Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciasta bez pieczenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciasta bez pieczenia. Pokaż wszystkie posty

sobota, 13 lipca 2024

Sernik morelowy z twarożku Marylki

 

Jak wiadomo, babcie są po to, aby dopieszczać (nie mylić z: "rozpieszczać", bo jednak nie można psuć rodzicom etosu wychowawczego) wnuki. Ponieważ na razie mam jedną wnuczkę i nie gości u nas codziennie, więc największym beneficjentem jest dziadzio, któren z rozkoszą utylizuje desery i ciasta, coby się nie zmarnowały, gdy syta słodkości H&C wyjeżdża 🙆.
Ostatnim przebojem był sernik na zimno, ale specjalnie przygotowany na domowym twarożku. I tym razem nie tym odsączanym jogurtowym Pieseczka (klik!), ale odwarzanym marylczynym (o tutaj, klik!) ze wspaniałego bloga "Szybko i smacznie". Warto tam zaglądać po przepisy i inspiracje😗
Mój serek wyszedł kremowy, niezwykle pyszny i tłuściutki, bo zamiast jogurtu dodałam do niego śmietanę od sąsiadki, najpyszniejszą, jaka istnieje na tej planecie. No i mleko też było od jej krowy, ale można kupić i w sklepie świeże, tłuste mleko niepasteryzowane, w szklanych butelkach.
Marylka robiła aż z 4 litrów, ja z połowy porcji (no i bez soli). 
Sernik nie jest zbyt wysoki, ale wyszedł mi mocno morelowy. Na targu w Sędziszowie jakiś chłopek stał z wiadereczkiem zerwanych u siebie moreli, może nie były tak wyględne jak te z przemysłowych sadów, ale jak zanęcił: "Skosztuj pani, jakie słodkie! I nietrzepane!" tom kupiła. 
Ze wspaniałej w smaku morelowej pulpy powstały suszone marmoladki- węże, a część wzbogaciła sernik. Przepisu na sernik chyba nie trzeba wklejać - każda z moich blogowych koleżanek wie jak robić równie dobre, a może i lepsze. Gdyby namanił się tu jakiś Gość, potrzebujący wskazówek, to chętnie służę. 
P.S. Gdy już wstawiłam ten wpis powiększyłam zdjęcie, jedyne, jakie jest. Na talerzyku i na serniku są 2 czarne punkciki. O ile NA PEWNO nie są to pchły Ediego czy mojej hordy futrzaków, to już nie mogę zaręczyć, że nie są to malutkie żuczki z róż za oknem (bo Małżonek robił mi zdjęcie ciasta na parapecie!). Jeśli tak, to sam je potem zjadł, bo go skusił dekorek (cyt.: "Tak, do zdjęcia to przyozdobiłaś, a ja dostałem wcześniej bez owocków, taki goły...). Ale od tego się nie umiera😁
 

niedziela, 30 czerwca 2024

Torcik naleśnikowy z serkiem labneh

 

Kiedy mała Matyldzia gości u nas na wsi to naleśniki są żelaznym punktem programu na podwieczorek (no chyba, że są proziaki albo tzw. placuchy pieczone na blasze, ale rozpalanie pod kuchnią w 32. stopniowym upale to by było jednak samobójstwo). Czasami nawet Ona z dziadkiem nie są w stanie pochłonąć wszystkich, więc zostało mi od wczoraj 4 sztuki.No i przepyszny serek labneh, do zrobienia którego skłonił mnie wpis Pieseczka (o tutaj, klik! jest to dokładnie opisane). Ten serek to jakaś rewelacja, nie wiem, jak to możliwe, że nie robiłam go do tej pory. Jeśli zrobi się go bez soli czy cukru, to można stosować na każdy możliwy sposób, a odcedzanie przez całą noc robi go na tyle zwartym, że można kroić nawet w kromeczki na chleb.
Skomponowanie deseru do kawy to już tylko kwestia fantazji kulinarnej. Do mojego "torciku" z naleśników wykorzystałam ostatnich truskawkowych Mohikanów oraz resztkę polewy czekoladowej (wydartej Dziadziowi z ust, bo już chciał ją pożreć solo po wyjeździe wnuczki, należycie wysmarowanej czekoladą i serkiem w czasie frenetycznej konsumpcji 🙆).
 

wtorek, 1 sierpnia 2023

Sernik "Uśmiech Prezydenta"

 

Od razu zaznaczam, że nie chodzi tu o kultowy już uśmiech pana prezydenta Dudy, ale rzeczywiście "prawdziwy" (aczkolwiek emerytowany) prezydent uśmiechnął się po przełknięciu pierwszego kęsa. A potem poprosił Martika o dokładkę💖
To, że nasze słodycze cieszą się powodzeniem w Słowenii to już chyba pisałam, ale ciasta (i cukierki "Krówki") robią wprost furorę! Zresztą nie dziwię się, bo nawet w światowym rankingu jesteśmy Królami Słodkich Wypieków. Spojrzyjcie na to:
Źródło: https://www.tasteatlas.com

Co prawda na 1. miejscu jest rosyjski miodownik, ale na punkty prowadzimy w cuglach. Słoweńcy mają w tym akurat rankingu tylko słynną kremówkę z Bledu (kremna rezina) - byłam, kosztowałam, ale uważam, że gibanica i potica są lepsze😋
Sernik ten wykonała Martusia własnymi rączkami i BEZ WSKAZÓWEK Umiłowanej Przywódczyni. Ba! nawet skompilowała kilka przepisów (w tym sernik na zimno Babci Jasi), żeby wyszło jak najsmaczniej. Tajemnicą jest oczywiście polski twaróg, dlatego też nieznający takich serników Południowcy chwalą go za oryginalny, kwaskowaty smak. Kremową teksturę zapewnia mu dodatek serka mascarpone i bitej śmietany. 
Przepis podaję za Martikiem:
 
Najpierw 1 galaretkę (tę na wierzch) rozpuszczamy w 400ml wody, żeby potem nie czekać trzy godziny, aż się zsiądzie. Rozpuszczamy także 2 ulubione galaretki w 300 ml wody. 
Robimy spód: dużą tortownicę wykładamy papierem (brzegi też przyklejamy na masło, żeby delikatna masa nie przeszła smakiem formy), blendujemy dowolne kruche ciastka z masłem (tak ze 100g na 30 dag ciastek można śmiało rozpuścić), podpiekamy i studzimy.
Przygotowujemy owoce - akurat w Alpach teraz dojrzewają maliny, ale borówki już niestety były kupne.  
3 kostki (właściwie klinki) twarogu zblendować na gładko, dodać te dwie przestudzone galaretki,  zmiksować, dodać opakowanie serka mascarpone, zmiksować.  
Osobno ubijamy śmietankę 36% z 4 łyżkami cukru pudru, dodajemy i mieszamy już delikatnie ręcznie. Wylewamy na spod, chwilkę czekamy,  aby masa lekko się ścięła, wciskamy w ser owoce i wstawiamy do lodówki. 
Kiedy „wierzchnia” galaretka jest już kisielowata,  to wykładamy ją łyżką na owoce (ja dałam najpierw ciutkę, żeby pokryło i się zastygło, i potem resztę) i chłodzimy. 
Ma pyszny smak truskawkowego danonka, ale wciąż wyczuwalną teksturę twarogu. Nie jest za słodki, idealny jako chłodny deser na upalne dni, pod starą lipą, z widokiem na Julijske Alpe



sobota, 26 grudnia 2020

Świątecznie i noworocznie!

  

W świąteczny czas wszystkiego, co dobre i radosne oraz zdrowia                  i wolności w nadchodzącym roku życzy Marzynia z rodziną.

P.S. Dodatkowo życzymy sobie, aby wszystkie z lubością pożarte smakołyki poszły nam tam, gdzie chcemy :-) W moim przypadku do lasa, w najgłębszą paryj.

P.S.2 Tę choinkę wykonała z andruta z masą kajmakową i ozdobiła własnoręcznie Martusia. 

niedziela, 31 maja 2020

Serniczki na zimno z musem malinowym dla dzieciaczków

Gdyby ktoś w chwili zaćmienia kulinarnego zakupił sobie silikonowe foremki na mini babeczki z kominkiem w ilości sztuk: 6 (słownie: sześć) i już podjął decyzję, że jednak je wywali (no bo kto zarabia ciasto na SZEŚĆ babeczek?!) to niech tego jeszcze nie czyni. Bo na świętach wielkanocnych okazało się, że powyższe ciasteczka (deserki?) zrobiły furorę wśród dzieci właśnie. Pewnie to zasługa Martika, któren pieczołowicie wykonał z białej czekolady ozdoby i nawet jedną przeznaczyła dla mnie. Od razu po zjedzeniu żałowaliśmy, że nie kupiłam jednak 66 tych foremek. Nigdy nic w nich nie piekłam, ale na takie serniczki, z niespodzianką w środku, są świetne 😋
Masa serowa to po prostu serek mascarpone, ubity z małą śmietanką trzydziestką, wanilią i cukrem.  Stabilizuje się ją żelatyną (rozpuszczone i wystudzone 2 płaskie łyżeczki żelatyny trzeba najpierw zmiksować z odrobiną kremu - raz wlałam żelatynę do zimnej masy i grudek nie dało się już rozbić). Po zastygnięciu miękkie foremki dają się bez problemu zdjąć, serniczki stawiamy na herbatnikach lub pewnie lepiej okrągłych biszkoptach, a w otworki po kominkach można wpakować, co się chce. Maliny (mrożone lub świeże) polecam jednak przetrzeć. Ponieważ Martik chciał jednak efektu niespodzianki - zamaskowała malinowy środek ciemną czekoladą i figlaskami z białej.
Jureczek swoje ciastko - oczywiście to z jeżykiem - wsadził na raz do ust, przemełł i zdziwił się, że w środku były maliny. Jego odpowiedź ("Dżeeem?!") wywołała zrozumiałą frustrację u walczącej o drugą gwiazdkę Pirellego siostry. Może jednak nie trzeba było  kłaść deserku na petitku, wtedy musiałby zjeść łyżeczką 😜 

środa, 14 marca 2018

Ptasie mleczko

Właściwie nie jest to ptasie mleczko, tylko jakaś stabilizowana śmietankowa pianka, ale odkąd przeczytałam skład tego sklepowego, wybiłam z głowy mojemu miłośnikowi tej słodkości ów zakup. A poza tym nic tak nie łechce dumy Matki Polki, jak ochy i achy męża (rzeczywiście jest smaczne), no i z czystym sumieniem można stwierdzić, że mu nawet ptasiego mleka nie brakuje :-D
Za pomocą miksera robi się to błyskawicznie, przydają się także babcinowe półlitroczki (w blaszanych kubkach galaretka, wstawiona do zimnej wody w zlewie, błyskawicznie stygnie, więc śliniący się już małżonek nie musi długo czekać).
SKŁADNIKI:
- 0,5 litra śmietanki 30%, 
- kubek jogurtu typu greckiego,
- 2 różnokolorowe galaretki (troszkę chemii nie zawadzi hie hie..., gdy ktoś bardzo uważa, to można zrobić białe, na samej żelatynie lub agarze),
- 2 łyżeczki ksylitolu (albo cukru pudru, mój Pan jednak pożera słodkości z mniejszymi wyrzutami sumienia, gdy nie są dosładzane sacharozą, a jeszcze nie dotarło do niego, że taki cukier jest przecież w kupnej galaretce :-D),
- mała paczka petitków (też nie są konieczne, ale fajnie się kroi na porcje. Nie czytać składu!)
WYKONANIE:
Galaretki rozpuścić w niepełnych szklankach wrzątku, w osobnych garnuszkach ma się rozumieć. Jeśli zależy nam na szybkości, to wstawić do zimnej wody, tylko nie iść gadać z ciotką, bo zastaniemy je zastygnięte na beton (w takim przypadku ostrożnie podgrzać, rozpuściły się z powrotem i nic im nie było). Ubić śmietankę, dosłodzić, wymieszać z jogurtem na gładko. Gdy mamy złe doświadczenia z ubijaniem, można zajrzeć tu (klik!). Podzielić masę na pół i zanim wlejemy galaretkę, to najpierw trzeba wmiksować do garnuszka ze dwie łyżki tej ubitej śmietany (zapobiega to powstawaniu grudek, raz tak zepsułyśmy z Martikiem krem żelatyną - potrafi zastygać błyskawicznie w zetknięciu z zimną śmietanką). Jakieś prostokątne naczynie wyłożyć herbatnikami, wylać pierwszą warstwę, zastudzić (krzepnie szybko), potem drugi kolor i na wierzch znowu ciastka. Jeśli nie chce wyleźć z pojemnika (oczywiście NIGDY nie chce), to podgrzać od spodu w gorącej wodzie, delikatnie wyłożyć na deseczkę, a potem hopsa! odwrócić. 
I zawołać na Hurmę i Czeredę, że ptaki już wydojone :-)

 

sobota, 17 lutego 2018

Sernik na zimno na ksylitolu i herbatnikach

To ciasto (deser?) nazywało się za komuny "Domek Baby Jagi" i czasami bywało na naszym stole, przeważnie w wersji białej i bez polewy czekoladowej (kakao rzadko można było zdobyć, a cukier na lukier tak). Co prawda miało formę pięciościanu i trójkątny przekrój (o tu np. jest klasyczna wersja), bo moje jako żywo żadnego "domku" nie przypomina. Chociaż nie, taki kwadraciak z lat 70 -tych, taki z płaskim dachem, to w sumie podobny jest. 
Do wykonu tego ciasta zmusiło mnie smędzenie H&C, zredukowanej w tygodniu do jednego przedstawiciela watahy, więc gdy On prosi o coś, to prosi mnie 100% petentów. No i jak tu odmówić?  Niestety, pan od jakichś 3 miesięcy nie je (wogle!) cukru, co ja przyjęłam z entuzjazmem, bo myślałam, że już całkowicie umyję ręce od pieczenia (na weekendzie piecze Martik). Ale nie... słodkiego się dalej chce, tylko ma być ZDROWE słodkie! No to coś tam stulam i zachwalam, że zdrowiusieńkie, wprost lecznicze!
Na marginesie mówiąc to ciasto jest bardzo smaczne. Robi się błyskawicznie i szybko można je jeść, gdy tylko herbatniki zmiękną. Robiłam je po prostu blenderem, bo nie mam miksera, a nie chciało mi się borykać z robotem.
SKŁADNIKI:
- 0,5 kg sera białego,
- kostka masła (200 g.),
- szklanka ksylitolu,
- esencja migdałowa do smaku,
- rodzynki - dobrze umyte w gorącej wodzie i skropione rumem,
- duża paczka herbatników "Petit Beurre" (oczywiście jest w nich cukier, ale jakoś pan nie umarł w konwulsjach),
- tabliczka gorzkiej czekolady (to był "Wawel", idealnie zastygła i bardzo chrupała, co do cukru w niej to patrz wyżej),

- prostokątna forma, może być nawet pudełko
WYKONANIE:
Masło zmiksować z ksylitolem (ja po prostu nożami ręcznego blendera), aż będzie puszyste. Dodać ser, zmiksowany takoż (w innym naczyniu) i dobrze wymieszać. Dodać rodzynki i aromat jaki nam pasuje, akurat miałam migdałowy. Herbatnikami wyłożyć formę, wcale nie musi być starannie, smarować kremem serowym i tak warstwa po warstwie, aż do dachu, którym oczywiście mają być ciastka. Czekoladę połamać, rozpuścić w kąpieli wodnej z łyżeczką masła i pokryć nią jak papą płaski w tym przypadku dach domku (jeśli w ogóle odczuwamy jeszcze potrzebę samooszustwa, że to Chatka Baby Jagi). Już po godzinie było miękkie, świetnie się kroiło i zostało pożarte w błogim poczuciu dbania o zdrowie.
P.S. Ciocia i Ania się nie kapły, że to na petitkach, ale Teściowa, jako wytrawna znawczyni, już mogłaby :-)

 

sobota, 19 marca 2011

Malinowe pianki dla Zuzi i Jasia


Ciocia Marzynia chciała olśnić Jasia i Zunię, podjurgana wysypem bajecznych jedzonkowych cacuszek dla dzieci na blogach koleżanek. Zamiar udał się połowicznie, ponieważ owszem - oczami zjedli (tym bardziej, że nie ma u nas zwyczaju cackania się nad wizualną stroną deserów i byli zaskoczeni) - ale już przy konsumpcji okazało się, że pianka jest ZA KWAŚNA! No cóż, zemściła się moja awersja do zbyt słodkich "mymlaków" i deser (wg mnie przepyszny) dla dzieci był za mało słitaśny. Większość babeczek pożarli więc dorośli, ale chociaż ątre było miłe...
Literki czekoladowe też pozostawiają wiele do życzenia: szurpate, krzywe, a czekolada się ścięła nie wiedzieć czemu; w smaku nie czuć, ale widać, zdaję sobie sprawę że nie umywam się do mistrzyń obróbki czekolady.
Pianka malinowa jest zrobiona z bitej śmietany i przecieru z mrożonych malin z dodatkiem żelatyny. Okazało się, że ciasteczka digestive w sam raz pasują na spody. Foremkę blaszaną trzeba zanurzyć na dosłownie sekundę w gorącej wodzie, wtedy pianka elegancko wyskoczy na podstawione ciasteczko. Jak widać, nie wszystkie babeczki zachowały karby...
Nie wolno tylko zbyt długo trzymać masy w foremce, bo ściemnieje od blachy i będzie trącić metalem. Lepsze byłyby silikonowe foremki, ale mam tylko gładkie. 
Resztą pianki nabiłam rurki z francuskiego ciasta. Moim zdaniem bardzo smaczne, co zresztą potwierdziła starsza część H&C, usatysfakcjonowana, że wreszcie jest coś (jakby) słodkiego, a w każdym razie bez czosnku ;-)

sobota, 19 lutego 2011

Banoffee pie czyli Martik gotuje - Masssakrycznie słodka słodkość na amerykański strój


Ten deser popełnił Martik na babskie walentynki. Nie mógł liczyć na moją pomoc, ponieważ po pierwsze primo ja walentynki bojkotuję koncertowo, a po drugie primo - tu żadnej pomocy nie trzeba, bo ten cały banoffee pie jest do zrobienia prosty jak drut. 
Mnie od samego patrzenia na składniki zęby rozbolały, ale dziewczynki twierdziły, że pycha.I że się czepiam i wrzepiam komentarze.
Nie wiem, dlaczego amerykańskie desery robią kariery na cały świat…
Przepis przytaczam za panią Dorotką, której wspaniały blog: Moje wypieki był tutaj wielokrotnie już cytowany. Nawet ona stwierdziła, że tego nie da się zjeść więcej jak jeden kawałek.

Składniki na spód:
  • 85 g rozpuszczonego masła
  • 150 g ciastek digestive, pokruszonych
  • 25 g migdałów, zmielonych
  • 25 g orzechów laskowych, zmielonych
Składniki na masę toffi:
  • 2 puszki mleka skondensowanego słodzonego gotowanego przez 2 godziny pod przykryciem lub 2 puszki gotowej masy toffi (z takiej korzystałam) - każda puszka o wadze 400 g
  • 4 dojrzałe banany
  • sok z połowy cytryny
  • 1 łyżeczka esencji waniliowej
  • 75 g gorzkiej czekolady, startej
  • 475 ml kremówki
Połączyć w naczyniu rozpuszczone masło, pokruszone ciastka, zmielone migdały i orzechy laskowe. Dobrze wymieszać, wcisnąć na dno blaszki do tarty o średnicy 23 cm.
Piec w nagrzanym do 180°C piekarniku przez 10 - 12 minut. Wyjąć, wystudzić.
Banany obrać, pokroić. Wycisnąć sok z połowy cytryny, dodać esencji waniliowej i wymieszać z pokrojonymi bananami. Masę wyłożyć na spód. Wierzch przykryć masą toffi z puszki. Posypać 50 g startej czekolady.
Kremówkę ubić, wyłożyć na czekoladę. Oprószyć pozostałymi 25 g startej czekolady.
Wstawić do lodówki na kilka godzin, by masa stężała (choć nigdy nie będzie w pełni sztywna, będzie miała konsystencję masy toffi).

Rzeczywiście, w środku było coś na kształt masakrycznie słodkiej lary, w której były zanurzone banany. Trzeba było nabierać łyżką. Dlatego zdjęcie tylko z wierzchu, aby miłośnicy bananów i toffi nie zrazili się do banoffi.
P.S. Nie wiem, czy zauważyliście, ale część opisu wyszła mi w rymowankach. To chyba skutek dwóch sążnistych porcji kaszanki, które dzisiaj opyliłam na obiad i kolację. Z ogóreczkiem kiszonym, ma się rozumieć. 
Gwoli sprawiedliwości dodam, że Johna i Mary z Midwestu pewnie też by zemdliło na widok i zapach mojego talerza.

piątek, 20 listopada 2009

Bajeczne ciasto (bez pieczenia)

2009-04-13 Ciasto Martusi
To ciasto robi się samo (prawie ;-) Każda, nawet początkująca kuchareczka może go wykonać i zabłysnąć. Moja córcia zrobiła go praktycznie od A do Z sama, no może od C do W, krem gotowałyśmy z Kasią Wojtkową, bo dziewczynki akurat ozdabiały mazurka.
Przepis dostałam od żony kolegi z pracy Wiesia, za co bardzo dziękuję.
Ciasto:
No ciasto to już bajeczka, to w ogóle nie jest ciasto, tylko KRAKERSY, normalne słone z Lajkonika (nie wysyłać faceta po ich zakup, bo kupi cebulowe, albo paprykowe).
Przełożenie:
Dwie warstwy masy to krem budyniowy, pewnie każda gospodyni ma swój wypróbowany przepis, ale ten jest niezawodny, bo się nie krupi. Trzecia warstwa to krem krówkowy, wierzch to bita śmietana.
Zacząć od nastawienia puszki ze słodzonym, skondensowanym mlekiem na 2,5 godziny przed pieczeniem.
Krem:
3 żółtka, 6 łyżek cukru kryształu, cukier waniliowy podwójny, szczypta soli, półtorej łyżki mąki pszennej, półtorej łyżki mąki ziemniaczanej, pół litra mleka, kostka masła.

Żółtka utrzeć mikserem z 4 łyżkami cukru i solą do białości. Dodać obie mąki i wymikserować – powstanie gęsta paćka. Mleko zagotować z 2 łyżkami cukru i cukrem waniliowym. Gorące wlewać cienkim strumyczkiem, energicznie mieszając trzepaczką-rózgą.
Powstałą płynną masę zagotować w rondlu o grubym dnie, na płytce na malutkim ogieńku ciągle mieszając (to jest ten newralgiczny etap, niestety, krem musi „bulkać” chociaż z minutę, żeby mąka straciła smak surowizny). Jeśli się skrupi (zgrudkuje) nie rozpaczać – zapalić cygara, wziąć się w garść, odpalić noże w mikserze (takie blenderowe) i wymiksować to na gładko.
Wystudzić - najlepiej nalać wody do umywalki, wstawić tam garnek, ale wcześniej zapowiedzieć rodzinie, żeby nikt się nie zapędził umyć ręce, facet na stówę nie zauważy, że coś stoi w umywalce. Zuzię zobowiązać do mieszania kremu co jakiś czas (żeby nie siadł kożuch), Martusię zagonić do ucierania masła na pianę. Wystudzony budyń dodawać po łyżce do masła, ucierać do uzyskania gładkiego kremu. Męską część rodziny wezwać dopiero do wylizania miski i wiertaków.
W prostokątnej formie (he he he, można i w okrągłej, ale to problem dla jakowegoś Euklidesa, jak wyłożyć okrągłą formę krakersami) ułożyć krakersy. I tak nie spasują do końca, ale to już był problem dziewczynek, czy cięły, czy podgryzały, w każdym razie wyłożyły idealnie. Na to wykładać krem, potem znowu krakersy, potem znowu krem, potem krakersy, potem krówka, potem krakersy uuuffff…
Na wierzch idzie bita śmietana. Wystarczy 0,5 litra 30%-towej, ja kupuję „Łaciatą”. Niestety, nie wiedzieć czemu, nie można już u nas kupić zagęstników do śmietany Oetkera, a były jedyne. Dałam żelatynę, ale wtedy ta warstwa nie jest idealnie gładka. Do śmietany dać tylko płaską łyżeczkę cukru pudru, bo „wytrawna” śmietanka stanowi dobry kontrapunkt dla słodyczy ciasta.

Dekorować według uznania, polecam gorzką czekoladę startą na wiórki (uwaga, nie kupujcie dekorów, są bardzo drogie, a wystarczy tabliczka gorzkiej czekolady z niedrogiej firmy, połowę się zetrze na grubej tarce – długimi pociągnięciami, wtedy zwiną się w ślimaczki – a połowę się roztopi z łyżeczką masła na napisy do mazurka).
Kiedy na drugi dzień krakersy zmiękną, a ciasto się zestali – palce lizać!