poniedziałek, 23 listopada 2009

Bagietki a właściwie pszenne weki

2009-07-26
To miały być bagietki wg przepisu ze strony Dorotusia
(link: http://mojewypieki.blox.pl/2007/03/Bagietki-z-przepisu-Bajaderki.html )

Ponieważ jest u mnie „na służbie” Zuzianka, więc oczywiście pomagała mi w kuchni. Pani Dorotka ostrzegała, że ciasto jest rzadkie, ale nie spodziewałam się, że aż tak, więc ja nie zdołałam uformować tej lary w cienkie bagietki, tylko w małe bocheneczki. Okazało się, że rzeczywiście są pyszne, nawet lepsze po kilku godzinach niż ciepłe.
Chlebusie, które wydawały mi się mokrawe po przełamaniu na gorąco (oczywiście nerwy nie pozwoliły zaczekać do całkowitego wystygnięcia), po pary godzinach okazały się cudownie chrupiące z zewnątrz, a mięciutkie i wcale nie gąbczaste w środku.
Jeśli ktoś chciałby je upiec, proszę się nie wahać, ja do oryginalnego przepisu mogę dodać parę swoich dygresji:
1. Mąkę miałam zwykłą pszenną z Lubelli, tyle, że Zuzia mi ją starannie przesiała.














2. Drożdże suszone Oetkera sprawdziły się znakomicie – 1 opakowanie to jest akurat 2 łyżeczki.
3. Ucierałyśmy w moim nowym robocie z ruchomą miską, kupiłam na wyprzedaży na Allegro za 39,90.














4. Ciasto wyrastało w elektrycznym piekarniku; po prostu nie miałam go gdzie postawić, bo jak raz dzień był pochmurny i dość chłodny (można oszaleć, od 40-tu stopni do 14-tu, to jakiś obłęd!). Podgrzałam więc leciutko piekarnik na „góra – dół”, przykryłam ściereczką i postawiłam w środku przy uchylonych drzwiczkach. Jak płyty wystygały, to na parę sekund włączałam grzanie (50 stopni) i macałam ręką, czy się nie przegrzewa ta dolna blacha w piekarniku. Rosło chyba z 1,5 godziny, do momentu, aż podwoiło objętość.










5. Próba wyjęcia ciasta z miski zakończyła się klęską, ono miało konsystencję gęstego jogurtu, więc wygarnęłam go z miski na omączony blat (szkoda wyciągać stolnicy) i posypałam mąką. Podzieliłam na trzy nieforemne niestety części (ja nie wiem, jak inne babki to formują w bagietki) i omączonymi rękami położyłam na blaszce.









6. I tu idealnie sprawdza się MATA SILIKONOWA do pieczenia. To jest rewelacyjny „przydaś”, do niej nie przywarłby nawet butapren. Piekłam mniej więcej tak, jak jest w przepisie, tylko wodą pryskałam ze trzy razy po parę psiknięć, bo pierwsze psikania wyparowały w okamgnieniu! Uważajcie na gorąc w piekarniku, jeszcze nigdy nic nie piekłam na 250stopni, a tak się zaczyna przez 10 minut, więc trzeba się uzbroić w rękawicę ochronną przy spryskiwaniu.
7. No i warto zaczekać, aż chlebki wystygną. Akurat nasze pieczywo degustowała Mama, koleżanki Zuni, kawałek dałam Tacie, no i nie ostało się do rana…

1 komentarz:

  1. pelnoletnia 2009-07-27
    Cudnie musiał smakować taki własny chlebek... Marze o tym, że by taki kiedyś upiec. Kiedys bedę mieszkać na wsi i muszę umiec piec chleb :)
    Martik (gość) 2009-07-27
    Mamusiu, bagietki wygladają super! Jestem pełna podziwu dla Ciebie i Zuzianki. A i widzę, że nowa miska przyszła...;)W ogóle jak weszłam na bloga to uderzyła mnie ilość nowych, pysznych przepisów. Oby tak dalej!!!
    Martik (gość) 2009-07-27
    A i jeszcze jedno. Właśnie odkryłam ten drugi blog z COSIAM,I tylko nie wiem jak się na niego dodaje komentarze. Znaczy się wiem jak, ale mi nie wychodzi... Pomocy Mamomarzyniu....!
    mamamarzynia 2009-07-27
    Martiku, tam się trzeba zalogować na witrynie, po prostu załóż sobie konto i jedziesz!

    OdpowiedzUsuń

Zalew spamu i mnie pokonał... dlatego musiałam włączyć tę uprzykrzoną weryfikację obrazkową :-(