Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chłodniki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chłodniki. Pokaż wszystkie posty

piątek, 15 lipca 2011

Chłodnik z kalarepki z pieczonymi ziemiaczkami



Wczoraj było okrutnie gorąco, zresztą sami wiecie. Jednak Marzyni chciało się włączyć piekarnik, bo umyśliłam sobie na letni obiadek chłodnik z kalarepy (ogródek Ewuni) z młodymi ziemniakami, pieczonymi.

Oprócz ziemniaków z ogniska to chyba najlepsze ziemiaczki, jakie jadam. Smakowe!



SKŁADNIKI:

Na chłodnik:

duży kubek jogurtu w typie greckim,

mały kubek śmietany,

2 młode kalarepy,

2 ogórki,

3 ząbki czosnku,

koperek,

sól i pieprz.

Ziemniaczki:

młode ziemniaki, mniej więcej równej wielkości (duże przekroić),

olej i masło do opiekania,

sól i pieprz,

czosnek,

ulubione przyprawy (ja dałam rozmaryn, kminek, tymianek, lubczyk).


WYKONANIE:

Ziemniaki wyszorować szczoteczką, nie obierać. Podgotować 20 minut w osolonej wodzie. Następnie na łyżce drewnianej ponacinać w paski, pochlapać olejem, posolić wg uznania (trzeba skosztować, żeby nie przedobrzyć, bo były przecież solone w wodzie) i wyłożyć na blaszkę. Dałam 180 stopni góra i dół, środkowa półka w piekarniku. Jednak teraz już wiem, że najpierw trzeba ułożyć wierzchami do dołu, bo od spodu się ładniej przyrumieniły. Kiedy są już fajnie chycone od dołu, przekręcić, polać masłem, posypać wyciśniętym czosnkiem i przyprawami i dopiec na rumianiutko.

W czasie gdy kartofelki się pieką, przygotować chłodnik. Kalarepę starłam na grubej tarce, takoż ogórki. Lekko nasoliłam, odcisnęłam nadmiar soku. Zalałam rozbełtanym ze śmietaną jogurtem.  Doprawiłam solą, pieprzem, czosnkiem, koperkiem i zawołałam napierająca falami na kuchnię hurmę i czeredę. Trzeba było ich widzieć!


wtorek, 13 lipca 2010

Chłodnik litewski czyli Król Lata




U Ewuni na działce buraczki, sponiewierane przez ulewy, wreszcie osiągnęły wymaganą wielkość jaj perkoza dwuczubego. Można było zrobić botwinkę. Kiedy już przygotowałam podstawę, czyli ugotowaną botwinkę, okazała się tak pyszna, żem pomyślała: nie cza psuć! 
I chłodnik był żadnymi tam dodatkami warzywnymi nieskażony, po prostu czyste buraki, koperek, czosnek i jajka. Samo lato w talerzu!
I do tego ziemiaczki, ziemiaczki! podsmażone na rumiano z koperkiem (na masełeczku, ma się rozumieć, tradycyjny ukłon w stronę Mistrzunia Russaka).
Podaję przepis uproszczony, resztę każdy se znajdzie w necie, albo i u Marzyni - o tu! tużem napisała dziewczynkom, jak botwinke zrobić...
Aha, jeśli ktoś nie lubi tłusto na upale, to to masełko do podduszania buraczków można pominąć, można...

SKŁADNIKI:
pęczek botwinki, tak żeby było chociaż z pińć buraczków większych, niż przepiórcze jajo,
kubek (250 ml) kwaśnego mleka,
taki sam kubek śmietany 18 procent, mocno kwaśnej (lubimy tłusto i kwaśno, lubimy...)
pęczek koperku,
3 ząbki czosnku,
płaska łyżeczka cukru,
chlust lub dwa octu winnego,
sól, pieprz,
po gotowanym jajku na osobę,
podsmażone ziemiaczki (uwzględnić apetyt Czesiów)

WYKONANIE:
Botwinkę oczyścić, nie zapominając o podstępnych ślimakach (patrz tu). 
Przygotować wg tego, gdzieście już, mam nadzieje, zajrzeli. 
Zimne buraczki wymieszać z kwaśnym mlekiem i śmietaną, oczywiście można użyć jogurtu greckiego albo maślanki. Doprawić koperkiem, czosnkiem, solą, pieprzem, ewentualnie jeszcze octem - to ma być wyrazisty smak. 
Schłodzić i podawać ze smażonymi ziemniakami pod bokiem. 
Je się łyżką, oj, żeby to drewnianą z dwojaków (jak u Pieguska), pod szczepem u Babci Broni na paryi (patrz tu).
Nie ma człowieka, żeby nie wymiękł, no chyba, że jesteśmy Włoszkami z Bagnacavallo, które dostawszy u nas barszczyk czerwony z uszkami grzybowymi wydziubały widelcami (!) uszka, a cały przepyszny barszczyk oddały, bo one zupy o kolorze krwi nie jadają (tak powiedziały, mogły jeszcze dodać, że matka siedzi z tyłu). 
I myślałby kto, że to nie oni pożerają risotto sanguino, czy cóś, w każdym razie z żywą krwią zaparzoną ryżem. Jedliśmy to u Baniaków, ohyda!
A chłodnik - niebo w gębie, czysty smak polskich buraczków, może akurat tak i na Litwie jadali?

niedziela, 22 listopada 2009

Chłodnik serowy z ziemniaczkami


2009-07-06
No i znowu gorąc. I nie da się piec mięsiw, lepić pierogów ani smażyć naleśników. Stanie przy kuchni muszę ograniczyć do minimum, więc znowu chłodniczek na obiad. Tym razem z przepisu na stronie: Kuchnia Ireny i Andrzeja, poniżej link do oryginału, bo mój jednak się trochę różnił:
http://grumko.blox.pl/2007/11/090-Chlodnik-serowy-z-mlodymi-okraszonymi.html

Składniki tego, który jedliśmy (na 6 osób):
Duży kefir (ja kupuję z Jasienicy albo z Trzebowniska, mają ten „stary” smak bez polepszaczy i są gęste);
duży jogurt tzw. „Grecki” z Bakomy (ten to jest naprawdę gęsty);
1 serek wiejski – na marginesie mówiąc, Babcia zaraz by obśmiała tę nazwę i ja za nią, bo na prawdziwej wsi w ŻYCIU NIE WYTWARZALI takiego serka typu: granulat w słodkiej śmietance;
4 ząbki czosnku;
mały pęczek koperku;
4 ogórki (miałam przepyszne z ogródka Cioci);
sól, pieprz.
No i 2 kilo ziemniaków, 2 cebule i 30 dkg boczku wędzonego.

Wykonanie:
Chłodnik należy robić ze 2 godziny wcześniej, żeby postał w lodówce i był nim nie tylko z nazwy. Ogórki zetrzeć na grubej tarce, nasolić, jak puszczą sok – odcisnąć.
Kefir wymieszać z jogurtem i serkiem, dodać ogórki, koper, wyciśnięty czosnek. Posolić i popieprzyć do smaku i do lodówy.
Nastawić wodę w czajniku na zalanie ziemniaków.
W obieranie ziemniaków wrobić kogoś tytułem kary (syn) lub zanęcić obietnicą dania na lody (córka). Niestety, w pokrojenie surowego, podwędzonego boczku już się nikogo nie dało wrobić, bo by spartolili, a to ma być drobna kostka. Męcząc się z twardym a śliskim boczkiem, po raz kolejny pogratulowałam sobie zakupu „noża szefa kuchni”. Następnie trzeba nastawić kartofelki i iść się walnąć na wersalkę pod powiew z wentylatora.
Kiedy kipiące ziemniaki już zalały gaz jednak trzeba się zwlec i usmażyć boczuś i cebulkę (myślę, że technikę smażenia cebuli już mamy opykaną, co do boczku to trzeba na małym ogniu, bo skwary wylądują na lampie).
Ziemniaki odcedzić i odparować, polać z wierzchu rumianą cebulką i skwareczkami. Do tego w miseczce chłodnik. Pyszne są te gorące ziemniaki z bardzo zimnym, gęstym, ogórkowo-czosnkowym sosikiem.
Aha, i je się to łyżką, najlepiej leżąc pod starym szczepem w Zaborowiu.
P.S. Kiedy robiłam zdjęcie słońce złośliwie zaszło i jedynym dobrze oświetlonym miejscem była weranda. I znowu musiałam fotografować jedzenie, stojące na fotelu. Rodzina myślała, że zamierzam jeść na klęczkach z fotela :-/

Chłodnik na botwince z rzodkiewką


2009-06-26
Dawno nie jadałam chłodnika, a tu takie gorąco… Pogoda chyba nas wykończy – burze przeplatają się z falami dusznego upału, niczym w tropikach. Więc coby choć trochę rozproszyć smutek tych tropików, postanowiłam zrobić chłodnik.
Najpierw musiałam zdobyć botwinkę. Wysłani zwiadowcy w osobach potomków stwierdzili, że „na mieście” nie ma dobrej botwinki, są tylko wiechcie botwinkopodobne. Wobec tego trzeba było cichcem zakosić Babci Myszce parę buraczków z liśćmi (z duszą na ramieniu, bo za gęste i za duże to one jeszcze nie są i babcia na pewno się skapnie…). Koperek też miałam od Babci, ale już legalnie zdobyty. Inne składniki były dostępne normalnie w sklepie, pozostawał tylko jeszcze wybór „nośnika smaku”.
No właśnie, co? Różne przepisy zalecają różne bazy: jogurt, kefir, śmietanę, maślankę, kwaśne mleko, a nawet serwatkę. Myślę, że najpyszniejszy jest z kwaśnego mleka (pamiętam to mleko u Babci, dawało się kroić w kawałki), ale nie chciałam ryzykować z kupnym. Sama maślanka wydawała mi się za rzadka, więc wzmocniłam ją kefirem i kwaśną śmietaną, żeby nie było już takie straszne jałowisko. Jogurt jest za mało kwaśny i jakiś taki niepolski i nielitewski… A ja przecież chciałam „chołodziec litewski milcząc żwawo jeść”, a nie jakiś tam tarator.
Składniki:
½ litra maślanki,
½ litra kefiru,
kubek śmietany (12% lub 18%, gęstej),
pęczek botwinki (uwaga, dziewczynki: botwinka jest dopóty, dopóki buraczki nie są większe niż jajka perkoza dwuczubego - nie, no sorry, żartowałam – niż małe kurze jajka, a listki są zielone i jędrne; potem to już są buraki i już się łodyżek i listków nie gotuje),
3-4 rzodkiewki (uwaga, mocno zaostrzają smak!),
3 ogórki,
3 ząbki czosnku,
2 łyżki posiekanego koperku,
po 1 jajku na „osoboporcję”,
opcjonalnie parę plastrów dobrej szynki (ja dałam),
łyżeczka masła,
sól, pieprz, cukier, maga,
ocet winny (jak ktoś chce, to sok z cytryny, ale to już nie to).

Botwinkę przebrać i dobrze umyć (uwaga na „obślimaczone” liście, to trzeba wyrzucić, bo po tych francowatych ślimakach–mutantach liść się nie domyje!) Pokroić tak: buraczki w cienkie plasterki, półplasterki lub ćwierćplasterki (zależy od wielkości buraczka, moje były malutkie, więc poszły w talarki). Łodyżki pokroić w półcentymetrowe kawałki. Listki w paski szerokości centymetra.
W rondelku lub na wyższej patelni roztopić masełko (w żadnym przepisie nie było o tym mowy, ale masełko niesłychanie podkreśla smak duszonych warzyw, więc nie mogłam się oprzeć), wrzucić plasterki i łodyżki, cyrknąć trochę wody, zakropić paroma kroplami octu (musowo, bo straci kolor) i dusić ze 3 minuty. Następnie wrzucić listki, posolić, pomagować trochę, dokwasić octem, popieprzyć i posłodzić (tak z płaską łyżeczkę, ta botwinka powinna być wyrazista w smaku, taka słodko – kwaśno – słona). Dodusić do prawie całkowitej miękkości, potem przyjemnie w tym chłodniku „coś rozgryźć”. Nie powinno być w niej prawie wcale wody, bo zbytnio rozrzedzi nam zupkę.
Odstawić botwinkę do wystygnięcia.
W tym czasie obrać ogórki, ewentualnie usunąć im pestki, jeśli są zbyt duże i zetrzeć na grubej tarce. Nasolić, odstawić, potem odcisnąć. Rzodkiewki zetrzeć też na grubej tarce, czosnek przecisnąć przez wyciskarkę. Kefir, maślankę i śmietanę połączyć w dużej misce. Dodać botwinkę i pozostałe warzywa. Dosolić, ew. dopieprzyć, dokoperkować i doczosnkować.
Teraz zupka musi postać w lodówce minimum 2 godziny, żeby smaki się połączyły (czyli „przegryzły). W tym czasie gotujemy sobie jajeczka, kroimy na paseczki szynkę i udajemy się na zasłużony odpoczynek. Po drzemce czas na oczekiwane ochłodzenie: do miseczek nałożyć szynki, zalać chłodnikiem i na wierzch pokroić jajko. Myśmy to jedli z bułeczką. Rewelacja!