niedziela, 10 listopada 2019

Kopytka ziemniaczane z pieczoną dynią


Jest to przepis z bloga Kasi „Bez bez”. Naprawdę warto tam zajrzeć i wykorzystać świetne przepisy nawet jeśli nie cierpimy na żadne nietolerancje pokarmowe, a po wole z kopytami popitym śmietaną mamy tylko lekką zgagę. 
Aha, i to ja piszę, Jarząbek Martik :-D

SKŁADNIKI:
Kilogram ugotowanych, mączystych ziemniaków,
2 szklanki puree z upieczonej dyni (dobrze odparowanej),
Około 1-1,5 szklanki mąki ziemniaczanej,
0,5 szklanki mąki ryżowej,
0,5 szklanki mąki z tapioki,
płaska łyżeczka soli,

1 jajko (Kasia nie dawała, ale z jajkiem są bardziej sprężyste i lepiej się kupy trzymają). 
WYKONANIE: 
Ziemniaki, ugotowane normalnie w osolonej wodzie, dobrze odparować i przecisnąć przez praskę. Puree zblendować, jeśli nie jest idealnie gładkie  (ziemniaków lepiej nie blendować, bo wyjdzie paciara).
Do miski przesiać mąki, trochę zostawić do podsypywania. Czasami trzeba tych mąk (mąk?!) dodać więcej albo nieco mniej niż  przepisie, bo to zależy oczywiście od „mokrości” ziemniaków i dyni. Dodać ziemniaki, dynię i roztrzepane jajko. Szybko połączyć wszystkie składniki i nie wyrabiać długo, bo ciasto „wolnieje”.  Rolować wałeczki i kroić na ukos tworząc kopytka.
W dużym garnku zagotować lekko osoloną wodę. Kopytka wrzucać do wrzącej wody i gotować na małym ogniu około 2 minuty od czasu wypłynięcia na powierzchnię. Najpierw lepiej wrzucić kilka i sprawdzić, czy nie trzeba dodać mąki lub soli (sól można dodać do wody). Najlepsze z rumianym masełeczkiem.

niedziela, 27 października 2019

Sznycel ministerski

Nie wiem, jak małżonek wpadł na to danie, ale stwierdził, że gotów jest pomyć wszystkie gary (nawet te psie, kocie i kurskie) jeżeli mu to ugotuję. I pokazał mi zdjęcie, o to. Myślę, że nie chodziło tu o pójście "w ministry", tylko o wmontowanie w zwykłego sznycelka chrupiących grzanek. 
Przepis na moje ulubione mielone (zwane u nas w Galicji sznyclami) jest tutaj, ale można zrobić i wg wskazówek tego pana od zdjęcia (który nie wiedzieć czemu nie dodał cebuli). Moje grzanki wyglądają tragicznie wręcz, bo miałam tylko świeżą bułkę z geesu (są najlepsze, mają jedwabisty środek z mąki, a nie z waty) i ośródka nie chciała się kroić, ale Hurma i Czereda stwierdziła, że nic to. Byle chrupało. No i jeszcze parę fiksów poleciało w trakcie wbijania bułki w mięsną massę - w żaden sposób nie chciała się trzymać.Wydaje mi się, że bez obtaczania w bułce tartej te grzaneczki trzymałyby się lepiej, ale miało być tak, jak w oryginale.
Chciałam się jeszcze pochwalić swoją kapustką kiszoną - na zdjęciu jest czerwona, PRZEPYSZNA, mam też białą, a jakże!

sobota, 5 października 2019

Syrop z dzikiego tymianku na kaszel

Dusił mnie z lekka kaszel. Oczywiście to zlekceważyłam, zwalając na:
- kłaczek (koci, a jakże, w końcu trzy koty grasują w chałupie), 
- zakrztuszenie biszkopcikiem (nie tylko Maleństwo, stara Kangurzyca też może się zakrztusić) oraz 
- nadmiar cygarków (tę wersję utajniamy, bo Katon Starszy i Katon Młodszy, co to niby nigdy cygara w gębie nie mieli  tiaaaa, już czyhają żeby się czepić jak te uczepy trójlistkowe).
Gdy jednak zaczęło mnie chełtać i w nocy, i rano, i dobiła mnie wizja siedzenia na milionpięćsetstodziewięćsetnej konferencji i szczekania na swoich - poszłam do lekarza.
Temat: "lekarz we wioskowej przychodni" to materiał na epopeję. Może kiedyś jeszcze o tym napiszę. W każdym razie doktor stwierdził, że to ZAPALENIE OSKRZELI. No masz ci los! Mam niejakie podejrzenia, że kochany stary pan doktor jednak jest przygłuchy, bo jako żywo oskrzeli to nie miałam chorych 30 lat. A może jednak już próchienko się sypie?... 

Najlepszymi wg mnie domowymi lekarstwami na przewlekły kaszel są przetwory z tymianku. Miała rację pani z "Ogrodnika w podróży":
Syrop z melisy i tymianku , to jeden z najlepszych darów domowej apteczki . Doskonale leczy wszelkie infekcje górnych dróg oddechowych . Dzięki melisie działa kojąco i antystresowo , a do tego jest pyszny.  Doskonały jako orzeźwiający napój latem z kostką lodu i plastrem cytryny jest najlepszym drinkiem Polecam własne syropy ich wyrób jest prosty,a korzyści płynące z tych butelek są po prostu nieocenione [pisownia oryginalna].
Jak dobrze, że miałam jeszcze 2 buteleczki ego specyfiku!
SKŁADNIKI:
- ziele tymianku (rośnie u nas w obfitości, ale można też zrobić z kupnego),
- kwiat lipy (dodałam bo miałam - trzeba jednak potem siedzieć w domu, bo człek się okrutnie poci po lipie),
- listki melisy (dziko nie rośnie, ale miła sąsiadka ma jej cały łan),
- woda (tyle, by przykryła roślinki),
- cukier i miód (na litr wywaru trzeba jakieś 50-60 dkg cukru, to musi być bardzo słodkie, bo nie utrzyma się w zimie. Na bezpośrednie spożycie oczywiście można dać sam miód i w mniejszej ilości),
- szczypta/dwie kwasku cytrynowego (albo sok z cytryny).
WYKONANIE (cytuję):
Melisę i tymianek (i lipę) najlepiej zbierać wieczorem po słonecznym dniu, kiedy są pachnące i suche. Wodę wlewamy do garnka i doprowadzamy do wrzenia. Wrzątek zestawiamy z gazu, dodajemy kwasek cytrynowy i zioła. Mieszamy. Nakrywamy pokrywką i odstawiamy w chłodne miejsce na 48 godzin (ja trzymałam 24, bo miejsce nie było bardzo chłodne). Pamiętajcie żeby mieszać raz na jakiś czas. Po tym czasie odcedzamy masę zieloną, wyciskając ją dokładnie przez gazę, żeby odzyskać jak najwięcej  aromatu (odciskałam po prostu łapkami).
Wywar doprowadzamy do wrzenia, wsypujemy cukier, mieszamy aż się rozpuści i gotujemy jeszcze około 30 minut (15 minut). Po tym czasie gorący syrop rozlewamy do butelek i zakręcamy. Rozlewany na gorąco nie wymaga dodatkowej pasteryzacji. Pyszny napój lub lekarstwo, takie zdrowe dwa w jednym.
To prawda. Wąchając wywar, ostro zajeżdżający tymiankiem, myślałam, że z tą smakowitością to może przesada? A jednak syrop dodany np. do herbaty czy mineralnej jest pyszny, orzeźwiający, naprawdę w upały może gasić pragnienie. Oczywiście u mnie poszedł w buteleczki, bo wielu cherlaków czeka na Leki z Bożej Apteki.
Nawet Mamcia Marzynia :-D

niedziela, 29 września 2019

Pieczone powidła śliwkowe

Buszując przed laty po blogu Pieguska natrafiłam na przepis na powidła śliwkowe PIECZONE. I napłynęły wspomnienia o prababci Mistakowej - jej rondlach i kamiennych garach pełnych powideł z jabłek i śliwek zapieczonych w bradrurze, z taką twardą skórką na wierzchu (najlepsiejszą!), które bez żadnego wekowania trzymały się całą zimę.  Nie odważyłam się jednak na takie ich przechowywanie, ale spróbowałam, jak wyjdą tym sposobem. I zaręczam - to najlepsza receptura na przerobienie węgierek: o wiele mniej pracy (bo odpada sterczenie i mieszanie w rondlu) i smak niepowtarzalny, taki właśnie z babcinej "kumory".
Przepis jest banalnie prosty: śliwki, ewentualnie cukier i korzenne przyprawy do smaku. Jeśli owoce są takie, jak te ze starego szczepu węgierki z Żurowej (dzięki, kochana Stasiu!)  to nie trzeba cukru - powstają gęste, naturalnie słodkie, jakby lekko przydymione powidła, które się wyżera łyżeczką wprost ze słoika. No a pierniki świąteczne z nimi to już poezja smaku...
Pigusek swoje prażył aż w 200 stopniach, ja nastawiłam piekarnik na 150 stopni, góra i dół. Z niektórych soczystych śliwek trzeba odlać nadmiar soku, bo jednak piekarnik ciągnie dużo prądu i zbyt długo trwałoby odparowanie (no chyba, że pasuje nam luźniejsza konsystencja). Ja piekę w dwóch naczyniach naraz; miesza się początkowo dość rzadko, potem nieco częściej, zgarniając przypieczoną warstwę z dna i boków. Najlepsza jest żeliwna gęsiarka, ale piekłam także w szklanym i ceramicznym. 
Kiedy są już wystarczająco geste (jak widać na zdjęciu moje są gęste - mimo ubijania łyżką pozostały puste przestrzenie) ładujemy do słoików i albo pasteryzujemy dla pewności, albo zamykamy "na spirytus" jak ja.
Parę słoiczków zrobiłam z niedrylowanych śliwek - wg mnie smak jeszcze lepszy, ale potem trzeba przetrzeć przez durszlak (tu przydaje się NSR* w postaci potomstwa, zaszantażowanego niedopuszczeniem do późniejszej konsumpcji :-D) 
* Niewolnicza Siła Robocza

piątek, 20 września 2019

Mojo rojo i mojo verde

Papryki w tym roku bardzo obrodziły w moim ogrodzie. A że spodziewałam się gości, więc wydawało mi się, że zabłysnę chociaż sosami do poczciwych kiełbasek z ogniska. I chyba się udało, bo oryginalny smak i świeżość tych maczanek każdemu przypasowały (ledwo uratowałam resztki do zdjęcia). A robią się błyskawicznie, po prostu wszystkie składniki blendujemy. No i te fajoskie nazwy :-D
Przepis - lekko zmieniony - jest ze strony pani Malwiny z Filozofii Smaku. 
Mojo rojo:
  • 1 czerwona papryka,
  • 3-4 ząbki czosnku,
  • papryczka chili (bez pestek),
  • 1 łyżka octu (ja dałam swój malinowy, ale w przepisie jest winny),
  • pół łyżeczki słodkiej wędzonej papryki w proszku,
  • pół łyżeczki mielonego kminu rzymskiego,
  • 2-3 łyżki oliwy (lub więcej w razie potrzeby)
  • sól do smaku.
    Mojo verde:

  • 1 zielona papryka,
  • 3-4 ząbki czosnku,
  •  zielona papryczka chili (bez pestek), 
  • 1 łyżka octu (tu dałam z kolei ogórkowy),
  • natka pietruszki (mydlany smak zielonej kolendry jednak nie każdemu pasuje),
  •  2-3 łyżki oliwy (lub więcej w razie potrzeby),
  •  sól do smaku.

  •  
         Trzeba zrobić go wcześniej, aby smaki się przegryzły (szczególnie ten czerwony wymaga troszkę leżakowania)


    czwartek, 29 sierpnia 2019

    Przyprawa bulionowa z grzybowym smaczkiem


    Wiele z nas robi własne przyprawy bulionowe. Moje jednak nigdy nie były takie całkiem "domowe", bo składniki przeważnie kupowałam na targu. Odkąd jednak mieszkam na wsi niemal wszystkie warzywa i zioła mam ze swojej uprawy. A grzyby mam w lesie, 200 metrów od domu :-)
    Ta przyprawa jest niezwykle aromatyczna i smaczna. Dodanie grzybów nie jest oczywiście konieczne, ale Hajduczek o tutaj! przypomniał mi o smaku umami, więc dodałam nieco suszonych kozaków i nóżek z prawdziwków. Wszystkie składniki cieniutko pokrojone wyschły mi na słońcu - w czasie tych upałów odkryta weranda nagrzewa się jak piec hutniczy. No i dzięki Martikowi, któren zakupił blender o mocy rakiety kosmicznej i takich specjalnych ostrzach jak rzędy zębów rekina - sproszkowałam przyprawę na pył. Wtedy sosy są gładziutkie, a młodsza część Watahy nie sarka, że jakieś paprochy przylepiły się do kurczaka :-D
    SKŁADNIKI:
    • marchew,
    • pietruszka,
    • korzeń selera,
    • liście selera,
    • por,
    • cebula (plastry podpieczone na blasze i wysuszone),
    • czosnek,
    • lubczyk,
    • rozmaryn, 
    • dziki tymianek,
    • leśne grzyby
      W mojej przyprawie nie ma soli, bo łatwiej kontrolować jej ilość, gdy pochodzi tylko z jednego "źródła" (czyli z solniczki ;-D)

    czwartek, 15 sierpnia 2019

    Sos z cukinii, pomidorów i bazylii do pizzy, ryżu, makaronu

    To kolejna propozycja z cyklu: "Co zrobić z cukinii na zimę?" Jest to smakowita propozycja :-) 
    Już dawno mam za sobą etapy cukinii marynowanej (odpadła w pierwszym starciu wiele lat temu), różnych sałatek octowych z jej dodatkiem (odstawiona do lamusa w drugim starciu), a nawet kiszona poszła w kąt (nie wytrzymuje w barażach z ogórkami i rzodkiewkami, nie mówiąc o kiszonych rydzach). Królową jest ta w sosie Ortolana, potem grillowana w sałatce śródziemnomorskiej i w końcu ta w postaci pysznych sosów. 
    Zaletą tego sosu jest to, że jest mało octowy. Robię także keczup z cukinii, ale on już jest bardziej zakonserwowany octem (tym moim z siedmiu ziół, który jest bardzo mocny, a mimo to zachowuje niezwykły aromat). Dlatego powyższy sosik wymaga długiej pasteryzacji, co jest ewenementem w mojej kuchni - tylko sałatkę rydzową i mięso w słoiku jeszcze mocniej pasteryzuję. Warto jednak nawet podwójnie ją gotować w słoikach, bo ma wtedy wiele walorów świeżo zrobionego "musu", bez dominującej nuty kwasowości, a raczej się nie zepsuje nawet w ciepłej piwnicy. No i w tym przetworze można wykorzystać spaślaki, zawsze czające się złośliwie w gąszczu cukiniowych liści :-D
    SKŁADNIKI:
    cukinia,
    pomidory (fajnie, jak się ma już swoje, ale zawsze można się posiłkować Bio-passatą np. z Biedry),
    cebula, 
    czosnek,
    dobry ocet,
    sól, cukier, pieprz, papryka w proszku,
    bazylia*
    oliwa z oliwek lub dobry olej.
    WYKONANIE:
    Kabaczki obrać ze skórki, wydrążyć gniazda nasienne razem z tą gąbką, zetrzeć na grubej tarce. Takoż postąpić z cebulą, którą dodać do cukinii. Porządnie nasolić i zostawić, aż puści sok. Dobrze odcisnąć, wrzucić na rozgrzany w rondlu o grubym dnie tłuszcz. Mieszając przesmażyć, aż massa zrobi się szklista. Pomidory sparzyć, zdjąć skórkę, odcisnąć z pestek, pokroić, i dodać do duszącej się pulpy. Puszczą dużo soku i warzywa zdążą zmięknąć a nawet rozgotować się (podobnie będzie, gdy dodamy passaty). Ilość pomidorów czy przecieru wg uznania, gdyby wydawało nam się zbyt mało pomidorowe, trzeba poratować się koncentratem - to nie grzech ;-) Pod koniec duszenia wcisnąć czosnek, a tuż przed pasteryzacją - bazylię. Doprawić do smaku cukrem, octem, pieprzem, papryką. 
    Pakować do słoików różnej wielkości i pasteryzować - ja na sucho, w temperaturze 100 stopni z termoobiegiem (jest wyższa niż wskazuje termometr, termoobieg tak ma). Trzeba czaić, kiedy zawrze - dlatego te mniejsze słoiczki stawiam bliżej drzwiczek, bo nie jara ich tak grzałka z termo, no i szybciej się gotują z racji rozmiaru. Kiedy zaczynają bulkać (nieraz trwa to z 15-20 minut) "piekę" je jeszcze z 15 minut. Czasami zawartość tak buzuje, że wycieka przez pokrywkę - warto podłożyć folię alu, bo czyszczenie blachy nie jest miłe. Nie wiem, jak to się dzieje, ale te, które "popuściły" przeważnie trzymają się jeszcze lepiej - taki słoik właśnie jest na zdjęciu. Tak go spiekło, że zassało na amen i pogięło pokrywkę.
    Wczoraj robiłam pizzę z tym sosem - to super sprawa: odpalasz słoik, połowę smarujesz na placek pod składniki, a resztę mieszasz np. z jogurtem czy majonezem i można zapomnieć o kupnych keczupach (zawartość cukru jest w nich porażająca!)
    I tylko jedno mię dręczy... sny, że znowu mieszam w garze z cukinią...
    * bazylia z grządki - to jakaś inna bajka! Ludzie, którzy znają ją tylko z doniczki w supermarkecie niech wiedzą, że człowiek, który wyhodował sobie swoją NIGDY  już takiej nie kupi (no chyba, że najdzie go w styczniu...). Bazylia z zagonka jest mniejsza, jakaś bardziej szurpata, ma twardsze liście -  a jednocześnie taki aromat, że te perfumowane się nie umywają! To jak wanilia i cukier wanilinowy :-)

     

     

    środa, 7 sierpnia 2019

    Sos ortolana na zimę - najsmaczniejszy pomysł na cukinię!

    Mogę stwierdzić z całą pewnością, że jest to najsmaczniejszy sos warzywny, jaki kiedykolwiek wytworzyłam. A pamiętajcie, że Wataha Jarzębiaka jest mięsożerna i skoro oni to potwierdzili, to znaczy się: dobry jest :-D
    Poza walorami smakowymi (ach, te chrupkie warzywa w lekko pikantnym, gęstym sosie!) ma dwie zalety: można go zakonserwować na zimę i pozwala wykorzystać cukinie, które ZAWSZE plonują i ZAWSZE przychodzi bolesny moment, kiedy już nawet kury nie chcą ich jeść... A że nie znoszę marnowania jedzenia, więc dwa razy przeczytałam Internet i znalazłam przepis - ojca, którego syna wam podaję (myślę, że jest jeszcze lepszy).
    SKŁADNIKI:
    4 duże cebule,
    2 cukinie spaślaki (zawsze się takie uchowają, żeby nawet 2 razy dziennie zbierać te młode),
    3-4 małe, bez gąbki w środku (lub kilka tych żółtych, które zrywam już w stadium parówek i kroję w plasterki),
    litr passaty (najlepsza domowa, ale gdy nie miałam jeszcze pomidorów robiłam z kupnej, a raz dodałam koncentrat i też było smacznie),
    pół kilo marchewki,
    duży seler (moim zdaniem powinien być, doskonale podkręca smak),
    2-3 kalarepy, albo (no bo już nie mam swojej) papryki opieczone i obrane ze skórki, albo pokrojona w małe ciuczki szparagówka, albo młody groszek - no po prostu co kto ma ochotę tam wsadzić,
    dużo czosnku,
    natka pietruszki lub bazylia,
    można dać chili w strączkach, 
    przyprawy: słodka i ostra papryka, pieprz, oregano, zioła prowansalskie, liście laurowe, ziele angielskie, rozmaryn - wg uznania,
    cukier i sól,
    ocet domowy (u mnie ziołowy) albo balsamiczny albo winny,
    oliwa.
    WYKONANIE:
    Cebule i 2/3 czosnku pokroić. W dużym rondlu o grubym dnie rozgrzać tyle oliwy, żeby dobrze przykryła dno.  Zeszklić czosnek i cebulę wraz z tymi "twardymi i suchymi" przyprawami (bo one potrzebują dłuższej obróbki cieplnej). Odcedzić (uwaga Zuzia: nie na plastikowym sitku!). Oliwę wlać z powrotem do rondla. Na dużym ogniu obsmażyć pokrojonego w kostkę selera (nie rumienić. I nie spalić oliwy!), odcedzić, lekko posolić i przemieszać, a potem po kolei potraktować tak wszystkie twarde warzywa.  Młodą cukinię smażyć dosłownie chwileczkę, niech tylko straci smak surowizny. Jeśli mamy pieczoną paprykę - nie obsmażać, bo się nam potem rozlezie przy pasteryzacji. Wszystkie warzywa możemy wrzucać do jednej miski, z wyjątkiem tej cebuli z czosnkiem (bo ona jeszcze będzie duszona z cukinią).
    No wiem, jest z tym troszkie certolenia, ale obadałam, że wtedy warzywa pozostają chrupiące w gotowym sosie.
    Duże cukinie zetrzeć na tarce o grubych oczkach, posolić, po chwili lekko odcisnąć i wrzucić na wciąż tę samą oliwę (dzięki takiemu mykowi sos nie jest tłusty). Dodać cebulę i dusić, aż cukinia będzie miękka. Wyłowić liście laurowe i kulki ziela (oczywiście nie musi się tego robić, ale sarkają potem, psiajuchy! przy poławianiu z gorącej brei łatwiej jest, gdy się zapamięta ile się tego dało; kulki ziela dawać te największe, gdy spęcznieją to łatwo je wygrzebać). Następnie dodać pomidory, doprawić octem, cukrem, papryką, pieprzem, ewentualnie solą i niech sobie pyrka, aż będzie gęsty. Kto chce, może go zmiksować (ja nie chciałam). 
    W tzw. międzyczasie umyć słoiki i wyprażyć je w piekarniku (razem z nakrętkami, ale te wyjąć wcześniej, bo gumowanie pójdzie) na termoobiegu 90 stopni. Więcej nie trzeba, bo termoobieg i tak ma wyższą temperaturę, niż się nastawi. Chodzi o to, że gdy będziemy pakować sos do słoiczków to i one powinny być gorące, i piekarnik nagrzany.
    Do wrzącej massy cukiniowo-pomidorowej wrzucić warzywa, zieleninę i wcisnąć resztę czosnku (tamten pierwszy i tak już jest kremem dla niemowląt). "Uchycić" pożądany smak i ostrość.
    Słoiki wyjąć z piekarnika (Jessu, dziewczynki uważajcie! nie róbcie tego w kuchennych pikowanych łapkach, przypominających te rękawice dzieci kołchoźników z ruskich kreskówek; polecam ogrodnicze z grubej bawełny, pięciopalczaste) i szybko, małą chocheleczką, przez szeroki lejek napełniać sosem. Dobrze zakręcić i od razu siup do piekarnika. Pasteryzować na sucho, aż zawartość zawrze w słoikach. Pozostawić w wyłączonym, zamkniętym piekarniku do wystygnięcia. 
    Taki sosik jest wspaniały do ryżu, makaronu, na pizzę, do mięs, a nawet pożerany solo z białą bułeczką :-)

    P.S. Na górnym zdjęciu jest sos z kalarepą i natką pietruszki, a na dolnym z plastrami żółtej cukinii i pieczoną papryką (oprócz marchewki i selera, ma się rozumieć :-))
     

    czwartek, 1 sierpnia 2019

    Bułeczki razowe dla rannych ptaszków

    To prawda - rosną, kiedy my śpimy (jak paznokcie, hie hie), ale chybabym je "idealnymi" nie nazwała. Idealne bułeczki nocne to były kajzerki od naszego miasteczkowego piekarza-prywaciarza, o jedynie możliwym pseudonimie: Bochen. Bladym świtem za ciemnej komuny, przyniesione przez babcię do domu, są już tylko wspomnieniem, ewokowanym przez namiastki ich cudownego zapachu ...
    Niemniej upiec warto - są bardzo smaczne i chrupiące z wierzchu, a należycie miętkie w środku. Są jednak dla rannych ptaszków, bo aby H&C miała je w łapkach ZANIM pójdzie do szkoły czy pracy, to ktoś (czytaj: Matka) musi wstać co najmniej godzinę wcześniej, rozgrzać piekarnik na maksa (u mnie: 20 minut), upiec i wystudzić, coby nie poparzyli wzmiankowanych łap wydzierając se te kilka bułeczek :-D
    Ewentualnie, jeśli ma się białą noc jak dzisiaj (wczoraj, po burzy, nie było prądu. Co może robić kobita na wsi? - legnąć i spać. I nadrobić tego spania na następne 48 godzin), to już można się za nie zabrać.
    Przepis znajduje się tutaj, dokładnie opisany przez panią Adriannę.  
    Jeśli mogę coś doradzić, to zamiast świeżych drożdży  (rzadko dostępnych jako naprawdę świeże w naszym wiejskim Żeleźnioku) można - jak ja - dać torebeczkę suszonych. No i cukru dałam łyżeczkę, bo nie byłam pewna, czy te suszki ruszą moje mąki (i razową, i białą mam swojską, od Cioci). No i tradycyjnie, w trakcie pieczenia, spsikałam dno piekarnika dwukrotnie z mojego kultowego pryskacza, żeby się skórka wychrupczyła. Można też pryskać metodą Babci Broni (czyli wargowo - paszczową), ale raz, że dzieci się krzywo na mnie patrzą, a dwa: strasznie gorąc wali w paszczę ;-)

    piątek, 26 lipca 2019

    Frużelina wiśniowa

    Robienie soków metodą babcinową (klik!) ma tę zaletę, że zostają wspaniałe owoce, które można przerobić na co się chce (w sensie kulinarnym, nie makgajwerowskim :-D)
    Moje wiśnie zostały frużeliną: w galaretko - kisielu zanurzone są niemal całe soczyste owoce. Jak pisze nieoceniona Dorotuś z "Moich Wypieków" (cyt.): Frużelina - owoce w żelu. Wyglądem przypomina kisiel, jest jednak bardziej błyszcząca (dzięki żelatynie), a konsystencją jest zbliżona do lekko tężejącej galaretki. Doskonały dodatek do każdego deseru - lodów, panna cotty, gofrów, naleśników, serników... można tak długo wymieniać :-). Na blogu często wykorzystuję ją do tortów, a krem z jej dodatkiem jest najlepszym owocowym kremem do babeczek!
    Ja już widzę H&C, jak pchają do paszcz te babeczki... 
    SKŁADNIKI:
    owoce odcedzone z soku Babci Myszki (w oryginale świeże lub mrożone),
    1 łyżeczka żelatyny na każde 50 dkg owoców (mniej o połowę niż u Dorotki, bo jest mało soku),
    1 łyżeczka mąki ziemniaczanej, rozbełtanej w łyżce zimnej wody, na każde 50 dkg owoców,
    ew. sok z cytryny do smaku.
    WYKONANIE:
    Do wiśni wlać mąkę, zagotować. Dodać rozpuszczoną w minimalnej ilości wody żelatynę, mieszać do jej rozpuszczenia (już nie gotować). Taką niemal wrzącą pakować do słoiczków, mocno zakręcić, pasteryzować 15 - 20 minut.
    Gdyby po zastygnięciu wydawała się nam zbyt gęsta - wystarczy dodać troszkę gorącej wody i wymieszać (gdy chcemy np. polać lody). Ale do kremów do ciast dobra jest taka bardziej sztywna.  

    sobota, 20 lipca 2019

    Ocet z siedmiu ziół

    Nie jest to jeszcze co prawda słynny "Ocet siedmiu złodziei" (ten zapewne także wytworzę, na epidemię dżumy będzie jak znalazł), ale naprawdę ma siedem składników. Jest owocem wyprawy na ostatnie kwiaty czarnego bzu sprzed miesiąca. Niestety, było ich tak mało, że trzeba było domieszać inne chwaściki. No i wędrowałam z koszyczkiem po naszych łąkach i namaniły się pod rękę:
    czerwona koniczyna, ostatnie płatki róży cukrowej, płatki bławatka, mięta,  babka zwyczajna i krwawnik. 
    Proces produkcji octu jest banalnie prosty. Poprzednie wpisy oraz moje mentorki tłumaczą to jasno (np. tu i tu). Mnie też wydawało się, że to jakaś wiedza tajemna, ale jeśli ma się odrobinę cierpliwości, no i dostęp do surowca, no to każdy może go zrobić ku radości i odporności :-)
    W jego aromacie dominuje świeży zapach mięty i bardzo łagodny, słodkawy koniczyny. Niestety, wcale nie czuć róży, ale to trzeba pewnie wytworzyć macerat. Tym zabawimy się za rok!

    poniedziałek, 15 lipca 2019

    Sok wiśniowy, malinowy i porzeczkowy Babci Myszki oraz co zrobić z owocami po soku

    Soki robione metodą Babci Myszki (BB nie robiła soków za mojej pamięci) są najlepsze. Tajemnica ich cudownego smaku polega na tym, że nie są robione w sokowniku, tylko metodą wyekstrahowania (??) soku z owoców cukrem.  Tu oczywiście ktoś może się obruszyć, że tyle cukru to pewna śmierć w męczarniach, ale jeśli nie pożera się cukru w kupnych słodyczach czy napojach, to słodzenie herbatki czy wody takim rarytasem jest warte odejścia od ortodoksji :-D
    SKŁADNIKI:
    na kilo owoców po wydrylowaniu - kilo cukru (nie, nie miodu ani ksylitolu ani czegóś tam),
    pół łyżeczki kwasku cytrynowego (może być sok z cytryny, ale kwasek dodatkowo konserwuje i lepiej utrwala kolor).
    WYKONANIE:
    Wiśnie wydrylować (najlepsze jest szydełko, ale wsuwka do włosów tez daje radę). Najlepiej robić to na polu pod szczepem, bo obsikanie CAŁEJ kuchni pewne. Zważyć sobie te wisienki i odmierzyć cukier. W dużym słoju wsypywać warstwami: owoce - cukier. na wierzch nawalić czapę z cukru. Obwiązać gazą, przykryć talerzykiem i postawić na oknie (nie wiem, czemu na oknie, ale babcia tak robiła i tak ma być!). 
    Po mniej więcej tygodniu wiśnie puszczą dużo soku, więc odcedzamy przez druszlak (durszlak). Sok zagotowujemy krótko i przelewamy do wyparzonych buteleczek czy słoiczków; te, którym nie zassały zakrętki można spasteryzować na sucho lub mokro (ja tego nie robię). Z owoców robimy dżem, konfiturę czy frużelinę, bo są nadal soczyste i niezmiernie pyszne!
    dodano 17 lipca:
    Taką samą metodą można robić sok chyba z każdych owoców (no, może z wyjątkiem tych bardzo twardych). Wartością dodaną jest ten dżemik czy konfiturka. Tylko maliny trzeba przetrzeć przez sito po odcedzeniu soku, bo zostaje mnóstwo pesteczek. Można także przetrzeć porzeczki - powstaje gęsty mus do lodów i deserów... a z wiśni frużelina (w osobnym poście).
    sok malinowy
    konfitura z czarnej porzeczki, wspaniała do mazurków pod kajmak, masę krówkową czy czekoladę

    Tarte kiszone ogórki na zupę (na zimę)

    Nawet najbardziej skrzętnemu ogrodnikowi trafiają się ogórkowe potwory. Zawsze jakieś spaślaki zakamuflują się pod liśćmi i odkrywszy je nie bardzo wiadomo, co z nimi zrobić. Ale jest fajny sposób, bardzo praktyczny w zimie, gdy trzeba szybko ugotować zupę. Technika kiszenia jest dokładnie taka sama, jak przy całych ogórkach (klik!), jedynie wstępna obróbka pochłania więcej czasu. No ale na wakacjach...  z pomagierami pod ręką... warto!
    Robiłam w dwóch wersjach: obierane ze skórki i tarte ze skórką. Jednak w tych "ze" przeszkadzało mi, że twarda, więc wpadłam na salomonowe wyjście: ogórki starte bez skóry, ale za to dodaję ją do słoika (lepiej się kiszą). Wygrzebać obierki, koper, czosnek i chrzan to potem już żaden problem.
    I kolejny pomysł na zdrowe kiszonki dla naszych jelitowców zrealizowany :-) 

    poniedziałek, 8 lipca 2019

    Śródziemnomorska grillowana cukinia na zimę

    Ten bardzo dobry przepis znalazłam na blogu "Ogrodnik w podróży" i ciut go zmodyfikowałam (klik!) Jest tam dokładnie opisany i zilustrowany proces wytwarzania tego "lata w Toskanii w słoiczku". Moje zdjęcie jest tragiczne wręcz, ale obiecałam koleżance, że wrzucę tę sałatkę, a gdy jest tyle roboty, to nie ma czasu się certolić z sesjami foto :-D 
    Warto skorzystać z tego pomysłu, zwłaszcza, gdy cukinie już się proszą o przerób, a nie przepadamy za tradycyjnie marynowanymi.
    SKŁADNIKI:  
    5-6 małych cukinii,
    1 główka czosnku,
    2 łyżki suszonych pomidorów (warto mieć swoje),
    2 łyżki zielonych oliwek bez pestek,
    4 młode cebule,
    pęczek świeżej bazylii (razem z łodygami),
    świeże (lub suszone) zioła - pasuje oregano i rozmaryn,
    olej do smażenia,
    sól, pieprz
    NA ZALEWĘ: 
    4 szklanki wody,
    4 łyżki octu balsamicznego,
    3 łyżki miodu,
    1/2 łyżeczki chilli,
    1 łyżka soli.
    WYKONANIE:
    Cukinię trzeba pokroić (ze skórką) w plastry troszkę grubsze niż ogórka na mizerię. Na patelni grillowej (albo jak u mnie żeliwnej) smarowanej pędzelkiem olejem/oliwą do smażenia zrumienić te plasterki, a potem cebulę (już wrzuciłam byle jak, bo zabawa z odwracaniem cukinii mnie znużyła). Smażyłam na dość dużym ogniu, bo chciałam, aby pozostały jak najbardziej twarde (potem przecież pasteryzacja). W misce wymieszać warzywa z pozostałymi składnikami i dopóki gorące pakować do słoików i pasteryzować 20 minut (ja w piekarniku, "na sucho").
    Gdy po tygodniu otworzyłam z ciekawości jeden słoiczek zjedliśmy po prostu z chlebem, taka jest dobra!



    środa, 3 lipca 2019

    Ocet z kwiatów bzu czarnego

    Proces wytwarzania tego octu jest dokładnie taki sam, jak z mniszka lekarskiego (o tu klik!).
    Ten jest najlepszy, jaki piłam - cudownie pachnie kwiatem bzu!  Chyba najpiękniejszy hymn pochwalny na jego cześć napisała pani Magdalena z bloga "Lepsze życie", naprawdę warto przeczytać, bo panegiryk nie jest przesadzony nic a nic (tutaj link).
    Widać, że mój jeszcze bąbelkuje, bo wydawał mi się zbyt słaby po zlaniu (stał 4 tygodnie, dopóki kwiaty nie opadły), więc dodałam 3 duże łyżki miodu i nadal pracuje. Starterem był ocet z mniszka, bo jabłkowy już się skończył.
    Moje octy robią się na okrągło - jeden napędza drugi. Bio-perpetuum mobile :-) Następny w kolejce jest ten z siedmiu ziół, pojawi się na blogu niebawem, bo już jest "opadnięty".
    P.S. Gdy niosłam go do ogrodu na sesję, pan Ździchu (który stawia u nas garaż) zakrzyknął "Dawej tu!", ale Wujo go uświadomił, że Marzyna nie robi bimberku, ino ocet, nie wiedzieć po co :-D