Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sosy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sosy. Pokaż wszystkie posty

sobota, 5 lutego 2022

Domowy majonez i surówka z pora, marchewki i jabłka.

 


Uziemiona w izolacji Marzynia dopieszczała siebie i obłożonego kwarantanną małżonka różnymi pysznościami. Pierożki ze szpinakiem, zapiekanki, ravioli, domowe lody, pizza - generalnie: wypasy! A że samopoczucie psuła nam tylko niemożność wychodzenia dalej, niż dookoła chałupy, więc na oczekiwany z utęsknieniem ostatni dzień niewoli postanowiłam zrobić największy hit - kotlety według Magdy Gessler, ze słoweńskiego schabu. 
Na ranczu Marty i Janeza każdego roku żyją sobie w luksusach dwa wieprzki, karmione tylko ekologicznie, i nawet mieszkanko mają ze stałym wyjściem na podwórko. Niestety, jesienią muszą zamienić się w prszuty, salami, dojrzewające kiełbasy, wędzoną słoninę i coś, co się nazywa w Słowenii "żołądek", a jest jakby dojrzewającym, twardym jak kamień salcesonem. Martik po pierwszym świniobiciu stwierdził ze zdumieniem, że tam W OGÓLE nie robią schabu, polędwiczek czy mielonego, że już o normalnym salcesonie czy domowych pasztetówkach nie wspomnę. Ale w tym roku poprosiła, aby jednak masarz zostawił jej mięso na sznycle i kotlety, ku radości rodziny męża (nasze schabowe robią tam furorę!) i naszej, bo śliczny kawałek schabu trafił i do Polski. To najlepsze mięso na kotlety, jakie kiedykolwiek miałam, lepsze nawet, niż z naszych pamiętnych prosiaków Podenka i Bicenka, któreśmy u ciotki hodowali!
No i do tego - wiadomo! - własne kłócone ziemniaczki i surówka z warzyw z Ekohandlu, ta ulubiona, z porów. Z MAJONEZEM.
Ręka Marzyni, sięgająca na pewniaka do lodówki, zawisła dramatycznie w powietrzu. Bo jego NIE BYŁO! 
Złamanie kwarantanny i zakup majonezu za trzydzieści tysi jednak nie wchodził w grę, więc postanowiłam - aż wstyd się przyznać że pierwszy raz w życiu! - zrobić domowy majonez. 
Przygotowałam 2 żółtka, 1 łyżeczkę musztardy, 1 łyżkę octu jabłkowego, 1/4 łyżeczki soli, 1/2 łyżeczki cukru i 3/4 szklanki oleju. Obejrzałam trzy razy filmik na którym magicznie, w wysokim naczyniu, za podnoszonym wypielęgnowaną rączką blenderkiem puszył się majonezik. Zrobiłam wszystko takusieńko samo (z wyjątkiem wypieszczonej rączki - moja ostatni raz tak wyglądała w osiemdziesiątym dziewiątym, gdym stała przed ołtarzem :-D). 
I co? I gucio! Rozpaczliwe próby wymiksowania rzadziuśkiej brejki skończyły się tym, że powstało mi coś na kształt kefiru wlanego do oleju.  
Ale umna Marzynia nie po to hartowała się jako ta stal na kuchennym blacie, aby odpuszczać. Dwa razy przeczytane internety, jeszcze jedno żółteczko, kapeczkę musztardy, RĘCZNA trzepaczka i... 
Zwycięstwo, zwycięstwo, zwyyycięęęstwooo! - zagrały mi wszystkie srebrne dzwony. No co za pycha! Co prawda wyszedł okrutnie żółty (bom miała tylko olej rzepakowy tłoczony na zimno, a i swojskie żółtka były należycie żółciutkie), ale to już strzegół 😜 I jak widać wcale nie spływa z łyżeczki, i jest kremowy, i można go trzymać tydzień (a może i dłużej) w lodówce.
 A co do surówki z porów to uświadamiam moim młodym kuchareczkom, że pora jednak trzeba sparzyć, bo BĘDZIE twardy i będzie o sobie przypominał jeszcze na drugi dzień. 

sobota, 24 października 2020

Sos tuńczykowy "Rybki w stawie"

 

Ten przepis jest bardzo popularny na różnych smacznych stronach, ale funkcjonuje przede wszystkim jako sałatka. Ja zaadaptowałam ten bajerancki dizajnik na potrzeby bardzo smakowitego i naprawdę świetnie "konweniującego"  (zna się obce termina, hie hie) z mięsem sosiku rybnego. Jadłam we Włoszech mięso w rybnym sosie i było pyszne, a jeszcze lepszy jest jako dodatek do zimnych mięs (najlepiej pasuje nam do pasztetów, np. takiego, albo takiego). Na świąteczny stół (jak widać na zdjęciu) u nas to już pozycja obowiązkowa!
Więc jeśli  spodziewacie się jednak jakichś (zdrowych, daj Boże) gości na Wszystkich Świętych, to można zabłysnąć nietypowym zestawieniem i urozmaicić "zimną płytę".
SKŁADNIKI:
2 puszki tuńczyka w sosie własnym (dobrze odciśniętego z zalewy), 
3-4 żółtka z jaj (białka można wykorzystać do dekoracji np. sałatki), 
2 ząbki czosnku, 
mała cebulka,  
kilka łyżek oleju rzepakowego tłoczonego na zimno, 
łyżka soku z cytryny,  
łyżka łagodnej musztardy, 
średni słoik majonezu,
mały jogurt grecki, 
sól, biały pieprz, 
sardynki lub szprotki z ogonkami, 
zielenina udająca szuwary w stawie.
WYKONANIE:
Wszystkie składniki zmiksować (solić stopniowo, tuńczyk bywa bardzo słony). Sos nie musi być idealnie gładki. Można dodać koperku albo kaparów, ale nieco zmieni się kolor. 
Aha, i z tymi rybkami trzeba działać ostrożnie, bo się psiajuchom strasznie szybko odrywają ogonki, a bez ogonków nie bardzo wiadomo, co to sterczy z tego bagienka 😄  

piątek, 20 września 2019

Mojo rojo i mojo verde

Papryki w tym roku bardzo obrodziły w moim ogrodzie. A że spodziewałam się gości, więc wydawało mi się, że zabłysnę chociaż sosami do poczciwych kiełbasek z ogniska. I chyba się udało, bo oryginalny smak i świeżość tych maczanek każdemu przypasowały (ledwo uratowałam resztki do zdjęcia). A robią się błyskawicznie, po prostu wszystkie składniki blendujemy. No i te fajoskie nazwy :-D
Przepis - lekko zmieniony - jest ze strony pani Malwiny z Filozofii Smaku. 
Mojo rojo:
  • 1 czerwona papryka,
  • 3-4 ząbki czosnku,
  • papryczka chili (bez pestek),
  • 1 łyżka octu (ja dałam swój malinowy, ale w przepisie jest winny),
  • pół łyżeczki słodkiej wędzonej papryki w proszku,
  • pół łyżeczki mielonego kminu rzymskiego,
  • 2-3 łyżki oliwy (lub więcej w razie potrzeby)
  • sól do smaku.
    Mojo verde:

  • 1 zielona papryka,
  • 3-4 ząbki czosnku,
  •  zielona papryczka chili (bez pestek), 
  • 1 łyżka octu (tu dałam z kolei ogórkowy),
  • natka pietruszki (mydlany smak zielonej kolendry jednak nie każdemu pasuje),
  •  2-3 łyżki oliwy (lub więcej w razie potrzeby),
  •  sól do smaku.

  •  
         Trzeba zrobić go wcześniej, aby smaki się przegryzły (szczególnie ten czerwony wymaga troszkę leżakowania)


    poniedziałek, 12 października 2015

    Śledzie w musztardzie francuskiej

    Bardzo lubię śledzie. W każdej postaci, chociaż nie dane mi było skosztować tych, o których opowiadała prababcia, że trzeba je było o buta (!) z soli otrzepać i przepić wódką, żeby w ogóle weszły. W sosie musztardowym są bardzo smaczne, a ziarenka gorczycy fajnie "strzelają" na podniebieniu :-)
    SKŁADNIKI:
    opakowanie matiasów w oleju (a właściwie "alamatiasów", dobryńkie, nie trzeba było wcale moczyć),
    duża cebula, 
    mały ząbek czosnku,
    musztarda francuska,
    musztarda dijon,
    gęsta śmietana 18%,
    majonez,
    oliwa,
    sól, cukier, pieprz do smaku.
    WYKONANIE:
    Ryby pokroić w sznytki na raz do gęby podchodzące, cebulkę drobniutko posiekać i sparzyć (dobrze odcisnąć!), czosnek przecisnąć przez praskę. Umiszać sobie wg gustu te musztardy ze śmietaną, majonezem, oliwą i przyprawami (ja zrobiłam dość ostry, a więc i kwaskowy, bo chlastło mi się dużo musztardy). Bardzo spasowały jajeczka na twardo - ich łagodny smak wyśmienicie korespondował (tu Marzynia podkreśla, że zna nie tylko gwarę, hie hie hie) z rzazowatym sosikiem.
    Polecamy z pełnym przekonaniem, nawet na świąteczne stoły :-D 

    środa, 1 kwietnia 2015

    Sos tatarski świąteczny



    Sos tatarski jest NA PEWNO ulubionym sosem na zimno w naszym domu. Niestety, robiony jest tylko na tzw. okazje, czyli święta i imprezy „okolicznościowe”, bo trzeba do niego prawdziwe grzybki marynowane (kupne pieczarki to już nie to). 
    No i zawsze jest problem, kto dokona katorżniczej pracy skrojenia składników w drobniutką kostkę. Gdy Potwory były mniejsze można było przykuć za kostkę do kaloryfera i albo kroili, albo mogli odgryźć sobie nogę. A teraz są już silniejsi ode mnie i działają jako wataha, więc wariant siłowy odpada i pozostaje przekupstwo :-D
    Trzeba skroić: 
    2 słoiczki grzybów marynowanych (najlepsze prawdziwki, tu przydaje się Teściu grzybiarz), 
    duży słoik ogórków kiszonych (niektórzy robią z korniszonów, ale z kiszonymi lepsze), 
    6 jajek, 
    1 cebulę (tutaj ilość cebuli trzeba sobie samemu wyregulować do smaku) 
    i pęczek szczypiorku. 
    Mieszamy to z majonezem i gęstą, kwaśną śmietaną. 
    Sól, pieprz i cukier. 
    Ma być gęsty, jak rzadka sałatka. 
    No po prostu pokrojone niebo w gębie!

    A tu z tegorocznych świąt, nieco gęściejszy.

    piątek, 27 grudnia 2013

    Sylwestrowe jajka w sosie tatarskim "Zegar"




    Jak widać po anturażu ja takie jajka zrobiłam na Wielkanoc, bo gdy tylko zobaczyłam je na blogu Broni (koniecznie tam zajrzyjcie, ma fantastyczne pomysły) musiałam je przygotować. Ale właśnie na sylwestra będą najbardziej podchodzące, co chyba nikogo nie dziwi, więc tulczyłam to zdjęcie niemal cały rok. Tylko zegar trzeba nastawić na „za pięć dwunasta” a nie - jak u mnie - na jedenastą (wtedy zasiedliśmy do śniadania wielkanocnego). No i jajka nie mogą być tak świeże, jak moje (zawsze biorę je od ulubionego chłopa o wdzięcznym pseudonimie Szakal, bo to są „jedynki”) – fatalnie się obierały!

    Bronia podała swój zegar na sałatce jarzynowej, ale lepiej pasuje do tego sos tatarski – jajka są wtedy częścią dania, a nie tylko dekoracją. No i moje cyferki są z marynowanej papryki, bo marchewka nie konweniowała mi z ostro-kwaśnym sosem.

    Sos tatarski w mojej wersji robi się banalnie prosto: trzeba drobno posiekać dobre, kiszone ogórki, grzybki marynowane, sparzoną cebulkę i jajka na twardo (ja je trę na grubej tarce). Mieszamy z majonezem i kwaśną śmietaną, zaostrzamy smak pieprzem, musztardą i odrobiną chrzanu.

    W moim domu mogłyby być tylko takie zegary:-)

    czwartek, 20 września 2012

    Ajvar domowy

    No nie mam lepszego zdjęcia. Redaktor bloga czyli tu obecna Marzynia nie odpowiada za głupie skojarzenia - to na talerzyku to jest PRZEPYSZNA PASTA Z PAPRYKI!
    Coś pomiędzy adżyką Emki Ziemianina a ajwarem. Samo wyżeranie tego łyżeczka jest już rozkoszą dla podniebienia. Zasadniczo pobieżnie to (oprócz suszonych pomidorów) jedyny dar lata przetworzony przeze mnie i zamknięty w słoiku. A tak to leciało:
    3 kilo pomidorów,
    3 kilo czerwonej papryki,
    6 papryczek chili (albo więcej albo mniej, wg uznania),
    dużo ząbków polskiego czosnku (nie wiem zaiste ile, mam drobniutki czosnek od pana Edzia z działki i obrałam katorżniczo jakieś milion ząbeczków, zresztą każdy sobie sam może dobrać proporcje),
    sól, cukier, pieprz,
    ocet balsamiczny,
    oliwa lub olej.
    WYKONANIE:
    Najwięcej dłubaniny jest z papryką. Nie ma bata - ze skórami nie będzie. Trzeba rozpłaszczyć połówki oczyszczonych papryk na blasze i pod grzałką grilla mocno opiec skórkę, aż pojawią się czarne bąble. Następnie przykryć szczelnie w garnku i kiedy wystygną obrać ze skórki. Z pomidorami jest mniej roboty - potrzymane we wrzątku i przelane zimną wodą same wyskoczyły mi ze skórek. Można też chyba użyć jakiegoś przecieru pomidorowego, passaty czy cóś. Papryczki chili wypestkować, no chyba że chcemy ziać ogniem - ja pokroiłam je w ćwiartki i dodałam do pulpy w kawałkach umożliwiających wyłowienie, gdy pasta stała się już dość ostra, a jeszcze nie stawiająca oczu w słup.
    Pomidory pozbawić pestek np. metodą dłubania palcem i gniecenia (uwaga na sikający znienacka z wnętrza sok). Następnie albo zemleć w maszynce, albo zmiksować z upieczoną papryką i czosnkiem. Wylać do wielkiego gara na rozgrzaną oliwę, mnie weszło chyba około szklanki oliwy pół na pół z olejem (przyoszczędłam troszkie). Doprawić solą, octem balsamicznym i cukrem. Odparowywać mieszając i bardzo uważając na przywieranie, do stadium dość gęstej pasty. Niesłuchanie przydaje się płaska sitkopokrywka, bo lubi bulknąć na pół kuchni i w wytrzeszczone nad garem ślipia. 
    Smak "chytamy" wg gustu (nie dyskutując) - mnie podchodzi taka dość pikantna, czosnkowa, z nutą słodko - kwaśną. Jadłam też taki para-ajwar z dodatkiem kolendry, ale ja wole bez, zresztą zawsze można potem dodać zioła, jakie się chce, na świeżo. Aha, trzeba mieć też zapas małych słoiczków, w których pasteryzujemy ze 20 minut gotową pastę. 
    Kupione w sklepie pasty, nawet ta z "Podravki" się nie umywają!

    piątek, 8 lipca 2011

    Jajka w sosie koperkowym


    Jasio i Zunia są u mnie na wakacjach, a więc H&C zasiada do stołu w pełnym składzie. Nie zawsze jednak są wypaśne frykasy, czasami nawet nie ma czasu na sterczenie przy kuchni. Więc w kategorii "letnie obiadki" pojawiło się danie, które pamiętam z dzieciństwa i które wciąż jest jednym z przebojów szkolnej stołówki (to zdumiewające, jakimi drogami chodzą gusta dzieci...).
     Aby uatrakcyjnić wizualnie owe jajeczka wysiliłam się na aranż jak dla niejadków. Oczywiście na talerzach zamiast tej papryki pojawiła się potem solidna bołdka ziemniaczków i po kupce surówki z młodej kapusty, ale pierwsze wrażenie było pozytywne.
    Jak ugotować jajka sie wi, a gdyby ktoś chciał taki sosik, to wuala:
    SKŁADNIKI:
    bulion drobiowy (miałam nawet rosołek z PRAWDZIWEJ kury),
    2 łyżki mąki na zasmażkę (lub więcej, zależy ile tego rosołu),
    2 łyżki masła,
    2 łyżki śmietany,
    2 łyżki koperku posiekanego,
    sól, pieprz, trochę soku z cytryny.
    Zrobić jasną zasmażkę z masła i mąki, rozprowadzić zimnym rosołem, zagotować. Wsypać koperek, doprawić, chwilkę pogotować. Zaciągnąć śmietaną lub śmietanką. I tyle. 
    Nie licząc gotowania ziemniaków - minutka roboty!
     

    sobota, 21 maja 2011

    Sos pomidorowo – cebulowy






    Wiem, długo mnie nie było i mało tego – nie mam żadnych newsów kulinarnych. I niestety „nic, żadnej roboty nie wezmę, nie wiem, nie znam się, nie orientuję się, zarobiona jestem!" (chociaż żem nie brunetka wieczorową porą :-D).
    A tu czytelnicy (ho, ho ho, czytelnicy...) sarkają, że sernik już wisi trzy tygodnie. Pogrzebałam więc w archiwum i znalazłam zdjęcie nadające się do publikacji. Jest na nim ryż z piersią kurczaka i pomidorowym sosem z cebulą i kawałkami papryki. 

    Lubię ten sos, ma bardzo intensywny smak pomidorów i jest raczej łagodny w smaku. No i ten kolor! Pasuje do białego mięsa i oczywiście do makaronu. Nawet odmrożony nie traci walorów. Przez większą część roku robi się go z pomidorowych pomidorów z kartonu albo z passaty. Robię go na zwykłym oleju albo na tym bezsmakowym z pestek winogron, czasami na oliwie, a przyprawy to po prostu natka pietruszki, lubczyk, pieprz i czosnek.
    Chyba gdzieś zimą robiłam to zdjęcie, bo przyprawy są suszone, teraz oczywiście można dać świeże, tylko trzeba uważać z lubczykiem – jest tak intensywną przyprawą, że może zagłuszyć inne smaki.
    SKŁADNIKI:
    2 duże cebule,
    2 kartoniki „południowych” pomidorów w kawałkach albo butelka pasaty,
    1 czerwona papryka (niekoniecznie, chyba że robimy z przecieru i chcemy by coś jeszcze w sosie pływało),
    kilka łyżek oleju o neutralnym smaku, oczywiście może być oliwa z oliwek,
    3-4 ząbki czosnku,
    ulubione przyprawy,
    sol, pieprz, łyżeczka cukru.
    WYKONANIE:
    Cebulę zeszklić na oleju, nie rumienić! Dodać pomidory, cukier i sól do smaku. Dusić, sprawdzając czy sok nie odparował, jakieś 15 minut. Paprykę pozbawić skórki którąś z metod (ja czyszczę, rozplaszczam kawałki w brytfance i wstawiam do piekarnika pod grilla. Kiedy skórka zacznie bąbelkować i przypiekać się, wkładam do grubego woreczka na mrożonki i studzę; potem łatwo schodzi). Pokroić paprykę w kosteczkę czy krótkie paseczki. Wrzucić do sosu, dodać zmiażdżony czosnek, dusić do miękkości papryki. Doprawić lubczykiem i natką.

    niedziela, 19 września 2010

    Klops z jajkiem i sos chrzanowy

    -->
    Ooo, to też potrawa z dzieciństwa. Mama często robiła taki klopsik, i na ciepło – z sosem, i na zimno – do chleba. Miło było jeść go teraz, zamknąć oczy i poczuć się choć trochę jak 30 lat temu, przy stole w kuchni, z braciszkiem po jednej i siostrą po drugiej stronie. Nie wiem dlaczego tę potrawę robię tak rzadko, przecież ani nie jest droga, ani pracochłonna, a czeredzie smakowała bardzo.
    Jeśli ma to być naprawdę smaczne, to trzeba kupić łopatkę i dać zmielić w sklepie (na naszych oczach, że tak powiem). Mięso mielone z worka odpada. Widziałam co prawda w Lidlu mielonkę, która wydawała się być czystym mięsem, miała jednak przeraźliwy kolor: taki malinowo – fioletowy, na odległość jechało podrasowaniem czymś sztucznym.
    Nie bez znaczenia w tej potrawie jest także fakt, iż jaja pozwalają zmniejszyć ilość mięsa, więc to nie jest droga pieczeń. Mnie weszło 5 jajek, objętościowo to by było z pół kilo mięsa i dzięki temu 70 dekagramami wieprzowiny wypełniłam całą keksówkę. A wygląda i smakuje z tym jajeczkiem bardzo fajnie. Dodatkowo zrobiłam sos chrzanowy, taki jak Mama (a nawet, wybacz Rodzicielko!, lepszy niż tamten dawniejszy).
    No to jadziem, panie Zielonka!
    SKŁADNIKI:
    70 dkg łopatki wieprzowej, zmielonej,
    1 biała bułka,
    5 jajek na twardo,
    2 jajka surowe,
    1 cebula,
    3-4 ząbki czosnku,
    2 łyżki masła + odrobina oleju,
    ulubione przyprawy – ja dałam majeranek, kminek mielony, cząber, drobno posiekaną pietruszkę, no i oczywiście pieprz i sól.
    NA SOS:
    2 kopiate łyżki masła,
    mąki ile wchłonie roztopione masło (było chyba ze trzy płaskie łyżki),
    1,5 szklanki zimnego mleka,
    sól i pieprz do smaku,
    3-4 łyżeczki chrzanu (ja dałam 4 czubate, ale to rzecz gustu. Kupując chrzan w słoiczku warto sprawdzić zawartość chrzanu w chrzanie. Najlepszy jest świeżo utarty z korzenia - ale uwaga, wtedy dodajemy po trochu i łapiemy smak!)
    sok z cytryny lub ocet np. jabłkowy czy winny (dodajemy do smaku używając świeżego chrzanu - w słoiczkowym już jest)

    WYKONANIE:
    Bułkę namoczyć w ciepłej wodzie, a kiedy dobrze nasiąknie, dość niedbale odcisnąć. Dodać do mięsa, wbić dwa całe jajka. Cebulkę zezłocić na maśle z olejem, wlać razem z tłuszczem do masy mięsnej. Czosnek przecisnąć przez praskę, dodać zioła, przyprawy i sól. Niestety, kto nie ma doświadczenia, ile soli potrzeba ma dwa wyjścia:
    a)                     znaleźć desperata, który spróbuje i powie, czy dość słone (u mnie zawsze był to tzw. Pan Domu, miłośnik tatarów),
    b)                     spróbować samej; ja – po stoczeniu krótkiej walki z sobą polizałam trochę tej surowizny. 

    Piekarnik nastawić na 180-190stopni, góra i dół.
    Następnie trzeba dość długo wyrabiać masę, która stanie się pulchna, śliska i klejąca, nie wiem, jak to wytłumaczyć, bo oczywiście zapomniałam zmierzyć czas wyrabiania. No nie pół godziny, nieee, ale tak z pięć(?) - siedem(?) minut to chyba tak. 
    Wypełnić mięsem formę keksówkę do połowy, nie ma sensu żadne tam smarowanie i obsypywanie bułką, bo z pieczeni i tak wypłynie masę soku. Polecam silikonową foremkę, miodzio po prostu, nic się nie przyczepia, łatwo wyjąć i łatwo umyć. Następnie wcisnąć w to jajka (ile się zmieści), których czubki z samym białkiem nieco ścięliśmy. Pamiętam, że w dzieciństwie irytowało mnie to, że ZAWSZE dostaję ten fragment pieczeni, gdzie akurat nie ma jajka, albo zaczyna się dopiero skraweczek białka wielkości czubka małego palca. Więc teraz niech każdy ma żółteczko, a jak!
    Pokrywamy jajka resztą mięsa, wyrównujemy wierzch i wstawiamy do nagrzanego piekarnika na niecałą godzinę. Mniej więcej w połowie pieczenia zaglądamy, czy aby nie „chyta” nam za bardzo z góry, wtedy przykrywamy folią aluminiową. Jeśli mięsa było napakowane do foremki pod sam wierzch, to wrzący sok może wyciekać i przypalić nam dno piekarnika. Dlatego dobrze jest podłożyć coś pod blaszkę, aby nie musieć potem czyścić przypalonego piekarnika (masakra!) i aby nie zaczadzić chaty. Ja oczywiście lekko zaczadziłam, bo i skąd bym wiedziała, że się tak jemu stanie?
    Okazało się, że soku było tak dużo, że trzeba było go potem po prostu odlać, chyba można go wykorzystać do sosu, ale ja chciałam mieć czysty smak chrzanowy, więc nie dodawałam. Wyjęłam pieczeń po jakichś 50 minutach, kiedy była ślicznie rumiana a zapach! hmmm, marzenie…
    W międzyczasie tak zwanym zrobiłam sos. Na stopione masło wrzuciłam tyle mąki, aby powstała paciarka i zrumieniłam ją do stadium lekkiego zezłocenia (uwaga, potrzeba rondelka o grubym dnie i płytki ochronnej, bo lubi się przypalić!). Następnie zestawiłam z ognia i szybko mieszając rózgą wlewałam zimne mleko, aż powstał gładki sos gęstości ciasta naleśnikowego. Teraz trzeba ten beszamel zagotować na malutkim ogieńku, ciągle mieszając, aż bulknie parę razy. Będzie gęstniał i być może trzeba będzie dolewać po trochu mleka. Mój sos był dość gęsty. Doprawiamy solą i pieprzem, wyłączamy ogień i zaciągamy sos chrzanem, dodając wedle uznania.
    Klops jedliśmy z ziemniaczkami i surówką z białej kapusty na ciepło, a na zimno z keczupem (dzieci) albo majonezem z plasterkami ogórka czy pomidora (ja). Był pyszny, soczysty i pachnący przyprawami i ciężko się zdecydować, czy lepszy jest jako danie obiadowe, czy na kanapce.

    sobota, 23 stycznia 2010

    Marokańskie kotleciki z soczewicą czyli Orientalna jazda bez trzymanki!

     

    Kiedy Martik zjadł to danie powiedział:
    - Mamo, to najbardziej odjechane danie, jakie kiedykolwiek ugotowałaś. Ten smak nie przypomina kompletnie ŻADNEGO dania!
    - Nooo, ale czy wam smakuje? - zaniepokoiłam się.
    - Przepyszne!!!

    Miałam wkleić tylko link z przepisem, który mnie zainspirował, ale już parę osób mi mówiło, że kiedy przychodzą coś zjeść na bloga, to nie tylko by patrzyli, ale i przeczytali, jak JA to robiłam. Co prawda mój przepis jest dużo bardziej pracochłonny, ale dla efektu warto się troszku pomęczyć. Jeśli zaś ktoś ma do wykorzystania niewolniczą siłę roboczą w postaci płodów swych lędźwi, to powinno się udać.
    SKŁADNIKI:
    Woreczek soczewicy – w oryginale była ciecierzyca, ale wyprawa po sklepach naszego miasteczka ujawniła, że jako żywo nikt o czymś takim nie słyszał. W Geesie mieli soczewicę, bo pani prezes jest głęboko wierząca i zawsze słucha na mszy pierwszego czytania.
    Łyżka masła do jej omaszczenia (soczewicy, nie prezeski),
    Mięso drobiowe – ja miałam około kilograma, po połowie: indycza pierś i indycze udowe, co było błędem, o czym dalej,
    1 jajko,
    2 łyżki tartej bułki,
    2 kartony pomidorów krojonych (np. Podravka),
    2 cebule (lub 1 duża i kosteczka cebulowa),
    6-8 ząbków czosnku,
    olej lub oliwa do smażenia,
    sól, pieprz, maga Knorra,
    PRZYPRAWY (jak wiadomo, są sekretem potrawy, w tym wypadku robią całą robotę:)
    - kopiata łyżeczka kminu rzymskiego (w oryginale jest dużo więcej, ale to już by chyba było zbyt intensywne, poza tym ja moje przyprawy utarłam w moździerzu),
    - kopiata łyżeczka ziaren kolendry,
    - imbir (jakieś pół łyżeczki),
    - szczypta kardamonu (było: cynamonu, ale jednak się nie przełamałam),
    - 2 łyżeczki słodkiej papryki,
    - 2 strączki chili suszonego,
    - natka z kolendry – nie dałam, nie lubię i już!
    - natka z pietruszki (ja niestety, nie dostałam wystarczająco zielonej; były jakieś wiechcie w jednym ze sklepów, ale nadawały się tylko na pomietło) – można zstąpić suszoną + kosteczka Knorra pietruszkowa, wiem że to nie to, ale trudno.
    WYKONANIE:
    Soczewicę namoczyć na parę godzin, ugotować w wodzie z masłem i solą. Uwaga! Bardzo łatwo przegapić moment, w którym ze stadium twardawej przechodzi ona w stadium rozdwojenia: osobno wygotowane łupinki, osobno rozmoknięty miąższ.
    Na marginesie mówiąc, ten Ezaw to był jakiś półgłówek i słusznie stracił to pierworództwo, bo żeby się sprzedać za miskę tego cosik… (ni to groszek, ni bóbek, jakieś sojowate, wiem, wiem, łatwo przyswajalne białko, ale takie kotleciki np. z bobem czy grochem byłyby lepsze).
    Więc soczewica ugotowana, teraz mięso. Tym razem była to droga przez mękę. Doradzam: jeśli macie sprawdzoną mielonkę indyczą gotową – kupić. Ja nie wzięłam, bo żadna z tych dostępnych u nas mi nie smakuje. Jeśli mielą mięso w sklepie, dajcie sobie przemielić chociaż to udowe. W ostateczności pozostańcie przy samej piersi. Ja chciałam, żeby smak był pełniejszy (białe z czerwonym), więc wzięłam te łapy. Owszem, szable z ud były usunięte, ale CAŁE  mięso było w błonach i pawięziach. Mordowałam się godzinę z oczyszeniem, potem spróbowałam przemielić. 
    Lepiej byłoby mi przemielić całego indora z piórami, niż to cholerstwo. Zatarłam maszynkę i zatkałam dokumentnie 2 sitka. Kto próbował czyścić sitko od maszynki z zabitego mięcha ten wie, co użyłyśmy przy myciu garów…
    Więc musiałam narazić mój ukochany blenderek na zapalenie silnika i siekać nożami po troszeczku w blenderze. Na szczęście nożyki są ostre i jakoś poszło. Przy okazji zszatkowałam na paciarkę cebulę i czosnek.
    Przemielone (zsiekane) mięso dobrze wyrobić z bułką, jajkiem, ciutką wody, cebulą i czosnkiem. Kombinowałam, czy dać surową cebulę, czy przesmażoną i jednak doradzam tę surową (inny smak). Oczywiście dodajemy przyprawy: sól, pieprz, kosteczkę paprykową, utłuczony kmin z kolendrą, trochę imbiru, suszoną pietruszkę. Na głębokiej patelni rozgrzewamy olej. 
    I tu dygresja: w przepisie pani Miciuni były to okrągłe pulpeciki, ale przy takiej ilości mięsnej masy do wysmażenia musiałabym zużyć całą butlę oleju. Zrobiłam więc płaskie, małe kotleciki, które smażą się szybciej i nie muszą pływać w tłuszczu. Niestety, olej jest do wymiany przy przesmażeniu każdej partii (to, co wypływa, szybko się przypala). 
    Usmażone placuszki odsączyć na ręczniczku papierowym.
    SOS:
    Dusimy na małym ogniu krojone pomidory z dodatkiem oliwy, soli, odrobiny cukru, strączków chili i suszonej pietruszki. Trzeba czaić, jakie stadium ostrości nam pasuje, ponieważ przy chili łatwo przedobrzyć. Ja zrobiłam ostre jak ślag, ale z kolei mięso nie było przeostrzone, więc się smaki wyrównywały.
    Kiedy sos jest gęsty i pomidorki się całkiem rozpadły dodajemy resztę przypraw (tej słodkiej papryki nie żałować) i sprawdzamy, czy jest odpowiednio słony i ostry. Gdyby nie zgęstniał całkowicie (jak mój) trzeba dać ciutkę mąki, rozrobionej z zimną wodą - nie zepsuje smaku, a sos nie będzie się nieapetycznie rozlewał.
    Ponieważ moje kotletki były soczyste i upieczone w środku, nie trzeba było dusić ich w sosie dodatkowo. Po prostu: soczewica, duuużo sosu i na wierzch rumiane klopsiki.
    Już sam zapach jest oszałamiający. Ten kmin rzymski z kolendrą i kardamonem powodują, że smak nas zaskakuje, to nie to samo, co curry czy pseudochińskie połączenia smakowe. To chyba ten kuminek przenosi nas do Maghrebu, co, zważywszy na 22 stopnie mrozu za oknem, jest świetnym pomysłem…