Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kluski i makarony. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kluski i makarony. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 17 maja 2026

Makaron ze szparagowym pesto

 
Zanęcona mnóstwem pysznych przepisów na szparagi postanowiłam podjąć jednak wyprawę do miasteczka (na szczęście już nie muszę, jak dziadkowie, jechać pół dnia kuniami😆). No i były, nawet świeże i w cenie przystępnej. 
Chyba na Smakerze podpatrzyłam przepis na pesto i to był strzał w dziesiątkę. Danie jest pyszne: lekkie, świeże, o delikatnym, ale wyraźnie wyczuwalnym szparagowym smaku. Wystarczy wziąć ich pęczek - łodygi z odłamanymi końcówkami się gotuje 3 minuty, potem miksuje z oliwą, czosnkiem, orzechami nerkowca (są dobre, bo mają neutralny smak i nie zagłuszają), doprawia, a łebkami dekoruje na talerzu. Posłuchałam porady i wrzuciłam je do lodowatej wody i rzeczywiście zachowały piękny, intensywnie zielony kolor. Do tego odrobina parmezanu i oliwy i jest na 4 porcje wiosennej radości😋.
Jadę do Słowenii, więc mam nadzieję, że Martik podejmie kolejną próbę cukierniczego wykonu artystycznego, o czym uprzejmie doniosę. Pozdrowienia dla wszystkich, do miłego zobaczenia!🙆

niedziela, 19 lutego 2023

Makaron z pistacjowym pesto, cukinią i suszonymi pomidorami - Martik gotuje

 

Martik dostał od przyjaciółki oryginalne pesto pistacjowe z Sycylii. Jest ono dość łagodne, więc następczyni UP* skomponowała danie, które wydobyło z pesta bogactwo smaku, idealnie konweniujące (tutaj Marzynia sugeruje, że zna słowa nie tylko gwarowe) z dodatkami. 
Przepis jest banalnie prosty i szybki, a na pewno posmakuje każdemu, nawet zdeklarowanym mięsożercom. Niesolone i nieprażone pistacje jako baza sosu są ciekawą alternatywą dla orzeszków piniowych.
Z makaronem farfalle połączyła chrupiącą cukinię, lekko podsmażoną z czosnkiem, suszone, kwaskowate pomidory, rzeczone pesto, a na wierzch poszedł pyszny ser, który w Słowenii wyrabia się w jej rodzinie.  
Niestety, nie mogłam partycypować (a jakże, i takie słowo znalazłam w Słowniku Wyrazów Obcych) w konsumpcji, ale zięć zapewniał, że było pyszne😋
UP = Umiłowana Przywódczyni

wtorek, 22 lutego 2022

Pulpety wg pani Marysi (na gniazdkach warzywno - makaronowych)

 

Kiedy zaglądam do pani Marysi to często wisi mi nad głową małżonek, który dysponuje: "O, to mi zrób! Albo to!". Nawiasem mówiąc, gdy odwiedzam wiele ulubionych blogów, a on przechodzi, to często spuszczam zdjęcia na pasek i łżę w żywe oczy, że przygotowuję się do zajęć (bobym z kuchni nie wychodziła, a i portfel by nie wytrzymał). Ale zdybał mnie przy gniazdkach makaronowych u pani Marianny właśnie, więc postanowiłam zaserwować w niedzielę coś innego, niż michę barszczu :-D 
A przy okazji Jurand ze swoją H&C się załapali i wszyscy zgodnie stwierdzili - pyszne!
Na blogu "Kuchnia Marysi" (klik!) jest wszystko elegancko opisane i zobrazowane zdjęciami. Moje pulpety są ze dwa razy większe, niż u autorki dania, bo po ugotowaniu makaronu (to jakaś ściema z tymi gniazdkami, oczywiście wszystko się rozwinęło w gotowaniu i trza było potem uwijać sprężynujące kluchy jak jakiś wikłacz), podsmażeniu pieczarek i porów (poszły na wierzch) i podduszeniu cukinii i papryki już mi się nie chciało bawić w turlanie malutkich kuleczek. Moje gniazdka leżą na sosie pomidorowym, a ser mozzarella jest na wierzchu, dodany pod koniec zapiekania. 
Polecam 😋 

 

piątek, 19 marca 2021

Kluski kudłate

 

Zaraz na wstępie MUSZĘ zaznaczyć, że tę pyszność wykonał od A do Z (łącznie z umyciem garów!) szanowny Małżonek. Konsultował się na "gorącej linii" ze swoim tatą, który jest mistrzem przyrządzania tej popularnej na Pogórzu Karpackim potrawy. Co prawda Tato robi je tak jak Babcia Bronia (która nazywała je "żeleźniokami") - czyli w formie ukulanych w złożonych dłoniach, wrzecionowatych kluseczek, ale kształt nie ma znaczenia. Mimo, że to potrawa z biednej kuchni (u babci jedli je tylko z mlekiem - jak było), to jest przepyszna! Zwłaszcza, że mąż zaserwował mi ją z chrupiącymi skwareczkami i kwaśnym białym serem, a ziemiaczki były nasze własne - chemią nieskażone 😍
SKŁADNIKI: 
2/3 startych na drobnych oczkach, odciśniętych ziemniaków - niestety, nie wiemy, ile to było "wagowo", ilościowo to było 10 dość dużych kartofelków,
1/3 ugotowanych, utłuczonych ziemniaków (np. z wczorajszego obiadu),
po 2 płaskie łyżki mąki ziemniaczanej i mąki pszennej (babcia łapała ten płyn z odciskania i dodawała odstaną skrobię, ale nie musimy ortodoksyjnie trzymać się starego przepisu, tym bardziej, że M. odcisnął do zlewu, więc trudno by mu było jakby...),
2 żółtka (B. nie dawała, ale Ojciec zalecili),
sól (trzeba posolić i ciasto, i wodę).  
WYKONANIE:
Połączyć wszystkie składniki (uwaga,  jeśli facet ma parę w rękach, to ostrzec go przed odciśnięciem surowych ziemniaków do stadium trotów; już raz mi krzepki pan odcisnął w lnianej ściereczce tak, że trzeba było z powrotem dolewać soku - na szczęście robił to do miski). Jeśli mamy w domu bezglutenowca - można zrobić na samej mące ziemniaczanej, będą po prostu troszkę bardziej gumowate, ale też smakowite. Wyrobić ciasto i formować kluseczki, można też kłaść łyżką na wrzącą wodę. Nie pakujemy wielu klusek na raz, bo będą za długo leżeć i moknąć, zanim woda się znów zagotuje. Gdy wypłyną, gotujemy jeszcze 7-8 minut (można wyjąć jedną i próbować, czy są miękkie w środku). Serwujemy z przysmażoną na maśle cebulką albo tak, jak powyżej - okraszone smalcem ze skwarkami i posypane twarogiem. Mniam!

środa, 13 maja 2020

Kluski śląskie według przepisu mistrzyń!

Jeśli nie jestem pewna jakiegoś tradycyjnego przepisu, zawsze sprawdzam recepturę u Danusi albo/i u Ninki.
To naprawdę Mistrzynie kuchni przez duże M. Tym razem obydwie panie były zgodne co do przepisu na najlepsze kluski śląskie, jakie jadłam. Lepsze nawet - wybacz Rodzicielko! - niż mojej Mamy (Babcia Bronia nie robiła klusek śląskich, więc nie musi plwać mi z nieba na głowę, że nie ona dzierży palmę pierwszeństwa).
Aż wstyd się przyznać, ale nie robiłam takich kluseczek nigdy sama - zawsze ze starszymi, a moja rola ograniczała się do kulania i wyciskania. Dlatego nie byłam pewna, ile jajek się daje. 
Daje się tylko jedno na kilogram ziemniaków (obranych albo nie, zależy kiedy się wam przypomni, żeby zważyć - proponuję  od razu ugotować 2 kilogramy). 
SKŁADNIKI:
1 kg ziemniaków (moje są takie lekkopółśrednie, ale Danusia zaleca mączyste),
1 duże jajo,
mąka ziemniaczana (niestety, nie ważyłam jej, Ninka pisze: "ile zabierze"),
1 łyżka stopionego masła do ciasta oraz duuużo masełeczka do polania,
sól do ugotowania ziemniaków (2 łyżeczki),
sól do osolenia wody na kluski.
WYKONANIE: 
Ziemniaki ugotować w osolonej wodzie. Dobrze odparować i jeszcze w miarę ciepłe przecisnąć przez praskę (lub zmielić w maszynce. Puryści językowi mogą je zemleć). Do garnka włożyć masę ziemniaczaną, wyrównać, podzielić na cztery (koment Martika: "Mamo, dlaczego PRZEŻEGNAŁAŚ ziemniaki?!"), wyjąć tę 1/4 na resztę i w to miejsce wsypać do równa mąki ziemniaczanej. Przemieszać wszystko, dodać rozbełtane jajko i stopione masełko (Ninka daje łyżkę oleju, Danusia wrabia miękkie masło), zarobić na gładko, ewentualnie dosypując mąki. Wszystkie te czynności wykonujemy w tym garnku, nie trzeba paprać stolnicy ani blatu. 
W tzw. międzyczasie gotujemy w dużym garze wodę, solimy lekko. Dziecko - pomoc kuchenna cały czas toczy nam kuleczki, a my patrzamy, aby były równiutkie. Dołeczek robi się środkowym stawem zgiętego palca, zwłaszcza, jeśli mamy długie paznokcie. Wielkość mniej więcej śliwki węgierki. Można natoczyć na zapas, nie wolnieją jak kopytka. Wrzucamy tyle, aby miały szanse swobodnie wypłynąć - gdy już wypłyną, wystarczy chwila gotowania i są dobre.
Najlepiej najpierw ugotować porcję degustacyjną - dowiemy się, czy nie są za mało słone i jak szybko będą dobre. A, i nie gotuje się ani na zbyt dużym ogniu (czyli nie "kłębem"), ani nie w takiej ledwo "mrugającej" wodzie.  Stadium iwonickiej Bełkotki będzie w sam raz 😉
Przepyszne solo z palonym masełkiem, rewelacja jako dodatek do gulaszu. Mają idealny balans między miękkością a pożądaną w nich gumowatością. Nie zawierają glutenu, więc Martik opychał się bezkarnie. 
Na stronie Grażynki (klik!) znalazłam limeryk o daniu dla zakochanych w maju - myślę, że te kluseczki mogą zawalczyć o serce polskiego faceta z homarami 😘
 

środa, 29 kwietnia 2020

Makaron z pokrzywą i serem Bursztynem

Przepis jest tak banalnie prosty, że wrzucam go tylko gwoli pokazania, że Marzynia jest trędi i pasie się na chwastowisku. Poza tym u miłej Grażynki bez przerwy  goszczą w garach jakieś dary natury (klik!), a ja tam często zaglądam, do czego i was zachęcam 😋 Zresztą mieszkańcy (tak, tak, pasę również moją H&C) naprawdę mało skażonej wsi są wprost zobligowani do dzikiej kuchni.
Przygotowanie zieleninki do makaronu polega na zebraniu górnych listków pokrzywy, podduszeniu jej na maśle z oliwą lub olejem, czosnkiem, pieprzem, solą i gałką muszkatołową oraz posypaniu na talerzu startym dojrzewającym serem. Wiechetek - dekor oczywiście nie podlega konsumpcji, chyba że przez masochistów. Kokardki czyli farfalle bardzo konweniują wizualnie, co dla estetów może mieć znaczenie, bo danie nie jest bardzo widowiskowe. Martik, chcąc zrobić lepsze zdjęcie (ja tam się nie bawię w takie fiku-miku, ale ona chce, by było piekniusio na blogu Umiłowanej Rodzicielki) wyszedł z talerzem aż przed dom, łapać światło. Co z tego wyszło widać poniżej 😆
Wujo i reszta tubylców doszli do wniosku, że miastowe dziwczęcie zwariowało i karmi koty na świątecznych talerzach. Do degustacji jednak nie doszło, bo Szpagietka do pokrzywy się nie kwapiła. 
Mąż zjadł i nawet pochwalił, że lepsze niż moje poprzednie danie z tym pożytecznym chwaścikiem. Na jego opinię mógł jednak wpłynąć fakt, iż poniższa nazwa może zniechęcić faceta...
Jaja w pokrzywach
 
 

niedziela, 10 listopada 2019

Kopytka ziemniaczane z pieczoną dynią


Jest to przepis z bloga Kasi „Bez bez”. Naprawdę warto tam zajrzeć i wykorzystać świetne przepisy nawet jeśli nie cierpimy na żadne nietolerancje pokarmowe, a po wole z kopytami popitym śmietaną mamy tylko lekką zgagę. 
Aha, i to ja piszę, Jarząbek Martik :-D

SKŁADNIKI:
Kilogram ugotowanych, mączystych ziemniaków,
2 szklanki puree z upieczonej dyni (dobrze odparowanej),
Około 1-1,5 szklanki mąki ziemniaczanej,
0,5 szklanki mąki ryżowej,
0,5 szklanki mąki z tapioki,
płaska łyżeczka soli,

1 jajko (Kasia nie dawała, ale z jajkiem są bardziej sprężyste i lepiej się kupy trzymają). 
WYKONANIE: 
Ziemniaki, ugotowane normalnie w osolonej wodzie, dobrze odparować i przecisnąć przez praskę. Puree zblendować, jeśli nie jest idealnie gładkie  (ziemniaków lepiej nie blendować, bo wyjdzie paciara).
Do miski przesiać mąki, trochę zostawić do podsypywania. Czasami trzeba tych mąk (mąk?!) dodać więcej albo nieco mniej niż  przepisie, bo to zależy oczywiście od „mokrości” ziemniaków i dyni. Dodać ziemniaki, dynię i roztrzepane jajko. Szybko połączyć wszystkie składniki i nie wyrabiać długo, bo ciasto „wolnieje”.  Rolować wałeczki i kroić na ukos tworząc kopytka.
W dużym garnku zagotować lekko osoloną wodę. Kopytka wrzucać do wrzącej wody i gotować na małym ogniu około 2 minuty od czasu wypłynięcia na powierzchnię. Najpierw lepiej wrzucić kilka i sprawdzić, czy nie trzeba dodać mąki lub soli (sól można dodać do wody). Najlepsze z rumianym masełeczkiem.

sobota, 8 marca 2014

Malfatti ze szpinakiem w maśle szałwiowym

Dzisiaj jest Dzień Kobiet i Marzynia postanowiła kulinarnie dopieścić SIEBIE. Jurand pojechał do dziewczyny, Martik skosztował i powiedział, że ten parmezan mu nie pasi, a Pasiu (wierny "zięciu") owszem, powiedział że pyszne, ale załapał się już tylko na 4 kluseczki. 
Bo resztę zeżarła Matka.
Moje malfatti rzeczywiście wyglądają tak, jak się nazywają, czyli "niedbale" albo "brzydko zrobione", ale smak wynagradza niedostatki anturażu. Są miękkie, rozpływają się wręcz w ustach (chociaż nie są paciajowate), mają mocno wyczuwalny smak szpinaku, a lekko czosnku i gałki muszkatołowej. Parmezan i ząbek czosnku zaostrzają smak, no a to masełko szałwiowe, z chrupiącymi listeczkami to już poezja...
I na dobre im wyszło, że miałam tylko 250-gramowe opakowanie ricotty i dodałam drugie tyle twarogu, bo chociaż "złamałam" (he he, Okrasowa się znalazła) przepis, ale nasze twarogi są kwaskowate i kluseczki wg mnie były jeszcze lepsze.
Przepis jest tu (klik!), nie ma sensu przepisywać, bo pani Ewa zrobiła to dokładnie, moim odstępstwem było zmniejszenie ilości gałki do pół łyżeczki i wciśnięcie dużego ząbka czosnku do masy serowej. No i nie z sosem pomidorowym, tylko z ziołowym masełkiem. 
No nie ma co więcej gadać - musowo zrobić :-)

niedziela, 19 stycznia 2014

Klepak łemkowski czyli kopytka (kluski?) z płatków owsianych

Niezwykły smak. Archaiczny nieledwie, co poczułam ze zdwojoną siłą wyczytawszy, iż korzenie tej potrawy sięgają XVI wieku. Przepis (tzw. na oko i pod rękę) dostałam od przyszywanej kuzynki z Bandrowa Narodowego, kiedy pojechaliśmy tam sylwestra. Siedząc w gościnnej kuchni Cioci Zosi zgadałyśmy się o przepisach na starodawne, regionalne potrawy. Krystyna, doskonała kucharka, sprzedała mi ogólny przepis na takie właśnie kluchy (kopytka? knedle?)
Podobno jest to z kuchni Łemków, ale kucharka kucharek Babcia Bronia zawsze wspominała nagminne używanie w ich skrzypiącej od biedy kuchni mąki owsianej (na wsi pogórzańskiej, polskiej). W latach 70-tych i 80-tych, gdy ja spędzałam u BB wakacje, ferie i weekendy, królowała już mąka pszenna i nie dane mi było zjeść słynnego żuru owsianego ani klusek z owsianej mąki. W ogóle nigdy nie jadłam TAKIEJ potrawy. Można jej spróbować w restauracji "Młyn" w Ustrzykach Dolnych - fajne, klimatyczne miejsce i muzeum (stary młyn) przy gospodzie też jest. Jedliśmy tam pyszne hreczanyki i placki ziemniaczane takie, jak u Babci Broni z blachy.
Dlatego napaliłam się na ten przepis i bardzo Krzysi dziękuję :-)
Roboty przy tym jest niewiele, no może przy formowaniu tych szurpatych knedli, bo trzeba to robić mokrymi rękami (kleją się bardzo, ale po ugotowaniu mocno tężeją). Jedliśmy to i z sosem grzybowym (pożarte w mgnieniu oka nie doczekały się sesji foto) i z kwaśnym serem białym ze skwarkami z boczku, i odsmażane na masełku (tyż dobryńkie). 

Z półkilowej torebki płatków wyszło na 3 obiady dla 4 osób.
SKŁADNIKI:
0,5 kg płatków owsianych górskich,
2 szklanki ciepłego mleka pół na pół z wodą,
2 jajka,
mąki zwykłej tyle, żeby ciasto się jako tako skleiło,
sól i pieprz do smaku,
ja dałam jeszcze pół łyżeczki suszonego czosnku,
no i jakieś dodatki, coby urozmaicić smak.
WYKONANIE:
Płatki namoczyć, np. na noc, w ciepłym mleku z wodą. Napęcznieją, zmiękną i staną się takie śliskie pod ręką. Dodać jajka, sól, przyprawy i mąkę i zarobić ciasto jak na knedle. Lepka bryja w misce wyglądała mało zachęcająco, przypominała kalamuchy, które spożywali pierwsi rolnicy w neolicie. Niezniechęcona tym formowałam mokrymi łapkami kulki wielkości jajka perkoza dwuczubego i wrzucałam na osolony wrzątek. Gdy wypływały, gotowałam jakieś 5-7 minut (no sorry, oczywiście nie łapałam czasu, ale one się nie rozgotowują). A potem omasta, ser, świezo mielony pieprz i uczta!
P.S. jako żywo nie wiem, dlaczego KLEPAK. Może nasi przodkowie klepali owies, żeby zrobić z niego płatki?

niedziela, 15 grudnia 2013

Leniwe ze szpinakiem

Walczę z aparatem i dalej mi nie wychodzi, poza tym stylista zawyłby na widok prezentacji tej potrawy - ale przestałby wyć i zaczął mruczeć, gdyby skosztował. No trudno powiedzieć, które są lepsze - tradycyjne, takie jak tu opisywałam (klik!) czy te szpinakowe z lekkim czosnkowym smaczkiem. Proponuję zrobić obydwie wersje, bo to naprawdę szybkie danie i w ferworze świątecznych przygotowań nie zajmie nam wiele czasu.
Jak zrobić ciasto podstawowe to piszę właśnie tu.
Co do zieloniutkiej wersji to oprócz sera, jajek i mąki (proporcje na połowę składników w bazowym przepisie) trzeba jeszcze zaopatrzyć się w szpinak w formie muta (miałam rozdrobniony z Horteksu) i duży ząbek czosnku. Szpinak należy rozmrozić, odcisnąć i przesmażyć na łyżce masła, żeby odparował i stracił smak surowizny. Doprawiamy go na pikantnie czosnkiem, pieprzem i odrobiną gałki muszkatołowej i mieszamy z serem. A potem już tak, jak w "białej" wersji. I z tą rumianą bułeczką koniecznie!

poniedziałek, 18 listopada 2013

Kopytka serowo-ziemniaczane wg mojej Mamy



Porządkując archiwum ze zdjęciami w komputerze znalazłam, z ogromnym wzruszeniem, zdjęcie leniwych pierożków w wersji mojej Mamy i Babci Broni. Pewnie mi mama kiedyś podrzuciła w rondeleczku, a ja je pstryknęłam przed pożarciem.

To właściwie nie są typowe leniwe, tylko ich skrzyżowanie z kopytkami. Mnie nigdy nie chciało się gotować ziemniaków, aby łączyć je z serem białym, jeśli już miałam „wczorańsze” kartofle, to zawsze lądowały w tradycyjnych kopytkach, za którymi przepada Czereda.

A Mama robiła właśnie tak, bo z samego sera nie bardzo dają się odsmażać, a te – jak widać – idealnie się do tego nadają.

Boże, jaka mnie straszna oskoma wzięła, ostatni raz jadłam je 3,5 roku temu, a wciąż pamiętam smak tej chrupiącej skórki…

Przepis też dobrze pamiętam, bo wiele razy robiłam takie leniwokopytka jako panna na garnuszku u Mamy J

SKŁADNIKI:

Ziemniaki ugotowane (najlepiej poprzedniego dnia) w ilości 3 razy większej, niż ser biały,

Ser biały, nie przewarzony (trzeba sobie wyczaić ulubiony dobry twaróg, bo do tej potrawy grudkowaty się nie nadaje, będzie czuć i widać te przeważone grudy w ziemniakach),

2 – 3 łyżki mąki ziemniaczanej (zależy, ile mamy tych ziemniaków),

Mąki pszennej tyle, ile zabierze masa kartoflano – serowa – no nie da się powiedzieć, jakie proporcje, trzeba na czuja,

Sól,

2 jajka + jedno żółtko (tyle daję na kilogram ugotowanych ziemniaków),

do omaszczenia – masełko rumienione jest najbardziej podchodzące, ale najlepsiejsze są obsmażone na ganc rumiano na maśle właśnie!

WYKONANIE:

Ziemniaki powinny być dobrze odparowane i najlepiej z tych odmian sypkich (tiaaa, żeby to wiedzieć już w sklepie, to musielibyśmy być w Niemczech a nie w naszym miasteczku – u nas sklepowo wi tyle, że to so ziemniaki ziemne do jedzenia). Mama przepuszczała je przez maszynkę, ale Ona miała jakiś imperatyw zakodowany – ja je normalnie tłukę tłuczkiem na gładko. Następnie ser trzeba albo zetrzeć na tarce o grubych oczkach, albo przez maszynkę przemielić albo – jak leniwa Marzynia, która wi, jaki syr jezd dobry – rozetrzeć po prostu w palcach. Łączymy masę serową z ziemniaczaną i solimy na dość słono, bo dojdą jeszcze jajka i mąka. Jajka mieszamy sobie w miseczce, żeby żółtko pomieszało się z białkiem, wlewamy do masy i łączymy. Dodajemy mąkę ziemniaczaną i teraz dosypujemy mąki pszennej tyle, żeby ciasto dało się zarobić i uformować w wałek. Działamy dość szybko, bo ciasto bardzo „wolnieje”, nie da się go także (w przeciwieństwie do czysto serowego) przechowywać w lodówce.

Ukrawamy porcje i toczymy wałek, rozpłaszczamy go dłonią i nożem odcinamy takie romboidalne kluseczko – kopytka. Gotujemy w osolonym wrzątku z minutę – dwie od wypłynięcia na powierzchnię, najlepiej sobie szybko wyłowić jednego na talerzyk i sprawdzić, czy już dobre.

A sposób podania – pozostawiam Państwa gustom :-)

sobota, 2 marca 2013

Spaghetti bolognese czyli właściwie "con sugo di carne"


Jadłam wiele razy tzw. spaghetti bolognese, nawet Szefowa  naszej kultowej, szkolnej stołówki popełnia coś takiego (sorry, pani Jasiu, ale nie są to pani klimaty). 
I oczywiście, jak każda sroczka z ogonkiem, muszę stwierdzić, że mój sos mięsno – pomidorowy do makaronu jest najlepsiejszy. I najbardziej zbliżony smakiem do tego, co jadłam u Baniaków (w Bagnacavallo).
Oczywiście nie ja jestem autorką tego przepisu, ale pewnie całe pokolenia Mamm i Nonn. Ja się posiłkowałam moją ukochaną Tessą Capponi - Borawską i „Kuchnią włoską” autorstwa tabunu italiańskich kucharzy, którzy mnie nigdy nie zawiedli.
Są (jak przekonuje pani Tessa) dwie tajemnice dobrego sosu: mięso najwyższej jakości i dłuuugie gotowanie na bardzo małym ogniu.
I tu się okrutnie przydaje ciężki gar z ceramiczną powłoką, którym zakupiła odjąwszy se od gęby używki. Warto znaleźć czas na taki sos, bo efekt jest znakomity i można śmiało zamknąć oczy i wyobrazić sobie, że siedzimy nad talerzem w jakiejś trattorii...
SKŁADNIKI:
Pół kilograma mielonego, mieszanego mięsa wołowo – wieprzowego,
Cebula,
Marchewka,
Łodyga selera naciowego (korzeń nie będzie),
40 deko pomidorów (dałam z kartonu Podravki, krojone, bez dodatków ziołowych),
pół szklanki czerwonego, wytrawnego wina (miała być szklanka, ale to wino to był straszny kwasior o dumnej nazwie Cabernet, a gdzie wyprodukowane, to już nie pomnę, chyba w Mołdawii),
Szklanka bulionu wołowego (ha! miałam swój, zamrożony jeszcze od pamiętnych pierogów z mięsem i rosołu!),
2 łyżki masła i 2 chlusty oliwy,
sól i pieprz.
WYKONANIE:
Warzywa skroić w drobną kosteczkę (ja je zesiekałam w blenderze) i podsmażać na maśle z oliwą, dopóki nie odparuje z nich sok. Dodać mięso i cały czas rozbijając grudki przesmażyć, aż całe mięso lekko zbrązowieje. Dodać wino i mieszając poczekać, aż całe odparuje. Wtedy dodać pomidory, pieprz i sól, i znowu dusić często mieszając. Gdy zgęstnieje podlać bulionem i pykać na malutkim ogniu około 2 godzin. Doprawić świeżo zmielonym pieprzem.
Ja dałam jeszcze parmezan na wierzch, bo bardzo lubię; w oryginale nie było o nim mowy. I zamiast bazylii była natka pietruszki do posypania, ale to chyba kwestia gustu.

sobota, 3 marca 2012

Martik gotuje - cannelloni dla dwojga



Miałam wrócić w nowym roku, no to wracam. 
W końcu aż do 31 grudnia będzie NOWY, niepowtarzalny rok 2012.
Nooo dooobra, wiem. 
Miałam se kupić aparata (nie kupiłam), gotować coś nowego i dobrego (gotowałam, ale obżeraliśmy się w zaciszu domowym, wybacz Rivermanie!), wyleczyć się z krętków (do tej pory nie zachorowałam, więc lekarze są bezradni wobec mojej woli życia, a nowe kleszcze już zakładają śliniaczki pod brody) i w ogóle – miało być tak pięknie.
Źle nie jest, ale na razie mam tylko zdjęcia z uczty walentynkowej, jaką Martik przygotował . Kiedy obejrzycie i przeczytacie – zrozumiecie: czas matce na kulinarną emeryturę. I tak być powinno!

Mnie w ogóle nie było w domu w tym czasie, kiedy ona to przygotowała (walentynek nie cierpię). Zresztą ja już nie mam w sobie tyle romantyzmu, nigdy nie miałam talentu do aranżowania takich przyjęć. Danie było robione na zamówienie – to cannelloni nadziewane mięsem i pieczarkami wg przepisu pani Różyczki, o stąd


Martik jednak, jako nieodrodna córka swej matki, przepis nieco zmodyfikowała (jednak nastolatki słuchają czasem porad matek)

  1. Makaronu nie trzeba obgotowywać, zresztą jak go potem nadziewać, kiedy gnie się jak rura łącząca? (patrz: lekcje PO w latach 80-tych i element łączący maskę Pe-Gaz z pochłaniaczem; profesor, z pasją gnący rurę w rękach na pokazie, od razu rozwiał nasze głupie skojarzenia: to się nazywa rura łącząca, barany! Od tamtego czasu wszystko, co ma taki kształt i się gnie tak nazywamy).
  2. Cannelloni napycha się palcami - nie pękają, i zalewa się sosem do połowy i jeszcze po wierzchu i są mięciutkie, wiem, bo jadłam.
  3. Zamiast łopatki dała chudą szynkę – w niedzielę miałyśmy domowe sznycle z łopatki i się zraziła: były za tłuste i z mielonymi pawięziami z mięsa, po prostu baba w sklepie zmieliła jakąś chabaninę.
  4. Dała 4 ząbki czosnku, moja krew! Zresztą jedli oboje, to czosnek wtedy nie przeszkadza.
  5. Zamiast soku pomidorowego były krojone pomidory z kartonika.
  6. Serem żółtym posypała dopiero pod koniec zapiekania, żeby się nie zrobił serowy skaruch.
  7. No i nie wrzucała reszty farszu do sosu, bo z całym szacunkiem do autorki bardzo dobrego przepisu – rurki polane sosem z resztkami farszu wyglądają mało apetycznie i budzą niepożądane skojarzenia (tak orzekli młodzi, mnie nie przeszkadza, ale Marta chciała, żeby już było cudownie, miodnie i folderowo).
 Na tę potrawę załapał się przypadkiem odwożący mnie z Rzeszowa znajomy, powiedział, że NIGDY nie jadł tak dobrego włoskiego dania. Mógł mieć rację...





wtorek, 31 sierpnia 2010

Makaronowa zapiekanka z rybą

-->
Akcja unisztożania gór zapasowego jedzenia trwa. Teraz zabrałam się za makarony. Osłabiło mnie wygrzebanie ogromnej paki makaronu nitki. Taki makaron to gotuję tylko do rosołu, więc rzadko (niestety, tradycja rosołu w niedzielę odeszła wraz z Babcią Bronią; zresztą trzeba mieć mięso z prawdziwych kurów, z kaczuszków też może być, ma się rozumieć).
„Wywalę!” - przeleciało mi przez głowę. Ale Bronia ze zdjęcia spojrzała na mnie tak, że mnie ciarki przeszły. Więc dobra, gotujemy coś z nitkami!
Ale co? Hurma i czereda zdecydowanie odmówiła pomidorowej z makaronem (tiaaa, rozbestwieni na lanych kluseczkach), natomiast zastrzygli uszami na hasło: zapiekanka. Postanowiłam zrobić zapiekankę z rybą; ciągle za mało jada się ryb w tym zakładzie.
Wyciągnęłam swój największy gar, tzw. komunijno – chrzcielny i gotuję ten makaron. I – panie! to był moment!
Rozgotował mi się, nie na larę, ale do stanu klajstrowatego.
"No to teraz już po ptokach, wywalę!"
A czym zatkam dzioby? I jeszcze miszczyni Marzynia się skompromituje w oczach wpatrzonej w mamcię H&C. Więc tak zakombinowałam, tak dosmaczyłam, że się nic nie skapczyli, zjedli i prosili o dokładki.
SKŁADNIKI:
Paczka dowolnego makaronu (uwaga przy nitkach, nie ma co wychodzić na cygarko),
6 filetów z białej ryby (byle nie z delty Mekongu),
20 dkg sera żółtego,
mała śmietanka słodka,
3 łyżki tartej bułki,
koperek i czosnek,
troszkę mąki do panierowania,
sok z cytryny,
sól i pieprz,
masło z olejem do smażenia i podlania na dno.
WYKONANIE:
Filety z ryby skropić cytryną, posolić, popieprzyć i odstawić do lodówki na jakieś pół godziny (rzeczywiście, nie rozpadają się potem przy smażeniu). Panierować w mące, usmażyć na złoty kolor na maśle z olejem. Resztę tłuszczu wylać na dno naczynia do zapiekania, wyłożyć na to makaron (mnie wypadł z druszlaka w formie kopca kreta, ale łapkami go przeformowałam do kształtu naczynia). W makaronie zakopać rybę,  i wszystko zalać mieszaniną startego sera, śmietanki, czosnku, soli, pieprzu, siekanego koperku i bułki. Oczywiście można dać ulubione przyprawy, jednak sola jest tak smaczna, że wg mnie już nie trzeba nic dodawać. Zapiekać na 180 stopni, aż utworzy się chrupiąca skórka. Do tego sałatka z pomidorów i pięć pysiaków zapchano (zaklajstrowano?).

piątek, 27 listopada 2009

Leniwe kluski (pierogi) krok po kroku


2009-11-23
Te pierożki słusznie nazywają się leniwe. Robi się je błyskawicznie, potrzebny jest tylko dobry, biały ser.
Ja miałam słodziutki, nieprzewarzony ser „od baby” i wyszły wspaniale: miękutkie i pulchne. Koleżanka Arytreja pisze, że to kopytka – być może w innych częściach Polski tak się mówi na leniwe, ale u nas na Pogórzu kopytka to są z samych ziemniaków, jest ten przepis na nowym blogu pod linkiem: „z ziemniaków”. Kopytka mają zupełnie inny smak i zwartą konsystencję, nadają się do sosów i jako dodatek do drugiego dania, a leniwe są delikatne i najpyszniejsze po prostu z rumienioną bułeczką.
Myślę, że każdy, nawet samotny starszy pan, potrafi je zrobić, zachęcam:

SKŁADNIKI:

1 kg sera białego (oczywiście można wziąć połowę porcji) – ser nie powinien być bardzo kwaśny i powinien mieć miękką konsystencję, bo inaczej będą wyczuwalne grudki. Znawczynie twierdzą, że twaróg o dumnej nazwie „President” jest dobry, nie wiem, bo u nas takiego nie ma;
3-4 jajka,
jakieś 30 dkg mąki pszennej, zwykłej,
sól,
masło do polania (noo, chyba z pół kostki na tę ilość),
3 łyżki bułki tartej (takiej sprawdzonej, ta z "Kupca" jest nawet dobra).
WYKONANIE:
Ser odcisnąć i zmielić lub po prostu dobrze rozgnieść widelcem (labo - jak Marzynia - w ręcach). Dodać sól, rozbełtane w miseczce jajka i stopniowo dodawać mąkę. Jeżeli ser jest wilgotny, dodać trochę więcej mąki (ciasto powinno mieć konsystencją ciasta ziemniaczanego). Ono się dobrze wyrabia, nie lepi do rąk jak ziemniaczane, nie wolnieje w trakcie i można go przechowywać w lodówce nawet do jutra, co jest ważne, bo te pierożki (kluseczki?) najlepiej smakują świeże. Można je formować w dowolne kształty, przepyszne są z owocami (zamiast tradycyjnego ciasta ziemniaczanego) - z morelami to poezja! Ponieważ są delikatne, najlepiej smakują po prostu polane rumienioną bułeczką.
Bułeczkę najpierw rumienimy na sucho w rondelku o grubym dnie (uwaga, lubi się przypalać) i dopiero potem dodajemy masło, podsmażając je z bułką, aż zacznie pachnieć. Gdybyśmy chcieli zrumienić taką ilość bułki na maśle, to weszłaby chyba z kostka.
Różnica jest w czasie gotowania: te leniwe są gotowe do wyjęcia zaraz, gdy wypłyną.
Naprawdę polecam, bo wszyscy za nimi przepadają!

środa, 25 listopada 2009

Lazania (lasagne) z pomidorami i pieczarkami

2009-09-20
Pomimo, że najbardziej lubimy polską kuchnię, włoskie klimaty też u nas goszczą. Tak było i dzisiaj. W sumie rzadko gotujemy lazanię, bo wielu ludziom nie chce się bawić w obgotowywanie płatów ciasta. Ja nie gotuję ciasta przed zapiekaniem, mam taki przepis, który pozwala szybko przygotować pyszną potrawę z tafelek suszonego, surowego ciasta.

SKŁADNIKI:
Na pierwszym miejscu muszę napisać o naczyniu do zapiekania Z POKRYWĄ.
Bez tego nam lazania nie wyjdzie, chociaż nie próbowałam takiej z obgotowanego ciasta; może wtedy można zapiekać bez przykrycia.
paczka makaronu do lazanii (takie prostokątne tafelki) – mi weszło około 2/3 paczki,
ok. 70 dkg pieczarek,
30 dkg sera żółtego w kawałku (Edamski, Podlaski, Złoty Mazur– w każdym razie „topliwy”),
10-15 dkg sera żółtego w plasterkach (j.w.)
pomidory krojone w kartoniku,
2 duże cebule,
3-4 ząbki czosnku,
kostka grzybowa Knorra,
oregano i bazylia w proszku,
ew. listki świeżej bazylii na wierzch,
2 łyżki mąki pszennej,
masło i oliwa do smażenia,
sól, pieprz, vegeta, ew. chili do pomidorów.

WYKONANIE:
Pieczarki umyć, poszatkować na grubsze plasterki. Posolone smażyć na patelni bez tłuszczu, dopóki nie puszczą soku (powinno wyjść jakieś pół szklanki, chyba, że były to znane nam wszystkim pieczarko-purchawy, schłodzone w chłodni, pobielone z wierzchu, czarne w środku). Więc ten sok odlać, a do grzybów dodać 2 łyżki masła z oliwą. Usmażyć na rumiano, ale nie do stadium skwar. Pod koniec smażenia wcisnąć ząbek czosnku. Sprawdzić, czy słone, pomagować, popieprzyć.
Łyżką cedzakową wybrać te pieczarki do miseczki, a na tym tłuszczyku usmażyć drobno skrojone cebule. Prawdopodobnie będzie za mało masełka – oczywiście dołożyć; dbający o linię i czystość włoskich klimatów niech doleją oliwy.
Kiedy cebula się zeszkli (nie rumienić!) wlać sok z pieczarek, patelnię przykryć. Gotować na małym ogieńku sprawdzając, czy ma mokro.
Kostkę Knorra rozpuścić w pół litrze wody, wlać do cebuli. Dalej gotować, aż cebulka zmięknie, po czym zaciągnąć mąką rozrobioną w zimnej wodzie. Można oczywiście skorzystać z gotowego sosu grzybowego, jednak on ma inny smak, a ja chciałam, żeby było czuć tę cebulkę. Powstanie około 2,5 szklanki dość rzadkiego sosu, który doprawiamy czosnkiem, pieprzem i magą. Jeśli nam zbyt dużo odparowało – oczywiście dolać wody.
Pomidory wylać do miseczki, wcisnąć 2 ząbki czosnku, doprawić vegetą, pieprzem, chili, oregano i bazylią.
Ser w kawałku zetrzeć.
Na spód naczynia do zapiekania wylać tyle sosu, żeby pokrył dno. Położyć na to tafelki lazanii. Jeśli się nie mieszczą w całości, normalnie połamać, i tak nie będzie widać po zapieczeniu. Posypać pieczarkami i serem, przykryć nową warstwą ciasta, polać sosem (aby każdy kawałek był umoczony). Sos oczywiście będzie wciekał pod spód – nie przejmować się. I tak aż do wyczerpania pieczarek.
Ostatnią warstwę stanowią: ciasto, na to pomidory z czosnkiem, na to ciasto i resztka sosu (tylko tak pokidać, bo i tak pomidory są mokre).
I teraz do piekarnika na 180 stopni, grzanie góra i dół. Jeśli zapomnimy włączyć piekarnik, nic się nie dzieje, tu nic nie opada.
Mamy jakieś 20 minut przerwy, możemy udać się np. obejrzeć co gotuje Makłowicz (ostatnio w Islandii ciaparzył jakiegoś dorsza w soku z cytryny, ten dorsz MUSIAŁ być surowy w środku).
Po tym czasie zaglądamy do lazanii.
U mnie okazało się, że ona się nie piecze, tylko gotuje w sosie. Wobec tego uchyliłam pokrywy i tu UWAGA młode gosposie: to niebezpieczna operacja, bo szklana pokrywa jest bardzo śliska, rozpalona, a od spodu buchnie para z potrawy.
Po 15 minutach sos odparował na tyle, że spód i boki zaczęły się rumienić. Teraz trzeba wykonać jeszcze bardziej hardkorową operację, czyli wyjąć przez grube rękawice naczynie na deskę, zdjąć całkiem pokrywę i obłożyć wierzch plasterkami sera żółtego.
Prawdopodobnie nadleci zwabiona wspaniałym zapachem hurma i czereda, więc trzeba zastawić ciałem naczynie i obiecać, że jak poczekają jeszcze 10 minut, to będą mieli na wierzchu ślicznie stopiony, lekko zrumieniony serek.
Nigdy nie daję sera od razu przy długim zapiekaniu czegokolwiek, bo zostaje z niego tylko taki skaruszek na wierzchu, a tu chodzi przecież o smakowitą, ciągnącą się warstewkę o smaku sera, a nie wyprażonej kazeiny.
Pozostaje nam tylko zapiec ten serek, co trwa nie dłużej niż 10 minut.
W sumie zapiekałam moja lazanię jakieś 3 kwadranse.
Myślę, że gdyby wyszła wciąż twardawa – makaron makaronowi nierówny – to trzeba cyknąć wody, przykryć i dodusić.
Albo robić z gotowanego ciasta, ale to wydaje mi się okrutnie pracochłonne…