Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zdrowie z natury. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zdrowie z natury. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 7 września 2025

Ciasteczka Ziarna kawy i syrop z róży

 

Trzeba przyznać, że złudzenie, iż to rozsypana kawa, jest niezwykle przekonujące. Jeśli ktoś ma ochotę - tak jak Martik, bo to ona upiekła te figlaski - pobawić się w kuchni, to podaję link do przepisu tutaj
Pani Ania pisze: "Z tej porcji ciasta wyszło mi równo 58 mini ciastek kawowych". Moja córcia poszła w wyczyn, albowiem jej kawusie nie są sugerowanej wielkości orzecha laskowego, ale niemal prawdziwego ziarna kawy. No spójrzcie sami:

Ciekawe, ile czasu je toczyła... Nie wyobrażam sobie, aby małżonek pomagał, albowiem dłonie zięcia są tak na oko trzykrotnie większe od damskich (no, może nie od moich). Niewykluczone, że zgarnął nimi te miniaturki na dwa razy do paszczy, bo były bardzo pyszne😋

Ja mam teraz mniej czasu na nowinki kulinarne, albowiem zaczął się sezon na wyrób jesiennych specyfików dla zdrowotności. Bardzo cieszy mnie syrop z róży, który przyda się zestresowanym (a tych wśród H&C nie brakuje). Od kiedy przeczytałam o badaniach Małgosi z bloga "Trochę inna cukiernia" (czyli pani doktor biochemii oraz jej koleżanek-naukowczyń), dotyczących redukcji kortyzolu przez owoce róży, to wiedziałam, że muszę zrobić jakąś miksturę, wykorzystującą te cudowne właściwości. Panie używały liofilizowanych owoców ze względu na łatwość podania, ale Małgosia zapewniła mnie, że "Chodzi o owoce, a nie ich formę".
Użyłam owoców róży pomarszczonej (Rosa rugosa), której krzewy w tym roku są u mnie obsypane owocami. Zbierałam także płatki z tego krzewu, który ma różowo-fioletowe kwiaty, i konserwowałam je w cukrze (rugosa kwitnie przez wiele miesięcy, ale pączki rozwijają się sukcesywnie, nie ma więc zbyt wiele płatków na raz). Na szczęście drugi, ogromny krzew (zwany przez nas "różą chusteczkową", bo niestety kwitnie na biało i wygląda jak pokryty zmiętymi chusteczkami higienicznymi) też ma mnóstwo owoców, więc surowca w postaci tzw. hypancjum nie brakuje. A płatki róży ślicznie ten syropek perfumują i kolorują.
Na razie testuję specyfik na wnuczce Matyldzi, której niezwykle smakuje. Nie wiem, jak u niej z redukcją kortyzolu, na razie stwierdzono wręcz niezwykłe ożywienie. Dziadek, który miał pilnować, żeby podczas leżakowania po obiedzie nie dała nogi z tapczanu, zeznał, że przez poł godziny skakała po łóżku, aż sprężyny jęczały. Dobrze, żem tego nie widziała, bo pewnie musiałabym wypić cały zapas syropu😂. 

Wyniki badań M. Kalemby-Drożdż, A. Grzywacz i A. Cierniak: https://www.researchgate.net/publication/373820295_LIOFILIZOWANE_OWOCE_ROZY_OBNIZAJA_POZIOM_KORTYZOLU_U_STUDENTOW_PO_STRESIE_EGZAMINACYJNYM 
  

 

czwartek, 5 czerwca 2025

Kruche ciastka z nasionami mniszka lekarskiego i orzechami

 
Tak, wiem - to post mocno spóźniony. Ja co prawda znajduję jeszcze dmuchawce w cienistych zakamarkach mojego Podgórza, ale pewnie u Was dawno już ostatni puch potargał wiatr...😖 
Niemniej warto zapisać ten przepis, inspirowany krakersami Małgosi Kalemby (klik!), albowiem smak ciastek nie przypomina niczego, co jedliśmy. A jednak są smaczne, niezwykle oryginalne, coś jak ciastka z chałwą słonecznikową, tylko bardziej "dzikie" i nieoczywiste. 
Najbardziej trafny był koment Małżona: "Ciekawe... Trzeszczą, ale nie zgrzytają... Ile mogę zjeść?"
Małgosia zrobiła słoną przekąskę, w pięknej żółtej barwie (bo miała jeszcze płatki mniszka). Ja musiałam ograniczyć się do mielonych nasion, a ciasto było słodkawe (zostało w zamrażarce z mazurka wielkanocnego). Dodałam także resztkę orzechów włoskich, bo już się prosiły o zjedzenie, no i troszkię pocukrowałam brązowym cukrem po wierzchu, aby złasić słodkolubną H&C.
Najwięcej zabawy było z opalaniem puchu z nasion (koniecznie zobaczcie filmik Gosi), tym bardziej, że po pierwszym, spektakularnym ognistym podmuchu, trzeba było dopalać resztę gazową opalarką, co już scedowałam na MŻ, omamiwszy go wizją przepysznych ciastek😛
To było ciekawe kulinarne doświadczenie i myślę, że już każdego roku na wiosnę Hurma i Czereda dostanie na deser jedyne, nietuzinkowe i zdrowe trzeszczące ciasteczka mniszkowe (oho! i jeszcze wierszyk mi wyszedł 😁)



  

środa, 4 września 2024

Galaretka z aronii z rumem (i wcale nie jest gorzka!)

 

Wiem, że zdjęcie jest "niewyględne", ale my, wioskowi,przykładamy mniejszą wagę do strony wizualnej😉
Galaretka ta jest jednym z niewielu przetworów z aronii (nawiasem mówiąc: wyjątkowo dobroczynnej dla człowieka), które smakują każdemu z tzw. konsumentów, i która JEDYNA się ostała po ostrej selekcji moich aroniowych wytworów. 
Soku nikt pić nie chciał (i potem Matka-Karmicielka musiała sama spijać te hektolitry soku z zawsze plonującej aronii). Nie pomogły apele do starszej części klienteli (tiaaa, że na oczy dobra... że ciśnienie zbija...), a młodsza część jeszcze się tym nie przejmuje i przedkłada walory smakowe nad potencjalne obniżenie ciśnienia😏
Kluczowa sprawa to pozbawienie aronii chociaż części goryczki. Więc:
- najpierw trzeba przemrozić (ja trzymam w zamrażarce kilka dni),
- potem trzeba pozyskać sok tak, aby nie ekstrahować skórek i pestek.
Przemrożona aronia jest już częściowo zmiękczona, taka pomarszczona i ma naruszoną twardą skórkę. 
Uruchamiamy więc NSR (czyli Niewolniczą Siłę Roboczą - od kiedy H&C opuściła rodzinne gniazdo, jest to niestety sarkający Małżonek) i zmuszamy ją do zmiażdżenia tłuczkiem do ziemniaków lub (lepiej!) starodawną, drewnianą pałką do ucierania kremów, jagódek aronii. 
Kiedy mamy w garze zmiażdżoną pulpę, dosypujemy cukru (tak pi razy oko 70-80 dag na kilo owoców) i zostawiamy na parę godzin lub na noc, aby aronia puściła sok. 
Słodką massę podgrzewamy, aby jeszcze ten cukier wydobył resztę soku, a potem zlewamy już tylko płynny sok (wiem, wiem, reszta u mnie się marnuje, ale WYDUSZAM!).
Kiedy mamy już sok, niezbyt gorzki (a nawet prawie wcale) to działamy tak, jak z każdymi galaretkami w przetworach. 
Jedynym novum jest dodanie do tego przypraw korzennych na etapie podgrzewania (goździki, imbir w proszku, cynamon w laskach (może być i mielony), kardamon w proszku, kolendra – zresztą jakie kto chce, i ile chce do smaku... 
... oraz dobrego rumu w ilości pożądanej, po zakończeniu etapu podgrzewania– ja dałam w stosunku 1:3 (i była ciut za mocna dla kierowców), ale nie ma co też dawać w częściach śladowych, bo smak rumu tu robi robotę. 
Żelatynę (lub agar, w wersji wegańskiej) dodajemy w ilości podanej na opakowaniu (czyli ile łyżeczek na litr).
Każdy, kto się delektował tą galaretką w lodach, deserach czy (najczęściej) do herbaty - nie mógł uwierzyć, że to po prostu zwykła aronia😋 
 
 

sobota, 11 maja 2024

Ocet różano - jaśminowy

 

Długo mnie nie było na blogu, bo - jak to wiosną - jest bardzo dużo pracy w polu i ogrodzie. Kiedy np. sadzi się ziemniaki ręcznie (w sensie: motykami), jak nie przymierzając za "Babci Austrii", to sterana babcia małorolna nie ma już siły na szwendanie się po sieci. A tu jeszcze tyle roślin do przerobienia w smakowitości, którymi potem delektujemy się przez cały rok.
Kwitnie już róża pomarszczona i jaśminowiec, więc zachęcam do zrobienia pięknie pachnącego octu. Na surowo raczej nie da się jeść płatków jaśminowca (w przeciwieństwie do jaśminu), bo - jak słusznie zauważyła ekspertka pani Gosia Kalemba (klik!) mają gorzko-cierpki smak. Co do trwałości aromatu nie całkiem zgadzam się jednak z moją Mistrzynią, bo stary, nieatrakcyjny wizualnie jaśminowiec z ogrodu sąsiadki, pachnie tak oszałamiająco i trwale, że nawet po fermentacji octowej aromat jest piękny. A w połączeniu z różą - wprost urzekający!
W zamierzeniu miał to być ocet kosmetyczny, ale kiedy H&C wyniuchała, jak pachnie, zaczęło się podbieranie i w końcu w całości został spożyty w lemoniadach i herbatkach.
Wykonanie - jak każdego octu - jest bardzo proste. Zainteresowanych odsyłam do wskazówek w przepisie na ocet z mniszka, o tutaj 😊.

sobota, 1 kwietnia 2023

Sałatka z mniszka, gwiazdnicy i krwawnika

 

Martik zameldował ze Słowenii, że sezon na mniszka lekarskiego już się rozpoczął i u Teściów niemal codziennie jest do obiadu sałatka z tego ziółka. Ponieważ u nas rośnie wszędzie (a najlepiej w moich kwiatkach), więc wyeksterminowanego "mlecza" postanowiłam spożytkować kulinarnie. Smakowała nam w zeszłym roku wersja słoweńska (właśnie ze skwareczkami), ale czegoś mi u nich brakowało. Dodałam więc trochę posiekanej rzodkiewki i jajka na twardo. Sosik to olej z pestek dyni, ocet z bzu, sól, cukier, pieprz i suszony czosnek. 
Ponieważ (nie wiedzieć czemu) nasz mniszek jest bardziej gorzki niż ichni, więc dodałam młodziutki krwawnik (jeszcze nie drapie w gardle) oraz gwiazdnicę, która radośnie sobie rosła na grządkach przez całą zimę.  
Sałatka ma lekką goryczkę, ale jest przepyszna - soczysta, chrupiąca, pełna witamin i dobrodziejstw leczniczych. No i (oprócz rzodkiewki, bo nie mam jej jeszcze) wszystko z naszego gospodarstwa👍 
P.S. Aby zobaczyć zioła w tej kupie dodatków trzeba powiększyć zdjęcie, ale zapewniam, że są tam wszystkie trzy 😆

sobota, 1 października 2022

Domowy sok Kubuś na zimę

 

Niemal cały wrzesień spędziłam u Martika w Słowenii. Gros czasu poświęciłyśmy na "ogarnianie" jej warzywniaka. Mając jeszcze w oczach nędzne zaiste, zrodzone w suchych mękach tegorocznego lata MOJE plony, doznałam szoku. W Alpach, powyżej tysiąca (!) metrów, na dnie niewielkiej niecki, gdzie utrzymuje się trochę gleby, na podłożu przypominającym drobny koci żwirek wyrosły jarzyny, mogące stawać do konkursu "Warzywni giganci 2022". 


 Szkoda, że nie mamy zdjęć marchewki, bo ona będzie bohaterką tego wpisu, ale zapewniam - mimo, że robiłam podyplomówkę na Uniwersytecie Rolniczym i oglądałam wiele wzorcowo prowadzonych upraw, to w życiu czegoś takiego nie widziałam. I nie tylko, że ogromne! Jeszcze słodziutkie, chemią nie skażone, nie zżarte przez żadne tam połyśnice i drutowce! Skwitował to najlepiej stric Matej: "Poljska semena, slovenska zemlja...", bo rzeczywiście nasiona były z Polski. 
 
Trzeba więc było zabrać się za robotę (jak w jakimś Hortexie) i przerobić chociaż część tego bogactwa. Z drobnej części marchwi zrobiłyśmy jakieś tysiąc... (nie, no nie tysiąc, ale gdy upadłyśmy wieczorem, to takie było wrażenie) litrów domowego soku przecierowego typu Kubuś. Martik powiedział, że smak jest bardziej jak Witaminka Hortexu, ale niech już będzie Kubuś.
SKŁADNIKI:
* marchew, jabłka (rosną na tej farmie, a jakże!) i banany (dlaczego JESZCZE  tam nie rosną?!) w dowolnych proporcjach - chociaż najwięcej powinno być marchewki,
* minimalna ilość wody do rozgotowania składników,
* przegotowanej wody do rozrzedzenia wg uznania, bo zblednowany mus jest bardzo gęsty,
* sok z cytryny,
* ewentualnie łagodny w smaku miód (jeśli Kubuś ma być "bez"), albo więcej dojrzałych bananów, albo po prostu cukier do smaku. 
WYKONANIE:
 Marchewkę i jabłka obrać. Nie robiłyśmy tego dokładnie, bo Martik ma jakiś super-hiper blender, który nawet z lodu robi z powrotem wodę - chodziło bardziej o kolor. Ugotować do miękkości (jabłka osobno, rozpadły się po kilku minutach) i zmiksować razem z bananami. Jeszcze raz chwilę pogotować. Miała tam pojawić się jakaś piana do zeszumowania, ale już nam się nie chciało dziuczeć nad garami, tym bardziej, że zaszła nas nocka, a kosmiczny blender wyjąc wniebogłosy obudził nie tylko steranych domowników, ale nawet psa na polu (a tornjak Loki ma szczek!). Rozcieńczyć do pożądanej konsystencji i doprawić do smaku. Pasteryzować pół godziny (my "na sucho" w piekarniku, 100 stopni, termoobieg), aby można było otworzyć go zimą, gdy śnieg zawali jedyną górską dróżkę w dół do sklepu.
Nawet patriarchowie rodziny, którzy takich wynalazków z zasady nie pijają (bo preferują - jak to południowcy - zgoła inne trunki) powiedzieli, że bardzo dobry.  

 dopisano 07.X.
Martik przysłała zdjęcie marchewy 😂

 

niedziela, 29 sierpnia 2021

Macerat olejowy z uczepu trójlistkowego (na zimno)

 

Uczep trójlistkowy dawniej był dla mnie tylko "nąnejmową", wyjątkowo upierdliwą rośliną, której haczykowate owoce przynosiło się na sobie z lasu. Obskubywanie ubrania z uczepu to robota dla skazańców (kto przedzierał się przez  leśne manowce ten wie). Ale studia podyplomowe jednak się przydają - profesorki jednogłośnie potwierdziły jego niezwykle korzystne działanie na skórę. Zachęcam do poczytania w Internecie - wprost roi się tam od peanów. Ale uwaga - wiele sklepów sprzedaje "olejek uczepowy", a przecież to nie jest ani roślina olejkowa, ani tym bardziej oleista, tam nie ma z czego wycisnąć oleju, jak np. z lnu czy czarnuszki. To są po prostu maceraty, najczęściej na bazie zwykłego oleju sojowego (wcale nie bio) albo wprost rzepakowego z desykowanego ziarna. 
Najlepiej samemu zrobić sobie to cudo. Warto także nazbierać i ususzyć ziela uczepu - napary do przemywań są bardzo skuteczne w walce z trądzikiem (sprawdzone!).
Jak zrobić taki macerat dokładnie opisuję tutaj, na przykładzie maceratu z dziurawca. Surowcem do sporządzenia preparatu są szczyty pędów wraz z najmłodszymi listkami. Jeśli zamierzamy zużyć macerat dość szybko (do kilku tygodni), to lepsza jest maceracja na zimno. Jeśli chcemy dłużej go przechować - macerujemy na ciepło (pytałam prof. Pisulewską, jak długo można go przechowywać, powiedziała, że do pół roku powinien zachować właściwości). Aha, użyłam bio-oleju z pestek winogron.
Gotowy "olejek" będzie miał śliczny, zieloniutki kolor. Łagodzi podrażnienia nawet atopowcom (tez sprawdzone :-D).

piątek, 6 sierpnia 2021

Kiszona cukinia

 

Przepraszam, że trochę zaniedbałam bloga, ale postaram się nadrobić zaległości (tym bardziej, że gotująca część H&C dobija się o przepisy na przetwory). Hie, hie - nie było to jak u Mamci: wystarczyło iść do piwnicy i wziąć z półki, a teraz trzeba samemu przerabiać tony warzyw i owoców. Matka jednak jest dumna, że Martik ma takie zadbane grządki i szklarnię, no i że zapał do gotowania nie ostygł, kiedy para z garów Umiłowanej Przywódczyni ulotniła się na horyzoncie :-D
Więc jadziem z tym koksem, a na początek cukinie, bo te psiajuchy zawsze plonują - czy lato suche, czy mokre, czy mroźne - to zawsze zaskakuje nas klęska ich urodzaju.
Najlepsze, co można zrobić z cukinii (wykorzystując także te spaślaki) to według mnie sos ortolana (klik!). "Śródziemnomorskie" też są pyszne i oryginalne (klik!), ale po kilku miesiącach tracą smak.  Sosy i keczupy to klasyka (ten jest bardzo dobry klik!). 
Kiszone są znakomite (bratowa stwierdziła, że lepsze niż ogórki małosolne), jednak z czasem miękną i wtedy w zimie robimy z nich zupę (jak ogórkową - klik!). Na bieżąco kisimy je w "kamieniaku" (obok stoi garnek - kamieniak z ogórkami i można sobie robić kwaśny duet :-D). Już tam Hajduczek kombinuje, jak poradzić sobie z mięknięciem kiszonych kabaczków w zimie - MUSZĘ wypróbować jej sposób (klik!). Jeśli jednak nawet tylko kilka tygodni można cieszyć się chrupkimi, delikatnymi, pysznymi kiszonkami z tego warzywa, to naprawdę warto! No i bezcenne dla jelit udręczonych np. wszelakimi nietolerancjami pokarmowymi.
Robi się je tak samo, jak ogórki. Mój sposób opisany jest bardzo dokładnie, bo na potrzeby początkującej w kwaskach Hurmy i Czeredy - tutaj
Na zdjęciu cukinie są świeżo po zalaniu, więc woda jeszcze nie zmętniała, ale po 3-4 dniach bakterie kwasu mlekowego zrobią swoje.
P.S. Dręczonym ciekawością, co to za dizajnerski plan zdjęciowy, odpowiadam: to moja kamieni kupa. Przed domem, stąd las w tle. Na szczęście oprócz bacy dało się tam posadzić i słoiki 😆  

 

niedziela, 14 marca 2021

Ocet z kwiatów forsycji


 Trudno na razie uwierzyć, że forsycja KIEDYŚ zakwitnie, bo cały świat jakby przyczaił się między zimą a wiosną... Ale przecież to jeden z pierwszych cudów wiosny i dla mnie pierwszy surowiec na świeży, optymistycznie żółciutki ocet kwiatowy. Więc wstawiam tę "zajawkę", aby amatorzy domowych octów już się nastawili na kwiatobranie :-)
Przepis pochodzi od nieocenionego Hajduczka i jest tam wyczerpujący opis, i wszystkie argumenty "za" - kliknijcie!
Sposób wykonania octu jest taki sam, jak w przypadku innych kwiatowych - np. z mniszka lekarskiego (tutaj)  i w ogóle nie jest skomplikowany. 
Zdjęcie ma się rozumieć pokazuje już gotowy wyrób, po jakimś miesiącu, aż ustała fermentacja - dlatego jest tak zielono w tle. Mieszkańcy naszego przysiółka już przywykli, że co jakiś czas na dechach w sadzie pojawiają się kielichy z napitkami i chłopy wiedzą, że nie jest to poczęstunek dla dzielnych traktorzystów po zakończeniu orki , lecz fanaberie Marzyni. 
Jedynie koty są zawsze ciekawskie i przeważnie zostają bohaterami nie tylko drugiego, ale i pierwszego planu 👀



sobota, 5 września 2020

Ocet z aronii

 

Ocet z aronii pozwala zagospodarować chociaż część tej obfitości, przed którą rokrocznie staje człowiek, zdumiony i zadający sobie pytanie: po co ja właściwie posadziłam tego krzaka? (już krzaczora zasadniczo, z ambicjami na krzaczora - potwora). Niestety, mimo że aronia jest bodaj najzdrowsza z owoców, to jednak moje psiajuchy nie chcą pić soczków, którymi ich uszczęśliwiam, już nie mówiąc o kompotach (??) czy dżemach (???, ktoś je w ogóle robi?). Propozycja zrobienia wina też nie znalazła uznania, chociaż amatorzy win wszelakich są. Więc od wielu lat tą porą walczą we mnie Nosacz z Leniwcem. Nosacz podszeptuje: nie, nooo, Marzyniu, coś co można przerobić rośnie sobie, a ty przechodzisz mimo?! A Leniwiec proponuje: weź se lepiej koc i książkę, i walnij się w cieniu krzaczora, akurat do tego się przyda. 
I - co widać na załączonym obrazku - zwycięża nosaczyzna. 
Ten ocet jest na słodkich "wytłokach" po zrobionym soku z aronii. Ponieważ ma dużo garbników, a owoce są wygotowane, więc  trzeba wrzucić wielki kawał matki octowej i często mieszać. Długo fermentuje, ale i cały rok trzyma się potem bez pasteryzacji.  Jest bardzo smaczny - raz się pomyliłam i zrobiłam z nim przepitkę po zwyczajowym kielichu dla chłopa, co nam skrudlił pole pod owies. Lekko się tylko skrzywił, że "cosik kwaśnawy ten soczek" :-D
Proces robienia octu jest taki sam, jak zawsze. Jeśli robi się z wytłoków albo tego muta pozostałego po soku z sokownika czy ze słoja, to proporcje wody do masy owocowej powinny być (wg mnie) objętościowo 1:1. Czyli połowę słoja pulpy aroniowej, a drugie tyle wody. Link do przepisu na wszystkie octy - tutaj :-)
 


sobota, 11 lipca 2020

Macerat olejowy z dziurawca (na zimno)

Dziurawca w tym roku dostatek. I jest wyjątkowo okazały - w tamtym roku nieźle się musiałam nawłóczyć po łąkach, zanim zebrałam ziela na słoik maceratu. 
Dlaczego warto go zrobić? Bo pomaga, kiedy nogi odpadają ze zmęczenia (niestety, tutaj w komplecie najlepiej mieć masażystę), kiedy jakieś bóle chodzą po stawach, kiedy udręczony od dziuczenia przed komputerem atlas chce wreszcie zrzucić głowę i wyjść z kręgosłupa (zdalne nauczanie... miodzio... w tygodniu nauczasz, na weekendzie jesteś nauczana...). I jeszcze pan Boguś potwierdza, że nacieranie pomogło mu na reumatyzm. Kluczową być może rolę żony - masażystki przemilczał, ale internety potwierdzają, że ziele dziurawca (które kojarzymy z układem pokarmowym albo depresją), jest pomocne w takich przypadkach.
Mój macerat robiłam na zimno, metodą opisaną przez Hajduczka (klik!). Nie nadaje się do długiego przechowywania, więc gdy ktoś chciałby zrobić  duży zapas, to lepiej na ciepło (np. tutaj - klik!).
SKŁADNIKI:
- końcówki pędów dziurawca zwyczajnego (najlepiej tylko kwiatostany i te malutkie listeczki przy nich),
- olej z pestek winogron (najlepiej bio) w ilości "do pokrycia",
- spirytus 70%  do spryskania surowca.
WYKONANIE:
Szczyty pędów dziurawca obciąć i pokroić - ja to robię mocnymi nożyczkami, tak podstrzygam jak Edek Nożycoręki żywopłot😁. Partiami wsypywać do słoika, każdą warstwę spryskując spirytusem (atomizerek z toniku do twarzy jest bardzo podchodzący). Nie ubijać, zakręcić. Po półgodzinie zalać olejem. Niektórzy polecają oliwę z oliwek albo słonecznikowy, ale ja już obadałam, że bardzo dobrze wchłania się "we mnie" (i w pana Bogusia chyba też) olej z pestek winogron. Trzymać na słonecznym parapecie 2 tygodnie, aż nabierze pięknej, aż takiej jakby neonowej, czerwonej barwy.Przecedzić, wyciskając czystymi łapkami jak najwięcej oleju. Przefiltrować przez gazę i cieszyć się "likarstwem" z Bożej Apteki :-)


poniedziałek, 6 lipca 2020

Ocet z malin i czerwonej koniczyny

Kolejny z wyśmienitych octów. Ten malinkowy jest pyszny nie tylko w napojach, ale i świetnie sprawdza się w winegretach :-) Receptura jest zawsze ta sama - proszę zajrzeć tutaj :-) Co do surowca to jeśli ktoś ma na tyle malin - to oczywiście może zrobić czysto owocowy. U nas z malinami średnio - gdy już się ma ich więcej, to zawsze idą na sok metodą Babci Myszki (klik!), więc trzeba przyczynić czegoś, w co obfitują łąki lub ogród. Dobra jest kombinacja właśnie z czerwoną koniczyną. No i idąc na spacer warto powstrzymać się od zeżarcia apetycznych leśnych malinek - dorzucone do słoja (także z już gotowym octem) cudownie go aromatyzują.
Można także nastawić ocet z resztek po zrobieniu własnego soku. Ponieważ takie owoce są mniej "żywe" niż świeże, więc trzeba na kopa startowego dodać więcej niepasteryzowanego domowego octu (każdy się nada, no, może ten z aronii mniej, bo ma bardzo silny kolor) albo duży kawał matki octowej. I często bełtać. 

P.S. Moje matki są jak Wielkie Macierze - pływają sobie leniwie jak spasione meduzy. Gdyby ktoś potrzebował, to mogę taką matką octową podzielić się :-)

sobota, 5 października 2019

Syrop z dzikiego tymianku na kaszel

Dusił mnie z lekka kaszel. Oczywiście to zlekceważyłam, zwalając na:
- kłaczek (koci, a jakże, w końcu trzy koty grasują w chałupie), 
- zakrztuszenie biszkopcikiem (nie tylko Maleństwo, stara Kangurzyca też może się zakrztusić) oraz 
- nadmiar cygarków (tę wersję utajniamy, bo Katon Starszy i Katon Młodszy, co to niby nigdy cygara w gębie nie mieli  tiaaaa, już czyhają żeby się czepić jak te uczepy trójlistkowe).
Gdy jednak zaczęło mnie chełtać i w nocy, i rano, i dobiła mnie wizja siedzenia na milionpięćsetstodziewięćsetnej konferencji i szczekania na swoich - poszłam do lekarza.
Temat: "lekarz we wioskowej przychodni" to materiał na epopeję. Może kiedyś jeszcze o tym napiszę. W każdym razie doktor stwierdził, że to ZAPALENIE OSKRZELI. No masz ci los! Mam niejakie podejrzenia, że kochany stary pan doktor jednak jest przygłuchy, bo jako żywo oskrzeli to nie miałam chorych 30 lat. A może jednak już próchienko się sypie?... 

Najlepszymi wg mnie domowymi lekarstwami na przewlekły kaszel są przetwory z tymianku. Miała rację pani z "Ogrodnika w podróży":
Syrop z melisy i tymianku , to jeden z najlepszych darów domowej apteczki . Doskonale leczy wszelkie infekcje górnych dróg oddechowych . Dzięki melisie działa kojąco i antystresowo , a do tego jest pyszny.  Doskonały jako orzeźwiający napój latem z kostką lodu i plastrem cytryny jest najlepszym drinkiem Polecam własne syropy ich wyrób jest prosty,a korzyści płynące z tych butelek są po prostu nieocenione [pisownia oryginalna].
Jak dobrze, że miałam jeszcze 2 buteleczki ego specyfiku!
SKŁADNIKI:
- ziele tymianku (rośnie u nas w obfitości, ale można też zrobić z kupnego),
- kwiat lipy (dodałam bo miałam - trzeba jednak potem siedzieć w domu, bo człek się okrutnie poci po lipie),
- listki melisy (dziko nie rośnie, ale miła sąsiadka ma jej cały łan),
- woda (tyle, by przykryła roślinki),
- cukier i miód (na litr wywaru trzeba jakieś 50-60 dkg cukru, to musi być bardzo słodkie, bo nie utrzyma się w zimie. Na bezpośrednie spożycie oczywiście można dać sam miód i w mniejszej ilości),
- szczypta/dwie kwasku cytrynowego (albo sok z cytryny).
WYKONANIE (cytuję):
Melisę i tymianek (i lipę) najlepiej zbierać wieczorem po słonecznym dniu, kiedy są pachnące i suche. Wodę wlewamy do garnka i doprowadzamy do wrzenia. Wrzątek zestawiamy z gazu, dodajemy kwasek cytrynowy i zioła. Mieszamy. Nakrywamy pokrywką i odstawiamy w chłodne miejsce na 48 godzin (ja trzymałam 24, bo miejsce nie było bardzo chłodne). Pamiętajcie żeby mieszać raz na jakiś czas. Po tym czasie odcedzamy masę zieloną, wyciskając ją dokładnie przez gazę, żeby odzyskać jak najwięcej  aromatu (odciskałam po prostu łapkami).
Wywar doprowadzamy do wrzenia, wsypujemy cukier, mieszamy aż się rozpuści i gotujemy jeszcze około 30 minut (15 minut). Po tym czasie gorący syrop rozlewamy do butelek i zakręcamy. Rozlewany na gorąco nie wymaga dodatkowej pasteryzacji. Pyszny napój lub lekarstwo, takie zdrowe dwa w jednym.
To prawda. Wąchając wywar, ostro zajeżdżający tymiankiem, myślałam, że z tą smakowitością to może przesada? A jednak syrop dodany np. do herbaty czy mineralnej jest pyszny, orzeźwiający, naprawdę w upały może gasić pragnienie. Oczywiście u mnie poszedł w buteleczki, bo wielu cherlaków czeka na Leki z Bożej Apteki.
Nawet Mamcia Marzynia :-D

sobota, 20 lipca 2019

Ocet z siedmiu ziół

Nie jest to jeszcze co prawda słynny "Ocet siedmiu złodziei" (ten zapewne także wytworzę, na epidemię dżumy będzie jak znalazł), ale naprawdę ma siedem składników. Jest owocem wyprawy na ostatnie kwiaty czarnego bzu sprzed miesiąca. Niestety, było ich tak mało, że trzeba było domieszać inne chwaściki. No i wędrowałam z koszyczkiem po naszych łąkach i namaniły się pod rękę:
czerwona koniczyna, ostatnie płatki róży cukrowej, płatki bławatka, mięta,  babka zwyczajna i krwawnik. 
Proces produkcji octu jest banalnie prosty. Poprzednie wpisy oraz moje mentorki tłumaczą to jasno (np. tu i tu). Mnie też wydawało się, że to jakaś wiedza tajemna, ale jeśli ma się odrobinę cierpliwości, no i dostęp do surowca, no to każdy może go zrobić ku radości i odporności :-)
W jego aromacie dominuje świeży zapach mięty i bardzo łagodny, słodkawy koniczyny. Niestety, wcale nie czuć róży, ale to trzeba pewnie wytworzyć macerat. Tym zabawimy się za rok!

poniedziałek, 15 lipca 2019

Tarte kiszone ogórki na zupę (na zimę)

Nawet najbardziej skrzętnemu ogrodnikowi trafiają się ogórkowe potwory. Zawsze jakieś spaślaki zakamuflują się pod liśćmi i odkrywszy je nie bardzo wiadomo, co z nimi zrobić. Ale jest fajny sposób, bardzo praktyczny w zimie, gdy trzeba szybko ugotować zupę. Technika kiszenia jest dokładnie taka sama, jak przy całych ogórkach (klik!), jedynie wstępna obróbka pochłania więcej czasu. No ale na wakacjach...  z pomagierami pod ręką... warto!
Robiłam w dwóch wersjach: obierane ze skórki i tarte ze skórką. Jednak w tych "ze" przeszkadzało mi, że twarda, więc wpadłam na salomonowe wyjście: ogórki starte bez skóry, ale za to dodaję ją do słoika (lepiej się kiszą). Wygrzebać obierki, koper, czosnek i chrzan to potem już żaden problem.
I kolejny pomysł na zdrowe kiszonki dla naszych jelitowców zrealizowany :-) 

środa, 3 lipca 2019

Ocet z kwiatów bzu czarnego

Proces wytwarzania tego octu jest dokładnie taki sam, jak z mniszka lekarskiego (o tu klik!).
Ten jest najlepszy, jaki piłam - cudownie pachnie kwiatem bzu!  Chyba najpiękniejszy hymn pochwalny na jego cześć napisała pani Magdalena z bloga "Lepsze życie", naprawdę warto przeczytać, bo panegiryk nie jest przesadzony nic a nic (tutaj link).
Widać, że mój jeszcze bąbelkuje, bo wydawał mi się zbyt słaby po zlaniu (stał 4 tygodnie, dopóki kwiaty nie opadły), więc dodałam 3 duże łyżki miodu i nadal pracuje. Starterem był ocet z mniszka, bo jabłkowy już się skończył.
Moje octy robią się na okrągło - jeden napędza drugi. Bio-perpetuum mobile :-) Następny w kolejce jest ten z siedmiu ziół, pojawi się na blogu niebawem, bo już jest "opadnięty".
P.S. Gdy niosłam go do ogrodu na sesję, pan Ździchu (który stawia u nas garaż) zakrzyknął "Dawej tu!", ale Wujo go uświadomił, że Marzyna nie robi bimberku, ino ocet, nie wiedzieć po co :-D

wtorek, 25 czerwca 2019

Kiszone rzodkiewki

Jeśli ktoś - nie wiedzieć czemu - pomyślał, że to klopsiki wieprzowe w rzadziuśkim sosiku, to jest w błędzie! To są eko, bio, wege i gluten free rzodkiewki z mojej grządki, zakiszone jak ogórki. Nie ma w nich kopru, bo jeszcze nie miałam baldachów, a dopiero potem przeczytałam, że można dać z zeszłorocznych ogórków kiszonych (a jeszcze mam swoje). Proces jest dokładnie taki sam jak w przypadku ogórków (klik!), mniej więcej po tygodniu są już kwaśne. Zjedliśmy jeden słoiczek - fajne, nietypowe, kwaśne i ostre jednocześnie. I oczywiście - jak wszystkie kiszeliny - baaardzo dobre dla brzuszka :-)

niedziela, 16 czerwca 2019

Syrop różany

Sezon na różę cukrową (zwaną pomarszczoną) już się u nas kończy. Czyhałam na jej płatki rano i wieczorem i udało mi się zrobić kilkanaście buteleczek cudownego syropu. Niestety, nigdy nie zebrałam z 2 krzewów takiej ilości na raz, by wystarczyło na ucieraną na zimno konfiturkę Babci Broni, ale na syrop wystarczy nawet dwie szklanki płatków. Przepis jest bardzo prosty, a smak (i zapach!) - zniewalający :-)
SKŁADNIKI:
na 2 szklanki płatków róży - 
1 szklanka wody,
1 szklanka cukru,
1-2 szczypty kwasku cytrynowego (można dodać sok z cytryny, ale kwasek lepiej konserwuje)
WYKONANIE:
Płatki rozsypać na białej ściereczce (gdy mam więcej wykorzystuję prześcieradło) i przepatrzeć, czy nie ma robaczków. Do syropu nie trzeba odcinać białych końcówek, bo goryczki wcale nie czuć, no chyba że mamy pod ręką niewolniczą siłę roboczą w postaci potomstwa :-D Zalewamy zimną wodą, dodajemy cukier i kwasek, i pomalutku podgrzewamy. Gdy cały cukier się rozpuści sprawdzamy, czy czuć leciuteńki smak kwasku lub soku z cytryny, jeśli nie - dodajemy jeszcze ciut. Gdy już niemal wrze, odstawiamy do wystygnięcia (w lodówce może stać do następnego dnia). Procedurę powtarzamy, starając się go długo nie gotować, bo wtedy ulatnia się duża część aromatu. Gdy płatki staną się szkliste i niemal stracą barwę wlewamy wrzący płyn do buteleczek i odwracamy je do góry dnem. Ja nie pasteryzuję, ale gdy ktoś się boi to pewnie można. Najwspanialszy jest na zimno, z wodą i octem z mniszka lub bzu. 
 P.S. Po zrobieniu zdjęć w ogrodzie okazało się, że na jednym zapozował z tyłu nasz Eduardo, oblizujący sobie nos. Nie ma to jak bohaterowie drugiego planu :-)

poniedziałek, 10 czerwca 2019

Ocet z mniszka lekarskiego

W poszukiwaniu miejsca i światła na zdjęcie polazłam aż do ciotczynego sadu, na dechy podłogowe. Siedzący pod szczepem Wujo ocknął się ze stuporu (wiadomo, niedziela, robić nie można, a upał usypia), bo myślał, że niosę mu kielicha. Fakt, że wygląda to nieco jak mętny bimberek, no i jeszcze to naczynie... Na wiadomość, że to ocet z mlecza spojrzał na mnie jak na raroga, a propozycję skosztowania skwitował filozoficznie: "Jeszczem nie zgupioł, żeby ocet pić!", po czym wrócił do rozmyślań o dziwactwach przeflancowanych na wieś miastowych. Na PRAWDZIWEJ polskiej wsi ocet piją tylko "dziwochy" (tak się u nas mówi na dziewczęta), które nijak nie mogą schudnąć, a muszą, bo legginsy się wrzynają i chłopy pod geesem się podśmiechują pożądliwie. 
My zaś zakochaliśmy się w octach od zeszłej jesieni, kiedy to zasypały nas tony jabłek psiar i nie wiadomo było już, co robić z nimi. I to był strzał w setkę! 
O occie jabłkowym napiszę w jesieni, bo został mi już z niego tylko pieczołowicie przechowywany "zaczyn", którym zaszczepia się kolejne nastawy. Ocet z mniszka jest przepyszny (jak i jabłkowy zresztą, ciekawam też tego z czarnego bzu, który już tam w słoju pracuje) - orzeźwiający, pachnący, a o jego zdrowotnych właściwościach nawet nie będę pisać, bo internet pęka od ochów i achów, jak najbardziej słusznych. Robi się go niesłychanie prosto, właściwie jedyną trudnością dla niektórych może być znalezienie łąki z czystym, nieskażonym opryskiem, spalinami czy gnojowicą (ulubiony na wsi sposób na bujną trawę) mniszkiem. 
Przepis wzięłam od Hajduczka (klik!), Ona jest po prostu moim guru! Oczywiście nie liczyłam kwiatków, poszłam w sprawdzoną metodę "na oko", czyli napakowałam 3/4 słoja surowca i zalałam do pełna słodką wodą (trzy kopiate łyżki na każdy litr przegotowanej wody; mamy swoją dobrą wodę ze źródła). Cyrknęłam trochę octu jabłkowego, żeby dać mu startowego kopa, chociaż Hajduczek pisze, że i bez tego się zrobi i bełtałam łyżką energicznie 2-3 razy dziennie. Dość szybko główki kwiatków rozpadły się i nawet troszkie się spietrałam, bo ciecz w słoiku wyglądała jak pobrana z bagienka w lesie, ale po 3 tygodniach muto opadło i można było go przecedzić przez pojedynczą gazę (albo sitko). Hajduczek filtruje przez pieluchę, ja nie robię tego tak dokładnie, bo chciałam zachować ten pyłek z mlecza. W kieliszku na zdjęciu jest prawie klarowny, a to dlatego, że żółte cząstki zostały na dnie słoja, a nabierałam chocheleczką.
Jeśli zrobiliśmy dużo i chcemy go przechowywać, to trzeba jeszcze dodać cukru i  przefermentować jeszcze raz. Gdy zacznie wykręcać paszcze przy próbowaniu - może stać do następnego lata! U nas nie dostoi, tym bardziej, że nie robię hektolitrów - co chwila bowiem nastawia się nowe octy: z bzu, koniczyny, malin, płatków nagietka, ogórków, buraków, wszelkich owoców - no co dusza zapragnie!
Najczęściej pijemy go z wodą i miodem jako napój albo z herbatą (nie wrzącą) zamiast cytryny. Pyszka! I bardzo dobrze robi na jelitka :-)

czwartek, 21 marca 2019

Jak wyhodować kiełki w domu?- w słoiku!

Nie spodziewałam się, że jest to takie proste. Każdy ma w domu litrowe słoiki, gumki recepturki i gazę lub rzadkie płótno, a wybór nasion  w sklepach jest ogromny. Trzeba jednak kupić te specjalne nasionka na kiełki, bo takie do uprawy w ziemi mogą być zaprawiane i nie nadają się. Ja hodowałam już kilkakrotnie rzodkiewkę (szybciutko rośnie, a jej lekko pikantny smak świetnie ożywia kanapki i sałatki), lucernę (smakuje jak młode strączki groszku) i buraczki (dość długo rosną i mają charakterystyczny, ziemny posmak botwinki).
Jedyna praca to płukanie nasion w słoikach, ja to robię kilka razy dziennie. Bardzo przystępnie wyjaśnia to pani Dorotka (i stu innych blogerów i vlogerów, ale po raz pierwszy natrafiłam na ten sposób właśnie u niej, więc polecam). 
Cały opis jest tutaj - klik!
Od siebie mogę dodać, że słoiki nie muszą być ukośnie ustawione na podstawkach - u mnie po prostu leżą na boku na zimnym kaloryferze pod oknem (bo powinny być w półcieniu). Woda, którą je płuczemy (najlepiej przegotowana, nalewamy, bełczemy i wylewamy - wszystko bez zdejmowania gazy) dokładnie się odlewa przez tę gazę i nie ma obaw, że będą gniły. Gdy są już wyrośnięte trzeba je wygarnąć do miski i kilkakrotnie odpłukać mieszając palcami - łuski z nasion albo będą pływać po wierzchu, albo zostaną na dnie. Troszkę trudniej jest oddzielić nasiona od kiełków buraka, ale są dość duże, więc bez problemu można je powybierać. 
Hurmo i Czeredo - do dzieła! Złota we Wisłoku nie odpłuczemy, ale nieco zdrowia na wiosnę można wybełtać :-D