospodyni ma swój sposób na kiszone ogórki i ja tu nihil novi nie wniosę, ale dziewczynki gotują już na całego i ani się nie obejrzę, jak będą potrzebować sprawdzonego przepisu Umiłowanej Przywódczyni :-D
A wtedy pyk! odpalamy blogusia i jest. 
SKŁADNIKI:
ogórki (gruntowe, ma się rozumieć drogie kózki; jeśli nie będzie się chciało przyjechać po nie do mamci albo gdy Karmicielka zamknie już znużone powieczki na zawsze, to trzeba się pofatygować na targowicę we wtorek i kupić o 6 rano od chłopa niehurtownika. Lub baby.) - różnej wielkości, ale nie te potwory spaślaki; na jeden słoik litrowy wchodzi 4-5 większych i 3-4 mniejsze na wierzch,
dużo kopru z łodygą i wiechciem nasion, może być suszony (luknijcie do słoika na zdjęciu, widać wiechetek i łodygę) - też jest na rynku; na jeden słoik biorę surowiec z jednego lub półtora "koprów",
korzeń lub dwa chrzanu, ustrugany w wiórki wielkości zatykaczek do długopisu (widać) - przy zakupie trza pomacać, jeśli gnie się jak wąż gumowy to znaczy, że jest stary i zwiędnięty, na upartego będzie, ale już nie będzie miał tego rzazu no i może być zepsuty w środku. Ewentualnie można wynająć koparkę i przyjechać do matki na wieś, ja pokażę, gdzie rośnie, ale ani ja, ani Jacuś NIE BĘDZIEMY JUŻ NIGDY KOPAĆ CHRZANU W TEJ PSTRĄGOWSKIEJ SPIECZONEJ GLINIE!!!,
dużo ząbków czosnku (nie chiński! i zaznaczam, że w tym roku nie mam swojego!) - obranego z łupinki i przymiażdżonego (dużo łatwiej go obrać, jeśli się zmiażdży wcześniej ząbek dłonią, albo deszczką Martiku, bo ty masz takie wycacane rączki :-D). U Szakala jest pewny, polski,
sól niejodowana do przetworów - jest w każdym sklepie, trzeba 2 płaskie łyżki na litr wody do ogórków na zimę albo jedną łyżkę z małą górką do małosolnych na bieżące spożycie,
woda - najlepiej ze studni u mamci, i nie śmiać mi się, bo Teściowie jeżdżą do nas po wodę do kiszenia ogórków.
No i słoiki oczywiście, litrowe, a zakrętki z niewychełtaną gumką (tam od spodu jest takie cienkie gumowanie) i nie te otwierane zeszłego roku nożem. Można oczywiście kisić w większych słoikach, ale dopóki nie macie własnej żernej H&C to litrowe będą najbardziej podchodzące :-).
WYKONANIE:
Słoiki i nakrętki umyć, dobrze wypłukać z płynu, nie trzeba wyparzać. Nigdy nie wyparzam do kiszenia i nie zdarza mi się pleśń. 
Tu co prawda przypomniało mi się, jak Ela M. stała kiedyś w kolejce do laboratorium analitycznego, a przed nią jakiś dziadek. Kiedy nadeszła jego kolej chłopina wyjął z teczki LITROWY SŁOIK moczu i usiłował podać go babce w okienku przez otwór (na szczęście miał nakrętkę z dobrą podgumówką :-D). Trzeba było otworzyć drzwi do gabinetu, bo nijak nie dało się tego wcisnąć przez niewielkie okienko. Zirytowana pielęgniara chciała przyszydzić i pyta chłopa: "To już więcej pan nie miał?!", na co zdziwiony manekenpis (coś czuję, że był z mojej wsi) odparował: "Łoooo, widzisz pani, a mojo mówiua, że starczy!"
Ogórki umyć, usunąć resztki okwiatu. Przy myciu można sobie już je pogrupować do dwóch naczyń na większe i mniejsze, potem łatwiej dobierać przy upychaniu do słoików.
Łodygi kopru dobrze jest ciąć kuchennymi nożyczkami, ja obcinam baldachy i ładuję jeden na spód, a drugi na wierzch, a pozałamywanymi w dłoniach łodygami dopycham ogórki z wierzchu, żeby mi nie wypływały ponad lustro wody po zalaniu.
Na koper spodni włożyć 2 wiórki chrzanu i 2 duże lub 3 mniejsze ząbki czosnku. Ogórki duże ustawiać "na sztorca", trzeba dopychać, aby utrzymały się na stojaka. Uzupełnić słoik małymi, przeważnie te już są "na leżąco". Włożyć w wolne przestrzenie kolejne 2 chrzany i znowu czosnek, a na wierzch koper. 
Nastawić wodę na gaz (wychodzi pi razy oko pół litra na słoik), gdy się zagotuje posolić i wymięszać. Wodę trzeba sobie odmierzyć słoikiem litrowym przed zagotowaniem, bo nie polecam miareczkowania wrzątku :-).  
Zalewać tą gorącą wodą, dobrze dokręcić pokrywki (żeby tak "zaskoczyły" w ten gwint od spodu; najlepsze nakrętki są na 6 ząbków) i odwrócić do góry dnem. W sumie to nie wiem, po co się odwraca, ale ciotka tak robiła. Gdy wychłódną postawić już normalnie i gdy woda zmętnieje wynieść do piwnicy (jak się ją ma , hłe hłe Martiku). 
Ogórki szybko kiszą się, gdy jest ciepło, ale gdy jest permanentnie ponad 30 stopni, jak 2 lata temu, to może się zdarzyć, że tzw. małosolne, czyli te mniej słone kiszone na szybkie spożycie (np. w kamienioku) się zepsują. Czasami słoik troszkie przecieka, lecz gdy zacznie się proces kiszenia, to pokrywkę i tak zassie, i spokojnie się utrzymają.
No, jakieś pytania jeszcze?? To ja chętnie :-)
                       małosolne ze snycelkiem

piątek, 30 czerwca 2017

Pierogi z wątróbką


Po obejrzeniu tego zdjęcia Hurma i Czereda stwierdziła, że zrobił je praojciec Adam swoim kalkulatorem (wystruganym z drzewa figowego) w chwili, gdy odpoczywający Pan przebudził się ósmego dnia i stwierdził, że stworzy jeszcze pierogi z wątróbką. Po czym Pan oświetlił swe dzieło (jak na obrazie Blake'a), a Adam cyknął fotkę :-D
Takie pierożki są przepyszne. Wiem, wiem, jest niewielu wielbicieli wątróbki, ale wielu pieromaniaków, więc może warto się przekonać do wątroby w ten sposób?
CIASTO:
1 kilo mąki pszennej (np. Lubella),
 1 jajko,
ze 2 łyżki oleju,
gorąca woda ile zabierze,
 ja nie solę ciasta, tylko wodę, tak ze 2 kopiate łyżki soli na 4 litry wody.
Jak zrobić ciasto bardzo dokładnie opisałam tutaj.

FARSZ:
10 kurzych wątróbek,
2 duże cebule,
olej do smażenia,
sól, maga, 
pieprz czosnkowy (albo pieprz i suszony czosnek),
duża patelnia z grubym dnem.
Podroby szybko przepłukać na sitku.
Cebule skroić w grube pióra, wrzucić na rozgrzany olej, zeszklić. Odsunąć cebulkę na brzegi patelni, na środek wrzucić wątróbki, podkręcić ogień, podsmażyć aż zmienią kolor. Wtedy odwrócić je „na plecki” i przykryć patelnię dużą pokrywką. Zmniejszyć ogień, smażyć do momentu odparowania soku, który z nich wycieknie. Posolić, znowu odwrócić, pomagować, posypać pieprzem czosnkowym  i dalej smażyć (już odkryte) do pożądanego stopnia zrumienienia
Następnie trzeba całą zawartość patelni zmielić w maszynce. Jeśli robimy niewielką ilość pierogów, to można to zrobić dużo szybciej w blenderze, no i odpada mycie maszynki. Same pierogi robi się szybko, bo farsz jest "wdzięczny" do klejenia.
Gotujemy z minutę, dwie po wypłynięciu, maścimy cebulką zrumienioną na maśle.

niedziela, 21 maja 2017

Bramborowa sałatka z chwastami


Tę sałatkę postanowiłam nazwać jakoś inaczej niż zwykła "sałatka ziemniaczana" (opcja "Kartoffelsalat" odpadła w przedbiegach) i padło na brambory, bo język czeski dostarcza nam wiele radości...:-). Taka zwykła ziemniaczanka to to nie jest, bo - jak widać na załączonym obrazku - jednym z głównych składników są dziko rosnące rośliny z łąki i lasu, z których kilka to po prostu chwasty.  Mieszkanie na wsi jest cudowne pod tym względem: wychodzisz o rzut beretem i masz pełno oryginalnych dodatków do sałatki, i jeszcze możesz się snobować na blogu, jaka to jesteś fit, eko, wege, hyge (?), paleo (??) i w ogóle. 
Rustici mordaces zadbają jednak, żeby się nam w głowie nie przewróciło ("Świniom do kłócaniny niesiesz?" - bom niesła w koszu, no po co baba łazi po lesie i polu z koszykiem w kwietniu?!). I słusznie, bo te chwaściki to taki bejerek dla miastowych, lepsza byłaby rzodkiewka i szczypior na wierzchu, ale H&C zjadła i chwaliła (tylko Dorunia wywaliła pokrzywę, no i potem się dowiedziałam, że krwawnik drapał w gardle :-D).
SKŁADNIKI PODSTAWOWE:
ugotowane młode ziemniaki - tak z 5 -6 sztuk,
1-2 młode cebulki,
4 kiszone ogórki,
po 1 jajku na osobę,
liście sałaty "na podściółkę",
sól, pieprz,
SOS:
jogurt naturalny,
majonez - kilka łyżek,
łyżeczka lub dwie ulubionej musztardy,
sól, pieprz, cukier, sok z cytryny,
kilka łyżek jakiegoś dobrego oleju (oliwa wg mnie nie, ma nie ten smak, ja dałam tłoczony na zimno rzepakowy)
DZIKA ZIELENINA w mojej sałatce:
rzeżucha łąkowa - o, to jest super; urwane listki dałam do środka sałatki, bo jest ostra i świetnie rzazuje te bramborki, a wiechetek jej kwiatuszków wetknęłam na środku, żeby było piekniusio,
babka jajowata - spoko, smak łagodny,
pokrzywa - nie urywa, żelazista i twardawa,
mniszek lekarski - lubię, jest gorzki i chrupie,
krwawnik - też gorzkawy, ale łechcze,
szczawik zajęczy - kwaśny, cytrynowy, no i ładny z tymi czerwonymi łodyżkami i koniczynowatym pokrojem,
zwykły szczaw - to każdy wie, jak smakuje :-),
Większość tych roślin to zioła; kto się tam cyka, że zaszkodzi, niech sprawdzi, czy wolno mu jeść. Nam nic nie było. Aha, i degustacja odbyła się 30 kwietnia - obawiam się, że wiele z tych roślin jest już "za stara" do celów kulinarnych :-(

czwartek, 4 maja 2017

Kartacze z ruskim nadzieniem czyli sarzyńskie granaty

No cóż... nie jest to potrawa, którą zrobimy "na Oliwera" nawet, jeżeli ktoś rozgrzeje nam patelnię, włączy wodę i złoży malakser :-D Ale raz na ruski (nomen omen) rok można się poświęcić i sprawić tę radość domownikom, tym bardziej, że nie nadwerężając portfela będziemy mieli dwa przepyszne obiady dla czteroosobowej watahy głodomorów albo sześciu osób z normalnej rodziny. 
Nadzienie jest nietypowe - tylko u mojej Teściowej jadłam taką wersję i wdrukowała mi się zamiast mięsa mielonego. Nazywają się tam "sarzyńskie granaty" i jako żywo przypominają niemieckie granaty typu jajko. Zapewniam, że nie jest to nudne zestawienie, chociaż występują tu troiste ziemniaki: surowe tarte, gotowane i umieszane z serem w ruskim nadzieniu. Aha, i ważne jest, żeby były sypkie (najlepiej typu C, w sumie B też obleci, ale nie mogą to być ziemniaki sałatkowe)
SKŁADNIKI:
2 kg ziemniaków surowych, startych na drobnej tarce (Teściowa hakowała te pyrki na tarce z dziurkami jakby wybitymi gwoździem, wiecie o co chodzi; ja bardziej wygodnicko na tych małych łezkowatych otworach, idzie dużo szybciej a wg mnie różnicy nie ma),
2 kg ugotowanych,
ok. 35 dkg sera białego (najlepiej, żeby był kwaśny),
2 jajka,
po 3-4 łyżki mąki ziemniaczanej i pszennej,
sól i pieprz,
skwareczki do omaszczenia i dużo usmażonej na złoto cebulki.
WYKONANIE:
Ziemniaki tarte odcisnąć w rzadkiej lnianej ściereczce prawie do sucha (to ważne!). Radzę czynić to niewielkimi porcjami, bo wpakowanie całej masy do ścierki powoduje powstanie ziemniaczanego wora treningowego, a nie każdy ma cyklopa na podorędziu :-D. Ten wyciśnięty sok łapiemy do miski, a kiedy się ustoi zlewamy "wodę" z wierzchu, a osadzoną na dnie skrobię dodajemy do masy.
Z połowy ugotowanych kartofli zrobić farsz jak na ruskie pierogi, taki dobrze czujny (można zerknąć np. tutaj), a drugą połowę dobrze wykłócić i połączyć z tymi surowymi, z jajkami, solą i mąką ziemniaczaną. Dobrze wyrobić, a jeśli masa jest zbyt rzadka to można dosypać pszennej mąki - byle nie za dużo, bo będą trochę twarde, ale w sumie lepsze twardawe niż zupa ziemniaczana :-(
Z ciasta formujemy placki rozklepując je na dłoni i nadziewamy kulkami ruskiego farszu. Kulamy w formę cepelina (mnie wyszły akurat bardziej kartaczowate niż wrzecionowate). Gotujemy w dużym garze, w osolonej wodzie, na niewielkim ogniu 15 - 20 minut (trzeba próbować, czy już miękkie). Na talerzu robimy im czapy ze skwarków i cebuli. Doradzam jedzenie w pozycji półleżącej, bo ciężko się potem doczołgać do wersalki :-DD

poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Najlepsza drożdżowa babka świąteczna czyli zaparzana baba Danusi :-)

Odkąd zobaczyłam tę babę na blogu Danusi (klik!), a właściwie przeczytałam sugestywny opis jej walorów - tylko ta króluje na moim wielkanocnym stole. Słusznie prawi mistrzyni i jej oddaję głos, bo napisała szczerą prawdę: "Babka,  którą proponuję jest bardzo pulchna, wilgotna i  długo świeża - ok. 4- 5 dni przechowywana w chłodzie. Ciasto nie podsycha na drugi dzień jak w zwykłych babkach drożdżowych, a jest jeszcze smaczniejsze. Świeżość, wilgotność i pulchność zawdzięcza sparzeniu mąki, użyciu mąki krupczatki i samych żółtek. Babka naprawdę rozpływa się w ustach, po prostu niebo w gębie, choć w poście takie zachwyty się nie godzą".
Godzą, godzą się, Danusiu, bo od samego czytania o jedzeniu jeszcze nikt nie zgrzeszył, a zresztą widok mojego zdjęcia jest pewnym umartwieniem po tej lekturze :-D
SKŁADNIKI (wg autorki, ale nie wszystkie składniki znalazły się w moim wypieku):
  • 3 szklanki mąki krupczatki - przesiać (szklanka 250 ml)
  • 3/4 szklanki mleka
  • 1/4 szklanki mleka zsiadłego lub kefiru naturalnego o temperaturze pokojowej
  • 40 g świeżych drożdży + 1 łyżka cukru + 2 łyżki mleka
  • 5 żółtek (wcześniej wyjąć z lodówki)
  • 3/4 szklanki cukru
  • 100 g stopionego masła
  • 3 płaskie łyżeczki cukru z prawdziwą wanilią - u mnie wanilinowy :-(
  • szczypta soli
 WYKONANIE (słowa Danusi kursywą):
3/4 szklanki mleka zagotować i sparzyć 3/4 szklanki mąki, dobrze wymieszać i przestudzić do ciepłego. Zetrzeć skórkę ze sparzonej pomarańczy (nie dodawałam, bo jeden mój Syfut nie lubi). Drożdże zasypać łyżką cukru, wlać letnie mleko i rozpuścić. W pozostałej mące zrobić dołek, wlać drożdże i końcówką łyżki lekko przemieszać z mąką - tylko po wierzchu. Przykryć ściereczką i pozostawić, żeby drożdże ruszyły. Żółtka ubić z cukrem, szczyptą soli i cukrem z wanilią. Do podrośniętego rozczynu na mące dodać zaparzoną mąkę, masę żółtkową. Wyrobić końcówką (hakiem do drożdżowego) miksera na wolnych obrotach, dodać stopione letnie masło i wszystko dobrze wyrobić mikserem. Ciasto przykryć ściereczką, włożyć do worka foliowego i wstawić do piekarnika z zapaloną tylko żarówką (albo w inne ciepłe miejsce). Pozostawić do wyrośnięcia. Wyrośnięte ciasto przemieszać dłonią. Ciasto jest lekko klejące. Foremkę (Dania używała kamionkowej, ale ja mam taką sprawdzoną z grubego silikonu) wysmarować dokładnie masłem, wysypać dobrze kaszką manną i przekładać łyżką ciasto dociskając do dna foremki. Mocząc łyżkę w wodzie wyrównać ciasto i jeszcze docisnąć, przykryć ściereczką i wstawić do piekarnika z zapaloną żarówką. Drugi raz dość szybko rośnie. Piekarnik nagrzać do temperatury 170 stopni C i do nagrzanego wstawić wyrośniętą babkę. Piec ok. 55- 60 minut - koniecznie sprawdzić patyczkiem po ok. 50 minutach - musi być suchy. Ponieważ babka jest dość wysoka, żeby się za mocno nie przypiekła  po 30 minutach przykryć górę srebrną folią matową stroną do ciasta (jak widać ja nie przykryłam za pierwszym razem :-D). Upieczone ciasto wyjąć z piekarnika i po 10 minutach odwrócić formę i wysunąć babkę. Jak całkowicie ostygnie polukrować i posypać pistacjami i pestkami dyni.
Gwoli ścisłości to moja nie tylko się dobrze spiekła - ale tylko z wierchu! - ale jeszcze mi pękła, wyglądała jednak tak pięknie, rustykalnie, jak z jakiegoś pieca chlebowego (Babci Broni??), więc zostawiłam ją już tak, bez lukru i dodatków. Dzieci nazwały ją "baba - motyl" i zażądały takiej samej na przyszły rok. No i w 2016 roku też ją piekłam, tym razem wyszła tak (i nosiła miano "baba patriotyczna", ze względu na nieśmiertelną pisankę z orłem dzierżącym jakimś cudem wielkanocne jajo w szponach):
 Jeśli jeszcze nie zdecydowaliście się, jakie ciasto ma być królową wielkanocnego stołu w 2017 roku to nie wahajcie się! Sukces murowany!

środa, 8 marca 2017

Domowa wędlina - karczek marynowany i długo pieczony


Jeśli jest się częścią stada mięsożerców warto przygotowywać domowe wędliny. Ja akurat mam też szynkowar, ale pieczonego mięska na kanapki nic nie zastąpi. Zwłaszcza kruchej, soczystej, odpowiednio tłustej (nośnik smaku!) i długo pieczonej karkówki.
Pieczeń z karkówki nie jest sama z siebie apetycznie różowa i warto ją zamarynować z dodatkiem soli peklowej. Oczywiście, jeśli ktoś jest uczulony w sensie dosłownym lub przenośnym na jej składniki może zrezygnować, ale warto dodać tę sól do marynaty także ze względu na większą trwałość wędliny.
Na zdjęciu widać, jak Hurma i Czereda rżnęła nożem- piłką grube plastry mięsa; dobrze, że Martik pstryknął swoją komórką zdjęcie zanim została tylko tzw. dupka :-D
SKŁADNIKI:
min. półtorakilogramowy kawałek karkówki (warto rzucić okiem na tłuszczyk, powinien być biały i taki jakby kruchy) - uwaga, mniejsze kawałki bardziej słonieją w zalewie!
1-2 torebki soli peklowej (ja akurat miałam "Prymat"),
ulubione przyprawy - do wieprzowiny pasuje kminek, majeranek, liść laurowy, pieprz, można dodać paprykę, np. wędzoną czy czerwony pieprz w kulkach itd.),
dużo ząbków czosnku,
1-2 cebule,
ciut octu,
ciepła woda,
ewentualnie plastry wędzonego boczku , aby obłożyć wierzch przy pieczeniu.
WYKONANIE:
Zanim zrobimy zalewę warto sprawdzić, ile jej wejdzie do naczynia z mięsem. Powinno być przykryte, ale nie musimy marynować  w wiaderku (chyba, że zakupiliśmy 5. kilową karkówę z knura reproduktora). Za ciasne naczynie też nie jest dobre, bo mięso trzeba odwracać nie powodując fontann wyciskanej bokami wody (miałam tak raz z golonką). Najlepsze jest szklane albo kamionkowe z dobrą, gładką polewą. Można zrobić sobie zalewę z 1 torebki (pół litra), a potem ewentualnie uzupełnić z drugiej porcji. Oczywiście domieszujemy te przyprawy, ja jeszcze cyrkam troszkę octu.  Niektórzy dodają też cukier, że jakoby robi się lepsiejsza brązowa skórka, ale mojemu mięsku tam nigdy żadnej apetycznej skórki nie brakuje. 
Wystudzoną marynatą zalewamy mięso i do lodówki na 3-4 dni (podobno można dłużej, ale ja nie próbowałam). Codziennie odwracać z plecków na brzuszek i na odwyrtkę. Zamarynowane mięso osuszyć (wcale nie będzie różowe, tylko wręcz poszarzałe, ale przy obróbce cieplnej się odnieda) i piec w temperaturze 140 stopni na środkowej półce około 3 godzin. 
I tu rodzi się pytanie - w czym piec? Danusia zaleca w rękawie foliowym (patrz tu:), ale ja tym razem piekłam w starej żeliwnej rynce babcinowej, bo akuratnie miała wymiary jak ta chapa mięsa. Pod spód podścieliłam plastry boczku (takoż i wierzch obłożyłam) i wyłowiłam tę cebulę, czosnek i przyprawy z marynaty i też wtuliłam do brytfanki. Można zabezpieczyć od góry folią aluminiową, jeśli pokrywa naczynia nie jest szczelna. 
Kiedy całe mięsko będzie dobrze rumiane wyjąć i wystudzić. Gdyby okazało się, że jest jakimś cudem niedopieczone to się nie przejmować, tylko po prostu go dopiec. Przy temperaturze 180-200 stopni przyjmuje się godzinę pieczenia na kilogram mięsa, ale przy niższej trzeba wydłużyć (2 kilogramy piekłam w 140 stopniach 3 godziny). Aha, jeśli naczynie nie pozwala się pieczeni "rozwalać" na boki, to wydaje mi się, że nie trzeba sznurować, i tak trzyma formę.
Kroi się dopiero jak stężeje w lodówce, no chyba że w pobliżu grasuje Wataha Jarzębiaka i kroi już na ciepło :-D.

niedziela, 19 lutego 2017

Chrupiące serowe ciastka "na słono"

Autorka przepisu, czyli Madzia z "Wielkiej Pyszności" (kliknijcie, bo warto) zapewniała, że lepsze niźli kupny krakers i miała rację. Ciasteczka wykonał własnoręcznie Martik i onże sfotografował swoją komą (porównując ostatnie posty od razu widać, kto ma droższą komórkę, hie hie...).

SKŁADNIKI:
  • 150 g mąki zwykłej,
  • 200 g zimnego masła,
  • 150 g ostrego sera żółtego,
  • 3 ugotowane żółtka (to one robią robotę w temacie kruchości),
  • duża szczypta soli,
  • ulubione przyprawy (Martik dał trzy różne, by były trzy smaki),
  • ewentualnie na wierzch pestki słonecznika, dyni, sezamu, pokruszone orzechy - ale bez też są pyszne. Wielce pyszne.  
WYKONANIE (powtarzam za autorką):
Składniki mieszamy i wyrabiamy ciasto. Wkładamy je do lodówki, lekko rozpłaszczone na 20 minut, albo do zamrażarki na 10. Włączamy piekarnik na 180 stopni. Ciasto wyjmujemy, dzielimy na 3–4 porcje, które rozwałkowujemy w prostokąt i wykrajamy ciastka, dowolnego kształtu. Najprostsze są prostokąty nieforemne. Układamy ciastka na blaszce, na papierze do pieczenia. Jeśli mamy ziarna, to jest ten moment, żeby posmarować wierzchy ciastek białkiem i posypać ziarnami, lub ułożyć orzechy. Pieczemy około 15 minut, aż będą miały złoty kolor. W ten sam sposób traktujemy resztę ciasta. Ciastek wychodzi dość sporo, tak więc „trud” się opłaca.

Zaproszeni na imprezę koledzy - studenci Marty pochłonęli te ciastka jako pierwsze, przedkładając NAWET nad czipsy i inne składkowe trutki, więc wnosimy, że są hitem nie tylko w domu Madzi.
Matce na razie nie było dane ich skosztować, albowiem siedzi zakopana na wsi, a poza tym studia skończyła w 90 roku. 
1990 roku, dla mających wątpliwości, czy aby nie wcześniej :-D

niedziela, 29 stycznia 2017

Kasza bulgur zapiekana z warzywami

W moim domu zagnieździł się cichcem człowiek, który - nie wiedzieć po co - stale się odchudza. Ponieważ H&C sadystycznie obżera się na jego oczach np. pizzą z nadzieniem bolognese (mój ostatni wynalazek) albo frytkami, więc staram się gotować i niskokaloryczne dania. Przy okazji okazało się, że kupiona w porywie jakiegoś lewantyńskiego natchnienia kasza bulgur już prosi o gar, więc padło na danie kaszowe. I bardzo dużo warzyw. 
Najlepiej oczywiście robić taką zakiepankę (neologizm Zuzi) w lecie, ale i zimą można coś tam wpakować, by "zdrowo" nasycić snującego się po domu z boleściwą miną głodnego smużdża (któren nie wiedzieć czemu oczywiście wcale nie chudnie :-D)
SKŁADNIKI:
2 woreczki kaszy bulgur ugotowanej al dente,
dowolna ilość i rodzaj warzyw (tutaj: kapusta biała podduszona, zblanszowane brokuł i kalafior, 4 cienkie cukinie, jakaś zbłąkana marchewka), 
papryczka chili z tych mniej rzaziastych,
zeszklona na maśle cebulka,
dużo ząbków czosnku,
ulubione przyprawy,
nieco oliwy,
i do polania: sos serowy ze śmietanki wymieszanej ze startą mozzarellą, solą, pieprzem i gałką muszkatołową.
WYKONANIE:
Cukinie jednak obrałam ze skórki, bo nie wiem, czym je tam w tych foliowych tunelach strzepali. Brokuły i kalafiory nauczyłam się blanszować na parze, a potem zanurzać w zimnej wodzie - rzeczywiście wyglądają lepiej (tylko trzeba je potem posolić). Zszatkowaną grubo kapustę poddusić na zeszklonej cebulce. Do kaszy dodać przeciśnięty przez praskę czosnek, doprawić dość czujnie. Wysmarować formę oliwą i układać ingrediencje warstwami, poczynając od plastrów posolonej cukinii. Zalać sosem serowym i powciskać w wierzch kalafiora i brokuła; mnie jeszcze zaplątały się jakieś plasterki marchewki i chili, aby przynęcić konsumenta :-D
P.S. Zdjęcie robione komórką jest typu: Zgadnij kim jestem. Pamiętam taki program z czasów komuny, gdzie różni tacy z wierchuszki siedzieli za prześwietlonym prześcieradłem, a inni zgadywali, kto zacz. 
Ale zawsze można ponownie rzucić okiem na tytuł i zagwozdka rozwiązana :-)

sobota, 14 stycznia 2017

Idealne pierniki na choinkę czyli Piernikowi Twardziele Agi

Nasza choinka stoi (nieco już łysawa), a i do Gromnicznej trochę czasu, więc piernikowy wpis się jeszcze załapie. Sama szukałam najlepszego przepisu na pierniki do dekorowania - takie żeby nie wyrastały, były ciemne i tanie, bo szkoda mi było prawdziwego miodu. No i znalazłam przepis Aguni - idealny! Jak widać na załączonych obrazkach są płaskie, dziurki na sznureczek się nie zasklepiają, mają gładką powierzchnię i ładnie wyglądają jako ozdoby na ciastach (np. tutaj). Ponieważ był to nasz debiut, więc może i daleko wzorom Martika (to ona się bawiła w lukrowanie) do cudeniek oglądanych w necie, ale i tak wszyscy, co zjechali na Wigilię byli zachwyceni.
Podaję za autorką (oryginał tutaj: klik!), z połowy porcji wychodzi ich naprawdę bardzo dużo.
Składniki:
1/2 kostki margaryny np. Bielskiej,  
250g miodu sztucznego, 
mniej niż pół szklanki cukru kryształu, 
1 przyprawa do piernika (obojętnie jaka, ważne, aby była miałka), 
1 kopiata łyżka ciemnego kakao, 
0,5 kg mąki,
1 łyżeczka sody,
2 jajka.

Wykonanie:
Margarynę, miód sztuczny, cukier, kakao i przyprawę do piernika włożyć do naczynia i roztopić. Przestudzoną masę dodać do mąki wymieszanej z sodą i wbić jajka. Wyrobić ciasto na jednolitą masę. Wstawić do lodówki, aż ciasto stężeje. Wałkować dowolnie cienkie placki - bardzo dobrze się go obrabia. Piec na środkowej półce, grzanie góra i dół, w temperaturze 170 stopni ok.9 - 10 min. (temperatura pieczenia uzależniona jest od grubości pierniczków, gdy spalimy pierwszą partię, to się kapniemy, dlatego lepiej na pierwszą blaszkę nie nakładać zbyt wiele).

Do dekoracji najlepszy jest tzw. lukier królewski - można zajrzeć tutaj, do Danusi :-) 
P.S. Mimo, że tłumaczyłam, że to sztuczny miód, że są twarde itede, to i tak wiele zginęło w paszczach Watahy. Znaczy się, zjadliwe tyż są :-D


 .

piątek, 30 grudnia 2016

Czekoladowe ciasto z coca-colą i szczęścia w nowym roku od Hurmy i Czeredy!

W kwestii coca-coli mogę sobie podać rękę z Tuwimem (gwoli sprawiedliwości nie cierpię także pepsi). Ale pani Edyta na swoim blogu tak sugestywnie zachwalała ów wypiek, żem się dała namówić wyrodnej H&C (która - ma sie rozumieć - colę i pepsi żłopie litrami) i upiekłam. I nie żałuję, ciasto jest bardzo smaczne, aromatyczne, na Sylwestra będzie idealne. W przepisie, już zmodyfikowanym przez autorkę bloga "Przy stole", ja też pomajdrowałam, bo ilość masła i cukru wydawała mi się zbyt duża, więc ujęłam po 50 gram. Do polewy zawsze daję małą łyżeczkę masła, żeby się ładnie śkliła :-D 
Zainteresowani niech klikną w powyższy link, już tam wszystko elegancko opisano.
P.S.  Zdjęcie robił Martik, bo ja tkwiłam w garach . Mówię: "Córciu, daj jakąś świąteczną dekorację, żeby było piekniusio". Dała, a jakże. Flaszunię, kieliszek i chabłazik.
Wszystkiego najlepszego w nadchodzącym 2017 życzy Hurma i Czereda z Pogórza!!!