piątek, 20 listopada 2009

Mazurek z masą krówkową


Mój pierwszy przepis kulinarny na Bloggerze to mazurek z masą krówkową. Powstał 1 kwietnia 2009 roku i nie był to oszukańczy debiut. Nawet się nie spodziewałam, że mój blog tak się rozwinie...
*****
Nawet dobrze się składa, bo jedyne możliwe do „upublicznienia” zdjęcie to na razie mazurek (Wielkanoc 2007). A ponieważ jest zaledwie parę dni do moich ulubionych świąt, więc jak najbardziej pasuje.
W tym mazurku najważniejsze jest zdobienie, zresztą dawniej nawet nie piekłam takiego ciasta, dopiero kiedy mam kuchareczkę domową i drugą przyjezdną, to frajda dziewczynek jest warta (niewielkiego w końcu) wysiłku.
Właśnie ten dekorowała Martusia, jak widać, całkiem całkiem jej to wyszło, w tym roku mamy już większe doświadczenie, no i przyjedzie pomocnica Zuzianka :-)









Spód do tego placka można robić dowolny. Robiłam i z kruchego (takiego jak na kruche ciasteczka) i z przepisu na mazurek królewski. W tym roku zrobię spód z mielonych orzechów, powinien być jeszcze lepszy, no i zużytkuję chociaż część z tony orzechów, którą obdarowała mnie Teściowa.
Ciasto I:
30 dkg mąki (ja biorą normalną, Poznańską Lubelli),
8 dkg cukru, szczypta soli,
kostka masła (schłodzić maksymalnie),
4 żółtka ugotowane (białka się przydadzą do dekoracji innych potraw świątecznych, robi się z nich fajną posypkę w patriotycznych barwach: czerwony kolor robi się wyciskając sok z buraka, ja to nawet trochę ćwikły wydusiłam),
łyżka gęstej śmietany (normalnej, 12% lub 18%, z powodzeniem może być Jasienica, byle nie to muto z Biedronki, coś jakby „Mleczna Dolina???”)

Żółtka przetrzeć przez metalowe sitko, nie radzę próbować przez gęste ani przez nylonowe, najlepsze są stare sitka z rzadkimi „oczkami”. Przecieraniem śmiało może zająć się najmłodsze, doradzam mieć jedno gotowane jajko w zapasie. Tymczasem starsze dziecko zaganiamy do siekania masła z mąką i cukrem. Techniki są trzy: albo na stolnicy siekamy nożem (mam taki wielki tasak, to właściwie jest coś jak toporek rzeźnicki, ale płaski i długi), ale wtedy ryzykujemy uszkodzenie stolnicy (lub dziecka). Spokojnie można rozcierać w palcach w misce i tak Marta to najczęściej robi, tylko trzeba się trochę śpieszyć, bo od ciepłych łapek masło się topi. Trzeci sposób to już hard, to się robi, gdy nie ma czasu, albo gdy trzeba wykonać dużą bołdę ciasta – wtedy potrzeba miski z pokrywką z otworem i miksera z trzepaczką w formie… hmmm…, jakby klateczki z 4 drutów, ja tym robię, ale już własnoręcznie.

Dopuszczenie raz dziecka do tego zaowocowało omączonym masłem na lampie. Kiedy osiągnie się coś w rodzaju kruszonki, dodać żółtka i śmietanę i zlepić ciasto (oczywiście nie wyrabiać, tylko zagnieść jako tako do kupy), gdyby się nie chciało skleić to cyknąć jeszcze trochę śmietany albo zimnej wody. Odstawić na minimum godzinę do lodówki. Blachy nie trzeba smarować, bo ciasto jest bardzo tłuste. Rozwałkowujemy go starając się jak najmniej podsypywać, oczywiście ono się rwie, ale nawet jak się wylepi blaszkę kawałkami, to i tak wyjdzie. Z części ciasta toczy się wałeczek i wykleja rancik, można też uformować go z płata i obciąć nożem nierówności. Każde ciasto kruche trzeba też ponakłuwać widelcem, żeby go nie wybuliło. Tego ciasta wystarcza na taką kwadratową blaszkę (moja ma 30x22), okrągłych mazurków nie piekę, jakoś tak mam przekonanie do prostokąta lub kwadratu, chociaż są śliczne formy w kształcie jajka czy kwiatka (może się skuszę???). Blacha jest zwykła, blaszana, nie używam silikonowych, po co, skoro stare są całkiem dobre? Piecze się go w 180-190 stopniach, bez termoobiegu (on się przydaje tylko do suszenia grzybów i sera, kolejny nieprzydatny gadżet), można śmiało zaglądać, bo kruche nie opada. Jak się zezłoci – wyjąć i wystudzić w blasze, dopiero potem delikatnie wyjąć, za pomocą przyłożonej deseczki lub sztywnej tektury z pudełka i hop! odwrócić, a potem manewr powtórzyć (uwaga, żeby się nie złamał!)

Ciasto II:

Kostkę masła ucieramy na tzw. „pianę” (to jest to stadium, kiedy ono jest miękkie i przypomina krem),
dodajemy 10 dkg cukru pudru, jeszcze chwilę mikserujemy (tymi wiertakami, jakie kto tam ma),
10 dkg posiekanych migdałów (i tu dygresja: ja je starłam w takim młynku do bakalii i nie było ich potem jakoś szczególnie czuć, chyba za drobno. Siekanie to katorga – w to można wrobić tylko „wczorajszego” męża w ramach ekspiacji. Można też zmielić w maszynce do mięsa, ale wtedy trzeba się liczyć ze stratą 2-3 deka, bo po prostu się obierze na maszynce i nie sposób tego wyciągnąć nawet piórkiem flaminga) – odtąd już mieszamy łyżką,
dalej dodajemy ciut skórki z cytryny (cytrynę wyszorować i sparzyć, trzeć na tym malusieńkim tareczku z boku, tym co do gałki muszkatołowej)
następnie 25 dkg mąki (normalna, jak jest luksusowa też może być, dobra jest też mąka „Babuni”),
3 żółtka ugotowane i przetarte,
1 surowe żółtko,
szczyptę soli.
Zarobić ciasto (klei się, ale to nic) i do lodówki.
Uwaga, jeśli w lodówce jest coś, co ma silny swój zapach (np. kiełbasa), to ciasto trzeba zawinąć w folię.
Pieczemy analogicznie jak w cieście I.

Ciasto III
(najdroższe, ale za to najprostsze!)
1,5 szklanki drobno posiekanych orzechów (problem analogiczny z migdałami, chociaż orzechy kroi się łatwiej), oczywiście tych orzechów ma być półtorej szklanki po posiekaniu!
2 łyżki cukru
3 łyżki stopionego masła (broń Boże nie czegoś w stylu „masełko smarowne”, bo będzie jechać olejem).

Składniki wymieszać (łapką najlepiej, potem ją oblizać, ewentualnie dać mężowi do oblizania, jeśli ładnie pokroił orzeszki hehehe…) i wykleić tym blaszkę. Na dużą blachę trzeba wziąć półtorej porcji. Aha, jeśli jest to tortownica, to trzeba ją uszczelnić, bo tłuszcz z tego wycieka, pali się i śmierdzi w piekarniku. Jak to zrobić, znalazłam na blogu www.mojewypieki.blox.pl - na marginesie mówiąc, to cudowny blog, to rozkosz dla oczu, polecam!: folię aluminiową (lepsza jest taka gufrowana, elastyczna) nakładamy na spód od wewnątrz, zaciskamy obręcz i następnie owijamy końce folii na obręcz od zewnątrz (dokładnie ze zdjęciami pani Dorotka pokazała to w przepisie: sernik cappucino). Piec 10 minut w temperaturze ok. 160-170 stopni.
Jak placek wystygnie, można go smarować. Jeśli zależy nam na bardzo gładkiej powierzchni do dekoracji, to najpierw smarujemy jakąś marmoladą gładką, ja mam łatwiej, bo mam nieocenioną Teściową, mistrzynię przetworów, i jej smarowanka owocowe są jedyne. Jeśli nie musi być „tafli” na wierzchu, to każda konfitura czy dżem mogą być – smak według uznania, ważne jest tylko, żeby nie były za rzadkie, bo się będzie ciągnęło za masą krówkową. Bo na koniec na to idzie smarowanko w postaci masy krówkowej: puszkę mleka słodzonego skondensowanego gotuje się ok. 2,5 godziny pod wodą, na małym ogniu. Kupna masa krówkowa jest gorsza w smaku, ale też może być. Nie otwierać puszki przed wystygnięciem (groźba erupcji masy), najlepiej smarować ciepławą.
No i potem już pole do popisu dla dzieci: napisy kolorowymi pisakami czy lukrem, kwiatki lub listki (nawet prawdziwe, uważać, żeby mąż nie zjadł), dekory spożywcze (ja nie używam, są za drogie), bakalie, wiśnie z syropu no co tam kto sobie wymarzy. I koniecznie zrobić zdjęcie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Zalew spamu i mnie pokonał... dlatego musiałam włączyć tę uprzykrzoną weryfikację obrazkową :-(