Już dawno za mną chodził ten przepis. Baaardzo lubię wątróbkę i słabo rozumiem, jak ktoś może jej nie lubić (przepraszam wszystkich, którzy mają wątróbkową traumę z dzieciństwa...).
Ale kto w dzieciństwie należał do bandy pod wezwaniem: „Hurma i Czereda”, to go rodzice
nauczyli, co jest zjadliwe, a co nie (notabene: a co nie jest zjadliwe?!).
Te placuszki smakują pysznie, robią
się w try-miga i jeszcze wyglądają.
I jeszcze mają
żelazo czy cóś, co tam wątróbka posiada.
I są bardzo ekonomiczne: z 30 dkg
wątróbki drobiowej było 10 placków, przy czym do nakarmienia średnio głodnego
człowieka wystarczy 4 placki. Znaczy się: można nakarmić: siebie, syna, zięcia
i jeszcze dla dochodzącego miłego wystarcza na tzw. gośćca.
Więc nie wahajcie się, róbcie, to
jest pyszne!
W przepisie, który był moją inspiracją pani Ewa podała tę przekąskę z sosem czosnkowym i pomidorami. I to
był strzał w dziesiątkę! Nie wiem dlaczego, ale rzeczywiście: najlepsiejsze są
z czosnkiem, sosem jogurtowo-majonezowym, pomidorem i koperkiem.
SKŁADNIKI (u mnie tylko na 10
placków, więc od razu radzę podwoić porcję):
30 dkg wątróbki drobiowej,
½ cebuli,
1 jajko,
łyżka śmietany 18%,
sól, pieprz i Delikat Knorra do
smaku,
dwie szczypty czosnku suszonego,
po szczypcie lubczyku i suszonego
koperku,
mąki semoliny (lub zwykłej pszennej, to
chyba nie ma znaczenia, tę semolinę tylko dlatego upchałam, że mi zbywa, chociaż
własności higroskopijne semolina ma większe, niż zwykła mąka),
olej do smażenia,
sos czosnkowy wg ulubionego przepisu,
radzę wymieszać jogurt grecki z majonezem,
plastry pomidora.
WYKONANIE:
Surową wątróbkę oczyścić z żyłek i
tych farfocli, co się ciągną w postaci takich błonek.
I tu dygresja: jeżeli robimy dla większej
ilości osób i mamy duży blender czy Malakser, to może rzeczywiście trzeba rozważyć
opcję mielenia w maszynce czy miksowania na większą skalę; ja miałam w perspektywie
głównie „obadanie” tego przepisu, więc wzięłam tylko mój kultowy blenderek
stojący i wszystko mi się zmieściło.
Pokroić mięsko w kawałki wielkości
znaczka pocztowego (myślę, że Treskilling Yellow będzie w sam raz podchodzący,
jakieś 2,5 miliona dolców i można miareczkować), wrzucić połowę do blendera. Dla
ręcznie krojących nie cykać się, tylko drobno polecieć i wrzucić do miseczki, myślę, że i tak się usmażą i może nawet będą smaczniejsze.
Dla
maszynistów i tak moje wskazówki się nie przydadzą, wiedzą, co mają robić.
Dodać drobno pokrojone pół cebuli,
posolić, popierzyć, cyknąć Delikata. Wkroić resztę wątróbki, dodać przyprawy. Wbić
jajko.
I w gaz: zmiksować do stadium połączenia
składników, ale nie totalnego muta dla niemowląt i bezzębnych, tylko żeby było
widać, że to nie jest z buraka, tylko z wątróbki.
Następnie dodawać mąkę (semolinę)
po łyżce, uważając, aby konsystencja ciasta zrobiła się jak na placki
ziemniaczane – jako żywo, właśnie taką konsystencję ta paćka mieć powinna.
W międzyczasie zrobić sos
czosnkowy.
Na patelni rozgrzać olej. Placuszki
nakładają się bez żadnych problemów – ciasto przypomina czerwonawe ciasto na
placki ziemniaczane, jednak mniej się rozpływa na patelni. Placuszki smażą się
zwarte, nic się nie rozjeżdża na boki i nie łamie przy przekładaniu.
Smażymy na rumiano, odsączamy na
papierowym ręczniczku. Kiedy kapeczkię ostygną, nakładamy hojną łychę sosu i na
wierzch (koniecznie!) plaster pomidora. Posolić letko i ugarnirować koperkiem.
Rewelka! Można błysnąć, a przynajmniej
zadziwić Teściową.