poniedziałek, 20 czerwca 2022

Pierogi z płuckami

Pierogi z płuckami to legendarna potrawa w naszej rodzinie. Hurma i Czereda znała ją tylko z moich opowiadań, albowiem NIGDY w czasach postkomunistycznych nie udało mi się kupić świeżych płucek. Raz natknęłam się na "letkie" (określenie mojej prababci, która była niedościgłą mistrzynią w ich wyrobie) w jakimś sklepie, ale były koloru sinego, więc nie odważyłam się na ich zakup. Rozumiem, że dla wielu ludzi potrawa jest nie do przełknięcia, ale dla mnie był to przysmak, na który czekało się miesiącami. Babcia Monika miała informatora w "Taniej jatce" (autentyk! tak nazywało się okienko z boku rzeźni, w którym można było za grosze kupić np. właśnie podroby) i kiedy dawał cynk, że będą wołowe letkie, to już wiedziałam, że będę z Babcią lepić pierogi z letkiem.
I pewnie smaki dzieciństwa nie powróciłyby, gdyby nie Martik w Słowenii. Pewnego dnia zadzwoniła do mnie i powiedziała, że kazała sobie odłożyć płucka z byczka i z cielęcia, albowiem teściowie chcieli jak zwykle dać je psu (!), a ona też chciałaby się dowiedzieć, co to za mecyje. A ponieważ jechaliśmy w odwiedziny z kuzynką Marysią oraz Zuzianką, która też się napaliła na nie, więc postanowiłam wykorzystać fakt, że nie zabraknie Niewolniczej Siły Roboczej i obiecałam, że zrobimy.
Hyr poszedł po całych Alpach, że przyjechali z Polski i będą robić coś niezwykłego do jedzenia. W biesiadzie uczestniczyli Teściowie, stryku, drugi stryku z synem, zięć i nasza piątka.
To był wieeelki sukces! Fakt, że surowiec był pierwszoklaśny - w końcu to ekologiczna, certyfikowana farma. Umna córeczka kazał sobie także odłożyć ozory (podobno nawet masarz wywalił oczy, że TO TEŻ jemy), więc następny wyjazd znowu przeniesie mnie do krainy dzieciństwa i kultowych ozorków w szarym sosie 😋 
SKŁADNIKI:
  • płucka cielęce lub/i wołowe - przepraszam, ale nie potrafię podać proporcji. To była góra letkiego wielkości Triglava, którem gotowałam w pożyczonych od teściowej dwóch największych garach,
  • ziele angielskie, liść bobkowy, sól i pieprz w kuleczkach do gotowania,
  • przysmażona na dużej ilości masła cebulka; czosnek, majeranek i pieprz do doprawienia farszu,
  • gotowane ziemniaki, potrzebne do sklejenia nadzienia (tego nie czuć w smaku, bo daje się ich niewiele, ale Babcia tak robiła, bo lepienie rozsypującej się mielonki to katorga),
  • i znowu dużo rumianej cebulki do omaszczenia.
WYKONANIE:
Od razu uprzedzam - płucka gotują się strasznie długo, a powinny być mięciutkie, aby nie wyszły nam pierogi nadziane zmielonymi gumkami-recepturkami. Kiedy widelec będzie lekko wchodził w letkie, mielimy je w maszynce na średnich oczkach, wyciąwszy co grubsze "rury". 
I tu okazało się, że Martik nie ma maszynki do mięsa, a teściowie mają tylko taką olbrzymią przemysłową z dziurami o fi dwuzłotówek, w której wyrabiają coś na kształt salami, kamieniejącego potem przez lata w piwnicy. Kochany Ojciec przypomniał sobie jednak, że w starym domu (data na odrzwiach: 1832) jest taka żeliwna maszynka po prababce, odgrzebał ją, wyczyścił i naostrzył noże. O dziwo, była zdumiewająco podobna do mojej maszynki po BB - widocznie na całe Austro-Węgry był jakiś jeden maszynkowy monopolista 😆
Razem z płuckami mielimy ziemniaki, wlewamy masło z cebulką i czujnie doprawiamy solą, pieprzem, czosnkiem i majerankiem. Wyrabiamy dokładnie i lepimy duże pierogi (żadne tam fiku-miku z literatkami, my jechałyśmy szklanką od piwa, a i tak zeszło chyba z dwie godziny roboty czterech kobitek). Nie odważyłam się gotować na indukcyjnej kuchence Marty (Jessu, to jakaś męka! - raz wyjąc gotuje wodę kłębem, a potem zdycha i ledwo mruga), więc zaniosłyśmy ten milion pierogów na górę, na cudowną, opalaną drzewem, ogromną angielkę Gospodyni. Teściowa, oszacowawszy wprawnym okiem ilość pierożków, od razu poleciała po rondel wielkości młyńskiego koła, w którym gotuje przetwory w słoikach. Biesiadnicy z widelcami (starsi, nie wiedzieć czemu - z łyżkami) w rękach już czekali. Maściliśmy rumianym masłem z cebulką, przegryzaliśmy sałatką z mniszka lekarskiego i popijaliśmy winem.
Ostatnie sztuki, których nie zdołaliśmy już wepchnąć w siebie (a widoczne na zdjęciu, już nieco obeschnięte), zjadł sąsiad Silvio. Podobno zagonił się niby przypadkiem pożyczyć osełkę czy cóś tam.
Najlepszą rekomendacją uczty niech będzie oświadczenie naszego Zięcia, że są to najlepsze z polskich pierogów, jakie jadł 😍

 

 

25 komentarzy:

  1. Hej, a z wywaru po gotowaniu płucek robiło się u was na Podkarpaciu barszczyk biały, zwany u nas zalewajką? Bo u nas (łódzkie) to był punkt obowiązkowy :-) Zalewajka na dudkach i pierogi z tychże.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kurczę, no chyba nie :-( A przecież tyle dobroci można było wykorzystać... Może babcia tak robiła, tylko jam tego nie ogarnęła? Kiedy znowu będzie taka okazja na pewno zrobię!

      Usuń
    2. To w ramach pro tipa - do gotowania dudków włoszczyzna jak do rosołu, ale bez kapusty (u nas się nie dawało), za to z liściem selera i mocno przypaloną cebulą. Jeśli przypadkiem akurat byliśmy w lesie i napatoczyły się jakieś kurki, to dodać do wywaru z płucek, grzybki zalewajce dobrze robią, a potem to już normalnie zakwas i zaprawiało się to śmietaną i podawało z ziemniakami. Jak lubisz barszcze, to polecam, powinno ci to smakować :-)

      Usuń
    3. Jak super, że mi pani odpisała! NA PEWNO wykorzystam ten przepis, bo z tego wychodzi pyszny barszcz! A kapusty Babcia do rosołu nigdy nie dawała, a Mama czasem (gdy w tzw. jarzynce do rosołu był kawałek włoskiej). Kurek w Słowenii nie ma, ale są prawdziwki, no to jeszcze lepiej. O dziwo, Słoweńcy lubią nasze barszcze - bardziej żury niż czerwone i nie przeszkadzają im nowinki kulinarne. Włosi np. tylko wyjedli widelcami uszka i odmówili, zaś szwagier z Bawarii stwierdził, że żurek jest zepsuty :-DD

      Usuń
    4. Smacznego :-) Ciut mnie dziwi, że w tej Słowenii jakoś nie jedzą podrobów, ale może to bogaty kraj był? U nas na wsi się żarło od nosa do ogona zanim ten termin stał się modny :-) W południowych Włoszech (od podeszwy buta w dół) też to normalka. Problem w tym, że podroby rzeczywiście muszą być świeże. Przyznam, że (UWAGA BĘDZIE HARDCORE) gdybym miała dojście do świeżej cielęciny to bym brała w ciemno móżdżek - jajecznica z tymże to poezja i wcale nie jest taki skomplikowany w obróbce, te błony same schodzą.

      Usuń
    5. Jessu, zapomniałyśmy o móżdżku! Pewnie też dają psom! Oni w sumie są bardzo oszczędni i ekologiczn,i i Słowenia jest na 1. miejscu w Unii, jeśli chodzi o niemarnowanie jedzenia - po prostu nie mają tego w tradycji. To tak jak moja córka dziwiła się, że oni jedzą przez pół roku zupę z kiszonej rzepy (!) albo z liści buraczanych, albo tak jak na wiosnę przez miesiąc dzień w dzień sałatkę z mniszka lekarskiego - tak oni się dziwią, że my jemy płucka albo ozorki :-D

      Usuń
    6. Łomatko, skleroza was dopadła :-) To ja bym jeszcze zasugerowała, że cielęta mają b. smaczną grasicę znaną w niektórych regionach jako animelka, a w handlu niedostępną. Ale napisawszy to się z lekka zawahałam, bo akurat grasicy sporo osób nie lubi (coś na zasadzie wątróbki, love or hate), więc nie wiem, czy wam by smakowała. Ale jak się ma dojście do świeżych* podrobów ze sprawdzonego źródła, to żyć nie umierać! Chociaż czasem chłopu karmionemu móżdżkiem lepiej nie mówić co je :-)
      *One się rzeczywiście bardzo szybko zaczynają psuć, więc źródełko świeżych podrobów jest na wagę złota.

      Usuń
    7. Wiesz, że o grasicy i MÓŻDŻKU to kompletnie zapomniałam. Nawet za komuny, kiedy przychodziły do kamienicy dziadka (ojca ojca, bo BB była ze wsi) baby z cielęciną, to tego nigdy nie widziałam. I nie jadłam :-( Musiałaby jednak centralnie pojechać do córki w "rzeźny dzień", bo tego się chyba zamrozić nie da?

      Usuń
  2. O kurczątko! Ale mi się to pospolite ruszenie podoba😄
    Uwielbiam takie kulinarne zamieszania. Pierogów góra i jeszcze całe mnóstwo zabawy. Ekstra!!!
    Z tego co ja pamiętam to na pewno płucka zawsze były wykorzystane ,jak wszystko inne bo oczywiście nic nie mogło się zmarnować. Ale do tego pierogowego farszu oprócz płucek dodawana też była wątróbka i podsmażone z dużą ilością cebuli podgardle.
    Pyszotne wspomnienia😋

    OdpowiedzUsuń
  3. Czy wy w to wszystko wierzycie, to jakieś kilkudniowe wysuszone pierogi z loddówki!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O nie, przyznam się - to wieloletnie pierogi sfotografowane w skansenie w Jaszczurowej :-D No i sprawa się rypła, dobrze, że Anonimowi Życzliwi czuwają i tropią afery pierogowe!

      Usuń
    2. Nie no, weź się przyznaj, kupiłaś mrożonkę w okolicznym sklepie z owadem, względnie płazem w nazwie i szpanujesz w sieci :-) :-) :-) A propos pierogów, u nas się nie wycinało, tylko odrywało kulki ciasta i rozwałkowywało na pojedyncze placki, wbrew pozorom jak są co najmniej dwie osoby do roboty to szybko idzie, a nie ma problemu z resztkami ciasta. Chociaż efekt ostateczny jest mniej śliczny, zwłaszcza jeśli do wałkowania zostaję oddelegowana ja, no ni diabła, jeśli chodzi o estetykę potraw jestem beznadziejna, babci wychodziły idealnie równe placuszki, w moim wykonaniu monstrum ROTFL

      Usuń
    3. He, he, he, słuszna uwaga! U nas na wsi nie ma tych sklepów, ale pierogi na zdjęciu mogą budzić podejrzenie, że leżały z tydzień w naszym gieesie (zwanym wdzięcznie "żeleźniokiem" bo blaszany). Mnie osobiście nie zależy tak na wypaśnych zdjęciach - to Martik jak przyjeżdża robi te niektóre cudeńka z potraw i wtedy mogę zaszpanować przed wszystkimi dziesięcioma czytelnikami mojego bloga :-DD.
      A z kuleczkami ciasta spotkałam się tylko raz - na projekcie we Włoszech, gdzie robiłyśmy konkursowe pierogi z dziewczętami z gimnazjum, to jedna się właśnie zdziwiła, że rozwałkowałam ciasto. Jeszcze inaczej robiła moja 1. Teściowa - ona z tej dużej bołdy naciągała i podwałkowywała jęzor ciasta, z którego wykrawała po parę pierogów. A Mama rodzona z kolei kroiła na kwadraty. A już ze zlepianiem brzegów - to dopiero różniste sposoby!
      P.S. Super się z Tobą rozmawia, dziękuję za te komentarze i serdecznie pozdrawiam :-)

      Usuń
    4. Również serdecznie pozdrawiam, z Tobą się też fajnie rozmawia. Mało w sieci takich miejsc gdzie można pogadać sobie spokojnie, kulturalnie, z poczuciem humoru i bez "napinania się". Niestety na stronach kulinarnych panuje niekiedy jakaś kompletnie niezrozumiała dla mnie agresja :-( A przecież miło sobie pogadać, na zasadzie "a u nas robiło się tak, a u nas inaczej" i ew. spróbować , a nuż to inne nam posmakuje? Swoją drogą wiele potraw podkarpackich (tych oznaczonych jako Babcia Bronia), które opisywałaś na blogu miało swoje odpowiedniki u nas na wsi mazowieckiej, tylko inaczej się nazywały. Ale np. przepis na bułkę brytfon to jest zasadniczo przepis na ciasto drożdżowe mojej babci :-)
      P.S. Co do mrożenia móżdżku i ogólnie podrobów się nie wypowiadam, trzeba by spytać jakiegoś specjalistę. Jedno co wiem, to, że te części to się wykorzystywało natychmiast po uboju, nawet w czasach istnienia lodówek :-)

      Usuń
    5. Masz świętą rację :-) Nie wiem, kto króluje na instagramach i fejsbukach, bo w ogóle nie mam nigdzie kont w tzw. mediach społecznościowych. Ale Martik mi mówiła, że tam jest straszna rywalizacja i właśnie "napinka" na sukces, na popularność, może i idące za tym pieniądze? Jeśli laska układa warzywa w zupie (ręcznie!) i potem robi zdjęcia jak młodym na weselu, no to o czym to świadczy? Jak to wdzięcznie ujął mój kolega z dawnych, blogowych lat - te dania to nie wiadomo, czy to zjeść, czy na łeb założyć :-D Mnóstwo młodych ludzi buszuje po blogach i komentuje w stylu: "super!", "extra!", "mniam!", no a człowiek ma wpojony syndrom zwierciadła i też zagląda do tych dziewczyn, i też komentuje, a kaska za wyświetlenia leci he he...
      A co do starych dań to różnice regionalne są w sumie niewielkie, bo i dlaczego nagle miałyby być. Wg mnie to dość znacznie różni się kuchnia w regionach obfitujących w ryby i przez długi czas podlegających wpływom niemieckim (bo to akurat ten zabór). Nie miałam okazji próbować takich PRAWDZIWYCH dań tamtej kuchni.
      P.S. dzięki za poradę z móżdżkiem, na pewno masz rację, bo wczoraj moja sąsiadka z Warszawy, z tzw. lepszego domu starych warszawiaków mówiła, że u nich tez zawsze jedli na świeżo. Smażony, z usadzonym (?) na wierzchu jajkiem. Pozdrawiam serdecznie - Marzynia

      Usuń
    6. Anonimie, czy zlepilas w swoim zyciu SAMODZIELNIE chociaz jednego pieroga? O calym procesie robienia pierogow od podstaw juz nawet wspominam, bo twoj komentarz mowi mi wszystko. NIE MASZ O TYM POJECIA. A o pierogach wiesz tyle, ze pochodza z zamrazarki w sklepie i to glownie z tego powodu wysychaja w twojej lodowce przez kilka dni po ugotowaniu. W normalnym domu samodzielnie przygotowane pierogi zjadane sa od razu na swiezo, no ewentualnie odsmaza sie je na patelni 1-2 dni pozniej max! Wiec zamilcz i nie grzesz wiecej.

      Usuń
    7. Marzyniu, pierozki jak najbardziej prawilne :)) podobne do moich uszek z grzybami, jak mi sie ciasto za cienko rozwalkuje

      Usuń
    8. Dokładnie!
      Nikt nikogo nie zmusza ani do czytania przepisów ani do robienia dań.
      Też to przerobiłam np. przy okazji przepisu na buraczki do obiadu:)

      Usuń
    9. Dee, Maminku - jesteście kochane :-) Bo wy także NAPRAWDĘ gotujecie i wiecie, że czasami pierogi nie są fotogeniczne, co nie znaczy, że ich nie zrobiłam. I naprawdę w Słowenii dla miłych Tubylców. Buziaki!

      Usuń
    10. Marzyniu
      Dużo jest dań, które w rzeczywistości wyglądają korzystniej niż na fotkach.
      Nie da się inaczej tego pokazać i to żadna wada. Ale zawsze znajdzie się tzw czepialski/a i ma karmę. I na zdrowie🙂
      Róbmy swoje i już.
      Buziaki gorące!

      Usuń
    11. Wszem wobec potwierdzam opowiedzianą powyżej historię! Jedyna drobna różnica to to, że sąsiad ma na imię Silvij, ale to już czepialstwo z mojej strony :D Co do móżdżku cielęcego - można by załatwić, a jakże, gdyby tylko krowy nie były zabijane humanitarnym strzałem w głowę...
      Ale postarałam się o odłożenie policzków wołowych, które, nie wiedzieć czemu, ginęły gdzieś w rzeźni i moja nowa słoweńska rodzina nigdy ich nie próbowała. A grasicę zjada pies :D

      Usuń
    12. Martiku, mnie akurat nie trzeba niczego potwierdzac, ja WIEM, ze to wszystko autentyczne.

      Usuń
  4. Ja nie mam zadnych wspomnien z dzieciinstwa, gdyz u mnie w domu nie bylo takiej tradycji, jedyna egzotyka byla watróbka.
    Nie znam wiec smaku plucek, ani innych podrobów i u nas w Niemczech podroby sa równiez tylko dostepne w specjalnych sklepach z zywnoscia dla psów. Tylko raz w zyciu prawie juz zjadlam zoladki chyba kurze, bylo to w Wielkiej Brytanii, która ma dosyc dziwna kuchnie, wiec moze te wszystkie dodatki sprawily, ze po pierwszym kesie zrezygnowalam.
    Marzyniu kochana, dopiero dzis dotarlam do Twojego kometarza pod ciastem bananowym, troche odpowiedzialam, ale to temat bardzo obszerny i trudny do streszczenia w kilku zdaniach. Usciski.

    OdpowiedzUsuń
  5. Jak ja dawno tego nie jadłam :))

    OdpowiedzUsuń
  6. Kolejny sentymentalny wpis. Takie pierogi robiła moja teściowa, choć w czasach kartek na mięso myślę że gościły na wielu stołach. Smak był całkiem spoko niestety pamiętam też (może nie koniecznie właściwie) że zapach przy gotowaniu płucek delikatnie mówiąc nie był najlepszy. :)

    OdpowiedzUsuń