Pokazywanie postów oznaczonych etykietą naleśniki i słone placki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą naleśniki i słone placki. Pokaż wszystkie posty

piątek, 13 lutego 2026

Meksykańska (??) zapiekanka naleśnikowa

 
Nie wiem, czy to danie można nazwać "meksykańskim". Może wsad i składniki na dekor, aczkolwiek H&C, obejrzawszy efekt finalny, stwierdziła, że "to krase jak ruska wyszywanka" (przy czym "krasy" u nas na wsi nie znaczy "piękny", lecz oczowyłupnie kolorowy😂).
Najważniejsze, że smakowało i było bardzo syte!
Naleśniki są z mąki kukurydzianej, która zalegała w czeluściach szafki i trzeba było ją jakoś przetworzyć. Szukając przepisu (jako żywo jeszcze nie robiłam z takiej mąki), wpadłam na bloga "Lekki brzusio". Było setki innych, ale "lekki brzusio" mnie urzekł nazwą, no i też chciałam mieć lekkość w żywocie.

SKŁADNIKI na ciasto:
- szklanka mąki kukurydzianej,
- 2 łyżki mąki ziemniaczanej,
- 3 małe jajka (bałam się, że się rozpadną bez glutenu),
- duża szczypta soli,
- mąki pół na pół z wodą, ile zabierze.
SKŁADNIKI na nadzienie:
- wołowe mięso mielone,
- cebula, czosnek,
- pulpa pomidorowa,
- rozgnieciona czerwona fasola,
- kukurydza z puszki,
- ulubiona przyprawa meksykańska,
- świeży tymianek,
- sól, pieprz.

WYKONANIE:
Zmiksować składniki ciasta, usmażyć naleśniki. Mnie wyszło 7, ale jeden został zjedzony na próbę.
Usmażyć mięso z cebulą, dodać pozostałe składniki tak, by powstał farsz. Placki ciasta przekładać nadzieniem. Jeśli ktoś nie zważa na ciężar brzusia może posypać tartym serem😃. Zapiekać pod przykryciem, aż zacznie pachnieć. Na wydawce polać sosem czosnkowym i dowolnie udekorować.

niedziela, 9 listopada 2025

Proziaki Babci Broni

 

Podkarpacie proziakami stoi. Cytując oficjalną listę Produktów regionalnych i tradycyjnych MRiRW: "Proziaki to potrawa spożywana przez mieszkańców podkarpacia od ponad 150 lat. Prosty przepis na proziaki jest przekazywany ustnie z pokolenia na pokolenie". I właśnie taki ustny przepis, wypróbowany setki razy przez BB, moją Mamę oraz przeze mnie osobiście, chciałam przekazać Martikowi (bo to dla niej jest ten wpis), ale i każdemu, kto chciałby sobie ten przysmak, tchnący tradycją, zrobić. 
Kiedy jesteśmy na jakimkolwiek poczęstunku, domowym czy oficjalnym, a rzecz dzieje się na Podkarpaciu, mamy niemal stuprocentową pewność, że pojawią się proziaki. Niestety, nie zawsze biesiadnicy są usatysfakcjonowani. Placki często są albo za twarde, albo przedobrzone prozą (sodium bicarbonate) albo usmażone, a nie pieczone na blasze. Można zrobić proziaki na tłuszczu (Teściowa robi pyszne), można piec na suchej patelni (są także bardzo smakowite), ale najlepsiejsze są wtedy, kiedy przyprawą bezcenną jest aromat drzewa, palonego pod starodawną, kuchenną blachą.
Na swojej farmie Martik ma kuchenkę opalaną drewnem (zwaną - nie wiedzieć czemu u Słowian - szperchertem), a już Marija (Teściowa) to ma całe drzewiane kombo😍. Składniki ma w domu każdy; wiem, że ekologiczna mąka, kwaśne mleko od Wolanki i jaja od chłopa to rzadkość, ale zapewniam, że na kupnych składnikach też wyjdą pyszne!
Tajemnicą pyszności tego wypieku u Babci Broni były trzy myki:
  • dokładne przereagowanie prozy w cieście dzięki dodaniu łyżeczki octu,
  • bardzo miękka struktura ciasta,
  • czas! czyli pozwolenie na "dojrzenie" ciasta w chłodnym miejscu.
SKŁADNIKI (podaję w wersji dla niemieszkających na podkarpackiej wsi):
- duży kubek kefiru 380 gram (w oryginale BB: kwaśnego mlika), 
- 2 duże jajka (lub 3 małe),
- łyżeczka cukru,
- płaska łyżeczka soli,
- 2 płaskie łyżeczki prozy,
- płaska (hie, hie...) łyżeczka zwykłego octu,
- mąki - i tu niestety działamy na czuja - czyli ile zabierze; tak, by powstało ciasto jak najmiększe z drożdżowych😕.
Wszystkie składniki mieszamy w kolejności: mokre, a potem mąka, aż do stadium nieskapywania z łyżki. Wiem, że to ciężko wytłumaczyć, czasami i ja mam zbyt rzadkie ciasto, więc wtedy potem wrabiam więcej mąki na stolnicy. Najlepiej zarobić sobie ciasto w misce rano, przykryć szczelnie talerzykiem lub folią (wysycha i robi się twarda skorupka) i ostawić do piwnicy (w sensie: lodówki) do wieczora.
Wieczorem bołdę ciasta należy wywalić na dobrze posypaną stolnicę. Lekko przerobić i rozwałkować na grubość pi razy oko centymetra. Rozhajcować pod kuchnią, kroić w kształty, jakie nam pasują (u mnie są bardzo nieforemne, bo miękkie ciasto nie daje się formować) i piec, odsuwając na brzeg, gdy za bardzo chyta. Na żeliwnej lub stalowej patelni tego problemu nie będzie - po prostu regulujemy moc gazu czy prądu. Trzeba spróbować pierwszego, żeby wiedzieć, czy już dopieczony w środku.
A potem to już tylko świeże masło, ser umiszany ze śmientanom, domowy dżem albo nic po prostu, i czysta radość ze współbiesiadnikami :-) 
Te proziaki są dobre i na drugi, i na trzeci dzień. Chrupiące z wierzchu, miękkie w środku, zastępują każde pieczywo. Gdyby ktoś miał ochotę na takie świeże z blachy (Maminek?!) to wbijajcie na bazę na Pstrągu!





wtorek, 11 marca 2025

Omlet przedwiosenny

 

Przedwiośnie jest moją ulubioną porą (przedporą?!) roku. Szwendając się po okolicy z koszykiem (zawsze z nim chodzę, ignorując komenty tubylców o głupocie wciąż nieznaturalizowanych miastowych, chodzących na grzyby w zimie😂) często coś sobie do tego koszyczka uszczknę. U nas na Podgórzu jeszcze mało jest jadalnej zieleniny, ale wypatrzyłam: nieliczne stokrotki, jakieś pojedyncze pierwiosnki u sąsiadki, ziarnopłon, malutki szczaw, jasnotę purpurową, rzeżuchę łąkową, krwawnik, bejbi szczawik zajęczy i - o dziwo! - całkiem niezłą pietruszkę naciową u cioci. Zanęciwszy się u Gosi Kalemby na omlet stokrotkowy (klik!), czyhałam głównie na te stokrotki, jednak ich listki były tak maleńkie, że dołożyłam wszystkie  zielska, które już wylazły. I jeszcze trochę sera żółtego, żeby Małżon nie narzekał, że straszne jałowisko😉.
Omlet jest typu biszkoptowego, bo takie smakują nam najbardziej. Na osoboporcję trzeba wziąć 2-3 jajka. Białka ubijam mikserem na pianę i potem dodaję żółtka, łyżeczkę śmietany, łyżkę mąki i szczyptę soli. Smażę na maśle z olejem. Kiedy spód jest rumiany, ale wierzch jeszcze "żywy", posypuję dodatkami i chwilkę dopiekam pod grillem w piekarniku (na środkowej półce). 
Jak widać - kwiatuszki nie były zapiekane, jeno wetknięte w gotowy omlet, coby oczarować MO** i skłonić go do wdzięcznościowych karesów💖.
** MO - Małżonek Osobisty.

niedziela, 13 października 2024

Elżbietańskie gumisie

 

Powróciwszy z krainy skamieniałych wędlin, zielonych brei zwanych smukałcem (smukavc), gryczanych pap z przeraźliwie kwaśną kapustą (ajdovi žganci) oraz juh (zup) z kiszonej rzepy - rozkoszuję się polską kuchnią. Gwoli sprawiedliwości dodam, że jadłam także przepyszne słoweńskie potrawy, jak słynne idrijski žlikrofi czy štrukli, nie mówiąc już o poticy czy gibanicy, ale jednak to polskie smaki mam zinternalizowane dośmiertnie 🙆.
 
Jako że mogę spać do upadłego (emerytura, niedziela, tiaaa...) wstałam koło szóstej. Wieś jeszcze spała, a mnie towarzystwa dotrzymywał ulubiony kucharz pan Rączka, który z sympatyczną zakonnicą gotował kotleciki ziemniaczane o bezbłędnej nazwie "Elżbietańskie gumisie". Takiego smaka mi narobili, dokonując entuzjastycznej degustacji na wizji, że ziemniaki przygotowane do dzisiejszego obiadu MUSIAŁY zostać przemienione w te gumisie.
Myślę, że nazwa pochodzi od gumiastego ciasta, takiego jak na kluski śląskie, i ciągnącego się nadzienia. W oryginale jest serek topiony, ale ja dałam zwykły żółty (bo taki miałam) i resztkę smażonych maślaków z wczoraj. Kotleciki (krokieciki?) wyszły pyszne, trochę inne, niż znane wszystkim placki z gotowanych ziemniaków. Różnicę robi chyba ta mąka ziemniaczana, zamiast zwykłej (proporcja 1 do 4, jak w gumiklyjzach*) i tylko 1 jajko. Smażyłam na oleju z masłem.
 
gumiklyjzy - to inaczej kluski śląskie, nazwa pochodzi z gwary Górnego Śląska. Przepis na przepyszne gumiklyjzy tutaj - klik!
 
Siostra Noemi i Rączka podali gumisie z sosem cebulowym na rumienionej cebulce, ale już by nam chyba wątroby wysiadły, więc kleksik "śmietonki" wystarczył 😋.
 
P.S.
Zobaczcie, jak wszelka źwierzyna lgnie do babki-karmicielki. Niestety, w samochodzie nie mieliśmy świeżej trawy ani siana, a bidne owce na przełęczy Vršič (1611 m n.p.m), które wyjadły już tam każde ździebełko, liczyły chyba, że zabiorą się z nami na bujne łąki naszej farmy.

 

środa, 10 lipca 2024

Hreczniaki i gniewaki

 


Hreczniaki to nic innego jak placki (kotleciki?) z kaszy gryczanej, czyli hreczki. A gniewaki to borowiki ceglastopore, czyli pogórzańskie podciecze (chociaż właśnie nazwa "gniewaki" jest fajniejsza - jak zdradził mi Maminek kulinarny: "to dlatego, że jak je kroisz, to sinieją ze złości:))".
Zasadniczo, to kaszę gryczaną w naszym regionie częściej zwano tatarką (Babcia Bronia), ale poza Małopolską i częścią Podkarpacia nazwa ta jest nieznana, niech więc będzie hreczka 😄.
Danie zagościło na naszym stole z powodu pojawienia się podcieczy (onych gniewaków, w ilości nieopłacalnej do uruchamiania suszarki do grzybów) oraz niewykorzystania do obiadu całej kaszy gryczanej. A jeśli jeszcze macie twaróg, to już mus zrobić!
Gniewaki są (na szczęście!) grzybami niedocenianymi, a przez ziomków z mojej wsi wręcz pogardzanymi. Nie mnie, przeflancowanej z miasta "przywłoce", mierzyć się z grzybiarzami, od stuleci penetrującymi pańskie wcześniej lasy i przewracającymi ściółkę na lewą stronę, by dorwać prawdziwka. 
Gdy wataha przeorze  las, do akcji wkracza Marzynia i bierze do koszyczka wzgardzone podciecze. Nie tylko są piękne, ale naprawdę smaczne (jak ktoś słusznie zauważył: bardziej grzybowe niż prawdziwki), nie trzeba się tylko zrażać tym, że sinieją po przekrojeniu oraz pamiętać o poddaniu ich obróbce cieplnej.
Mój sos został poddany 😁
 
Hreczniaki:
ugotowana kasza tatarczana (u mnie dodatkowo była omaszczona, bo została od obiadu),
rozkruszony widelcem ser biały (kto by tam mielił!) - ile mamy-tyle styknie, ale nie powinno być go objętościowo więcej, niż kaszy,
1-2 jajka,
wsad smakowy (świeże lub suszone zioła, podsmażona cebulka, czosnek, sól, pieprz - co kto lubi),
olej do smażenia.
Składniki wymieszać, formować placuchy, smażyć na średnim oleju na rumiano.
 
Sos:
No jak zrobić sos grzybowy, to już nikomu (chyba...) tłumaczyć nie trzeba. Można jednak pokrojone gniewaki (jak ja to zrobiłam) najpierw podlać na patelni szklanką wody, a gdy się zagotują, to tę ciemną wodę odlać. A potem już smażyć z dodatkiem cebulki jak pieczarki, zaciągnąć śmietanką z odrobiną mąki, doprawić i skąpać w nim hreczniaki😋
P.S. Chyba jednak przesadziłam ze "szmalcowaniem" dekoru - to Lolek Okrasa pokazywał raz, że aby listki użyte do dekoracji ładnie wyglądały, to trzeba je namaścić jakimś tłuszczem...

 

niedziela, 30 czerwca 2024

Torcik naleśnikowy z serkiem labneh

 

Kiedy mała Matyldzia gości u nas na wsi to naleśniki są żelaznym punktem programu na podwieczorek (no chyba, że są proziaki albo tzw. placuchy pieczone na blasze, ale rozpalanie pod kuchnią w 32. stopniowym upale to by było jednak samobójstwo). Czasami nawet Ona z dziadkiem nie są w stanie pochłonąć wszystkich, więc zostało mi od wczoraj 4 sztuki.No i przepyszny serek labneh, do zrobienia którego skłonił mnie wpis Pieseczka (o tutaj, klik! jest to dokładnie opisane). Ten serek to jakaś rewelacja, nie wiem, jak to możliwe, że nie robiłam go do tej pory. Jeśli zrobi się go bez soli czy cukru, to można stosować na każdy możliwy sposób, a odcedzanie przez całą noc robi go na tyle zwartym, że można kroić nawet w kromeczki na chleb.
Skomponowanie deseru do kawy to już tylko kwestia fantazji kulinarnej. Do mojego "torciku" z naleśników wykorzystałam ostatnich truskawkowych Mohikanów oraz resztkę polewy czekoladowej (wydartej Dziadziowi z ust, bo już chciał ją pożreć solo po wyjeździe wnuczki, należycie wysmarowanej czekoladą i serkiem w czasie frenetycznej konsumpcji 🙆).
 

sobota, 12 listopada 2022

Racuchy ziemniaczane

Nie wiem, jak to się stało, że NIGDY nie robiłam takich racuchów. Takich - czyli z ciasta ziemniaczanego, jak na kopytka. Są naprawdę pyszne, chrupiące z zewnątrz, a puszyste i miękkie w środku. Dodatek drożdży powoduje, że rosną (jak na drożdżach :-D), a ciasto można doprawić pewnie na dziesiątki sposobów. Ja do moich dodałam zioła, które wciąż -  a niektóre od nowa - rosną na moich grządkach: rzeżuchę, koperek, natkę pietruszki i selera (naciowego nomen omen). Wykorzystałam trzydniowe (!) ziemniaki, omaszczone przesmażoną cebulką, które pozostały od obiadu. Wcale nie trzeba było ich przepuszczać przez praskę, tylko wzięłam takie, po prostu ubite tłuczkiem, nieco je tylko zmiękczywszy "obróbką cieplną", bo były całkiem zdębiałe (wg nomenklatury Babci Broni).
SKŁADNIKI:
ugotowane, posolone ziemniaki (moich było tak ze 40 dag),
1 jajko,
kawałek świeżych drożdży (wielkości jaja perkozka zwyczajnego 😆) - panie na różnych blogach piszą, że suszone także mogą być,
kilka łyżek mąki - tyle, aby powstało ciasto konsystencji gęstego budyniu,
odrobina cukru,
ulubione dodatki, pieprz i ew. sól,
olej do smażenia.
WYKONANIE:
W ziemniakach zrobić dołeczek, wkruszyć tam drożdże. Ja im dałam lekkiego kopa (bo wydawały mi się trochę niewyględne**) w postaci potrzepania odrobiną cukru, aby ruszyły. Kiedy upewnimy się, że drożdże jednak żyją (bo zaczną się "topić") mieszamy z masą ziemniaczaną, wbijamy jajko i dodajemy mąkę i zioła, zarabiając po prostu łyżką. Następnie odstawimy w ciepłe miejsce, by ciasto podrosło. 
Po jakichś 20 minutach stwierdziłam, że podpasione drożdże tak pracowały, aż łyżka zniknęła w puszystej massie. Pomna na przestrogi Okrasy (któren zawsze ostrzega przed dodawaniem zbyt dużej ilości mąki, bo placki będą twarde) smarowałam ręce olejem (bo sakrucko się lepiło) i formowałam racuszki, kładąc na rozgrzany olej. Rosły jeszcze na patelni. Do tego sos czosnkowy i obiad za grosze dla 2 osób gotowy!
Ogień pod patelnią nie powinien być zbyt duży, aby placki mogły dojść w środku.

 **
- słowo podłapane od Hajduczka😗

 

środa, 24 listopada 2021

Gryczane bliny ze śledziem - coś przepysznego!

 

Właściwie to potrawa powinna się nazywać: "gryczane racuchy ze śledziem", bo wyszły dość grube i chyba ZA puszyste, ale mam nadzieję, że chociaż smak jest blinowy. No i rozpiera mnie duma, że ze wszystkich składników dania tylko śledzie są sklepowe - bioekoorganik introdukowanego chłopstwa małorolnego rządzi na Smykówkach!
SKŁADNIKI:
Ok. 15 dag mąki gryczanej (to ważne: powinna być bio - można kupić, ewentualnie upalić i zmielić w enerdowskim młynku do kawy organiczną kaszę gryczaną od eko-rolniczki z sąsiedniej wsi),
15 dag mąki pszennej (można białej z razową),
2 jajka,
jakieś 2 dag drożdży (albo ciut więcej, ile się tam na oko ukrzy z kostki),
szklanka ciepłego mleka (od Wolanki, a właściwie jej krówki😉), 
płaska łyżeczka soli,
łyżeczka cukru,
klarowane masło (też od Wolanki) do smażenia
DODATKI:
kwaśna śmietana wiadomo skąd (albo ze sklepu, byle sztywna bez skrobi i gumy guar),
sznyteczki śledziowe (albo łosoś, łohoho),
czerwona cebulka,
zieleninka (u mnie wciąż na grządce są zielone pietruszka naciowa i rzeżucha!).
WYKONANIE:
Drożdże rozrobić z cukrem i częścią mleka, wlać na przesiane z solą mąki, przysypać lekko i odstawić w ciepłe miejsce. Gdy zaczyn ruszy wbić jajka i energicznie mieszając łyżką (nie chciało mi się jakoś specjalnie wyrabiać i jak widać - z dobrym skutkiem) dolewać mleka tyle, aby powstało ciasto, jak na racuchy. Powinno wyrastać z pół godziny, aż podwoi objętość. Po powtórnym zamieszaniu znacznie opadło i ciągnęło się jak klej Konrada, ale wkładane łyżką do patelni-dołkownicy formują się (rosnąc w oczach) w kształt równiutkiego placuszka. 
Przybranie to już tylko chwila, chociaż kapiącemu śliną jak Alien na widok Ripley mężowi wydawała się wiecznością 😆
Z tej porcji wychodzi 14 blinów. Dla faceta trzeba 4, ja zadowoliłam się trzema. Odgrzewają się rewelacyjnie na parze, chociaż pan poprosił jeszcze o wychrupczenie (momencik na suchej nawet dołkownicy, ale jeszcze kapeczkę masełka nie zawadzi :-)
Koniecznie do powtórzenia!


 

środa, 7 lutego 2018

Krokiety z maślakami i kapustą

W tym przepisie kluczowe jest słowo: MAŚLAK (tak, pana Maślaka też pozdrawiamy). Czereda rozumie dlaczego, ponieważ za każdym razem Matka proponuje im, aby wzięli do  domków swych bodej z jedną bryłę zamrożonych w lecie maślaków i coś z nimi zrobili. Jurand mieszka na drugim, Zuzka i Chrzesny też na drugim, a Martik aż na szóstym piętrze bloku, więc mogliby chociaż miotać nimi w wyjców z dzielni. Ale nie. Tylko gdy przemycam je w pizzy, to im smakują, no fakt, są troszkie śliziowate w sosach...
I po co ja te tony tych grzybków zebrałam? a wiedziałam, że nie zejdą, ale człowiek to taka świnia grześkowiakowa jest, że nie przepuści (Martik mi w lecie uświadomił, że ocieram się już o nosacza, o tego klik!). Jeszcze kiedy leżały u Cioci w zamrażarce (swojej na razie nie mam), to łudziłam się, że będzie zapas w razie wojny światów, ale wyparły je bojlery, które niestety dożyły (w dobrostanie, a jakże!) swoich dni, a ciocia je hurtowo oprawia i mrozi. Bojlera można zobaczyć np. tu albo w zamrażarkach u nas na wsi:-D.
Więc za każdym razem, gdy z zamrażalnika w lodówce wypada mi na duży palec u nogi kolejna porcja grzybów, to myślę, CO BY TU Z NIMI ZROBIĆ.
I obadałam, że maślak w kapuście jest dobry.
I już się nie wykręcą od odciążenia matki, bo krokiety wszyscy lubią i umieją robić też.
Jak zrobić ciasto naleśnikowe tom opisała tu.
A jak farsz kapuściany to tu i tu.
Jak obrobić mrożone grzyby to opisane jest także przez Umiłowaną Przywódczynię (klik!), która medal "Tytan Pracy i Intelektu" dostała już dwieście postów wcześniej. 
No i teraz może sobie wstawiać takie pościki - lajciki, tylko pyk! pyk! link! link! i gotowe.
P.S. A krokiety są pyszne ma się rozumieć :-)

wtorek, 29 kwietnia 2014

Fuczki



Czas świątecznego i poświątecznego obżarstwa minął, a trza jakosik dociorać  do pierwszego. Wydrenowany budżet rodzinny każe zapomnieć o kawiorze i foie gras (tym bardziej, że jachty znowu poszły w górę). Dlatego sięgnęłam do przepastnych zasobów bieda-kuchni Podkarpacia i ugotowałam fuczki, czyli placki z kapustą kiszoną. 
Danie wydaje się dziwne, ale to jest naprawdę dobre, oryginalne w smaku, no i bardzo tanie. Warto je zrobić dla samej przyjemności zabicia domowej Hurmie i Czeredzie klina hasełkiem: Dzisiaj na obiad FUCZKI! 
SKŁADNIKI: 
ugotowana kapusta kiszona (zrobiłam dokładnie tak jak tu, tylko bez zasmażki i grzybków), 
ciasto naleśnikowe na słono, pi razy oko objętościowo równe kapuście, 
olej do smażenia. 
WYKONANIE: 
Kapuchę odcisnąć, wymieszać z ciastem, mocno doprawić pieprzem. Łyżką nakładać placuszki i smażyć na rumiano. 

Najstarsze Babcie Bronie nie są zgodne co do wersji archetypowej: czy z kapusty ugotowanej, czy z surowej. Ja na razie zrobiłam z gotowanej, ale nie omieszkam spróbować i drugiej opcji :-)
Dodano 15 marca 2017:
Robiłam w wersji z surową kapustą. Lepsze z gotowaną, surowa jest zbyt twarda.

sobota, 22 marca 2014

Placki z kukurydzą i ziołami


Hurma i Czereda niemal co tydzień robi pizzę. Owszem, sami gotują i sami się zrzucają na składniki (bo Matula zrzędzi, że pełna lodówka jedzenia, a oni se jeszcze picce umyśleli), ale potem z tyłu lodówki „odkrywam” wyschnięte resztki salami z Biedro, dziesięć pozaczynanych keczupów (też z Biedronki) i pootwierane puszki kukurydzy (wiadomo skąd, bo tam taniej i dużo w puszce). 
Potwory wyjeżdżają, a ja muszę się głowić, co robić z tymi resztkami, bo wyrzucić szkoda. I tak narodziły się placki z kukurydzą, dla których inspiracją były te placuszki z bloga „Filozofia Smaku”. 
To podstawowe składniki wg pani Malwiny:
  • 1 szklanka mąki
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • pół łyżeczki soli
  • spora szczypta pieprzu
  • 1/4-1/2 łyżeczki chili w proszku
  • pół pęczka natki pietruszki, posiekanej
  • 2-3 dymki, posiekane
  • 1 jajko
  • 1 szklanka maślanki
  • 1 łyżka oleju
  • pół szklanki kukurydzy
Moje różnią się brakiem chili, dodaniem oprócz pietruszki posiekanego oregano i sposobem podania – z sosem ziołowo- czosnkowym. 
No i oczywiście moje zdjęcie się nie umywa do pierwowzoru, ale dobrze, że w ogóle jest, a to dzięki uprzejmości Bratowej, która akurat była z młodszą linią Hurmy i Czeredy (Janek i Zuzianka), więc mi pstrykła komórką. 
Placki są bardzo smaczne, puszyste, ta kukurydza tak fajnie chrupie, no i roboty nie ma przy nich wcale.

wtorek, 23 lipca 2013

Placki z cukinii, młodej marchewki i ziemniaczków... czyli lato na talerzu!

Wieś, na której będę mieszkać, pomału odkrywa mi swoje uroki. Jednym z nich jest możliwość wyjścia na pole i zebrania sobie obiadu z grządki. Podkopane ziemniaczki, młoda cukinia i marcheweczki, którem wydarła przy przerywaniu marchewki, znalazły się na talerzu :-)
A Ciocia miała jeszcze swojski ser, bo krowa "bardz zdało" doi się trzy razy dziennie. Tylko bazylia w serze to nie są pogórzańskie klimaty.
Chyba nie trzeba opisywać, jakie to było letnie niebo w gębach...
SKŁADNIKI:
Duża cukinia,
kilka młodych marcheweczek,
4 młode ziemniaczki,
jajko,
łyżka kwaśnej śmietany,
pół łyżeczki proszku do pieczenia,
kilka łyżek mąki pszennej,
ząbek czosnku,
pół cebuli (młodej, a jakże!),
sól i pieprz,
ciutka soku z cytryny,
olej do smażenia
WYKONANIE:
Cukinię obrać (jeśli ma się bardzo młode, to nie trzeba) i ewentualnie wyciąć gąbczasty miąższ z pestkami. Można zetrzeć na grubej tarce, ale od czego blender? W takiej przystawce z nożami zesiekałam tę cukinię na grube wiórki, podobnie zrobiłam z marchewką i ziemniakami. Cebulę i czosnek zaś zmutowałam (czyli zrobiłam z niej tzw. muto; właściwie to jest "młóto" czyli taki zacier browarniany, ale u nas zawsze mówi się: muto i jest to synonimem jakiejś papki, ciapary). Ziemniaki skropiłam nieco cytryną, żeby mi nie sczerniały, a cukinię posoliłam i potem odcisnęłam na sicie - puściła mnóstwo soku, trzeba byłoby dowalić za dużo mąki.
Wszystkie składniki placków wymieszać i dosypywać tyle mąki, żeby powstała masa o konsystencji gęstej śmietany. Smażyłam na patelni do placków, dlatego wyszły mi takie równiutkie, ma się to sprzęcicho, hie hie ;-)
Ser urobiłam z pomidorami suszonymi w piórkach, bazylią i czosnkiem, ponieważ jesteśmy już lekko ochwaceni od cybuchów i koperku (na marginesie: ochwacenie to zapalenie kopyt u koni od niewłaściwego żywienia; w naszej gwarze to synonim przesytu jednostajnym jedzeniem). 
I po tym wykładzie z gwary miast i wsi Pogórza Karpackiego lecę do kuchni dosmażyć se resztę placków! 

sobota, 22 grudnia 2012

Krokiety ze szpinakiem w waflu

Obietnica, że najedzą się we wigilię niestety nie odwiodła Hurmy i Czeredy od nachalnego domagania się wyżerki. Jurand zawył boleściwie, że nawet Szymon Słupnik od czasu do czasu coś jadł, a nie tylko przygotowywał fury żarcia bez możliwości degustacji. Oczywiście odrzuciłam propozycję, że chętnie zjedzą pierogi z kapustą i grzybami w ramach treningu przed Wieczerzą (Martik skromnie oświadczył, że zadowoli się NAWET pierniczkami) i na chybcika zrobiłam im danko, które okazało się hiciorem. To sa krokiety na waflu, bardzo popularne wśród blogerek, chociaż mnie akurat pierwsza pokazała jak je zrobić kuzynka z Bandrowa.
Motyw jest banalnie prosty: szpinak rozmrozić (na 5 osób wzięłam 2 paczki tego mielonego z Horteksu, jest wydajniejszy i lepiej się smaruje), odparować na patelni z masełkiem (przed przesmażeniem lepiej odlewać tę wodę, wytopi się jej chyba z litr), mocno doprawić czosnkiem, pieprzem, solą i magą, umieszać z białym serem i skwarkami z boczku i ciepła masa smarować zwykłe wafle (po tej gładkiej stronie). Po chwili one zmiękną i dadzą się zwinąć w rulon. Pokroić ostrym nożem, panierować w cieście naleśnikowym (ukręconym naprędce z jajka z mąką i mlekiem) i smażyć na masełku z olejem. 
Aha, nie mogą leżeć po obtoczeniu w cieście, bo wafel szybko przemięka.
No po prostu pycha i nikt by się nie skapczył, że to nie są naleśniki.
Przy okazji zyczymy Wam najmilszych świąt!
Marzynia, Hurma i Czereda :-)  

wtorek, 24 lipca 2012

Placki z wątróbki







Już dawno za mną chodził ten przepis. Baaardzo lubię wątróbkę i słabo rozumiem, jak ktoś może jej nie lubić (przepraszam wszystkich, którzy mają wątróbkową traumę z dzieciństwa...). 
Ale kto w dzieciństwie należał do bandy pod wezwaniem: „Hurma i Czereda”, to go rodzice nauczyli, co jest zjadliwe, a co nie (notabene: a co nie jest zjadliwe?!).
Te placuszki smakują pysznie, robią się w try-miga i jeszcze wyglądają. 
I jeszcze mają żelazo czy cóś, co tam wątróbka posiada.
I są bardzo ekonomiczne: z 30 dkg wątróbki drobiowej było 10 placków, przy czym do nakarmienia średnio głodnego człowieka wystarczy 4 placki. Znaczy się: można nakarmić: siebie, syna, zięcia i jeszcze dla dochodzącego miłego wystarcza na tzw. gośćca.
Więc nie wahajcie się, róbcie, to jest pyszne!
W przepisie, który był moją inspiracją pani Ewa podała tę przekąskę z sosem czosnkowym i pomidorami. I to był strzał w dziesiątkę! Nie wiem dlaczego, ale rzeczywiście: najlepsiejsze są z czosnkiem, sosem jogurtowo-majonezowym, pomidorem i koperkiem.

SKŁADNIKI (u mnie tylko na 10 placków, więc od razu radzę podwoić porcję):
30 dkg wątróbki drobiowej,
½ cebuli,
1 jajko,
łyżka śmietany 18%,
sól, pieprz i Delikat Knorra do smaku,
dwie szczypty czosnku suszonego,
po szczypcie lubczyku i suszonego koperku,
mąki semoliny (lub zwykłej pszennej, to chyba nie ma znaczenia, tę semolinę tylko dlatego upchałam, że mi zbywa, chociaż własności higroskopijne semolina ma większe, niż zwykła mąka),
olej do smażenia,
sos czosnkowy wg ulubionego przepisu, radzę wymieszać jogurt grecki z majonezem,
plastry pomidora.

WYKONANIE:
Surową wątróbkę oczyścić z żyłek i tych farfocli, co się ciągną w postaci takich błonek.
I tu dygresja: jeżeli robimy dla większej ilości osób i mamy duży blender czy Malakser, to może rzeczywiście trzeba rozważyć opcję mielenia w maszynce czy miksowania na większą skalę; ja miałam w perspektywie głównie „obadanie” tego przepisu, więc wzięłam tylko mój kultowy blenderek stojący i wszystko mi się zmieściło.
Pokroić mięsko w kawałki wielkości znaczka pocztowego (myślę, że Treskilling Yellow będzie w sam raz podchodzący, jakieś 2,5 miliona dolców i można miareczkować), wrzucić połowę do blendera. Dla ręcznie krojących nie cykać się, tylko drobno polecieć i wrzucić do miseczki, myślę, że i tak się usmażą i może nawet będą smaczniejsze. 
Dla maszynistów i tak moje wskazówki się nie przydadzą, wiedzą, co mają robić.
Dodać drobno pokrojone pół cebuli, posolić, popierzyć, cyknąć Delikata. Wkroić resztę wątróbki, dodać przyprawy. Wbić jajko.
I w gaz: zmiksować do stadium połączenia składników, ale nie totalnego muta dla niemowląt i bezzębnych, tylko żeby było widać, że to nie jest z buraka, tylko z wątróbki.
Następnie dodawać mąkę (semolinę) po łyżce, uważając, aby konsystencja ciasta zrobiła się jak na placki ziemniaczane – jako żywo, właśnie taką konsystencję ta paćka mieć powinna.
W międzyczasie zrobić sos czosnkowy.
Na patelni rozgrzać olej. Placuszki nakładają się bez żadnych problemów – ciasto przypomina czerwonawe ciasto na placki ziemniaczane, jednak mniej się rozpływa na patelni. Placuszki smażą się zwarte, nic się nie rozjeżdża na boki i nie łamie przy przekładaniu.
Smażymy na rumiano, odsączamy na papierowym ręczniczku. Kiedy kapeczkię ostygną, nakładamy hojną łychę sosu i na wierzch (koniecznie!) plaster pomidora. Posolić letko i ugarnirować koperkiem.
Rewelka! Można błysnąć, a przynajmniej zadziwić Teściową.

poniedziałek, 15 listopada 2010

Ślimak z naleśników nadziewanych pomidorami



Wysiadł mi niestety, aparat. Ponieważ jestem irracjonalnie przywiązana do rzeczy, które lubię (wiem, że to śmiszne, ale lubię swój aparat, mimo iż to głupawka) dałam do naprawy. Facet spojrzał na mnie jak na dinozaura, ale stwierdził, że jednak nie będzie to kosztowało drożej niż nowy. Dlatego zdjęcia są kiepskie, pokazują tylko zarys potrawy (to Martik je wykonał bohatersko swoją komórką). A szkoda, bo to danie jest wyjątkowo dekoracyjne…
Na świąteczny obiad i poprawiny miałam polski, patriotyczny obiad, którego zapewne nie przełknąłby cudzoziemiec. Nie ukrywam – zainspirował mnie kochany Jantoś Czyprak i myślę, że w Koszelewie na KUK-u (na muniu) nie powstydziliby się takiego menu, a Maciaszczyk polałby mi śliwowincji. Był barszcz biały na grzybach, oczywiście z full-wypasem dodatków (kiełbasa, jajko, ser biały, skwarki) oraz kasza perłówka z pulpetami wieprzowymi w sosie grzybowym (z suszonych, swojskich paryjowych, a jakże!) i surówką z kiszonej kapusty. Na trzeci dzień jednak wątroba wysiada, więc w sobotę był obiadek leciutki i jakby coś Italią zalatujący.

SKŁADNIKI:
10 -12 naleśników na słono,
2 kartony pomidorów krojonych (te akurat były z Podravki, dobre są),
zielone oliwki ile kto lubi,
czosnek (dużo, ja dałam chyba z 5 ząbków),
bazylia (miałam świeżą) i oregano suszone,
sól, pieprz, ostra papryka, cukier,
2 jajka i 2 łyżki śmietany 18% na polewkę.
ser żółty (dałam edamski, ale i parę plastrów mozzarelli ku ozdobie),
oliwa z oliwek (taka do smażenia).

WYKONANIE:
Usmażyć cienkie naleśniki, nie muszą być rumiane i chrupiące, bo i tak idą do zapiekania. Myślę, że naleśniki to już każdy umie usmażyć, zresztą są przepisy w linkach. 
W trakcie smażenia odparować pomidory do stadium gęstej papki (oczywiście w innym naczyniu, hehehe, najlepiej dość płaskim, coby nie trwało to godzinami). Doprawić je solą, pieprzem, papryką, cukrem, wrzucić pokrojone oliwki, wcisnąć czosnek, dodać zioła. 
Naczynie do zapiekania (moje było okrągłe) wysmarować oliwą, na dno to po prostu nalać cienką warstwę. Naleśniki posmarować nadzieniem, zwinąć w rulony i układać, poczynając od środka, koncentrycznie (spiralnie???) w naczyniu. Przydają się tu pomocnicze łapki, ponieważ naleśniki się rozjeżdżają, zanim nie przyblokują je następne. Następnie roztrzepać jajka rózgą, dobełtać śmietany, doprawić tę polewkę i zalać potrawę. Posypać startym żółtym serem i zapiekać na 180 stopni (góra i dół) dopóki się lekko nie zrumienią. Wtedy ostrożnie położyć na wierzch plastry mozzarelli i dopiec, aż się ser ładnie rozpuści.
Potrawa jest bardzo aromatyczna, kolorowa i niezbyt ciąży „w żywocie”, no chyba że dowalimy dużo tego serka (ale jak on się za to rozkosznie ciągnie!). W eleganckim towarzystwie to pewnie by dobrali do tego jakieś wino, ale my, jeszcze niesieni falą patriotycznych nastrojów, wykończyliśmy resztę „Soplicy”.

sobota, 1 maja 2010

Quesadillas



Natknęłam się w sklepie na gotowe tortille. Wyglądały całkiem apetycznie, ale okazały się gumowate. Trzeba było tę gumowatość jakoś zlikwidować, więc poszperałam po kulinarnych stronkach i zobaczyłam, że ludzie robią różne pyszności z zapiekanych tortili.
I dlatego dzisiaj na kolację było z lekka meksykańsko. 
Przepis jest kombinacją kilku innych, tu właściwie do środka każdy wkłada co chce, musi być tylko ser żółty, żeby to skleił do kupy. Ja miałam trzy sery, bo po zrobieniu pierwszych placków zaczęłam trochę eksperymentować – wszystkie wersje były pyszne!


SKŁADNIKI:

ser żółty (miałam pół kulki podwędzanej pseudo-mozzarelli, edamski i brie. Z tym brie jadłam tylko ja, bo H&C narzekała, że śmierdzi, fakt, był już troszku starawy, ale jeszcze się nie ruszał.

Ruszający się ser można obejrzeć tu: Powaliło mnie, szczególnie widok tych dwóch ziomali, wcinających z apetytem),

oliwki zielone,

podsmażone pieczarki,

sos piri-piri (fajna nazwa, był w „Biedronce” po chyba 3 zł., zapewne nie ma nic wspólnego z oryginalnym piri-piri, ale ostry i smaczny, trzeba tylko uważać, żeby go nie chlapnąć za dużo),

przeciśnięty czosnek,

pieprz, ew. jakieś ulubione przyprawy,

oliwa do smażenia,

kwaśna śmietana z czerwoną cebulką, albo ketchup (albo to guacamole, jeśli ktoś lubi).

WYKONANIE:

Na połowę placka nałożyć dowolne składniki i doprawić. Ser nie powinien dochodzić do samego brzegu, bo wypłynie (mi pleśniak trochę wypłynął). Złożyć na pół i smażyć na oliwie z obu stron, uważając przy przewracaniu. 
Ja jadłam to z gęstą śmietaną, posypaną czerwoną cebulką. Moim zdaniem o wiele lepsze niż z keczupem, zimna śmietana fajnie się komponowała z gorącym plackiem i łagodziła ostrość tego piri.

O ilość kalorii lepiej nie pytać, ale to akurat mię zwisa jak sto kilo kitu (a propos – ciekawe, kto jeszcze oprócz mnie i paru najstarszych zgredów na Pogórzu tak mówi…)


środa, 21 kwietnia 2010

Puszyste placuszki z owocami Katii. I całuski dla wszystkich przyjaciół :-)

No jezdem. Chyba już dość smutkowania (no, nie przeżywałam aż tak żałoby narodowej, ale żyźń maja kastrapata cosik mnie ostatnio nie łechcze). Plecy przestały naparzać, chociaż wciąż jeszcze ruszam się, jakbym miała wetknięty kij.
Przy garach stoję na razie na pół gwizdka, ostatnio wyręczała mnie moja bratówka. Zrobiła coś bardzo prostego i szybkiego, ale pysznego. Ja mam co prawda taką specjalna patelnię z dołeczkami i placuszki wyszły takie równiutkie i fotogeniczne, ale nie ma to chyba żadnego znaczenia, jaki mają kształt.
P.S. Stęskniłam się za Wami, chociaż zaległości w czytaniu to odrobię dopiero na weekendzie.


-->

Składniki:
2 szklanki mleka,
3 jajka,
łyżka kwaśnej śmietany,
płaska łyżka cukru,
szczypta soli,
pół łyżeczki proszku do pieczenia,
mąki pszennej ile zabierze, aby powstało dość gęste ciasto,
dowolne owoce (tu były banany i ananasy z puszki).

Wykonanie:
Mleko wymieszać z mąką, żółtkami, proszkiem, cukrem, solą i śmietaną na gęste ciasto (coś jak średnio ukwaszona śmietana; niestety, nie wiem, ile Katia dała tej mąki, mówiła, że tradycyjnie „na oko”). Białka ubić i wmieszać w ciasto. Nakładać łyżką lub małą chochelką na rozgrzany olej, na wierzch kłaść owoce, polać odrobiną ciasta (nam było łatwiej, bo się lało w te foremki w patelni, to naprawdę fajoskie szpejo). Posypać cukrem pudrem, na zdjęciu nie ma, bo wydarłam hurmie i czeredzie (a było ciężko, wszak Braciaszko był także pożeraczem), żeby zrobić fotkę zanim Kasik zdążył posypać.