Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wędliny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wędliny. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 24 listopada 2020

Domowa polędwica łososiowa

 

Domowe wędliny zawsze wygrywają z kupnymi, chociaż mamy tu dywersanta w chałupie, który twierdzi, że ta "kupna" łososiowa jest równie dobra, jak wykonana przez Umiłowaną Przywódczynię. Został za to ukarany ostracyzmem przy świątecznym stole (no krótkim, krótkim...) oraz odsyłaniem do  sklepu za każdym razem, gdy łakomie sięgał po MOJĄ polędwiczkę 😄 
Właściwie to nie jest mój przepis, lecz mojej kochanej kulinarnej guru, przemiłej i najstarszej stażem blogowej przyjaciółki Danusi, z bloga "Co mi w duszy gra". Już tam Dania wszystko dokładnie opisała, jak wykonać ten przysmak (klik!), ja mam tylko 3 przyprawowe zmiany:
  •  dałam 3 ząbki czosnku (gdyby Drakula zagnał się do naszej wioski),
  • zamiast zwykłej słodkiej papryki dałam słodką wędzoną - super!,
  • jedną łyżeczkę pieprzu zastąpiłam mieszanką curry.
 U nas wędlinka wisiała też dłużej u karnisza (no każdy, kto wchodził wybałuszał oczy, wyobraźcie sobie te komenty Wuja), bo chciałam, by dobrze dojrzała. Jest pyszna i wprowadza nową jakość nie tylko na świąteczny stół 😋
 


czwartek, 2 kwietnia 2020

Świąteczny pasztet Babci Myszki

W wieku mocno pobalzakowskim jestem wciąż szczęśliwą posiadaczką Babci. Zresztą bardzo długo miałam i babcie, i prababcie, co dobrze rokuje "w temacie" długości mojego życia (no, żebym się nie zdziwiła... ;-D)
Tradycje i zwyczaje kulinarne babć były diametralnie różne - Babcia Bronia to bieda-kuchnia pogórzańska, a Babcia Myszka - zamożny dom galicyjskich mieszczan. Z racji permanentnego "nieśmierdzenia groszem" bliższa mi jest kuchnia BB, no ale święta...
Mięsa jeszcze nie wykupili. Czasu mamy (jakby) więcej. Proponuję więc zabawę  z przepysznym, domowym, tradycyjnym pasztetem. Przy okazji, jako bonusik, otrzymujemy gar pysznego rosołu (gdyby ktokolwiek jeszcze nie wiedział, jak zrobić rosół drobiowo-wołowy, to można zajrzeć tutaj)
SKŁADNIKI:
- mieszanka mięs wszelakich (oprócz dziczyzny - dzikie mięsa robi się inaczej) -  najlepszy wychodzi, gdy jest tam i wieprzowina (np. łopatka), i wołowina (np. kark czy szponder), drób (obrane porosołowe), wątróbka (polecam króliczą) i podgardle. Proporcje nie mają większego znaczenia - to kwestia upodobań smakowych, jednak podgardla daję co najmniej pół kilograma na 2 kilogramy innych mięs,
- warzywa z tego rosołu, w którym gotowaliśmy wiejskiego kurczaka i wołowinkę (bez kapusty włoskiej i pora),
- 4 jajka,
- 4 cebule (2 do duszenia wieprzowiny, 2 na surowo),
- dużo czosnku,
- minimum kwaterka rosołu,
- przyprawy i dodatki smakowe (oprócz soli, pieprzu i liści laurowych):  zależy, jaki wariant pasztetu chcemy wykonać. Ja robię zawsze w dwóch smakach (patrz zdjęcie poniżej): tzw. staropolski (z "korzeniami": sproszkowaną kolendrą, imbirem, cynamonem, gałką muszkatołową, nabijany goździkami) i albo tzw. wiejski (majeranek, kminek, cząber, lubczyk, itp.), albo grzybowy (mielone nóżki z prawdziwków + ugotowane kapelusze) albo paprykowy - możliwości są ograniczone tylko wyobraźnią. Jeśli damy wędzone podgardle, będzie miał nieco inny smak. Więcej warzyw - też pysznie.  
Co do dodatku bułki - my nie dodajemy. Wcale nie wychodzi zbity czy tam twardy, bo spulchniają go warzywa, tłuściutkie podgardle i dodatek rosołu. Oczywiście jeśli ktoś chce, może ją dodać.
WYKONANIE:
Warto sobie rozłożyć na 2 dni. Najpierw gotujemy rosół, wyciągamy z niego wsad, po czem wykorzystujemy NSR* (najczęściej potomstwo) do obrania kurczakowego kadłuba z mięsa. Jednocześnie osobno gotujemy w osolonej wodzie podgardle (powinno być mięciutkie).
Na drugi dzień dusimy do miękkości pokrojoną wieprzowinę, z dodatkiem połowy cebuli, soli, pieprzu, przypraw - jak na gulasz. Jeśli zrobimy więcej, to na obiad też styknie. Smażymy wątróbkę (ja na maśle) - dlaczego ja smażę, gotuję i duszę? Bo masę pasztetową trzeba często kilkakrotnie kosztować, zanim pójdzie do zapiekania, a ja mam jednak opory przed surowizną. 
Następnie dwukrotnie przekręcamy przez maszynkę wszystkie składniki oraz surowy czosnek i cebule (przydaje się kuchenna miedniczka). Wlewamy rosół, dodajemy jajka, doprawiamy solą i pieprzem, dobrze wyrabiamy. Dzielimy masę na połowę i każdą część doprawiamy inaczej, kosztując i "chytając" smak.
Uwaga: pasztet przed pieczeniem trzeba "czujnie" doprawić - nie wiem, dlaczego tak jest, ale gotowy ma łagodniejszy smak. Jeśli ma być zamrożony (a mrozi i odmraża się doskonale) to powinien być nawet lekko "przeprawiony" :-D
Do formy (posmarowanej smalcem i wysypanej tartą bułką) nakłada się przegradzając obie części folią alu. Wygładzamy wierzch zwilżonymi rękami, układamy liście laurowe, wtykamy goździki i kuleczki ziela angielskiego. 
Pieczemy około 1,5 godziny, aż się cały zrumieni, a zapach przyciągnie nawet sąsiadów z drugiego przysiółka.
* NSR - nie, to nie Narodowe Siły Rezerwy, lecz Niewolnicza Siła Robocza czyli Hurma i Czereda vel Wataha Jarzębiaka :-D
  Tutaj wersja z grzybami

 "Surowa" masa przed pieczeniem





środa, 8 marca 2017

Domowa wędlina - karczek marynowany i długo pieczony


Jeśli jest się częścią stada mięsożerców warto przygotowywać domowe wędliny. Ja akurat mam też szynkowar, ale pieczonego mięska na kanapki nic nie zastąpi. Zwłaszcza kruchej, soczystej, odpowiednio tłustej (nośnik smaku!) i długo pieczonej karkówki.
Pieczeń z karkówki nie jest sama z siebie apetycznie różowa i warto ją zamarynować z dodatkiem soli peklowej. Oczywiście, jeśli ktoś jest uczulony w sensie dosłownym lub przenośnym na jej składniki może zrezygnować, ale warto dodać tę sól do marynaty także ze względu na większą trwałość wędliny.
Na zdjęciu widać, jak Hurma i Czereda rżnęła nożem- piłką grube plastry mięsa; dobrze, że Martik pstryknął swoją komórką zdjęcie zanim została tylko tzw. dupka :-D
SKŁADNIKI:
min. półtorakilogramowy kawałek karkówki (warto rzucić okiem na tłuszczyk, powinien być biały i taki jakby kruchy) - uwaga, mniejsze kawałki bardziej słonieją w zalewie!
1-2 torebki soli peklowej (ja akurat miałam "Prymat", ilość soli zależy od ilości potrzebnej zalewy),
ulubione przyprawy - do wieprzowiny pasuje kminek, majeranek, liść laurowy, pieprz, można dodać paprykę, np. wędzoną czy czerwony pieprz w kulkach itd.),
dużo ząbków czosnku,
1-2 cebule,
ciut octu,
ciepła woda,
ewentualnie plastry wędzonego boczku , aby obłożyć wierzch przy pieczeniu.
WYKONANIE:
Zanim zrobimy zalewę warto sprawdzić, ile jej wejdzie do naczynia z mięsem. Powinno być przykryte, ale nie musimy marynować  w wiaderku (chyba, że zakupiliśmy 5. kilową karkówę z knura reproduktora). Za ciasne naczynie też nie jest dobre, bo mięso trzeba odwracać nie powodując fontann wyciskanej bokami wody (miałam tak raz z golonką). Najlepsze jest szklane albo kamionkowe z dobrą, gładką polewą. Można zrobić sobie zalewę z 1 torebki (pół litra), a potem ewentualnie uzupełnić z drugiej porcji. Oczywiście domieszujemy te przyprawy, ja jeszcze cyrkam troszkę octu.  Niektórzy dodają też cukier, że jakoby robi się lepsiejsza brązowa skórka, ale mojemu mięsku tam nigdy żadnej apetycznej skórki nie brakuje. 
Wystudzoną marynatą zalewamy mięso i do lodówki na 3-4 dni (podobno można dłużej, ale ja nie próbowałam). Codziennie odwracać z plecków na brzuszek i na odwyrtkę. Zamarynowane mięso osuszyć (wcale nie będzie różowe, tylko wręcz poszarzałe, ale przy obróbce cieplnej się odnieda) i piec w temperaturze 140 stopni na środkowej półce około 3 godzin. 
I tu rodzi się pytanie - w czym piec? Danusia zaleca w rękawie foliowym (patrz tu:), ale ja tym razem piekłam w starej żeliwnej rynce babcinowej, bo akuratnie miała wymiary jak ta chapa mięsa. Pod spód podścieliłam plastry boczku (takoż i wierzch obłożyłam) i wyłowiłam tę cebulę, czosnek i przyprawy z marynaty i też wtuliłam do brytfanki. Można zabezpieczyć od góry folią aluminiową, jeśli pokrywa naczynia nie jest szczelna. 
Kiedy całe mięsko będzie dobrze rumiane wyjąć i wystudzić. Gdyby okazało się, że jest jakimś cudem niedopieczone to się nie przejmować, tylko po prostu go dopiec. Przy temperaturze 180-200 stopni przyjmuje się godzinę pieczenia na kilogram mięsa, ale przy niższej trzeba wydłużyć (2 kilogramy piekłam w 140 stopniach 3 godziny). Aha, jeśli naczynie nie pozwala się pieczeni "rozwalać" na boki, to wydaje mi się, że nie trzeba sznurować, i tak trzyma formę.
Kroi się dopiero jak stężeje w lodówce, no chyba że w pobliżu grasuje Wataha Jarzębiaka i kroi już na ciepło :-D.

środa, 6 maja 2015

Szynka wieprzowa z piersią kurczaka z szynkowaru

Wszystko zaczęło się od oblizania ekranu na widok domowych wędlin u Danusi z "Co mi w duszy gra". To już rodzaj uzależnienia, to włażenie do Niej i wyobrażanie sobie smaku tego, co przyrządziła. Więc żeby już nie słuchać żmędolenia H&C (Maaamuś, a inne mamcie to robią dzieciom PRAWDZIWE wędlinyyy...) no i zważywszy na fakt, że mam przecież domową świninę - doszłam do wniosku, że czas zakupić szynkowar.
I zrobić rodzince na święta taki przysmak.  
No i wizja zaszpanowania przed żeńską częścią zaproszonych gości (taaak, tak, sama robiłam szyneczkę, sama, proszę, częstujcie się, JEST DUŻO) była bardzo nęcąca.
Jak przygotować tę wędlinkę odsyłam na stronę Danusi, już tam Ona wytłumaczyła najlepiej. 
Ponieważ chciałam, by w przekroju był ładny wzorek (w sumie to nie wiem, czy ładny wyszedł, hmmm...) więc pierś kurczaka pokroiłam w długie paski. Miętoliłam je przed marynowaniem, coby się potem połączyły z massą wieprzową, ale i tak mi troszkie odchodziło od lewej (wyrobienie mięsa to ważne!). 
No i dałam za mało żelatyny, więc galaretka była taka lelawa. Niemniej była to prawdziwa ozdoba stołu i siedziałam przy nim mocno opuchnięta. 
Z dumy i obżarstwa :-D

sobota, 3 stycznia 2015

Parówki w szlafroczkach albo Zgrzybiali Beduini


 Nasz ostatni wytwór, hie hie... 
Dżordżyk, Jasiek, Zuźka i Umiłowana Przywódczyni zrobili se na śniadanie paróweczki, ale żeby nie było już tak grzybowo-kapustno-pierożaśnie jak przez ostatnie  2 tygodnie, to wyzawijaliśmy parówki w burnusy i kefije na głowy z ciasta francuskiego. Widziałam to gdzieś w necie jako "Parówkowych sułtanów".
Nie wiemy, dlaczego się z letka skiepścili - pewnie te szaty trzeba było posmarować białkiem, coby się nie rozwijały. No i kiedy wyjmowałam ich z piekarnika jeszcze mieli godny wygląd, wręcz tryskali optymizmem i tłuszczem z pulchnych obliczy. Niestety, po wystygnięciu zaczęli się kurczyć w oczach i w końcu wyglądali jak Idrys, Gebhr i Chamis mocno nadżarci trądem. No zobaczcie sami :-D
P.S. Zdjęcie komórką Jaśka, może i lepiej, bo kulinarnego szału nima...

niedziela, 23 listopada 2014

Sznycelki z parówek zaskakująco smaczne :-)

Danie jak znalazł, gdy trzeba w miarę tanio zatkać kilka paszcz (nasi budowlańcy jedli i się nie skapli, z czego to jest). Z jednej parówki wychodzi jeden sznycel, dla kobity styknie, chłopu trza dać dwa, ale i tak gdyby podać same parówki, to musieliby mieć po cztery. 
I są NAPRAWDĘ  smaczne, oczywiście o ile użyjemy parówek, w których jest mięso, a nie tylko krówskie wymiączko, soja modyfikowana i papier toaletowy (choćby nawet Velvet...). Co prawda żena za pultem i cała kolejka przed pultem patrzyli na mnie boczato, kiedy zażądałam sprawdzenia zawartości mięsa w mięsie (to przecież ja muszę pójść i poszukać!), ale się opłaciło :-D
SKŁADNIKI:
tyle parówek, ile chcemy mieć sznycelków (zwanych poza Galicją kotletami, nie wiedzieć czemu),
kawałek sera żółtego - jaki tam mamy,
mała lub średnia cebula,
ze 4 łyżki tartej bułki, 
2 jajka,
2 ząbki czosnku,
ulubione przyprawy,
tarta bułka do panierowania,
olej do smażenia.
WYKONANIE:
Parówki, ser i cebulę zetrzeć na tarce*. Oczywiście można cebulkę wpierw podsmażyć, ale ja zawsze daję na surowo. Wbić jajka, dodać przyprawy i tyle bułki, by masę dało się formować (nie paciarzą się tak jak mielone). Smażyć na rumiano.
Przepis znalazłam tu, na blogu Smaczny Kąsek.
Ja "wydawałam" z kłóconymi ziemniaczkami i domowymi kiszonymi ogórkami.
* Wtręt dla tych Potworów, co gotując piszą esemesy, słuchają muzy na słuchawkach i odszczekują się siostrze czy bratu w trzecim pokoju: 
                       parówy trza obrać z folijki!

niedziela, 27 grudnia 2009

Podkurek na świętego Szczepana


Ostatni posiłek jadłam wczoraj o 11-tej w nocy... jak Wańkowicz na podkurek... Jezuniu, człowiek som sie kalikom puszczo...
Na Boże Narodzenie rzadko robię sałatki, przeważnie jakieś jajka w sosie na chybcika, bo roboty jest przecież huk, a i H&C woli te wszystkie pierogi, uszka, kapusty i ryby, więc na przekąski zostaje mało miejsca.
Niemniej sałatkę śledziową na śniadanie we wigilię zrobiłam, jajka w sosie chrzanowym też, żeby było z czym te wędlinki skonsumować...
Sos chrzanowy na zimno to łatwizna, bierze się 6-8 jajek na twardo, ściera na tej średniej tarce (tej z boku), miesza ze słoikiem majonezu, paroma łyżkami gęstej śmietany, soli, pieprzy i zaostrza chrzanem do smaku. Najlepiej kupić chrzan w laskach i samemu zetrzeć (na najdrobniejszej tarce) albo wziąć naprawdę dobry kupny i odcisnąć na sitku przed dodaniem. I trzeba jeszcze dodać z pół łyżeczki cukru.
Taką bazę (bez chrzanu) nazywamy "jajami w jajach" i do tego można domieszać, co dusza zapragnie, na Wielkanoc szczypiorek i rzodkiewkę, można aromatyzować przyprawami, musztardą, dodać drobno skrojone grzybki czy ogórki i ZAWSZE smakuje pysznie, czego i wam życzę :-)

wtorek, 22 grudnia 2009

Jak podrasować świąteczne kupne wędliny


-->
No cóż, Davidian jednak się skapczył, że wśród rozlicznych talentów Mamy Marzyni nie ma rzeźnictwa i masarstwa… Jedynym żywym wieprzem, którym mogłabym się zająć, jest nasz kochany Czarny Wieprzyk-Pieprzyk.
Jako dziecko uczestniczyłam raz w świniobiciu, oczywiście już po uśmierceniu nieszczęsnego knura ciotki (na to w życiu tato i wujek nie pozwoliliby nam patrzeć, potem też na nas huczeli, ale nie jest tak łatwo odgonić zaciekawionych łebków, które z mdlącym uczuciem przerażenia i fascynacji MUSIAŁY zobaczyć, jak ten wredny samor, którego baliśmy się, wygląda w środku!).
Częściowo za smak i wygląd świątecznych wędlin jednak odpowiadam, bo one muszą być poddane obróbce, by je polepszyć i zakonserwować tak, by dotrzymały świeżutkie te 5-6 dni. Dlatego podaję te sposoby dla dziewczynek, aby wiedziały (kiedy Mamcia wyciągnie już urobione kopyta), jakie są sposoby na boczek, kabanosy i ogonówkę. Szynki z Taurusa (wygrała „Teraz Polska”) nie trzeba polepszać, to jest niebo w gębie, po prostu smakuje jakby zdjęli ją z bonta u babci Broni. Kiełbasy wiejskiej od Leśniaka też nie, jest bardzo sucha i zwarta, a z salcesonem już nic zrobić w domu nie można, kupuje się go w ostatniej chwili, nam się utrzymał 4 dni.
Więc jak obrabiać, czytajcie poniżej:
Po boczek trzeba iść do Geesu. Kobitki tam same nadkrawają paski boczku i pokazują, jak wygląda przekrój, więc można wybrać bardzo chudy. To jest boczuś robiony wg starej receptury masarzy z Pogórza, tylko wędzony, w formie dość wąskich, całych pasków. Musi być więc ugotowany, co wcale nie jest takie proste. Parę pierwszych boczków w swoim życiu zmarnowałam, bo albo rozgotowałam, albo wygotowałam cały smak, albo był twardy.
Bierzemy więc duży gar i nalewamy tyle wody, aby przykryła mięso. Dodajemy dwie duże cebule, 2-3 liście bobkowe, parę ziel angielskich, parę jałowców i ziaren pieprzu (czarnego, a jakże!) i tyle soli lub vegety, aby woda była słona jak na zupę. Kilka ząbków czosnku dodajemy pod koniec gotowania. Gdy wywar zawrze, wkładamy wędlinę i gotujemy tak długo, aż widelec wbity w mięso będzie wchodził z lekkim oporem. To niestety, trzeba na czuja, Martiku i Zuzianko, jak sknocicie pare boczków, to potem już się nauczycie…
Na Wielkanoc trzeba zachować ten rosół boczkowy, bo na tym gotuje się barszcz. Nie radzę gotować w Wigilię, bo rodzina nie odpuści pokosztowania gorącego, trzęsącego się jeszcze boczusiu…
Kabanosy z kolei wymagają lekkiego podpieczenia. Oczywiście to jest sprawa uznaniowa, ale te najsmaczniejsze w naszym mieście mają jednak trochę gumową konsystencję, a ja lubię, aby łamały się w zębach z lekkim, miłym uchu trzaskiem. Poza tym mogą wtedy leżeć do Sylwestra i nic im się nie stanie. Podpieka się w piekarniku na 200 stopni aż zrobią się lekko rumiane, a zapach zwabi całą hurmę i czeredę, która oczywiście zacznie sklamrzeć: „mamo, ciociu, tylko KAWAŁECZEK na spróbowanie…”
Z kolei szynkę ogonową (bardzo chuda i ścisła, bez żadnych dodatków, samo mięso, ale ona jest krótko wędzona, więc skórka mogłaby obślizgnąć) trzeba sparzyć z 5 minut. Wkładam ją po prostu obok boczku na chwilę, studzę i w ściereczkę lnianą. W ogóle wędliny trzymam w płótnie w lodówce albo na strychu (gdy nie ma mrozu), one oddychają i długo pozostają świeże. Szynki konserwowej tak się nie da, ma się rozumieć, ale bardzo rzadko ją kupujemy i nie na święta.
No i ciasto w takim wypadku w lodówce może być tylko pod pokrywą.

niedziela, 22 listopada 2009

Pasztet z kurczaka lub królika


2009-06-18
Ten pasztet powstaje dzięki pracowitości dwóch babć: babcia Jasia dostarcza surowca, a babcia Misia surowiec „obrabia”. Ani dzieci, ani wnuki nie hodują królików i nie umieją przygotować z nich takich pyszności. Oczywiście moja Teściowa też robi pasztety z królika, ale w takiej formie smarownej, a nie krojone z bloku jak moja Mama.
Często toczymy dyskusje na ich temat, bo każda ma swoich wiernych fanów, ale sądzę, że są to raczej spory w stylu: „O wyższości świąt Bożego Narodzenia nad świętami Wielkiej Nocy”. Po prostu oba są pyszne i kiedy będę u Teściowej zrobimy JEJ wersję, dam na bloga i każdy będzie sobie mógł je upiec sam i porównać.
A teraz przepis mojej MAMY:
Przepis mówi o króliczym mięsie, ale oczywiście może być to kurczak.

SKŁADNIKI:
1 kg obranego ugotowanego mięsa - mniej więcej jest to mięso z całego młodego królika po ugotowaniu (nie zapominajcie dziewczynki, że wzmiankowanego całego młodego królika należy wcześniej wypatroszyć, może niech to zrobi jakiś facet…),
30 dkg tłustego boczku surowego lub wędzonego albo podgardla,
30 dkg wątróbek drobiowych (nie kupować w poniedziałek, bo leżą od piątku!),
2 średnie marchwie,
średni seler lub pół dużego,
2 liście bobkowe,
4 ziarenka ziela angielskiego,
sól, pieprz, maga, gałka muszkatołowa (pół małej łyżeczki),
3 średnie cebule,
4 całe jaja (też średnie, ma się rozumieć, hehehe)
ewentualnie 20 dkg słoniny do wyłożenia średniej blaszki (można piec w keksówce, ale wtedy dłużej się piecze, a i powierzchnia ulubionej przez wszystkich rumianej skórki jest mniejsza).
WYKONANIE:
Królika, boczek/podgardle i warzywa ugotować w osolonej wodzie z liściem i zielem do takiej miękkości, żeby mięso odeszło od kości. Warzywa będę miękkie wcześniej, więc je wyjąć, aby nie rozgotowały się na muto.
2 cebule pokroić w pióra i usmażyć na szklisto na maśle lub oleju i na tym usmażyć wątróbkę (wystarczy, że straci surowiznę w środku).

W maszynce do mięsa założyć sitko makowe (to najdrobniejsze). Uwaga: noże do maszynki zakładamy powierzchnią tnącą do sitka!
Mielimy mięso, podgardle, wątróbkę z cebulą i warzywa oraz 1 cebulę na SUROWO. Wbijamy całe jaja, dodajemy przyprawy. 
Masę trzeba długo i dobrze wyrobić, aby była naprawdę jednolita.
Formę wyścielić folią aluminiową i dno wyłożyć cieniutkimi plasterkami słoninki. Jeśli nie lubimy słoniny, ten etap można opuścić, ale po co? Wykładamy masę, wyrównujemy wierzch i pieczemy godzinę w ok. 170-180 stopni. Jeśli się przyrumienia za szybko, zmniejszyć ogień.
Czekamy do wystygnięcia w formie, wykładamy i odganiamy Hurmę i Czeredę, bo powinno się go jeść na drugi dzień, gdy dobrze zespoli się w lodówce.
Ja to bym postulowała wyrób lodówek zamykanych na kłódki.

piątek, 20 listopada 2009

Paróweczki - ośmiorniczki

2009-04-04 Paróweczki dla Chrześniaczka
Mój chrzestny synek Jasio bardzo lubi wszystko, co wiąże się z morzem, okrętami, marynistyką. A ja lubię Jasia :-)

Więc gdy tylko przyjedzie, zrobię mu PARÓWECZKI - OŚMIORNICZKI.
Sam pomysł nie jest mój, podpatrzyłam go na stronie www.ozdabianiepotraw.pl, ale go troszkę zmodyfikowałam. Tam parówki są z mikrofalówki, a ja po pierwsze nie mam mikrofali (bo i po co?), a po drugie, przygotowane w wodzie same się wywijają i te macki wyglądają bardziej naturalnie.
Potrzeba: 2-3 parówki z cielęciną (te są ulubione), po 2 ziarnka pieprzu na oczka (dla starszych dzieci) lub kawałeczek sera żółtego (dla młodszych, wtedy można zjeść z oczami), dowolna dekoracja.
Wodę zagotować i maksymalnie zmniejszyć gaz, bo parówki – jak sama nazwa wskazuje- powinny się bardziej parować niż gotować.
W międzyczasie naciąć końce ostrym nożem, do wysokości ok. 3 cm (głowa), dzieląc koniec kiełbaski na sześć (sześciornica) lub osiem (ośmiornica) części. Gdy ramiona się wywiną wyjąć, wetknąć oczka i „posadzić” na talerzu.
Oczka z sera robi się końcem rurki do napojów: z parówki wydłubać rurką 2 miejsca (oczodoły) i wetknąć wycięte uprzednio tą samą rurką z sera żółtego gałki oczne. Jeśli ośmiornica ma być wkurzona lub nadużywa grogu, to oczka można zrobić gęstym keczupem.
Ja Jasiowi zrobię jeszcze łódeczkę z jajka z żagielkiem z sera żółtego, chciał „Dar Pomorza”, ale powiedziałam, że mi braknie sera ;-)