Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nieco egzotyki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nieco egzotyki. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 21 sierpnia 2025

Buraczkowa sałatka po turecku


 Wreszcie doczekałam chwili, kiedy moje sponiewierane deszczami buraczki osiągnęły dopuszczalną do konsumpcji wielkość jaj perkoza dwuczubego😂
 Mogłam więc wypróbować przepis, znaleziony u Hajduczka (klik!) na turecką przystawkę z jogurtem. Przepis jest banalnie prosty, jedyna trudność to upieczenie buraczków (bo z pieczonych lepsza, ale i z gotowanych pyszna). Jeśli w piekarniku pieczemy coś, co nie jest np. waniliowym sufletem, to można położyć obok buraki i upieką się "przy okazji".
Hajduczek podaje takie proporcje:
2 średnie buraczki ugotowane lub upieczone, 
ząbek czosnku,
szklanka gęstego jogurtu, 
pieprz, sól, opcjonalnie – kilka kropel soku z cytryny, jeśli jogurt jest mało kwaśny,
oraz podanie na stół ze szklaneczką raki (tureckiej anyżówki).

Ponieważ sałatkę spożywali sami dorośli, więc dodałam dużo czosnku i jeszcze kumin na jogurt. Niestety, nawet nie pytałam w naszym wiejskim geesie o anyżówkę, coby mnie sklepowa śmiechem nie zabiła. 
A przystawka jest WYBORNA!
Poniżej, ku pochwale Zuzianki, zamieszczam zdjęcie jej obiadu dla Rodzinki (Jessu, że też ja się nie załapałam, ale niestety mieszkamy kawałek od siebie😩). To jest pierś z kaczki z pieczonymi brokułami i sosem wiśniowym. No ba!


wtorek, 30 stycznia 2024

Smażone empanadas i łosoś Jaśka

 

Nawet na naszej wsi, gdzie wrony zawracają, są czasami imprezy, na których podaje się nie tylko kiszkę, proziaki ze smalcem i studzieninę😂 Nie znaczy to, że na swojskie jadło nie ma już amatorów, ale i my czasami chcemy zakrzyknąć: "Ole!", sięgając na przykład po emapanadas. A sięgnąć warto - są pyszne.
Co prawda na podstawie zdjęcia powyżej ktoś może pomyśleć, że Marzynia jednak nadziała te meksykańskie pierożki kaszanką, ale jest to po prostu czarna fasola z kurczakiem, duszoną cebulką i czosnkiem.
Te empanadas są smażone w głębokim oleju. Farsz to tylko rzecz upodobań, następnym razem zrobię pewnie jarski. Ciasto jest bardzo dobre, chrupiące z wierzchu, ale bezpieczne dla uzębienia i przyjemnie pulchne pod warstwą spieczonej skórki. Podajemy z ulubionymi zimnymi sosami, żeby sobie biesiadnicy nurzali w nich przekąski😋
SKŁADNIKI CIASTA:
500 g mąki pszennej,
1 żółtko,
2 łyżki masła,
mleka ile zabierze (czyli tyle, by powstało ciasto jak na pierogi),
½ łyżeczki soli.
 
Zarobić, schłodzić w lodówce, rozwałkować na jakieś 3 milimetry, nadziewać, zlepiać, smażyć. Łatwizna😉
A dobrze usmażyć łososia, aby był soczysty a nie surowy w środku, to już nie jest tak łatwo. I tu popisał się Jasiek (młodsza odnoga Hurmy i Czeredy), który - idąc w ślady Umiłowanej Przywódczyni - gotuje dla kochanych osób. No spójrzcie sami!


niedziela, 26 lutego 2023

Sałatka uzbecka z ozorkiem

 Zostałam obdarowana przez Martika ozorem cielęcym. Jeśli ktoś nie jadł nigdy rarytasu, jakim jest ozorek, ten nie wie, jak smaczne, delikatne i czyściutkie jest to mięso. W tym samym czasie Ciocia dała mi sprawionego (niech będą Jej dzięki!) kogutka, więc wiadomo, że wylądował w rosole - razem z ozorkiem i kupą warzyw. Akuracik tyle samo się gotowały do miękkości (ok. 2 godziny, bo kurak to nie była piana ze sklepu, lecz Czupurek, który od lata szalał po całym naszym dziole). Większość jęzora została pokrojona do rosołu, ale najładniejszą część postanowiłam wykorzystać do sałatki, która za mną "chodziła" od wielu lat.

Przepis  pochodzi z nieistniejącej już strony państwa Grumków i nazywa się "sałatka uzbecka". Potwory i Spółka (akurat połowa była u mnie "w gościach") natychmiast przemianowali ją na sałatkę UBECKĄ, ale pod groźbą, że nawet jej nie powąchają gdy będą szydzić, w czas zamilkli.
 
Autorzy podali oryginalną nazwę: Til va sabzavotli salat, więc oczywiście sprawdziłam w sieci, czy aby na pewno to z Uzbekistanu. I zgadza się, chociaż przepis pani Maliki (o tu, klik!) nieco różni się od poniższego. Ale tak czy siak - to jest pyszne! Smaki się świetnie uzupełniają i ta marchewka (która - dopóki nie skosztowałam - budziła moje zdziwienie) świetnie pasuje do reszty składników. Co ciekawe - nie ma w sałatce żadnych przypraw z tego regionu świata, a mimo to jest inna niż wszystkie. 
Pytanie tylko, ile razy normalny człowiek ma dostęp do cielęcego jęzorka... No chyba, że jest taszczą (słoweń.: teściową) właściciela eko-farmy z krowami...
 
Podaję przepis za Grumkami (moje zmiany na zielono):
 SKŁADNIKI: 
300 g ugotowanych i pokrojonych na kawałki ozorków, 
2 ugotowane buraczki pokrojone na kawałki (dałam swoje marynowane i dobrze, bo są lekko kwaśne), 
4 jajka, 
1 cebula pokrojona w plasterki (zamacerowana wcześniej w soli, cukrze i soku z cytryny, przelana wrzątkiem i odciśnięta),
2 ugotowane marchewki, 
łyżka oleju (łyżka majonezu), 
2 łyżki majonezu i kwaśnej śmietany (gęstego jogurtu), 
2 roztarte ząbki czosnku, 
sól do smaku (i pieprz), 
koperek (pietruszka) i rzodkiewka do ozdoby.
SPOSÓB WYKONANIA:
Rozgnieść marchewki z czosnkiem, solą i łyżką oleju (majonezu). Odstawić na 10 minut. Na talerzu wyłożyć cebulę, buraki, jajka, ozorki i marchewkę. Posolić. Pośrodku (obok) położyć sos majonezowy. Udekorować jajkami. Bezpośrednio przed podaniem wymieszać wszystkie składniki.
 

I tak oto Marzynia przeniosła rodzinkę do Taszkientu.
 

 

sobota, 15 września 2018

Bibimbap

Ostatnio "jarają" (mówiąc językiem H&C) mnie potrawy o niezwykłych nazwach. No więc jeżeli w necie wpadło mi w oczy coś, co się nazywa BIBIMBAP - to musiało zostać wykonane i pożarte. Zakupiłam nawet w tym celu (metodą klikania ma się rozumieć, w naszym Żeleźnioku chłopy wykupiły :-D) koreańską pastę o niemniej frapującej nazwie go-chuj-ang czy jakoś tak. Zaraz sprawdzę... tak! GOCHUJANG. 
Potrawa jest pyszna, wcale nie trudna do zrobienia i daje niezłego kopa. Jeśli Kim Dzong Un ma ją w menu, to nie ma co liczyć, że szybko zejdzie... Przepisów w Sieci jest kilka, ja inspirowałam się tym, polecam, bo wszystko tam dokładnie opisano. Niestety, nie posiadałam wymienionego w przepisie "jednego czarnego chińskiego grzyba" (?! to chyba ten jakisik uszak bzowy?), alem miała takoż czarne grzyby mun. Hurmie i Czeredzie (poszerzonej nawet o niejakiego P., któren jest inżynierem w PeGieE, więc jest światowcem na naszej wiosce) było wsio rawno. Zamiast karkówki czy wołowiny dałam cieniutko krojony schab, zamarynowany w sosie sojowym i tej gochujandze. No i uwaga! miałam olej sezamowy, NO BA! I nawet kolendrę dałam, uprzednio ją wyszmalcowawszy dla połysku (Okrasa tak robi), choć nie wiem, czy aby na pewno konweniuje.
Wszystkim smakowało, a nizijer zrobił nawet zdjęcia :-)
P.S. Po sesji foto okazało się, że krojony omlet, którym bibimbap powinien być posypany, został na patelni. Ale uprzejmy pan nizijerek sfotografował mi go solo.
CaUski dla wszystkich - Umiłowana Przywódczyni Marzynia

czwartek, 14 czerwca 2018

Baozi - chińskie pierożki na parze

Mójezu! w co to się człowiek nie właduje, żeby się choć trochę popisać... No i udało się, chociaż dopiero obejrzane zdjęcia ujawniły niedostatki anturażu. Nie wystarczą plasterki chili i  wyszmalcowany dla połysku szczypiorek - olej sezamowy, którym skropiłam baozi wygląda jak krwawy pot, który niebacznie skapnął gospodyni ze zroszonego czoła, a na talerzu z "Wawela" to raczej pierogi z gryczaną powinny spoczywać...
Ale co tam, grunt, że było pysznie! Choć nieortodoksyjnie.
Te pampuchy są bardzo miękkie, puszyste, a w "łagodnym" cieście znajdujemy niespodziankę - orientalne, lekko chrupiące nadzienie o zdecydowanym, pikantnym smaku. Troszkie certolenia jest z tym dankiem, dlatego warto wykorzystać owoce żywota swego w charakterze pomocników :-D
SKŁADNIKI:
na ciasto: 
- 40 dkg mąki luksusowej,
- szklanka ciepłej wody,
- 1-2 dkg świeżych drożdży (dałam "na oko", mniej więcej tyle, co na łyżce stołowej),
- 2 łyżeczki cukru,

- 1 łyżeczka soli,
- 2 łyżki oleju rzepakowego.

na nadzienie:
- kawałki kurczaka (może być usmażona pierś, albo jak u mnie to, co obrałam z rosołowego kadłuba i zręcznie podrasowałam przyprawą "5 smaków" Kamisa),
- marchewka pokrojona w zapałkę,
- takoż skrojony por,
- i takoż imbir (no ten może w takie przedwojenne zapałeczki podzielone na czworo; BB mówiła, że przed wojną się dało je podzielić. I jeszcze węgiel był we wiosce :-DD),
-  2 - 3 ząbki czosnku,
- 2 cebulki dymki razem z cybuchami,
- chili w płatkach wg uznania,
- sos sojowy do smaku,
- ocet winny jw. (wiem, wiem, powinien być ryżowy, ale wujkowego konia z rzędem temu w naszej wiosce, kto się kapnie!),
- i cukier, do smaku a jakże!
WYKONANIE:
Zrobić zaczyn drożdżowy z wody, cukru i drożdży, a potem wyrobić go z resztą składników, aż przestanie się lepić do rąk. W zasadzie prawie przestanie, no chyba że chce nam się myć robota kuchennego, który odwali za nas tę robotę lub możemy wykorzystać w/w pomagierów. Odstawić w ciepłe miejsce do wyrośnięcia (około godziny). 
W tym czasie przygotować "faszer":
Na patelni mocno rozgrzać olej. Tak, to kanonicznie powinien być wok, ale - zważywszy na ceny dobrych woków - raczej nie kupię go sobie w najbliższej pięciolatce. Sąsiad z Budzisza ma poniemiecki hełm, bo tam stał długo front, ale nie chce oddać, bo od czterdziestego czwartego karmi w nim kury. Na olej wrzucić  marchewkę, podsmażyć, potem imbir i posiekany czosnek, kurczaka, chili, cebulkę, a na końcu na chwileczkę pora (szybko mięknie). Przyprawić wyraziście, bo inaczej smak zginie w nieco "bezpciowej" okrywie.
Wyrośnięte ciasto jeszcze trochę wyrobić, podzielić na 16 części (na 16 wychodzą równe kawałki - metodą: na 2, na 2, na 2 i na 2). Poza tym nie mam tego szpeja bambusowego do gotowania na parze (hmmm... przetak wujanki?) i korzystam z przydasia zastępczego ( o tu klik), a to jest dość małe. Każdą kulkę wywałkować na placuszek, lekko sklepać (scieńczyć) mu brzegi, szczodrze nadziać i zawinąć brzegi do góry, mocno ugniatając "na falbankę" (miała powstać jakoby chryzantemka, wyszły raczej takie czubki, ale nic to). Pierożki od spodu wysmarować olejem, coby nie przylgnęły do sitka (najpierw próbowałam posmarować sitko, ale olej zaraz  wylądował w wodzie). Parować pod przykryciem na dużym ogniu około 15 minut.
A polewka z oleju sezamowego rzeczywiście pasuje.

środa, 29 lipca 2015

Joojeh kebab (perski kebab z kurczaka) czyli Lewantyńczyk spolegliwy


Wiem, wiem, Persja to już nie Lewant, ale uczepił mi się w trakcie gotowania ten wierszyk z Henrego Kuttnera (na marginesie polecam, świetny pisarz). Chciałam zrobić jakąś kulinarną odskocznię od boszczyków i małosolnych, więc padło na kebab. Dodatkowym asumptem jest fakt, że Jurand czasami „robi w kebabie” – niesamowite: w naszym maleńkim miasteczku są aż dwa lokale z kebabami (a pierogarni żadnej, ot, znak czasu…). 
Z czystym sumieniem mogę polecić ten przysmak kuchni irańskiej, oddając głos autorce przepisu, pani Aleksandrze: „Marynowany w aromatycznych przyprawach i jogurcie jest mięsem delikatnym i rozpływającym się w ustach. Aby dopełnić pełnego obrazu irańskiego obiadu polecam podać kebab z ryżem z szafranem i ziemniakami”. Mnie niestety, nie chciało się przygotowywać ryżu tak, jak nauczyła panią Alę jej znajoma Iranka (obejrzycie i przeczytajcie, warto!), alem się wysadziła na basmati i to była słuszna słuszność. 
Co i jak robić jest napisane na blogu „Przepisy Aleksandry i jej Mamy” krok po kroku. 
Moja zmiana to zwykła cebula zamiast czerwonej (akurat nie miałam na podorędziu), więcej czosnku, no i nieco inny aranż potrawy. Dekor walnął mi zaprzyjaźniony malarz – fowista, daje po oczach, nie?

wtorek, 10 lutego 2015

Chrupki z ciecierzycy

Buszując w zbożu... eee... wróć!: buszując na blogu u Kubeczka natknęłam się na coś, co Bożenka nazwała "grzankami z ciecierzycy". Z tych rzeczy to ja tylko grzaniec, ale mam w domu takiego smużdża, co się odchudza, a potem chodzi i smędzi, bo wszystko co dobre jest tuczące. A tu jeszcze Hurma i Czereda sadystycznie na jego oczach obżera się czipsami i batonami, zapijając kolą. 
A że mam mientkie serce, a i staram się jakoś podchlibić i ulżyć w niedoli diety, więc żem się porwała na te chrupeczki. 
Jezusie Nazaryński królu żydoski!!! (cytat z klasyka, wiadomo kogo). 
Jakbym wiedziała, ile to roboty, to sama bym się nie brała za to. Na szczęście namanił się Martik, któren chciał wysępić doładowanie przez internet, więc go zaprzęgłam do łuskania. Sarkała, że przebieranie grochu i soczewicy (cieciorki??) z popiołu było lepsze, ale obierała. Bo każde ziarenko ugotowanej ciecierzycy trzeba obrać ze skórki ha!
Jakieś inne kobitki z blogów twierdzą, że nie trza, ale ja tam wierzę Kubeczkowi. 
Jeżeli nie macie w domu Kopciuszka, to nie przygotowujcie jak ja z całej torebki. No chyba, że odsiadujecie dożywocie za zamordowanie męża, który domagał się tych PRZEPYSZNYCH chrupeczek codziennie :-D
Co i jak trzeba zrobić, już tam Bożenka opisała dokładnie (klik!). Ja nie mroziłam ugotowanej, tylko po odcedzeniu zalałam lodowatą wodą i skórka nawet fajnie schodziła z ziarenek. I dodałam jakiejś indyjskiej przyprawy (masala coś tam), połączonej z suszonym czosnkiem i słodką papryką dla koloru.
Ta przekąska jest świetna. Naprawdę chrupie galanto i można przygotować kilka wersji smakowych. No i odpadają wyrzuty sumienia podczas podjadania przy kompie :-D

środa, 3 grudnia 2014

Kurczak pakora

Kiedy dostajemy już letkiego ochwatu od "swojskiego jadła" można zaszpanować przed rodzinką czymś zalatującym dalekim, bliskim albo chociaż lekkopółśrednim Wschodem. Znakomicie do tego nadają się przyprawy, które w przypływie kulinarnego markopolizmu zakupiliśmy w internetowych sklepach. A jeśli jeszcze skusiliśmy się na mąkę z ciecierzycy, to już my są w turbanie. 
SKŁADNIKI:
Szklanka mąki z ciecierzycy,
2 piersi z kurczaka,
mieszanka przypraw pakora masala - ilość wg uznania, ja dodałam dość dużo, bo chciałam, żeby woniało...,
woda i białko z jajka do ciasta (z białkiem lepiej się trzyma),
sos sojowy, skórka z limonki, tłuczone nasiona kolendry, czosnek i ostra papryczka do zamarynowania mięsa,
olej do smażenia.
WYKONANIE:
Piersi pociąć w niezbyt grube paski i zamarynować chociaż na godzinę w ulubionej marynacie. Mąkę wymieszać z przyprawami (w mojej była już sól, w tym jakasik INDYJSKA), wodą i białkiem, aby powstało dość gęste ciasto. Trzeba sobie to wyregulować tak, aby nie spływało z kawałków mięska. Obtytłane w massie (kolor przed smażeniem jest ohydny, nie wpuszczajcie na tym etapie Czeredy do kuchni) kąski smażymy w głębokim oleju, niezbyt rozgrzanym, bo szybko się pali. Aha, i strasznie się czepia dna, boków i siebie nawzajem :-)
Odsączyć na ręczniczku, podawać z jakimś konweniującym sosem (ja dawałam z ajvarem, bo mam go dużo). 
Ta "trowka" na talerzu to dekor :-D
Szkoda, że spożywanie dużej ilości indyjskich przypraw nie powoduje wyrastania (odpinanych) ośmiu rąk, jak u bogini Kali; przydałyby się w okresie przedświątecznym...

niedziela, 9 listopada 2014

Charczo - gruzińska zupa z wołowiną



W mojej kuchni z galicyjskiej prowincji goszczą czasami nowinki, albowiem H&C domaga się, w przerwach między wymiataniem mich z boszczem i knydlami, jakiejś egzotyki.
 Dlatego lustrując sklepowe lady wyniuchałam i zakupiłam piękną wołową karkówkę, w cenie niepowodującej stawania potrawy gorzką pigułką w gardle. Bo przypomniała mi się zupa o wdzięcznej i swojskiej nazwie „CHARCZO” (możecie sobie wyobrazić komenty Hurmy i Czeredy, gdy zapodałam, co gotuję). 
Jest pyszna, a smak tej potrawy najlepiej oddają słowa Faceta z Nożem, z którego bloga pochodzi przepis (nieco przerobiony przeze mnie, ma się rozumieć i niestety nie umywający się do Mistrza...): 
Charczo (ხარჩო) to w zasadzie zupa. W zasadzie, bo najlepsze, które jadłem, było do tego stopnia zagęszczone orzechami, że konsystencją przypominało potrawkę. To porządna porcja wołowiny dopieszczonej przyprawami i podkręconej orzechowym umami. Przygotowanie sporo trwa, ale charczo pozostawia po sobie dużo ciepła, sytości i w ogóle szczęścia (...). Potrawy można rozrysować na kontinuum między czasem przygotowania a ilością pracy, gdzie t=1/W :) Innymi słowy, albo coś się robi szybko, ale pracując przy tym intensywnie i bez przerwy, albo przygotowanie trwa długo, ale niewiele wymaga zaangażowania. Charczo to zdecydowanie drugi przypadek.  
SKŁADNIKI: 
0,7 kg karkówki wołowej, 
2 duże cebule, 
łyżka mąki, 
mały słoiczek ostrego ajvaru (powinna być adżyka, ale mam swój ajwar w wersji soft i hard, więc wykorzystałam), 
kubek (ok. 150 g) zmielonych orzechów włoskich, 
porcja włoszczyzny (2-3 marchewki, 1-2 pietruszki, kawałek selera, kawałek pora, mała cebulka, dwa liście laurowe i 4-5 kuleczek ziela angielskiego), 
słoik pulpy pomidorowej, 
pęczek naci kolendry (u mnie pietruszka i w mniejszej ilości), 
2 łyżeczki przyprawy chmeli suneli (jest na Allegro), 
torebka ugotowanej soczewicy, 
2-3 ząbki czosnku, 
2 łyżeczki słodkiej papryki, 
łyżka masła, 
2 łyżki oliwy, 
sól i pieprz do smaku.
WYKONANIE (znowu za Facetem, warto zajrzeć na jego bloga, bo i z jajem pisze, i świetnie gotuje):  
Mięso potnij w poprzek włókien w niezbyt małą kostkę, jak na gulasz. Na dno dużego gara wlej oliwę, a gdy się rozgrzeje, przesmaż na niej posiekany czosnek z adżiką (albo Twoim autorskim substytutem) i przyprawami. Wrzuć mięso - najlepiej partiami, żeby się podsmażyło. Gdy wrzucisz wszystko od razu, jest spore ryzyko, że temperatura w garze za bardzo spadnie i mięso, zamiast się zrumienić, zacznie się gotować we własnych sokach, z niewesołym, szarym skutkiem (u mnie był właśnie taki skutek, hie hie). 
Kiedy mięso się zarumieni, zalej je dwoma litrami wrzątku i dorzuć całą włoszczyznę. Zmniejsz ogień i gotuj pod przykryciem przez półtorej godziny. 
Masz teraz czas dla siebie, podczas gdy w garnku powstaje smakowity, lekko pikantny wywar. 
Teraz wyjmij cedzakiem włoszczyznę z bulionu. Poszatkuj cebule i przesmaż na maśle, aż się zeszklą. Wtedy dosyp mąkę, trochę soli i pieprzu, i pozwól się temu wszystkiemu nieco zrumienić, a przede wszystkim mące spęcznieć. Wrzuć na patelnię pomidory, posmaż chwilę, a pustą puszkę napełnij do połowy bulionem z gara, wypłucz nim i wlej wszystko do cebuli z pomidorami, żeby zdeglasować to, co przywarło do dna patelni. Nie chcemy tego stracić. 
Zawartość patelni dodaj teraz do bulionu z mięsem. Wsyp mielone orzechy i dobrze wszystko zamieszaj. Spróbuj, i jeśli trzeba, dosyp soli i pieprzu. Duś na małym ogniu, pod półprzykryciem, przez kolejną godzinę. Przez ten czas pozwolimy kolagenowi w mięsie zmienić się w żelatynę - w efekcie kawałki będą się pod naciskiem widelca rozkosznie rozpadać na miękkie włókna. 
Dosmakuj - sól? pieprz? chili? Dodaj, jeśli trzeba. Wsyp ugotowaną soczewicę (Facet dawał ryż, ale z tą soczewica jest jeszcze bardziej "egzotyczna"). Posiekaj natkę i wrzuć na sam koniec. 
Serwuj posypane ziołami, z kawałkiem pszennego pieczywa.
Odgłosy wydawane przez Watahę przy konsumpcji tej potrawy NA PEWNO nie były charczeniem. Raczej stękaniem z lubego obżarstwa :-D

wtorek, 16 września 2014

Tiropsomo - greckie bułeczki z serem feta

Ostatnio dopieszczałam moje stadko na słodko. Więc postanowiłam teraz dopieścić SIEBIE i upiekłam słone bułeczki "tiropsomo", którą to nazwę wataha skwitowała gromkim śmiechem (Matka piecze coś dla kierowców ciężarówek). Przestali się śmiać i potem była walka o to, kto komu wydrze kawałek bułeczki, co obserwowałam siedząc na wersalce jak Neron w loży Koloseum, oczywiście z bułą w każdej łapie i trzecią na podołku. Niech się cieszą, że popółtoraczniłam przepis (można było podwoić, a nawet potroić, co ino brakło syrka), bo zamiast 6 byłoby tylko 4 bułeczki.
Podaję proporcje na sześć ślimaczków, są dość duże, ale tak smaczne, że NA PEWNO każdy zje po dwa od razu. 
Jak wykonać opisuje pani Mamcia Wariatka z tego bloga. 
Warto dodać do fety suszonych pomidorów i czosnku, a ja jeszcze sypnęłam tego gruzińskiego hyzopu (chmeli suneli) i nieco sumaku, bom se kupiła i ręka mię świędzi :-D

Składniki:
450g mąki pszennej
180ml ciepłego mleka
1,5 łyżki cukru
6 łyżek oliwy
30g świeżych drożdży
1,5 płaskiej łyżeczki soli
300g sera feta
6 suszonych pomidorów
2  ząbki czosnku
ulubione przyprawy pasujące do fety


poniedziałek, 14 lipca 2014

Tabbouleh z kaszą - na swojską nutę :-)



Dzisiaj było ciepło. Nawet bardzo. Taplając się w rozpalonym, azbestowym zaduchu (no niestety, zanim zamieszkam w naszej drewnianej wójtówce, to jeszcze trza się pomordować w bloku, będącym szczytowym osiągnięciem stanu wojennego) pomyślałam, że zjadłby coś chłodnego… niebanalnego… może z tchnieniem Orientu? 
I zmajstrowałam sałatkę tabbouleh, którą robiłam już parę razy, ale nigdy nie z kaszą jęczmienną. Swojska nuta wzięła się z kategorycznej odmowy H&C pójścia do sklepu po kuskus (oni nie lubią tej sałatki), więc wzięłam to, co było pod ręką. Bo kaszę perłówkę mam zawsze. 
To tabule wg mnie jest jeszcze lepsze niż z pszenną kaszką, spróbujcie sami. 
SKŁADNIKI (orientacyjnie, bo każdy sam sobie reguluje, ile czego): 
szklanka kaszy perłowej (średniej), 
2 duże pomidory, 
4 ogórki gruntowe, 
średnia czerwona cebula, 
3 ząbki czosnku, 
pół pęczka pietruszki, 
pół pęczka mięty, 
sok z cytryny, 
oliwa, 
pieprz, sól. 
WYKONANIE: kaszę ugotować na bardzo sypko (ja robiłam tak, jak tu, tylko zamiast masła nieco oliwy, no i zalewałam osoloną wodą). Ogórki wydrążyć z pestek (niestety, mają w nich za dużo wody), takoż pomidory i skroić je w kostkę. Cebulkę i natki drobniutko posiekać. 
I tu dygresja: w ortodoksyjnych receptach jest dużo więcej natki, ale już to obadałam: jej duża ilość powoduje, że potrawa jest dla mnie zbyt gorzka. Nie wyobrażam sobie, jak można jeść praktycznie samą natkę, jak widać po niektórych zdjęciach na blogach. 
Czosnek przecisnąć. Kaszę wymieszać z warzywami, skropić oliwą i cytryną wg uznania, dopieprzyć i ewentualnie dosolić. Smak ma być kwaśny i taki rześki, dzięki ogórkowi, mięcie i cytrynie. Ja lubię sobie jeszcze dołożyć oliwki albo kapary, coby dodać rzazu.
P.S. A potem przyszła burza i się ochłodziło. Ale nie wątpię, że tropiki jeszcze nam dadzą w kość :-D