Tę sałatkę postanowiłam nazwać jakoś inaczej niż zwykła "sałatka ziemniaczana" (opcja "Kartoffelsalat" odpadła w przedbiegach) i padło na brambory, bo język czeski dostarcza nam wiele radości...:-). Taka zwykła ziemniaczanka to to nie jest, bo - jak widać na załączonym obrazku - jednym z głównych składników są dziko rosnące rośliny z łąki i lasu, z których kilka to po prostu chwasty. Mieszkanie na wsi jest cudowne pod tym względem: wychodzisz o rzut beretem i masz pełno oryginalnych dodatków do sałatki, i jeszcze możesz się snobować na blogu, jaka to jesteś fit, eko, wege, hyge (?), paleo (??) i w ogóle. Rustici mordaces zadbają jednak, żeby się nam w głowie nie przewróciło ("Świniom do kłócaniny niesiesz?" - bom niesła w koszu, no po co baba łazi po lesie i polu z koszykiem w kwietniu?!). I słusznie, bo te chwaściki to taki bajerek dla miastowych, lepsza byłaby rzodkiewka i szczypior na wierzchu, ale H&C zjadła i chwaliła (tylko Dorunia wywaliła pokrzywę, no i potem się dowiedziałam, że krwawnik drapał w gardle :-D). SKŁADNIKI PODSTAWOWE: ugotowane młode ziemniaki - tak z 5 -6 sztuk, 1-2 młode cebulki, 4 kiszone ogórki, po 1 jajku na osobę, liście sałaty "na podściółkę", sól, pieprz, SOS: jogurt naturalny, majonez - kilka łyżek, łyżeczka lub dwie ulubionej musztardy, sól, pieprz, cukier, sok z cytryny, kilka łyżek jakiegoś dobrego oleju (oliwa wg mnie nie, ma nie ten smak, ja dałam tłoczony na zimno rzepakowy) DZIKA ZIELENINA w mojej sałatce: rzeżucha łąkowa - o, to jest super; urwane listki dałam do środka sałatki, bo jest ostra i świetnie rzazuje te bramborki, a wiechetek jej kwiatuszków wetknęłam na środku, żeby było piekniusio, babka jajowata - spoko, smak łagodny, pokrzywa - nie urywa, żelazista i twardawa, mniszek lekarski - lubię, jest gorzki i chrupie, krwawnik - też gorzkawy, ale łechcze, szczawik zajęczy - kwaśny, cytrynowy, no i ładny z tymi czerwonymi łodyżkami i koniczynowatym pokrojem, zwykły szczaw - to każdy wie, jak smakuje :-), Większość tych roślin to zioła; kto się tam cyka, że zaszkodzi, niech sprawdzi, czy wolno mu jeść. Nam nic nie było. Aha, i degustacja odbyła się 30 kwietnia - obawiam się, że wiele z tych roślin jest już "za stara" do celów kulinarnych :-(
Mniszek mógł się zestarzeć i może jeszcze babka, reszta jest na pewno dobra, co najwyżej trzeba młodsze liście wybierać. Rzeżuchę łąkową dziś jadłam do śniadania. :)
To jest blog dla moich przyszłych następców przy garach, czyli Hurmy i Czeredy.
Czerwony barszcz jest ulubioną zupą w naszym domu (nie bez kozery blog tak się nazywa; mam nadzieję, że pani Tessa Capponi się nie obrazi za tę buraczaną trawestację :-))
Cóż, moja kuchnia rzadko pachnie bazylią - najczęściej właśnie swojsko barszczem: białym, czerwonym, ukraińskim... i... i... (kurcze, są jeszcze jakieś barszcze?!)
Wygląda apetycznie! :-)
OdpowiedzUsuńZielonej dobroci Ci tu bez liku:) I smakowicie i fit i jak oszczędnie. Jestem za. Nawet bardzo!:)
OdpowiedzUsuńMniszek mógł się zestarzeć i może jeszcze babka, reszta jest na pewno dobra, co najwyżej trzeba młodsze liście wybierać. Rzeżuchę łąkową dziś jadłam do śniadania. :)
OdpowiedzUsuńOch, musialabymz atlasem roslin zbierać, ale i tak bym sobie nie ufała.
OdpowiedzUsuńLiczy się pomysł i to czy to co przyrządzimy nam smakuje :)
OdpowiedzUsuńJak zwykle wymiatasz tekstem :)
OdpowiedzUsuń...a sałatka też całkiem fajna, no i napewno zdrowa na wiosnę!
Ile tu kapitalnej, zdrowej , a na dodatek darmowej zieleniny! Pycha
OdpowiedzUsuń