Pokazywanie postów oznaczonych etykietą z ziemniaków. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą z ziemniaków. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 13 października 2024

Elżbietańskie gumisie

 

Powróciwszy z krainy skamieniałych wędlin, zielonych brei zwanych smukałcem (smukavc), gryczanych pap z przeraźliwie kwaśną kapustą (ajdovi žganci) oraz juh (zup) z kiszonej rzepy - rozkoszuję się polską kuchnią. Gwoli sprawiedliwości dodam, że jadłam także przepyszne słoweńskie potrawy, jak słynne idrijski žlikrofi czy štrukli, nie mówiąc już o poticy czy gibanicy, ale jednak to polskie smaki mam zinternalizowane dośmiertnie 🙆.
 
Jako że mogę spać do upadłego (emerytura, niedziela, tiaaa...) wstałam koło szóstej. Wieś jeszcze spała, a mnie towarzystwa dotrzymywał ulubiony kucharz pan Rączka, który z sympatyczną zakonnicą gotował kotleciki ziemniaczane o bezbłędnej nazwie "Elżbietańskie gumisie". Takiego smaka mi narobili, dokonując entuzjastycznej degustacji na wizji, że ziemniaki przygotowane do dzisiejszego obiadu MUSIAŁY zostać przemienione w te gumisie.
Myślę, że nazwa pochodzi od gumiastego ciasta, takiego jak na kluski śląskie, i ciągnącego się nadzienia. W oryginale jest serek topiony, ale ja dałam zwykły żółty (bo taki miałam) i resztkę smażonych maślaków z wczoraj. Kotleciki (krokieciki?) wyszły pyszne, trochę inne, niż znane wszystkim placki z gotowanych ziemniaków. Różnicę robi chyba ta mąka ziemniaczana, zamiast zwykłej (proporcja 1 do 4, jak w gumiklyjzach*) i tylko 1 jajko. Smażyłam na oleju z masłem.
 
gumiklyjzy - to inaczej kluski śląskie, nazwa pochodzi z gwary Górnego Śląska. Przepis na przepyszne gumiklyjzy tutaj - klik!
 
Siostra Noemi i Rączka podali gumisie z sosem cebulowym na rumienionej cebulce, ale już by nam chyba wątroby wysiadły, więc kleksik "śmietonki" wystarczył 😋.
 
P.S.
Zobaczcie, jak wszelka źwierzyna lgnie do babki-karmicielki. Niestety, w samochodzie nie mieliśmy świeżej trawy ani siana, a bidne owce na przełęczy Vršič (1611 m n.p.m), które wyjadły już tam każde ździebełko, liczyły chyba, że zabiorą się z nami na bujne łąki naszej farmy.

 

sobota, 2 grudnia 2023

Watruszki ziemniaczane

 

Watruszki jako drożdżowe rosyjskie i ukraińskie bułeczki z nadzieniem na wierzchu obijały mi się nieraz o oczy na kulinarnych stronach. 
Według Wikipedii (tak, Marzynia korzysta i z tej krynicy wiedzy, nie tylko z zapisków Babci Broni😉) typowa watruszka prezentuje się tak:
Wygląda na to, żem już nieświadomie je popełniła w 2010 roku, o, patrzajcie:
Ale gdy penetrowałam czeluści Internetu w poszukiwaniu kolejnych pomysłów, jak wykorzystać "wczorańsze" ziemniaki, natknęłam się na watruszki ziemniaczane. Na stronie bloga "Smakiem na pokuszenie" (nawiasem mówiąc, naprawdę świetny ten wpis pani Agnieszki) były watruszki z grzybami na wierzchu, lecz na gotowanie suszonych nie miałam już czasu, dałam więc ser. Zresztą myślę, że można na watruszkę wsadzić co się chce. Chociaż... jednak to rosyjskie bułeczki, to może nie ryzykować z tym woluntaryzmem. Wśród moich blogowych przyjaciół są tacy, co potrafią upiec ciasto z realistycznym portretem KAŻDEGO (no zobaczcie ten bajerek, klik!) i można by się było zainspirować. Wizja watruszek z portretem wiadomo kogo jest kusząca, ale nie chciałabym dostać w trakcie konsumpcji esemesa z komunikatem: "Nu ładno, pożeraj, pożeraj, my już cię namierzyliśmy!" 😉 
Składniki:
- ugotowane ziemniaki pure,
- jedno lub dwa jajka,
- łyżka mąki,
- ulubione przyprawy. 
Wykonanie:
Masę ziemniaczaną połączyć z jajkiem i mąką, doprawić. Uformować coś na kształt bułeczek, zrobić np. denkiem od kieliszka wgłębienia na wierzchu i zapiec w piekarniku na rumiano. Przed końcem pieczenia włożyć w dziurki ser i dopiec do jego rozpuszczenia. 
Do tego mieliśmy gulasz. Domownicy, lekko już od kartofli ochwaceni (no był urodzaj w tym roku), nawet się nie domyślili, że są to te odębiałe z wczoraj😆.
P.S. Myślę, że przeraźliwy siwy kolor tej serwety wystarczająco nawiązuje do ich rosyjskiej proweniencji 😂

 

wtorek, 3 października 2023

Dziadówka

 

Zupa o tak wdzięcznej nazwie musiała się pojawić na naszym stole, kiedy małżonek poprosił o ziemniaczankę. Taka dziadowska to ona wcale nie jest (w kaszubskim tradycyjnym przepisie danie wzbogaca smażony boczek) - gdyby jej miłośnicy zobaczyli babciny "pyncok na syrwotce" to zrozumieliby, co to były pogórzańskie bieda-zupy...
Niemniej jest bardzo smaczna, lekko kwaskowata, sycąca i prosta do wykonania.
Nie miałam akurat dobrego boczku, ale wygrzebałam z czeluści lodówki leżący tam od wiosny, skamieniały kawałek słoweńskiej buli (to jest masakrycznie słona, długo wędzona na zimno i potem długo suszona karkówka). Za pomocą cyrkularki (mąż próbował siekierą, ale odskakiwało😂) pocięłam to na wiórki, które posłużyły za smak do bulionu warzywnego.
No i nie oparłam się skwareczkom, które zawsze mam na podorędziu, bo idę z rodu, któren się smalcu nie wyprzysięgał.
 
SKŁADNIKI:
4 duże ziemniaki,
duża cebula,
1,5 litra bulionu warzywnego (u mnie marchew, pietruszka, seler i łodygi lubczykowe),
przyprawy: liście laurowe i ziele angielskie, majeranek, tymianek, trochę kminku, pieprz,
0,5 litra maślanki,
kopiata łyżka mąki żytniej (pszenna też pewnie może być, a jakże),
4 ząbki czosnku,
zielenina do posypania,
smalec lub masło w ilościach pożądanych w zupie.
WYKONANIE:
Obrane ziemniaki osuszyć i pokroić w kostkę. Cebulę zeszklić na smalcu (lub maśle) w garnku, w którym będzie się gotowała zupa, a potem wsypać do niej ziemniaki, posolić, i razem lekko podsmażyć (zawsze tak się u nas robiło w kartoflankach). Zalać bulionem i ugotować do miękkości. Można - jako i ja zrobiłam - dodać pokrojone warzywa z bulionu. Mąkę rozbełtać w niewielkiej ilości maślanki, połączyć z resztą i wlać do zupy. Wcisnąć czosnek, dodać przyprawy (bobek i ziele idą do gotowania wywaru jarzynowego). "Na wydaniu" posypać np. natką pietruszki i przyozdobić chrupiącymi skwarkami albo przysmażonym boczkiem.
Drugiego dania już nie trzeba😊
 
 

wtorek, 22 sierpnia 2023

Letnia zapiekanka z kapusty czyli jak podejść wnuczkę :-)

 

Czasami trzeba trochę  pokombinować, aby przemycić warzywnemu niejadkowi nieco zdrowia (w postaci młodej kapusty z babcinowej grządki). Ponieważ dzieci (dorośli zresztą też, co było słychać w aprobującym pomrukiwaniu H&C, gdy danie wjechało na stół) jedzą oczami, więc wysiliłam się na podrasowanie anturażu. Wyszło z lekka koślawo, ale kolorowo, no i kapusta była zamaskowana młodymi ziemniaczkami (pracowicie całe lato "trzepanymi" ręcznie ze stonki), słodkimi pomidorkami z mojej szklarni oraz zawsze mile widzianym w zapiekankach serem 😋
Należy poddusić posiekaną kapustę, wymieszać ją z mięsem mielonym (np. z nogi kurczaka), doprawić zezłoconą cebulką, czosnkiem i ulubionymi przyprawami i wyłożyć massę na okrawki surowych ziemniaków. Ładne plasterki wykorzystamy do zrobienia dekoracji wierzchu, wcisnąwszy je w mięsno-kapuściany farsz. Smarujemy wystające kawałki kartofli roztopionym masłem i zapiekamy w 180 stopniach ok. 45 minut. 
Następnie ostrożnie (coby nam potrawa nie wylądowała w zlewie) odlewamy nagromadzony sok (u mnie warzywa puściły go zbyt dużo) i w pola między ziemniakami układamy kawałki żółtego sera i grube plastry pomidorków. I już finalnie zapiekamy na rumiano.
Do tego ulubiona surówka i zaręczam, że nikt się nie zorientuje, co jest głównym "wypełniaczem"😃  

 


sobota, 12 listopada 2022

Racuchy ziemniaczane

Nie wiem, jak to się stało, że NIGDY nie robiłam takich racuchów. Takich - czyli z ciasta ziemniaczanego, jak na kopytka. Są naprawdę pyszne, chrupiące z zewnątrz, a puszyste i miękkie w środku. Dodatek drożdży powoduje, że rosną (jak na drożdżach :-D), a ciasto można doprawić pewnie na dziesiątki sposobów. Ja do moich dodałam zioła, które wciąż -  a niektóre od nowa - rosną na moich grządkach: rzeżuchę, koperek, natkę pietruszki i selera (naciowego nomen omen). Wykorzystałam trzydniowe (!) ziemniaki, omaszczone przesmażoną cebulką, które pozostały od obiadu. Wcale nie trzeba było ich przepuszczać przez praskę, tylko wzięłam takie, po prostu ubite tłuczkiem, nieco je tylko zmiękczywszy "obróbką cieplną", bo były całkiem zdębiałe (wg nomenklatury Babci Broni).
SKŁADNIKI:
ugotowane, posolone ziemniaki (moich było tak ze 40 dag),
1 jajko,
kawałek świeżych drożdży (wielkości jaja perkozka zwyczajnego 😆) - panie na różnych blogach piszą, że suszone także mogą być,
kilka łyżek mąki - tyle, aby powstało ciasto konsystencji gęstego budyniu,
odrobina cukru,
ulubione dodatki, pieprz i ew. sól,
olej do smażenia.
WYKONANIE:
W ziemniakach zrobić dołeczek, wkruszyć tam drożdże. Ja im dałam lekkiego kopa (bo wydawały mi się trochę niewyględne**) w postaci potrzepania odrobiną cukru, aby ruszyły. Kiedy upewnimy się, że drożdże jednak żyją (bo zaczną się "topić") mieszamy z masą ziemniaczaną, wbijamy jajko i dodajemy mąkę i zioła, zarabiając po prostu łyżką. Następnie odstawimy w ciepłe miejsce, by ciasto podrosło. 
Po jakichś 20 minutach stwierdziłam, że podpasione drożdże tak pracowały, aż łyżka zniknęła w puszystej massie. Pomna na przestrogi Okrasy (któren zawsze ostrzega przed dodawaniem zbyt dużej ilości mąki, bo placki będą twarde) smarowałam ręce olejem (bo sakrucko się lepiło) i formowałam racuszki, kładąc na rozgrzany olej. Rosły jeszcze na patelni. Do tego sos czosnkowy i obiad za grosze dla 2 osób gotowy!
Ogień pod patelnią nie powinien być zbyt duży, aby placki mogły dojść w środku.

 **
- słowo podłapane od Hajduczka😗

 

sobota, 15 stycznia 2022

Žlikrofi - słoweńskie pierożki z ziemniakami

 

Te pierożki to według nas największy kulinarny przebój gminy Idrija, w której teraz mieszka Martik. Podaje się je na wszystkie uroczystości, więc już kilkakrotnie zajadaliśmy się tym przysmakiem. Muszę przyznać, że te wykonane przez młodą gospodynię z Polski WŁASNORĘCZNIE (co bezsprzecznie udowadnia powyższe zdjęcie) były równie pyszne, jak zamawiane u jakieś sławnej na cały kraj mistrzyni z Idrii. Gwoli sprawiedliwości dodam, że nasze ruskie też robią tam furorę (aczkolwiek ser trzeba przywozić z Polski), a jedna z dziewcząt nauczyła się je robić - czyli za Polaka już wyjść może💑!
Proces wytwarzanie jest trudniejszy niż "naszych" pierogów - wymiary prawilnego žlikrofa są dokładnie określone: 3 cm długości i 2 cm wysokości (wysokość mierzy się na środku), więc trzeba się nieźle nadłubać, aby zdać egzamin na Słowenkę😂. Jak widać - opłaciło się naszej córce od małego gotować z Umiłowaną Przywódczynią, chociaż jednak cieszę się, że nie wyszła za Chińczyka (wykon pierożków baozi to było dopiero wyzwanie! - patrz tu). 
Najczęściej serwuje się danie jako dodatek do gulaszu, co oznacza, że do 5 godzin klejenia tych maleństw jeszcze trzeba dodać ze 3 godziny na część mięsną - ale z gulaszem baranim, jak na poniższym zdjęciu, to poezja!
 
Zdjęcie pochodzi ze strony  https://slovenia.si/this-is-slovenia/idrijski-zlikrofi/ 
gdzie dobrze zobrazowano także technikę wykonania. Martik nie zdążył zrobić zdjęcia talerza przy rodzinnym stole, bo biesiadnicy byli głodni i chyba nie zrozumieliby tego, co nasi mężowie pojęli już wiele lat temu ("Jeszcze nie! Jeszcze nie jedz! ZDJĘCIE NA BLOGA!!!). 
SKŁADNIKI (na 150 sztuk):
30 dag mąki pszennej,
2 jajka (Mama Marija mówi, że jedno jajko wystarczy na tę porcję mąki),
chluścik oleju,
letniej wody tyle, by wyrobić miękkie ciasto*.
*jeśli korzystamy z mechanicznej wałkownicy, to lepsze jest bardziej twarde ciasto.
Na nadzienie:
pół kilo ugotowanych ziemniaków,
skwareczki z mielonej słoniny,
2-3 łyżki zrumienionej cebulki,
pieprz, sól, ew. majeranek lub świeży szczypiorek.
WYKONANIE:
Zarobić miękkie, elastyczne ciasto. Przykryć je ciepłą miską i pozostawić, by z pół godziny odpoczęło, w czasie, gdy my będziemy mieszać farsz. Cienko rozwałkowane ciasto pokroić na pasy i układać na nim kuleczki nadzienia wielkości wiśni. W wyrób tych kulek należy wrobić jakiegoś nieszczęsnego Teodora - Słowenkom łatwiej, bo tam do przygotowania žlikrofi obligatoryjnie zasiadają ze trzy pokolenia (te 150 sztuk to wciągają ojciec ze stryjcem na raz**). Następnie płat ciasta składa się (roluje, zawijając brzeg pod spód) i dociska małymi palcami pomiędzy kulkami nadzienia, tworząc w ten sposób tzw. "uszy". Po odcięciu i zalepieniu każdego pierożka w górnej jego części robi się małe wgłębienie, nadając mu  charakterystyczny kształt kapelusza (jak to Martik nazwał fachowo: kowadełka). 
Gotować w osolonym wrzątku do miękkości ciasta, omaścić masłem lub stopionym smalcem (tym od skwarków).
Na Youtubie jest uroczy film o historii idryjskich žlikrofi - klik! 
Ma się rozumieć dom Martika i jej teściowie tak nie wyglądają, ale w okolicy wciąż jeszcze są baardzo stare domy. A i podobnego dziadeczka z kosą widziałam w drodze na Hudournik (a babunia zbierała siano do niesionego na plecach wielkiego kosza, plecionego z łyka - są tam w górach takie zbyry, że na nic cała cywilizacja 💖).
Więc jeśli nie wybieracie się do przepięknej Słowenii - zróbcie ją sobie chociaż na talerzu :-)
** Martusia zgłosiła dementi: na chłopa wystarczy CZTERDZIEŚCI 😆
*** I zauważcie - dziadziu ma do obiadu WINO! tam ZAWSZE  jest wino do wszystkiego - gdyby ktoś chciał to nawet do śniadania. I nikt nie jest posądzany o alkoholizm (chociaż to Słowianie!), i nikt nie ma  z tym problemu. Po prostu - kultura spożywania jest inna.  Wino jest szanowanym Darem Bożym, danym ku RADOŚCI człowieka, a nie po to, by zapijać smutki. Tam się pije, gdy ludzie się cieszą: czasem wolnym, wykonaną pracą, darami natury, dobrym posiłkiem, przebywaniem z kochanymi osobami... Mam nadzieję, że i w Polsce kiedyś tak będzie💓
 

sobota, 27 czerwca 2020

Młode ziemniaki zapiekane z sosem serowym, pieczarkami, chrupiącą szynką i trybulą

No pyszka po prostu 😋
Nazwaliśmy sobie tę potrawę "Zapiekanka króla Jana" - oczywiście Sobieskiego, bo to jemu przypisuje się sprowadzenie ziemniaków do Polski. Pewien udział w gotowaniu miał też Jasiek, więc tym bardziej nazwa pasuje. Ponieważ nie są to moje własne ziemniaczki (i nie wiem, czy w ogóle będę je miała - jeszcze jedna nawałnica i całkiem spłyną z naszych zbyrów w paryję), musiałam je jakoś "uszlachetnić". Były po prostu mało ziemniaczane w smaku i nie nadawały się na jedynego króla (Jana) stołu 😕 . Jednak to połączenie smaków jest świetne, potrawa nie jest tłusta, a bardzo sycąca, zaś trybula stawia kropkę nad i.
SKŁADNIKI:
młode ziemniaki mniej więcej jednakowej wielkości (mnie weszło 14, w sam raz dla 3 osób),
malutkie pieczarki - około 30 dkg,
10 dkg dojrzewającej szynki (np. brandenburskiej),
30 dkg "ciągliwego na ciepło" sera,
2-4 łyżki mąki pszennej,
1-2 szklanki mleka (zależy, ile chcemy mieć sosu),
2 cebule,
4-5 ząbków czosnku,
masło klarowane do smażenia (3 łyżki+2 łyżki),
ulubione przyprawy (warto dać rozmaryn),
zielenina do przybrania, najlepiej trybula leśna.
WYKONANIE:
Ziemniaczki cienko obrać (jeśli ktoś chce i może - oskrobać). Wrzucić do osolonego wrzątku w kolejności od największego (jeden z moich był wyraźnie większy niż pozostałe, gotowałam go najpierw samotnie z 5 minut). Gdy będą niemal miękkie -  odcedzić. Nawet gdy ugotują się na miękko, to mają jeszcze tak mało skrobi, że nie powinny nam się rozpaść w zapiekance. W tzw. międzyczasie podsmażyć (najlepiej w rondeleczku) na 3 łyżkach klarowanego masła inne składniki w takiej kolejności:
1) małe pieczarki w całości lub połówkach (nie zapomnieć je posolić),
2) wyjąć pieczarki łyżką z dziurami i na to samo masło (no chyba, że nam się zjarało😐) wrzucić cebulę w piórach, podsmażyć, wyjąć,
3) na koniec - zapewniam, że masełko wyglądało i pachniało zupełnie dobrze, co prawda było to sklarowane zarąbiste swojskie masło od Wolanki, tzn. od krowy pani Wolańskiej - partiami usmażyć kawałeczki szynki. Część szynki normalnie, a część drobniutko pokrojoną - na chrupiące quasi-skwarki. 
Zrobić sos beszamelowy (2 łyżki masła, 2 łyżki mąki, szklanka ziemnego mleka). Doprawić - ale uwaga! mało soli (słony jest ser, pieczarki już solone, a szynka dojrzewająca jest sakrucko słona), wcisnąć czosnek, domieszać ser i trybulę. 
Do naczynia żaroodpornego wlać sos serowy. Ułożyć ziemniaczki. Posypać pieczarkami, wcisnąć w sos większe kawałki szynki. Zapiekać w 180 stopniach, aż ser i pieczarki się ładnie zrumienią. Przed podaniem posypać kawałeczkami szynki, nałożyć czapeczki z cebuli, przybrać zieleniną. Podawać z surówką - my jedliśmy z surówką z pomidorów z octem balsamicznym, ale bez bazylii - żeby nie zagłuszyć tej trybuli. Kto nie ma dostępu do leśnej, aromatycznej trybuli - może z powodzeniem wykorzystać tę uprawną :-)


środa, 13 maja 2020

Kluski śląskie według przepisu mistrzyń!

Jeśli nie jestem pewna jakiegoś tradycyjnego przepisu, zawsze sprawdzam recepturę u Danusi albo/i u Ninki.
To naprawdę Mistrzynie kuchni przez duże M. Tym razem obydwie panie były zgodne co do przepisu na najlepsze kluski śląskie, jakie jadłam. Lepsze nawet - wybacz Rodzicielko! - niż mojej Mamy (Babcia Bronia nie robiła klusek śląskich, więc nie musi plwać mi z nieba na głowę, że nie ona dzierży palmę pierwszeństwa).
Aż wstyd się przyznać, ale nie robiłam takich kluseczek nigdy sama - zawsze ze starszymi, a moja rola ograniczała się do kulania i wyciskania. Dlatego nie byłam pewna, ile jajek się daje. 
Daje się tylko jedno na kilogram ziemniaków (obranych albo nie, zależy kiedy się wam przypomni, żeby zważyć - proponuję  od razu ugotować 2 kilogramy). 
SKŁADNIKI:
1 kg ziemniaków (moje są takie lekkopółśrednie, ale Danusia zaleca mączyste),
1 duże jajo,
mąka ziemniaczana (niestety, nie ważyłam jej, Ninka pisze: "ile zabierze"),
1 łyżka stopionego masła do ciasta oraz duuużo masełeczka do polania,
sól do ugotowania ziemniaków (2 łyżeczki),
sól do osolenia wody na kluski.
WYKONANIE: 
Ziemniaki ugotować w osolonej wodzie. Dobrze odparować i jeszcze w miarę ciepłe przecisnąć przez praskę (lub zmielić w maszynce. Puryści językowi mogą je zemleć). Do garnka włożyć masę ziemniaczaną, wyrównać, podzielić na cztery (koment Martika: "Mamo, dlaczego PRZEŻEGNAŁAŚ ziemniaki?!"), wyjąć tę 1/4 na resztę i w to miejsce wsypać do równa mąki ziemniaczanej. Przemieszać wszystko, dodać rozbełtane jajko i stopione masełko (Ninka daje łyżkę oleju, Danusia wrabia miękkie masło), zarobić na gładko, ewentualnie dosypując mąki. Wszystkie te czynności wykonujemy w tym garnku, nie trzeba paprać stolnicy ani blatu. 
W tzw. międzyczasie gotujemy w dużym garze wodę, solimy lekko. Dziecko - pomoc kuchenna cały czas toczy nam kuleczki, a my patrzamy, aby były równiutkie. Dołeczek robi się środkowym stawem zgiętego palca, zwłaszcza, jeśli mamy długie paznokcie. Wielkość mniej więcej śliwki węgierki. Można natoczyć na zapas, nie wolnieją jak kopytka. Wrzucamy tyle, aby miały szanse swobodnie wypłynąć - gdy już wypłyną, wystarczy chwila gotowania i są dobre.
Najlepiej najpierw ugotować porcję degustacyjną - dowiemy się, czy nie są za mało słone i jak szybko będą dobre. A, i nie gotuje się ani na zbyt dużym ogniu (czyli nie "kłębem"), ani nie w takiej ledwo "mrugającej" wodzie.  Stadium iwonickiej Bełkotki będzie w sam raz 😉
Przepyszne solo z palonym masełkiem, rewelacja jako dodatek do gulaszu. Mają idealny balans między miękkością a pożądaną w nich gumowatością. Nie zawierają glutenu, więc Martik opychał się bezkarnie. 
Na stronie Grażynki (klik!) znalazłam limeryk o daniu dla zakochanych w maju - myślę, że te kluseczki mogą zawalczyć o serce polskiego faceta z homarami 😘
 

sobota, 9 grudnia 2017

Piróg biłgorajski (łysy!)


No rzeczywiście - wart tych peanów, które wypiali na swojej stronie biłgorajczycy (biłgorajanie?? H&C mi tu zdradziecko podpowiada: "biłgojaranie", ale nie chciałabym nikogo obrazić, a zwłaszcza Harveya Keitela, bo przyjedzie i zrobi nam wszystkim jesień średniowiecza).  Jest bardzo smaczny, pachnący kaszą gryczaną i skwareczkami, leciutko kwaskowaty od sera, no i bardzo syty. Wykonanie jest banalnie proste, chociaż trochę czasu trzeba sobie zarezerwować. 
A dlaczego łysy? Bo bez "opakowania" w postaci cienkiej skórki z drożdżowego ciasta.
SKŁADNIKI:
Piróg składa się z ziemniaków gotowanych, ugotowanej na sypko kaszy gryczanej (u nas się mówiło: tatarczanej) i sera białego. Myślę, że nie ma kanonicznych proporcji, ja też robiłam na oko, wydedukowawszy na podstawie kilku przepisów, że ziemniaków ma być mniej więcej dwa razy tyle, co sera i kaszy. No a słoninki to już ile kto tam chce, ja dużo chciałam :-) 
Na kilogram ziemniaków dałam torebkę (400 g) kaszy gryczanej prażonej, taką mniej więcej półkilową bołdkę sera (tłuuusssty, od Cioci), trzy jajka, kilka łyżek skwareczków z wędzonej słoninki. Śmietany już nie, bo i tak się zlepiło galanto, a bałam się, że jak jeszcze dam ciotczyną śmietanę (jakieś 50% tłuszczu, double cream to pikuś), to stołownikom wysiądą wątroby. No i oczywiście sól i pieprz. W oryginale jest jeszcze suszona mięta, alem wtedy nie miała (można było wybebeszyć z jedną saszetkę z Herbapolu, co ją ma mężuś na trawienie, ale to chyba nie to).
WYKONANIE:
Ziemniaki ugotować normalnie, jak do obiadu, i normalnie je wykłócić (kto by się tam mordował z praską czy maszynką). Kaszę ugotować na sypko - ja zawsze wszystkie kasze gotuję tym sposobem. Ser rozgnieść; jeśli jest tłusty, to się powinien sam umasować w rękach, jeśli zaś ktoś chciałby z chudym (ale po co?!), to myślę sobie, że można go wtedy ze śmietanką urobić, byłby bardziej plastyczny. Połączyć wszystkie składniki, dodać skwarki, dobrze doprawić solą i pieprzem, wbić jajka i jeszcze raz wyrobić. Formę wysmarować (tym smalczykiem, co został po wysmażaniu słoninki) i dokładnie wyrównując wypełnić farszem. Lepiło się jak klej Konrada, więc trzeba zmoczyć łapki, by wyrównać wierzch. 
Ja piekłam godzinę w 180 st., bez pokrywy, w szklanym obłym naczyniu, bo chciałam, żeby miał kształt bochenkowaty. Na ciepło najlepszy jest podsmażony na masełeczku na rumiano, ale mnie jeszcze bardziej smakował na zimno, krojony po prostu w kromki jak jak chleb.

niedziela, 21 maja 2017

Bramborowa sałatka z chwastami


Tę sałatkę postanowiłam nazwać jakoś inaczej niż zwykła "sałatka ziemniaczana" (opcja "Kartoffelsalat" odpadła w przedbiegach) i padło na brambory, bo język czeski dostarcza nam wiele radości...:-). Taka zwykła ziemniaczanka to to nie jest, bo - jak widać na załączonym obrazku - jednym z głównych składników są dziko rosnące rośliny z łąki i lasu, z których kilka to po prostu chwasty.  Mieszkanie na wsi jest cudowne pod tym względem: wychodzisz o rzut beretem i masz pełno oryginalnych dodatków do sałatki, i jeszcze możesz się snobować na blogu, jaka to jesteś fit, eko, wege, hyge (?), paleo (??) i w ogóle. 
Rustici mordaces zadbają jednak, żeby się nam w głowie nie przewróciło ("Świniom do kłócaniny niesiesz?" - bom niesła w koszu, no po co baba łazi po lesie i polu z koszykiem w kwietniu?!). I słusznie, bo te chwaściki to taki bajerek dla miastowych, lepsza byłaby rzodkiewka i szczypior na wierzchu, ale H&C zjadła i chwaliła (tylko Dorunia wywaliła pokrzywę, no i potem się dowiedziałam, że krwawnik drapał w gardle :-D).
SKŁADNIKI PODSTAWOWE:
ugotowane młode ziemniaki - tak z 5 -6 sztuk,
1-2 młode cebulki,
4 kiszone ogórki,
po 1 jajku na osobę,
liście sałaty "na podściółkę",
sól, pieprz,
SOS:
jogurt naturalny,
majonez - kilka łyżek,
łyżeczka lub dwie ulubionej musztardy,
sól, pieprz, cukier, sok z cytryny,
kilka łyżek jakiegoś dobrego oleju (oliwa wg mnie nie, ma nie ten smak, ja dałam tłoczony na zimno rzepakowy)
DZIKA ZIELENINA w mojej sałatce:
rzeżucha łąkowa - o, to jest super; urwane listki dałam do środka sałatki, bo jest ostra i świetnie rzazuje te bramborki, a wiechetek jej kwiatuszków wetknęłam na środku, żeby było piekniusio,
babka jajowata - spoko, smak łagodny,
pokrzywa - nie urywa, żelazista i twardawa,
mniszek lekarski - lubię, jest gorzki i chrupie,
krwawnik - też gorzkawy, ale łechcze,
szczawik zajęczy - kwaśny, cytrynowy, no i ładny z tymi czerwonymi łodyżkami i koniczynowatym pokrojem,
zwykły szczaw - to każdy wie, jak smakuje :-),
Większość tych roślin to zioła; kto się tam cyka, że zaszkodzi, niech sprawdzi, czy wolno mu jeść. Nam nic nie było. Aha, i degustacja odbyła się 30 kwietnia - obawiam się, że wiele z tych roślin jest już "za stara" do celów kulinarnych :-(