niedziela, 22 listopada 2009

Pomidorowa z lanym ciastem

2009-07-19
Przez wiele lat nie gotowałam zupy pomidorowej, bo nigdy nie gotuję tego, czego sama nie lubię. Teraz muszę uderzyć się w piersi i prosić o wybaczenie rodzinę, że pozbawiałam ich jednej z najsmaczniejszych zup. Nie wiem, skąd wzięło się u mnie uprzedzenie – może z czasów stołówki w szkole sportowej czy na studiach (maziste popłuczyny po puszce z koncentratu z klejowatym makaronem), a może z faktu, że wiecznie się odchudzałam, a Mama gotowała taką „konkretną” pomidorową?
W każdym razie dopiero 2 lata temu, na nieśmiałe życzenie pana majstra, który adaptował nam poddasze, ugotowałam ją. I sama się swoją zupą zachwyciłam. Może zabrzmi to nieskromnie, ale jest NAPRAWDĘ najlepsza ze wszystkich, jakie jadłam (małżonek ma nieco inne zdanie, ale to JA stoję przy garach, więc mam prawo sama sobie przychwalić, no nie?).
Moją pomidorówkę robię w sumie na trzy sposoby, zależnie od pory roku, od naporu głodnej Hurmy i Czeredy (wtedy trzeba działać szybko) i jeszcze od tego, czy ma być to posiłek jednodaniowy albo dla ciężko spracowanych (wtedy musi być bardziej syta).
Zawsze jednak robię ją z lanym ciastem, naszym zdaniem ani z ryżem, ani z makaronem nie smakuje tak dobrze, jak z lanymi kluseczkami. Na zdjęciu jest konkretna wersja dla uharowanych (malowanie klatki schodowej, masakra).
A teraz do rzeczy:
Na około 2,5 litra wody (lub bulionu drobiowego albo wywaru z kości, w zimie ze 2-3 kostki od schabu) trzeba przygotować:
1 karton przecieru pomidorowego 500 g – ja kupuję „Passatę” z Podravki, czuć że te pomidory dojrzewały nad Morzem Śródziemnym, a nie w tunelu koło polskiego bieguna zimna (Suwałki);
1 karton krojonych pomidorów (też Podravka, ale oczywiście może być inna firma, najlepszy jest domowy mojej Teściowej);
mała cebula (lub 2 kosteczki cebulowe Knorra, to w wersji speed);
2 średnie marchewki;
1-2 pietruszki;
1 mały seler (taki jak mandarynka albo pół dużego);
4 ząbki czosnku;
1/3 kostki masła + łyżeczka oliwy czy oleju;
cukier, sól, pieprz, maga;
ew. odrobinę octu winnego;
śmietanka 18% (mały kartonik) lub zwykła śmietana (pół kubka);
natka pietruszki do posypania (najlepiej pasuje do pomidorowej);
na lane ciasto: 3-4 jajka, mąka pszenna, sól.

Wykonanie:
W garnku o grubym dnie rozpuścić masło z oliwą. Dodać drobniutko posiekaną cebulkę, przykryć, dusić na małym ogieńku do miękkości (nie na rumiano!).
W międzyczasie zetrzeć na grubej tarce warzywa, dodać do cebulki, chwilkę poddusić na samym tłuszczu, potem dolać nieco wody i dogotować na półmiękko. Jeśli zależy nam na czasie, to zamiast warzyw można dodać bulion warzywny z kostki lub jakąś mocno warzywną przyprawę i też będzie pyszna.
Następnie do garnka dodać krojone pomidory, z pół łyżeczki soli (albo te kosteczki cebulowe, jeśli nie robiliśmy na cebulce) i razem jeszcze dodusić, aż pomidory się rozpadną, a warzywa będą prawie miękkie. Wtedy zalać gorącą wodą z rozpuszczonym bulionem (lub wywarem z kości), dodać przecier, płaską łyżeczkę cukru i wcisnąć 3 ząbki czosnku.
Pogotować jeszcze parę minut, popieprzyć i „łapać smak”. Czasami trzeba dodać soli, czasami ciut dokwasić – ja lubię naprawdę kwaśną i mocno czosnkową, dlatego ostatni ząbek dodaję do zupy tuż przed „wydaniem”.
Teraz bardzo przyda nam się jakiś pomocnik. Dzieci chętnie ucierają ciasto na lane kluseczki, Zuzia umie nawet jajka wbić do miseczki. Jajka solimy i bełtamy (można łyżką, można rózgą-ubijaczką), po czym dodajemy ciągle mieszając tyle mąki, aby utworzyło się ciasto o konsystencji… hmmm… I tu będzie ciężko to opisać, chyba każdy sam musi sobie to wypróbować. Można zrobić ciasto bardzo gęste, ale wtedy wylewanie go, a właściwie odrywanie go łyżką od brzegu miski do gotującej się zupy czy mleka wymaga pewnej wprawy. Istnieje bowiem ryzyko, że wpadnie nam do wrzątku za duża bołda i będziemy mieli ogromne, twarde kluchy. Za rzadkie kluseczki rozpadną się (na mleku ma to swój urok), ale do zupy trzeba ciasta o takiej konsystencji, aby lało się, a strużka ciasta, rozdrabniana łyżką w zupie, formowała się w niezbyt duże kawałki. I tak wyjdą nierówne – większe i mniejsze, na końcu wydrapuje się łyżką miskę, więc część kluseczek jest całkiem nieforemnych, ale to nic. Jeśli robi się zupkę z lanym ciastem odpada konieczność zagęszczania jej zasmażką, w pomidorowej wcale nie potrzeba zasmażki.
Na koniec dodajemy śmietankę, jeśli mamy słodką z kartonika, to można dekoracyjnie polać nią pomidorówkę na talerzu. Ja akurat miałam kwaśną, więc rozrobiłam ją z paroma łyżkami gorącej zupy, wlałam do gara, dodałam resztę czosnku, natkę z pietruszki i gotowe.
Czasami okazuje się, że zupa jest za mało „pomidorowa”. Przydają się wtedy małe słoiczki koncentratu pomidorowego (np. „Łowicz”), można dodać łyżeczkę lub dwie.
Niektóre gospodynie w ogóle gotują na koncentracie, ale ja wolę na świeżym przecierze, bowiem koncentrat wydaje mi się taki jakiś chemiczny.

4 komentarze:

  1. mamaNiuni (gość) 2009-07-20
    Wow(łał)! Stare wschodnie przysłowie mówi, że jeżeli uczeń przejdzie mistrza, ten musi udać się do szkoły.
    Taką pomidorową, w wersji czystej, przecieranej, robiłyśmy w pracy na przyjazd I sekretarza KW PZPR tow. Kruczka.
    W części pooficjalnej girls'y wieszały mu na szyi korale z parówek. Ot, tempora PRL-u!

    mamamarzynia 2009-07-20
    Mamo, dlaczego nie zrobiłaś zdjęcia ukrytym w pieczonym prosiaku aparatem??!! Ale dzisiaj byłby numer (do Twojej książki na ten przykład, hehehe).

    OdpowiedzUsuń
  2. A to ja się podzielę przepisem na pomidorówkę w wersji jednogarnkowej wg brata mojego rodzonego, tylko uprzedzam, że to jest wersja dla mniej wymagających;)
    Bierzemy paczkę makaronu, wrzucamy do gara, zalewamy wodą, dodajemy kostkę rosołową i gotujemy póki makaron nie zrobi się miękki. Następnie dodajemy koncentrat pomidorowy et voila! danie gotowe!
    żuczek

    OdpowiedzUsuń
  3. To się nazywa "pomidorowa studencka". My w akademiku mieliśmy jeszcze szybszy przepis:
    oblatujesz wszystkie 10 pięter po kuchniach. Prawdopodobnie trafisz gdzieś na gotującą się pomidorową (za komuny przecier był, w takich pancernych puszeczkach, do rąbania siekierą). Jeśli stoi tam laska z łyżką i czai - mówisz, że ma telefon w recepcji. Jeśli nie (co się często zdarzało, w kuchniach był syf i sakrucki ziąb) pobierasz dziesięcinę od razu. Na spowiedzi mówisz księdzu (zgodnie z prawdą), że byłeś głody(a).
    Hej Boże, gdzie te czasy...

    OdpowiedzUsuń
  4. U nas w Poznaniu to jest zupa pomidorowa z kluskami lanymi

    OdpowiedzUsuń

Zalew spamu i mnie pokonał... dlatego musiałam włączyć tę uprzykrzoną weryfikację obrazkową :-(