Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chleb. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chleb. Pokaż wszystkie posty

środa, 5 sierpnia 2026

Placki z młodej kapusty i chlebek Agusi

 
Moja ulubiona kapusta stożkowa gotuje się na grządce. Zasadniczo można posolić, omaścić i jeść w ogrodzie, jednak Małżonek - nie wiedzieć czemu😉 - woli jednak poddaną obróbce. Ponieważ utarł ziemniaki, więc zrobiłam placki ziemniaczane z młodą kapustą.
Robi się je tak samo, jak ziemniaczane, trzeba tylko pamiętać, żeby drobno poszatkowaną kapustkę nasolić i odcisnąć. I powinno być więcej kartofli, niż kapuchy, bo mogą się rozpadać na patelni. Na oko wyglądają jak zwykłe z jakimiś farfoclami, więc wykadrowałam zdjęcie z rozpoznawalnym kapuścianym fragmentem:
Kapka kwaśnej śmietany przyozdobi dzieło (według mnie najlepsze te z mielonym kminkiem😋)

Ponieważ do sklepu w środku wsi nikomu nie chciało się jechać, więc się zmogłam na domowy chleb. Nie było to wielkie wzmożenie, bo trudno o prostszy przepis. Dodatki bardzo go upyszniły, a pomada daje chrrrupiącą skórkę, co jeno "kszy się" nieco, gdy czerstwieje. Nikomu to jednak nie przeszkadza, więc aczkolwiek spoceni, ale radośni, jemy go ze smakiem 😅
Link do chlebka Agusi jest tutaj (klik!)

środa, 15 października 2025

Leniwy chleb Agusiowy

 

Aga z bloga "Agusiowe smakołyki" (klik!) nazwała ten chleb "leniwym" ze względu na łatwość wykonania. Mój był podwójnie leniwy z powodu zakwasu, który niezwykle opieszale pracował. Nastawia się bowiem zakwas z mąką i wodą na noc, słusznie oczekując, że rano będzie on przypominał należycie zbąbelkowany zaczyn Agusi (klik!).  
Mój zaczyn po 12 godzinach przypominał szarawy mączny klajster, który pichciliśmy na lekcjach z introligatorstwa w 1979 r. na ZPT (tak, tak, takich rzeczy uczyli wtedy w szkole). Pomna na moje boje z chlebem-ukrainem (klik!) postanowiłam dać zaczynowi letkiego kopa w postaci wbełtania w maź łyżki syropu o wdzięcznej nazwie "Strup" (Stroop, nie, nie Jürgen! syrop holenderski od Jasia!). 
Najwidoczniej głodny zakwas zaczął pracować, a potem to już była betka z mieszaniem i pieczeniem. U Agi jest to jasno opisane. 
Fajne chlebki nocnego typu piecze wielu z blogowych znajomych, ale ten należy do najprostszych. Szczerze polecam Martiku (jeśli padł ci zakwas, to wystarczy kilka dni i będzie gotowy, Marija ma na pewno żytnią mąkę).
Wczoraj znów upiekłam kolejny bochenek, bo jest naprawdę bardzo smaczny, idealnie się kroi i jest długo świeży.
W oryginale wierzch jest posypany słonecznikiem. Z braku rzeczonego posypałam resztką maku, któren leżakował od Wielkanocy. Kiedy ubrałam okulary, okazało się, że to był mak MIELONY. Na szczęście nie spalił się, a przynajmniej nie odpadał, jak inne posypki😏
P.S. Te czarne punkty, widoczne w miąższu chleba, to nie są utopione w zakwasie muszki owocówki (choć parły na miskę jak ateńska falanga), jeno czarnuszka. 
P.S.2 Zamieszczam jeszcze zdjęcie niedzielnego obiadu Jaśka. Steki są z ligawy, którą Dżony marynował 2 dni w occie balsamicznym, usmażył w pożądany punkt i podał z frytkami i sałatką. Mam nadzieję, że jam to, nie chwaląc się, sprawiła, że on tak lubi gotować🙆



poniedziałek, 19 sierpnia 2024

Francuski chleb z garnka wg Julii Childe

 

Wróciwszy w niedzielny wieczór po wojażach (krajowych, krajowych... nie mogę ciągle siedzieć Słoweńcom na chacie😏) stwierdziłam z rozczarowaniem, że nie mam zamrożonych bułek na śniadanie (którymi mamiłam Małżonka, chcącego jednak zakupić w "Żabce" piątkowy, waciany chlebek tostowy). 
Nie pozostało mi więc nic innego, jak zaczynić jakiś wypiek na rano, albowiem do naszych sklepów żaden dostawca nie dojeżdża poniedziałkowym świtem, coby dogodzić przeflancowanym na wieś miastowym świeżym pieczywem. 
Ponieważ miałam tylko suszone drożdże, padło na chlebek z bloga pani Berniki (o ten!)
Jako żywo nie wiem, co on ma wspólnego z Francją, ale jest dość smaczny, a bardzo prosty. Pozostawiony w lodówce na noc dobrze "popracował" i miał dużo nadających puszystość dziurek, i chrupiącą skórkę.
 
Gdyby ktoś zechciał go upiec, odsyłam do bloga "Mój kulinarny pamiętnik".  
 
Moja uwaga: patent z wsadzaniem pieczywa do garnka na papierze do pieczenia nie jest najlepszy, co widać na zdjęciach. Miękkie ciasto wniknęło między fałdy i tak przylgnęło do niego, że trzeba było wprost wyszarpywać papier spomiędzy fałdów chleba. Na grubych zgięcielinach (nie wiem, czy jest takie słowo, ale wiecie o co chodzi) nie dopiekł się należycie i pozostał nieapetycznie blady. Mimo to został zjedzony niemal na pniu, przy akompaniamencie smakowitych pomrukiwań wdzięcznego Małżona 😄.

 

sobota, 11 marca 2023

Chleb z garnka na maślance

 

Nie pamiętam, niestety, jaki przepis był punktem wyjścia dla tego chlebka (chyba jest to kompilacja kilku). Teraz już piekę go właściwie niezawodną metodą "na oko" i "pod rękę", postaram się jednak podać proporcje, bo prosili o to zadowoleni degustatorzy. Tym samym niedwuznacznie sugeruję blogowym gościom, że jest pyszny - ma aksamitny miąższ i bardzo chrupiącą skórkę, i jest "chlebowy" a nie "bułeczkowy" (jak ten mleczny klik!). Dzięki masłu i maślance jest także długo świeży, a dodatek suchego zakwasu Oetkera powoduje, że jest lekko kwaskowaty. Mój jest bardzo wysoki, bo stary żeliwniak, w którym piekę jest chyba trochę za wąski, ale Hurmie i Czeredzie to nie przeszkadza 😊
SKŁADNIKI:
65 dag mąki pszennej chlebowej,
3 dag świeżych drożdży (tak na oko 1/3 kostki),
pół łyżeczki suchego zakwasu Oetkera (to jest żytni zakwas, daję go w zasadzie "na smaczek"),
łyżeczka cukru,
2 łyżeczki soli,
kopiata łyżka miękkiego masła,
200 ml ciepłej wody,
200 ml maślanki (właściwie to podgrzewam tę maślankę razem z wodą - byle nie zagotować 😆).
WYKONANIE:
Trzeba zrobić zaczyn z drożdży z cukrem, 2 łyżkami mąki i paroma łyżkami ciepłej wody. Do misy miksera wsypujemy mąkę i w "wykopany" w niej dołek wlewamy zaczyn. Przysypujemy go mąką zagarniętą z boków i odstawiamy pod przykryciem w ciepłe miejsce. 
Gdy zaczyn „wyjdzie” na mąkę i będzie spieniony, dodajemy sól, suchy zakwas, ciepłą wodę z maślanką i masłem. Wyrabiamy ciasto (w sensie: mikser wyrabia) przez jakieś 10 minut, aż zacznie odchodzić od ścianek miski. 
Przykrywamy ściereczką (raczej nie powinno uciec poza miskę) i odstawiamy do wyrośnięcia na godzinę. Następnie wyrabiamy go chwilkę na blacie oprószonym mąką i staramy się uformować kulę metodą zawijania ciasta pod spód. Wkładamy tę kulopodobną bołdkę do natłuszczonej miski zawinięciem do dołu i czekamy jeszcze 20-30 minut, aż znowu podrośnie. 
W tym czasie nagrzewamy piekarnik do 210 stopni (grzanie góra i dół, druga półka od dołu, bez termoobiegu) razem z wsadzonym tam garnkiem żeliwnym z pokrywką. Kiedy się nagrzeje, ostrożnie wyciągamy (no jest zawsze stresik, czy rozpalona pokrywka nie spadnie nam na stopę😅) i wkładamy ciasto do gara, przykrywając pokrywką. Nie przejmujemy się, że wylądowało krzywo i nie w formie kuli, bo i tak wypełni całe naczynie - no chyba, że mamy gęsiarkę na jakąś potężną gęś :-)
Pieczemy w tych 210 stopniach przez 30 minut, po czym zdejmujemy pokrywkę i zmniejszamy temperaturę do 190 stopni.  Parę razy zdarzyło mi się, że wierzch był przyplaszczony (bo już wyrosło pod pokrywę), ale to się wyrówna. Ze 2-3 razy psikamy do piekarnika wodą, bo wtedy skórka się wychrupcza smakowicie i malowniczo pęka. Dopiekamy ze 20 minut, po czym studzimy na kratce, odpędzając czyhającą z nożami w rękach czeredę. Na zdjęciu poniżej widać, że był krojony zbyt szybko, ale znowuż jaka to przyjemność, gdy masło topi się na ciepłym jeszcze chlebku...

 

niedziela, 5 lutego 2023

Mleczny chlebek wyborowy dla wnuczki i dziadzia :-)

 

Ten chlebuś zawładnął podniebieniem zarówno dziadka, jak i wnuczki. I dlatego,  wzięta w podwójny szach, muszę go piec niemal co drugi dzień (z przerwami na MÓJ chleb - kwaśny, pszenno-żytni i dużo cięższy, np. ten przepyszny ukraiński).  Bardzo dobry i długo świeży jest też chlebek Maminka (o ten!), najlepiej na domowym majonezie 😋

Zaczyn: 
świeże drożdże - 20 g
ciepłe mleko - 2 łyżki
mąka pszenna (przeważnie piekę na własnej ,ale raz piekłam na tortowej, a raz na Poznańskiej i też był pyszny) - 2 łyżki
cukier - 1 łyżeczka
Ciasto właściwe: 
mąka pszenna - 550 g
sól - 1,5 łyżeczki
ciepłe mleko 350 ml
masło – duża łyżka (nie musi być, ale podnosi smak chlebka)

Drożdże ucieramy z cukrem w miseczce. Dodajemy mleko i mąkę, mieszamy. Do misy miksera wsypujemy mąkę i robimy dołek. Wlewamy do dołeczka zaczyn, lekko przysypujemy mąką zagarniętą z boków i odstawiamy pod przykryciem w ciepłe miejsce. Gdy zaczyn „wyjdzie” na mąkę i będzie spieniony, dodajemy sól, ciepłe mleko z rozpuszczonym w nim masłem i wyrabiamy ciasto, aż zacznie odchodzić od ścianek.

Wyrobione ciasto przekładamy do podłużnej foremki, w której będzie rosło. Moja jest z jakiejś niemieckiej, solidnej stali, więc nie trzeba jej niczym smarować. Ciasto jest lepkie i dość wolne, dlatego warto ręce natłuścić, albo (szczególnie przy wyrównywaniu wierzchu) zmoczyć wodą. Posypujemy czarnuszką, słonecznikiem albo makiem (od razu na tym etapie, potem wszystko zjeżdża z wyrośniętego wierzchu) i delikatnie nakrywamy pergaminem lub folią spożywczą (najlepiej też natłuszczoną). Za pierwszym razem nakryłam ściereczką, ale ciasto rośnie długo i wysoko – no i zdjęłam ściereczkę razem z wierzchnią warstwą chleba (i z tą całą czarnuszką). Na szczęście nawet taki szurpaty upiekł się dobrze i chociaż nie był wyględny 😆 ale nadal smakował. Ma wyrastać 1,5 godziny.

Piekarnik rozgrzewamy do 200 stopni.

Chlebek bardzo urośnie, parę razy już, już uciekał, alem go po prostu „wepchła” z powrotem do foremki (i nic się nie stało).

Pieczemy 40 minut; w trakcie ze 2-3 razy psikamy wodą z nieśmiertelnego enerdowskiego spryskiwacza (patrz tu 😂) na blachę w piekarniku (robi się wtedy chrupiąca skórka). Wykładamy na kratkę albo przekładamy po wyjęciu na boczek, aby wystygł.

Na drugi, nawet na trzeci dzień jest nadal bardzo dobry, nie kruszy się i nie wysycha (bo jest z mlekiem i masełkiem, mniam!)

P.S. Te podejrzane czarne punkciki na obrusie to czarnuszka 😀

 

niedziela, 3 maja 2020

Chlebek z majonezem - przepyszny!

Chlebek jest prze-pysz-ny! Na razie tylko zdjęcie  puszystej Miss-piętki (tyle ocalało z pogromu) i linki do nieco różniących się przepisów moich blogowych koleżanek - sprawczyń naszej cudownej kolacji:
Maminek: tutaj
Kasia - Bryssska: tutaj
Dopisano nazajutrz:

Mój chlebek to miks receptury z obu blogów :-D
 SKŁADNIKI:
- 400g mąki pszennej (nie wiem, jaki typ, typ w naszym małym młynie powiedział: „Pani, na chleb się nado!”),
- łyżka mąki żytniej,
- łyżka mąki ziemniaczanej,
- 300 ml ciepłej wody,
- 2 kopiaste łyżki majonezu,
- 1 opakowanie drożdży instant granulowanych (7g),
- łyżeczka cukru,
- 1 łyżeczka soli,
- czarnuszka na posypkę.
 WYKONANIE:
Do misy (robota) wsypujemy przesianą mąkę, sól, drożdże i cukier. Mieszamy, dodajemy wodę i majonez. Wyrabiamy (ponieważ robotę odwalała za mnie maszyna, więc wyrabiałam tak z 5 minut, na małych obrotach) i odstawiamy w ciepłe miejsce na około 1 godzinę, aby podrosło. Moje ciasto było dość rzadkie, takie jak u Kasi, Maminkowe na oko jest gęściejsze. Widocznie nie ma to większego znaczenia, tego chleba chyba nie można zepsuć. Wyrośnięte ciasto przekładamy do średniej blaszki (nie miałam odpowiednio dużej keksówki, piekłam w wypróbowanej już 20 cm. tortownicy po mamie, dlatego mój chlebek jest okrągły, a dziewczyn podłużny) nasmarowanej olejem lub smalcem (ja oczywiście „Wyborowym”). Ciasto z wierzchu spryskujemy wodą i obsypujemy czarnuszką – niezwykle pasuje do tego pieczywa. Następnie odstawiamy w ciepłe miejsce na 15 minut do drugiego wyrastania.
I tu sobie zapomniałam, że ma być tylko 15 minut – zelektryzowało mnie po pół godzinie układania pasjansa na kompie, ale już było za późno… Ciasto wyłaziło górą z formy, co u mnie jest nagminne. A piekarnik nienagrzany, ha! ha! 
Po wstawieniu formy do nie całkiem rozgrzanego piekarnika (docelowo miało być 150 stopni termoobieg, 2. półka od dołu) nie przestało rosnąć, wyglądało jak kipiące mleko. Musiałam więc dźgnąć go w 3 miejscach trzonkiem łyżki – owszem, przestało się wybulać, ale za to nastąpił widowiskowy kolaps i zakląkło mi się w owych miejscach (co widać  na zdjęciu, na szczęście krater się potem się niemal całkowicie zalał). Piekłam 50 minut.
Ma chrupiącą skórkę z każdej strony (mimo, że dość cienką) i bardzo delikatny, puszysty miąższ. Tego majonezu oczywiście nic a nic nie czuć!


 

czwartek, 16 sierpnia 2012

Chleb ukraiński pszenno-żytni na zakwasie - najdłuższy przepis w necie (albowiem biję się o Wirtualną Złotą Patelnię)


Uwaga Czytelniku! Jeżeli postawiłeś se wodę na gazie, odszedłeś od telewizora, bo są reklamy, napuszczasz wody do wanny lub za nie więcej niż 15 minut masz lecieć na pekaes – nie siadaj nawet do czytania. Spisałam się jak ruski pionier, bo i było to chyba najdłuższe pieczenie w moim życiu. Gdyby była nagroda, jakaś Złota Patelnia od internautów dla najdurniej wykonanego, a uwieńczonego sukcesem wypieku, to ja mogę śmiało stawać do konkursu.

****
Pieczenie chleba na zakwasie to dla mnie wyższa szkoła jazdy. Miałam ze dwa nieudane podejścia do tematu, aż w końcu wpadł mi w oko przepis z bloga „Na słodko lub wytrawnie”, dokąd trafił z kolei od Mistrzyni Tatter
Kompletnie nie wiem teraz, dlaczego akurat ten przepis mnie zachęcił, ale chleb ten jest najlepszym moim wypiekiem chlebowym, jaki zrobiłam. Jest zwarty, sprężysty, ale miękki jednocześnie. Ma dość grubą, chrupiącą skórkę, która trzeszczy w zębach nawet na drugi i trzeci dzień. Wnętrze jest wilgotne, pełne małych, regularnych dziurek, i ma ten cudowny, lekko kwaskowaty smak. Dodałam siemienia lnianego (tzw. złotego, nie znaju, co to za cudo, alem kupiła i trza było zużyć), które jest miękkie i nie trzeba wydłubywać go spod obluzowanej plomby. Na trzeci dzień chlebek nadal jest świeży, nawet jeszcze lepszy niż zaraz po upieczeniu. Nie muszę chyba dodawać, że nie dotrwałby do dnia dzisiejszego, gdyby nie fakt, że Hurma i Czereda, z powodu wyjazdów wakacyjnych oraz grypy żołądkowej,  zredukowała mi się do samotnego Martika, któren ma obsesję sześćdziesięciu w pasie i zjadł tylko 4 kromki😁.

Kto chce poznać przepis – matkę, musi iść do bloga pani Grażynki albo pani Tatter (patrz wyżej). Ja musiałam wprowadzić zmiany, bo nie wiem, co to jest ten jakiś stopień hydracji zakwasu, nie wiem, jak bardzo był silny (?), ani też nie miałam takich mąk (oprócz decyzyjnych, co robić dalej), jak te zalecane w przepisach.

*****
SKŁADNIKI (kolorem czerwonym – oryginał, czarnym – moja modyfikacja):

Na zaczyn:
190g zakwasu żytniego razowego 150%
220g maki żytniej średniej (sitkowej)
160g wody
Wszystkie składniki na zaczyn wymieszać i pozostawić w ciepłym miejscu na ok 4 godziny w temperaturze ok. 32 stopni C.

Już na tym etapie zaczęły się jazdy. Co to jest te 150%??? I jaka to mąka średnia? I dlaczego akurat 190 gram?!

Marzynia kombinuje. Piłeczka jej skacze jak Pomysłowemu Dobromirowi, ale się zawzięła.

Zakwas mój ma konsystencję gęstego kefiru, nie wiem, czy dowalić mąki i poczekać, aż bulknie, czy dolać wody. Nie robię więc nic, odważam te 190 gram pipetkując go na skaczącą wte i wewte elektroniczną wagę. Dobra.

Po przekopaniu się przez tysiąc pięćset pudełeczek, słoików i torebek okazuje się, że mąkę żytnią mam tylko jedną, więc proces decyzyjny uprościł się mnie znacznie... Na mojej pisze: „chlebowa, typ 720”.
Tera woda. Ciepła czy zimna, przegotowana, źródlana, kranówa?! Daję ciepłą kranówę.
 
I clou przepisu. OKOŁO TRZYDZIEŚCI DWA STOPNIE.
 
Matko, jak chycić taką temperaturę? Dlaczego 32?! Może jak te panie piekły, to miały w kuchni taki upał? Ponieważ suszę akurat pomidory, więc postawiłam miskę z tą brejką na suszarce i co jakiś czas podgrzewałam, żeby miska blaszana była ciepła.

Co chwilę zaglądałam, ale nie działo się NIC. Kleista massa zalegała na dnie miski. Po zalecanych 4 godzinach nadal nic.  Daję więc dopalacza w postaci potrzepania na oko cukrem,  zazieram za chwilę: idą bąbelki! Po 2 godzinach zaczyn urósł niewiele, ale się silnie zbom-bel-ko-wał. 
Podbudowana poleciałam do przepisu przymagnesowanego do lodówki na wysokości mych ślepawych oczu. Czytam:

Składniki na ciasto właściwe:
 570g zaczynu
300g wody

400g białej pszennej mąki chlebowej

95g mąki pszennej razowej

0.5 - 4g drożdży (opcjonalnie)

12g soli

Jessu, a czemu 570 g?! (myślę wkurzona). Aaa, no tak! Marzynia umna jest i się skapczyła, że: 190+220+160=570.

No to już po ptokach. Przecież ja nie zważyłam tej wody, którą chlupałam do zaczynu! Po chwili zadumy, szarpana chęcią przepalenia problemu, ignoruję go.

Wygarniam paciarę zaczynową do miski od mojego miksera , sypię mąkę, dolewam odmierzoną wodę. Zaglądam ponownie do przepisu.

A tu klin-megaklin: ilość drożdży. I jakich, bo nie jest napisane. Nie do rozkminienia, jakby powiedziała H&C. W jakim wypadku dodać te zero koma pięć (i jak to w ogóle zważyć?!) a kiedy te cztery? Czy muszą być świeże?

Po com ja się brała za ten przepis?! (jest godzina 10 w nocy).

Dobra, postanawiam ten problem zignorować dwa razy i biorę torebeczkę suszonych drożdży Oetkera, sypię na oko jakąś jedną trzecią.

Teraz  WYKONANIE (a właściwie: wy-KONANIE). 
Oddaję głos do studia:
Zagniotlam luzne i lepkie ciasto (polecam metoda Bertineta). Gdy gluten byl juz dobrze rozwiniety ciasto wlozylam do naoliwionej miski i zostawilam do wyrosniacia na 1 1/2 godziny w 25C. Podzielilam ciasto na dwie czesci, a nastepnie kazdy kawalek rozlozylam na naoliwionym blacie w cienki prostokat i naoliwionymi (lub mokrymi) rekoma zwinelam w rulon. Wlozylam do przygotowanych blaszek i zostawilam do wyrosniacia na 60 - 90 minut. W tym czasie rozgrzalm piec do 260C (max moc pieca). Wyrosniete bochenki spryskalam woda i wsunalem do pieca Pieklam 20 min w 260C, 20 minut w 240 i ok 20 minut w 220C. Cieple jeszcze bochenki posmarowalam "cienkim" krochmalem. (pisownia oryginalna)

 No tiaaa, metoda Bertineta. Obejrzyjcie sobie na yuotubie, kto nie zna. Dobrze, że Eurysteusz nie znał tej metody, bo załatwiłby Heraklesa na cacy.

Więc pozostawiwszy Bertineta i wszystkie sprawy jego, puszczam maszynerię moją w ruch i wreszcie, cała mokra z nerw, ide se zapalić cygara.

Wyrabiałam to na najniższych obrotach chyba ze 20 minut. Po tym czasie stwierdziłam, że nadal mam lepką maź w misie miksera. Dosypałam mąki. Nadal breja. Dosypałam jeszcze.

Właściwie nie wiem, po co piszę ten przepis, przecież to jest nie do odtworzenia. Ale już złapałam cug i nie mogę przestać.

Włączyłam piekarnik na 250 stopni, góra i dół. Nie mam 260 zalecanych. Olewam to, i tak już mnie nic nie złamie. Podśpiewując: „Niezłomny jest…” wyciągam wszystkie formy, jakie mam, na czele z żeliwnym garnkiem. ŻADNA nie pasuje do tej ilości ciasta. Biere starą tortowniczkę Mamy, jakieś 20 centów średnicy. Jest porysowana. A kleisty kit już czeka, coby do niej przylgnąć…

Smaruję więc formę cienko smalcem, bo chytrze wykombinowałam sobie, że w tej temperaturze to ino smalec wyborowy się mnie nie spali. Zaglądam do miksera.

Kiedy ciasto zaczęło trochę odrywać się od ścianek wyłączyłam robota, bo pomyślałam, że jeszcze chwila, a spalę silnik. Jest prawie jedenasta w nocy. H&C śpi (albo udaje, bo słyszą, jakie fiksy lecą z kuchni i boją się pokazać).

Wywalam ciastową magmę na blat. Klej Konrada przy tym to pikuś. Dużo dałabym za widok konfrontacji maestro Berineta z moim ciastem… nawet, gdyby miał silikonowe płetwy zamiast rąk, to tej lary nie wyrobiłby do rana. Nawet nie usiłuję tego rozciągnąć w prostokąt, a co dopiero uwinąć w jakiś rulon.

Pazurami zdzieram to z blatu i wewalam w formie nieforemnej bołdy do formy. Oszmalcowanymi rękami wygładzam jako tako wierzch. Z piekarnika już się dymi, uchylam – bucha na mnie dym z uskwarzonego na dnie kawałka sera, który pewnie odpadł Martikowi od zakiepanki, a ślepa matuś nie dojrzała. Klnąc w żywy kamień wygarniam żużel, uruchamiam wentylator w piekarniku i słyszę, jak sąsiedzi stukają w kaloryfer. Zastanawiam się, kto pierwszy zadzwoni, że w bloku się pali.

W końcu (jest wpół do pierwszej) wsadzam chleb. Nie mam siły się nawet przeżegnać. Idę ćmić na balkon, chowając żar we wnętrzu dłoni jak chłopy na budowie w wietrzny dzień, żeby sąsiedzi jednak nie dzwonili. Po 10 minutach zaglądam do chlebka.

Wybuliło go grubo ponad rant i przypala się oczywiście. Nakrywam papierem do pieczenia, papier też się przyżega. Nie czekając, aż wybuchnie mi piekarnik, zmniejszam gaz do 220.

Po 15 minutach sterczenia przed szybką odpuszczam, bo chleb wysoko wyrósł, ale jednak nie wypadł z tortownicy, żeby zapalić się na dnie jak kolega ser. Zmniejszam gaz do 200 stopni, całkowicie ignorując światłe kierownictwo znakomitej skądinąd preceptorki.

W sumie piekłam go 55 minut, na czuja.

Był mocno przypieczony z wierzchu i lekko spalony od spodu (zeskrobałam tarką). Niczym nie smarowałam, bo była druga w nocy i po prostu padłam. 
„Chlibnyj dar” kosztował mnie prawie 12 godzin walki. 
Niech żyją bratcy z Ukrainy! (na marginesie mówiąc, jutro naprawdę wyjeżdżam do Lwowa, ze strzelcami).

I w sumie teraz stwierdzam, że warto było.

Bardzo serdecznie żegnam Państwa, bardzo serdecznie! – grafomanka Marzynia

środa, 13 października 2010

Rolada chlebowa czyli intensywny tucz Juranda trwa




-->
Wszyscy to potwierdzają – na obczyźnie najbardziej brakuje polskiego chleba. Mimo, iż naprawdę lubię włoską kuchnię i wielokrotnie rozpływałam się nad talerzem w różnych trattoriach i osteriach, to już na trzeci dzień człowiek rozglądał się za bodaj kromeczką z Polski. Jurek musiał wytrzymać miesiąc i teraz nie może się odjeść naszego - kwaśnego, konkretnego, pachnącego.
Dlatego jedno z dań, które mu mamcia wyszykowała, to rolada chlebowa z boczkiem (a jakże!) i serem żółtym.
Przepisy widziałam w wielu miejscach w sieci, pierwsza była bodaj pani Agnieszka nad Atlantykiem. Oczywiście robiłam tak pi razy oko, trudno bowiem wycyrklować, ile to może być 1/8 szklanki, skoro moje szklanki zwężają się ku górze. Dodałam także szczyptę suchego zakwasu, żeby był lekko kwaskowaty, taki trochę jak pieczony na zakwasie.
To pieczywo jest znakomite. Nie miało szans dotrwać do drugiego dnia, więc nie wiem, czy nie robi się z czasem gumowate. Gdyby jednak ktokolwiek chciał sobie to upiec, to gwarantuję, że zostanie pożarte jeszcze ciepłe. Sądzę, że można nadziewać każdym ulubionym składnikiem, byle nie był zbyt mokry. Świetnie smakuje z piwem ;-)
SKŁADNIKI:
3 szklanki pszennej mąki chlebowej,
tak ze szklankę letniej wody (aby powstało dość luźne ciasto),
2 łyżki oleju,
płaska łyżeczka soli,
płaska łyżeczka cukru,
pół łyżeczki suszonego zakwasu (oczywiście to już mój wymysł, a zakwas mam ze sklepu Bogutyn),
łyżeczka drożdży instant Oetkera,
to, co lubimy do nadziania (u nas były to plastry boczku gotowanego, czosnek i ser żółty w plasterkach),
przyprawy do środka, np. pieprz, ostra papryka, tymianek,
jajko rozbełtane z odrobiną mleka do posmarowania,
ew. ulubiona posypka na wierzch, do boczku pasował kminek.
WYKONANIE:
Składniki ciasta zarobić łapką w misce od miksera (kto ma taki z obrotową misą, jeszcze raz polecam, ale musi być mocny silnik) tak, aby powstało dość wolne ciasto. Następnie tymi hakami do wyrabiania drożdżowego wyrabiać go, aż zacznie odstawać od ścianek i będzie elastyczne i lśniące. Oczywiście wyrabianie ręczne jest także polecane, zwłaszcza, gdy ktoś wyrabia za nas. 
Pozostawić do wyrośnięcia w ciepłe miejsce na godzinę (uwaga, żeby nie było za ciepło, niedawno sobie zbyt podgrzałam na misce nad parą, bo jeszcze nie grzali w kaloryferach, i było zakalcowate). Po 30 minutach przemieszać, żeby nie wyszły potem za duże dziury. Następnie rozciągnąć (rencami) w prostokąt na natłuszczonym blacie, łapki też warto natłuścić, nie będzie się przyczepiać. Ułożyć ulubione dodatki zostawiając miejsce wzdłuż krótszego boku, posypać przyprawami i zwinąć roladę. Ułożyć złączeniem w dół (radzę od razu na blasze czy macie) i pozostawić do wyrośnięcia jeszcze ze 40 minut.
Odpowiednio wcześniej włączyć piekarnik na 220 stopni, grzanie góra i dół, druga półka od dołu. Przygotować sobie psikacz z wodą i rozbełtane jajko. Przed włożeniem do pieca posmarować i posypać wierzch, a po włożeniu rolady zapodać parę psików na spód piekarnika. Po 10 minutach zmniejszyć ogień do 190 stopni i piec jeszcze 20 minut, aż będzie ładnie rumiane i dobrze upieczone od spodu. Ja piekłam na macie silikonowej i ładnie mi odstał spód, więc było widać, że jest już wypieczony i chrupiący. Trochę się bochenek splaszczył, ale nie ma to chyba znaczenia. W każdym razie nie dla pożeraczy :-)

środa, 31 marca 2010

Chlebek do święcenia




Już wiem, jaki chlebek upiekę na Wielką Sobotę do święcenia.
O ten, z tego przepisu. Upiekłam go już 2 tygodnie temu, ale nie miałam wtedy ochoty na pisanie...
Ja nie dawałam jednak żurawiny ani orzechów jak w oryginale, tylko słonecznik podprażony na patelni.
Ten chlebuś chyba jest najlepszy ze wszystkich, które upiekłam do tej pory (ale przyznaję, że piekłam niewiele). I stosunkowo niepracochłonny.
Nie rósł w koszyku, tylko na druszlaku, na omączonej ściereczce. I piekłam go w naczyniu żeliwnym, takiej starej gęsiarce. Właśnie w garnku żeliwnym piecze się najlepiej.
Wszystkim moim blogowym przyjaciołom życzę spokojnych i smacznych świąt i nacieszenia się w te wolne dni radością, która ogarnęła świat :-)