Pokazywanie postów oznaczonych etykietą duma Córki Polki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą duma Córki Polki. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 30 kwietnia 2026

Pierwszy tort "Kwiatowy Bukiet" Martika

 
Martusia, oczarowana i zainspirowana artystycznym kulinarnym rękodziełem pani Kariny (prywatnie córki Maminka, stąd wiemy, że tworzy takie cuda) postanowiła sama zmierzyć się ze słodkim wytwórstwem. Okazją był "Rojstni dan" męża, czyli mego roztomiłego zięcia💝.
Tort jest z masą truskawkową (sproszkowane liofilizowane), ganaszem z białej czekolady i owocową żelką w środku. A kwiaty są z kremu maślanego, który okazał się całkiem dobry w smaku. 

Jak na debiut, to rewelacja, że tak nieskromnie pochwalę moje dziecko ;-). W każdym razie alpejscy górale przyznali, że takiego ciasta to ich wioska nie widziała (ja na żywo też). Jak powiedział niezapomnianej pamięci Antoś Czyprak (mój stary blogowy kolega): "Nie wiadomo, czy to jeść, czy na głowę założyć". Myślę, że na wyścigach w Ascot mogłabym się śmiało w takim torcie na głowie pojawić. No, może napis "32" trzeba byłoby zweryfikować😃.
A jakie śliczności wykonuje pani Kari można zobaczyć na tej stronie. Warto!
https://www.lecakeshop.co.uk/ (klik!)



czwartek, 20 listopada 2025

Tydzień z ciastem drożdżowym, czyli kolejne pomysły na smakowite wypieki

Cały tydzień u mnie i u Martika trwał festiwal ciasta drożdżowego. Marta upiekła chałkę twarogową znalezioną na blogu Agusi (klik!), troszkę modyfikując przepis, bo używa suchych drożdży (do sklepu w Idrii ma pół godziny jazdy z alpejskiego pieca na łeb). Piecze także z produktów mlecznych bez laktozy, w Słowenii jest bardzo duży wybór, ale NIE MA TWAROGU. Zawsze kiedy jedziemy do niej, wieziemy hurtowe ilości sera białego, bowiem nasze serniki (i nie tylko) biją tam rekordy popularności, a i Martik bez kwaśnego "syrka" żyć nie może.
Oddaję głos córce:
"Chałka wyszła dokładnie tak, jak pisze Agusia - wilgotna, puszysta i pyszna :) Ja również myślę, że jeszcze lepsza byłaby z kruszonką (kwaśny twaróg sprawia, że nie jest bardzo słodka, z dżemem lub czekoladą to nie przeszkadza, ale dla mnie za mało słodka, żeby jeść z samym masłem). Ciasto mnie zaskoczyło, nigdy nie robiłam takiego (z drożdżowych najczęściej robię pizzę i paluchy). Obawiałam się, że jest zbyt płynne i klejące, ale mimo lepienia się odchodziło od miski i urosło bardzooo! W surowym cieście widoczne były jeszcze grudki sera, ale po upieczeniu nie są wyczuwalne, chociaż czuje się delikatny smak twarogu". 

Zaś paluchy z ajvarem i serem są tak smaczne, że zięć gotów jest co drugi dzień gnać po ser do miasteczka przez gaik, steczkę, mostek i rzeczkę 😆.
My z Zuzianką piekłyśmy tylko na słodko, bo okazało się, że Zuzia nie jadła jeszcze paszczaków maminkowych (klik!), a ja chciałam wypróbować rogaliki Helenki (klik!). 
Obydwa wypieki są znakomite, a paszczaki stały się wręcz kultowe, ze względu na nazwę i fakt, że wychodzą (przeważnie) sympatycznie uśmiechnięte😄.
Tym razem troszkię mi się rozdziawiły, ale za to zostały stuningowane orzechową posypką, bom se zakupiła ostatnio w idrijskim bieda-boxie dużą pakę mielonych orzechów za całe 1,05 euro. Jako że termin "Najlepiej spożyć do:" już minął, więc sypię te oriehi do wszystkiego (np. na rogaliki Helenki też). Zapas kwasu alfa-linolenowego w organizmach mamy już na dwa lata do przodu.

Oryginalny przepis na paszczaki jest u Maminka tutaj.

 


 

niedziela, 7 września 2025

Ciasteczka Ziarna kawy i syrop z róży

 

Trzeba przyznać, że złudzenie, iż to rozsypana kawa, jest niezwykle przekonujące. Jeśli ktoś ma ochotę - tak jak Martik, bo to ona upiekła te figlaski - pobawić się w kuchni, to podaję link do przepisu tutaj
Pani Ania pisze: "Z tej porcji ciasta wyszło mi równo 58 mini ciastek kawowych". Moja córcia poszła w wyczyn, albowiem jej kawusie nie są sugerowanej wielkości orzecha laskowego, ale niemal prawdziwego ziarna kawy. No spójrzcie sami:

Ciekawe, ile czasu je toczyła... Nie wyobrażam sobie, aby małżonek pomagał, albowiem dłonie zięcia są tak na oko trzykrotnie większe od damskich (no, może nie od moich). Niewykluczone, że zgarnął nimi te miniaturki na dwa razy do paszczy, bo były bardzo pyszne😋

Ja mam teraz mniej czasu na nowinki kulinarne, albowiem zaczął się sezon na wyrób jesiennych specyfików dla zdrowotności. Bardzo cieszy mnie syrop z róży, który przyda się zestresowanym (a tych wśród H&C nie brakuje). Od kiedy przeczytałam o badaniach Małgosi z bloga "Trochę inna cukiernia" (czyli pani doktor biochemii oraz jej koleżanek-naukowczyń), dotyczących redukcji kortyzolu przez owoce róży, to wiedziałam, że muszę zrobić jakąś miksturę, wykorzystującą te cudowne właściwości. Panie używały liofilizowanych owoców ze względu na łatwość podania, ale Małgosia zapewniła mnie, że "Chodzi o owoce, a nie ich formę".
Użyłam owoców róży pomarszczonej (Rosa rugosa), której krzewy w tym roku są u mnie obsypane owocami. Zbierałam także płatki z tego krzewu, który ma różowo-fioletowe kwiaty, i konserwowałam je w cukrze (rugosa kwitnie przez wiele miesięcy, ale pączki rozwijają się sukcesywnie, nie ma więc zbyt wiele płatków na raz). Na szczęście drugi, ogromny krzew (zwany przez nas "różą chusteczkową", bo niestety kwitnie na biało i wygląda jak pokryty zmiętymi chusteczkami higienicznymi) też ma mnóstwo owoców, więc surowca w postaci tzw. hypancjum nie brakuje. A płatki róży ślicznie ten syropek perfumują i kolorują.
Na razie testuję specyfik na wnuczce Matyldzi, której niezwykle smakuje. Nie wiem, jak u niej z redukcją kortyzolu, na razie stwierdzono wręcz niezwykłe ożywienie. Dziadek, który miał pilnować, żeby podczas leżakowania po obiedzie nie dała nogi z tapczanu, zeznał, że przez poł godziny skakała po łóżku, aż sprężyny jęczały. Dobrze, żem tego nie widziała, bo pewnie musiałabym wypić cały zapas syropu😂. 

Wyniki badań M. Kalemby-Drożdż, A. Grzywacz i A. Cierniak: https://www.researchgate.net/publication/373820295_LIOFILIZOWANE_OWOCE_ROZY_OBNIZAJA_POZIOM_KORTYZOLU_U_STUDENTOW_PO_STRESIE_EGZAMINACYJNYM 
  

 

wtorek, 8 lipca 2025

Chinkali GSP - czyli Gruzin zbratany ze Słoweńcem i Polką :-)

 
Każdy mój wyjazd do Martika (czyli do Słowenii) owocuje jakimś przepysznym daniem, którego nie mogłabym ugotować u siebie. Pomijam fakt, iż w lokalnym geesie najczęściej brak wołowiny (babcie, które jeszcze hodują krowy - żywicielki, traktują je jak członków rodziny, więc w lokalnej wielopolskiej masarni króluje świnia; dobrze, że ziemniaczana😋, a nie z odzwierzęconej tuczarni). 
Z najwyższej jakości wołowiną "obcuję" jedynie u Zięcia, któren nie daje się wybakierować rachunkowi ekonomicznemu i wciąż jeszcze chce hodować szczęśliwe, wolne krowy. Jak to Oni mówią: "Nasze krowy mają tylko jeden smutny dzień w życiu: ten ostatni...". 
I nie wiem, jak to jest możliwe w jednej, wspólnej (?!) Unii Europejskiej, do której i Polska wszak należy, że tam ostatni dzień zwierzęcia rzeźnego przebiega z pełnym poszanowaniem jego życia, bez stresu, bez pośpiechu, jak najbardziej humanitarnie, a potem zjada się każdą jego część** z szacunku, że oddało życie, by pożywić inne życie...
** MUSZĘ tutaj dodać, że od kiedy Martik tam gospodaruje, to pod wpływem Matki (wywodzącej się od kądzieli z chłopstwa pańszczyźnianego) wykorzystuje się nawet płucka, jęzory i policzki (oni nie wiedzieli, że policzków wołowych nie dodaje się do salami, bo to jest wyborny przysmak do podania "na pański stół"!). 
Chinkali robiła Martusia wg prawilnego przepisu gościa, któren jest w połowie Gruzinem i prowadzi wspaniałego bloga (a pewnie i na innych mediach społecznych upowszechnia "gruzinskość", o czym nie wiem, bo tam z zasady nie bywam xd). Wszystkie potrzebne wskazówki są tutaj: KLIK!
Od siebie mogę dodać, że jadłam już wcześniej chinkali w bardzo obleganej restauracji, i te domowe ze Smodinu były lepsze, zwłaszcza nadzienie (na pewno nie był to szczęśliwy byczek z farmy moich dzieci). 
Wszystkie zdjęcia z procesu produkcji są w wykonie mojej Córci (co można poznać po delikatnych, cieniutkich paluszkach, co ilustruje zdjęcie poniżej). 

Pierożki były takie "na raz do gęby", a ciasto cienkie i elastyczne (z Maminej mąki eko). Jakie mięso poszło do nadzienia nie udało mi się dowiedzieć - na pewno nie była to polędwica (idzie na steki) ani ligawa czy udziec (idzie na "peczenkę", czyli wyborne pieczyste na niedzielne obiady). Nawet jeśli była to "zwykła" biodrówka, to i tak przebiła jakością najlepsze mięsa ze sklepu w Rzeszowie.

Podobno ortodoksyjnie w pierożku ma być 28 fałdek, ale nie wiem, jak nawet takie delikatne i zręczne palce,  jak martikowe, mogłyby to skutecznie zwinąć. Jak malutkie były te chinkali obrazują poniższe zdjęcia:


No chyba każdy, kto widział moje uharowane ręce w akcji wie, że ten przysmak naprawdę wykonała Martusia i podała swojej Rodzinie, polane masełkiem (to chyba odstępstwo), posypane świeżo zmielonym pieprzem i kolendrą, w towarzystwie dobrego wina i miejscowych napitków💗 (oczywiście Polacy przepili "na trawienie" lokalnym specjałem o adekwatnej nazwie: "żganie", co zostało natychmiast przemianowane na wiadomo co, bo kiedy się tego lokalnego bimberku nadużyje, to jazda do Rygi pewna!). Nie nadużyliśmy, w Polsce bimber lepszy😂
Co tu dużo gadać - GSP niebo w gębie!


niedziela, 3 marca 2024

Mazurki naszej Córki

Nie piekło się mazurków na Wielkanoc w mojej rodzinie. U Babci Broni (mama Mamy) była drożdżowa "bułka brytfon" i "syrowiec"na kruchym cieście, u Babci Myszki (mama Taty), mimo że pochodziła z zamożnego, miastowego domu, także nie było tej tradycji. Ale te wypieki są tak dekoracyjne i dają dzieciom takie pole do popisu przy zdobieniu, że kiedy Martik i Zulajda zaczęły pomagać w kuchni, zagościły już trwale na naszym świątecznym stole.
Pierwsze mazurki z czasów, gdy Martusia była nastolatką, a Zuzia małą dziewczynką, rozczulają dekorami, które wykonywały małe, jeszcze niewprawne łapki. Ale teraz dziewczynki co rok wyżej stawiają sobie poprzeczkę i wychodzą naprawdę ładne ciasta, będące ozdobą świątecznego stołu.
 
1. Z lemon curdem
 
 
2. Z czekoladowym kremem i owocami
 
3. Serowy z kwiatuszkami z pulpy mango i bezikami (tak naprawdę te "tulipanki" to kiście bananów z foremki do lodu, a listki to podagrycznik, bo było tak zimno, że żadne inne jadalne listki jeszcze nie wyszły z ziemi. Biesiadnicy oczywiście musieli listki zdejmować z ciasta, bo są gorzkawe😕)
 
4. I na koniec coś dla osób z dużym samozaparciem, czyli wzór do haftu krzyżykowego przeniesiony na "andrutową kanwę" (wafle były przełożone kwaśnym dżemem kiwi i słodkim kajmakiem). Martik wykonał zajączka z kropek białej i gorzkiej czekolady.
P.S. Rozmawiałam z Martą i ona lojalnie przypomniała mi, że wzorowała się na jeszcze ładniejszym pomyśle autorki nieczynnego już bloga "Na miotle", o tego: https://namiotle.pl/3918/mazurek-morelowo-migdalowy/
 
 
A w tym roku niestety nie będzie żadnej pomocniczki, więc Matka musi coś sama zmajstrować. A może wnuczka pomoże?
 
 

wtorek, 1 sierpnia 2023

Sernik "Uśmiech Prezydenta"

 

Od razu zaznaczam, że nie chodzi tu o kultowy już uśmiech pana prezydenta Dudy, ale rzeczywiście "prawdziwy" (aczkolwiek emerytowany) prezydent uśmiechnął się po przełknięciu pierwszego kęsa. A potem poprosił Martika o dokładkę💖
To, że nasze słodycze cieszą się powodzeniem w Słowenii to już chyba pisałam, ale ciasta (i cukierki "Krówki") robią wprost furorę! Zresztą nie dziwię się, bo nawet w światowym rankingu jesteśmy Królami Słodkich Wypieków. Spojrzyjcie na to:
Źródło: https://www.tasteatlas.com

Co prawda na 1. miejscu jest rosyjski miodownik, ale na punkty prowadzimy w cuglach. Słoweńcy mają w tym akurat rankingu tylko słynną kremówkę z Bledu (kremna rezina) - byłam, kosztowałam, ale uważam, że gibanica i potica są lepsze😋
Sernik ten wykonała Martusia własnymi rączkami i BEZ WSKAZÓWEK Umiłowanej Przywódczyni. Ba! nawet skompilowała kilka przepisów (w tym sernik na zimno Babci Jasi), żeby wyszło jak najsmaczniej. Tajemnicą jest oczywiście polski twaróg, dlatego też nieznający takich serników Południowcy chwalą go za oryginalny, kwaskowaty smak. Kremową teksturę zapewnia mu dodatek serka mascarpone i bitej śmietany. 
Przepis podaję za Martikiem:
 
Najpierw 1 galaretkę (tę na wierzch) rozpuszczamy w 400ml wody, żeby potem nie czekać trzy godziny, aż się zsiądzie. Rozpuszczamy także 2 ulubione galaretki w 300 ml wody. 
Robimy spód: dużą tortownicę wykładamy papierem (brzegi też przyklejamy na masło, żeby delikatna masa nie przeszła smakiem formy), blendujemy dowolne kruche ciastka z masłem (tak ze 100g na 30 dag ciastek można śmiało rozpuścić), podpiekamy i studzimy.
Przygotowujemy owoce - akurat w Alpach teraz dojrzewają maliny, ale borówki już niestety były kupne.  
3 kostki (właściwie klinki) twarogu zblendować na gładko, dodać te dwie przestudzone galaretki,  zmiksować, dodać opakowanie serka mascarpone, zmiksować.  
Osobno ubijamy śmietankę 36% z 4 łyżkami cukru pudru, dodajemy i mieszamy już delikatnie ręcznie. Wylewamy na spod, chwilkę czekamy,  aby masa lekko się ścięła, wciskamy w ser owoce i wstawiamy do lodówki. 
Kiedy „wierzchnia” galaretka jest już kisielowata,  to wykładamy ją łyżką na owoce (ja dałam najpierw ciutkę, żeby pokryło i się zastygło, i potem resztę) i chłodzimy. 
Ma pyszny smak truskawkowego danonka, ale wciąż wyczuwalną teksturę twarogu. Nie jest za słodki, idealny jako chłodny deser na upalne dni, pod starą lipą, z widokiem na Julijske Alpe



wtorek, 21 marca 2023

Tarta z kremem adwokatowym, bitą śmietaną i migdałami

 

W czasie ostatniej wizyty u córki w Słowenii mój roztomiły Zięć  siedząc przy zwykłej kolacji nagle odezwał się (po polsku!):
- A będzie teraz upieczone to ciasto z czekoladą?
Zatkało mnie. Ojca też, ale tylko na chwilę, ponieważ natychmiast podchwycił temat i załkał:
- No właśnie, obiecałyście na święta jakąś tartę z kremem czekoladowym i JEJ NIE BYŁO! 
Zdławiwszy chęć uprzytomnienia mężowi, że było jakieś milionpięćsetstodziewięćset innych słodkości, rozpłynęłam się nad polszczyzną ślubnego Martika (ten człowiek nauczył się - ze słuchu! - tak mówić po polsku, że już nic nie można powiedzieć przy nim licząc na barierę językową. Gdy skrytykowałam ryczący wyciąg, jaki mają w kuchni, zięciu, niby pogrążony w skrolowaniu, skomentował flegmatycznie: Tak, to jest ładne, ale niepraktyczne).
Cóż było robić, kobyłka wciąż tkwiła "u płota", bo rzeczywiście obiecałam.  Biała czekolada, śmietanka kremówka i (lekko tylko nadpity przez matkę pod pretekstem testowania, czy dobry) adwokat czekały w lodówce od świąt. Brakowało nam tylko mascarpone, ale okazał się wcale niepotrzebny. Ciasto jest przepyszne, lekkie, delikatne, ten krem rozpływa się na podniebieniu, a nutka alkoholu daje dodatkowy smaczek. Najlepsze mocno schłodzone. No i robi się bardzo szybko, zwłaszcza, gdy ma się tak zręcznego pomagiera, jak Martik.
Przepis pochodzi ze strony pani Dorotki "Moje wypieki" (oryginał tu: klik!)
 
SKŁADNIKI:
ciasto:
- 130 g masła,
- pół łyżeczki soli,
- 35 ml mleka, 
- 175 g mąki pszennej, 
- pół łyżeczki cukru pudru, 
- 1 żółtko.
Zagnieść kruche ciasto, schłodzić w lodówce. Wylepić ciastem formę na tartę, ponakłuwać gęsto widelcem i upiec spód (Martusia miała trochę mniejszą blaszkę niż moja - spód wyszedł nieco grubszy, ale ciasto jest bardzo kruche i smaczne, więc to nie problem). Piekłyśmy jakieś 20-25 minut na 200 stopniach, aż się ładnie zrumienił.
krem:
- 2 tabliczki białej czekolady (w przepisie było 150 gramów, ale ta wedlowska ma - nie wiedzieć czemu - 80 gramów, więc dałyśmy już całe dwie),
-  200 ml adwokatu (adwokata?!) - tutaj także jest różnica w stosunku do oryginału, bo stwierdziłyśmy organoleptycznie, że jest to słabiutki trunek, więc podwoiłyśmy dawkę,
-  200 ml ubitej śmietanki kremówki.
Ta czekolada jest masakrycznie słodka, więc cukru już nie dawałyśmy. Po roztopieniu i schłodzeniu zmiksowałyśmy ją z adwokatem (był bardzo gęsty i krem wyszedł sztywny, mimo braku mascarpone), po czym już delikatnie wmieszałyśmy ubitą  śmietankę. Mimo, że była bez laktozy i miała tylko 30% tłuszczu, to można było ją kroić nożem - trzeba przyznać, że wyroby mleczne są w Słowenii znakomite (czekolada i likier były z Polski - pod względem słodyczy i napitków bijemy ich na głowę). 
wykończenie:
- na spód: pół słoika dżemu z dzikiej róży (pani Dorota zaleca czarną porzeczkę, ale nie wiem, czy ten z róży nie lepszy - on nie jest z płatków, tylko z owoców, kwaskowaty i leciutko tylko trącący różą; konfitura z płatków zabiłaby ów pożądany adwokatowy smaczek😁),
- na krem: 300 ml śmietanki, ubitej tylko z niewielką ilością cukru z prawdziwą wanilią,
- na wierzch: prażone, chrupiące płatki migdałowe.
 
Można sobie wyobrazić radość naszych "połowiców" przy degustacji 💏.




 

niedziela, 19 lutego 2023

Makaron z pistacjowym pesto, cukinią i suszonymi pomidorami - Martik gotuje

 

Martik dostał od przyjaciółki oryginalne pesto pistacjowe z Sycylii. Jest ono dość łagodne, więc następczyni UP* skomponowała danie, które wydobyło z pesta bogactwo smaku, idealnie konweniujące (tutaj Marzynia sugeruje, że zna słowa nie tylko gwarowe) z dodatkami. 
Przepis jest banalnie prosty i szybki, a na pewno posmakuje każdemu, nawet zdeklarowanym mięsożercom. Niesolone i nieprażone pistacje jako baza sosu są ciekawą alternatywą dla orzeszków piniowych.
Z makaronem farfalle połączyła chrupiącą cukinię, lekko podsmażoną z czosnkiem, suszone, kwaskowate pomidory, rzeczone pesto, a na wierzch poszedł pyszny ser, który w Słowenii wyrabia się w jej rodzinie.  
Niestety, nie mogłam partycypować (a jakże, i takie słowo znalazłam w Słowniku Wyrazów Obcych) w konsumpcji, ale zięć zapewniał, że było pyszne😋
UP = Umiłowana Przywódczyni

niedziela, 30 stycznia 2022

Placuszki bananowo-owsiane (bez glutenu) - Martik gotuje

 

Takie (i inne wypaśne) śniadania robi Martik małżonkowi – wróżę długie i udane pożycie💘 (w emotce powinien być właściwie żołądek przebity strzałą Amora, ale nie ma w zestawie :-D)

Córka w mailu do mnie zastrzegła, że tekst wymaga przeredagowania, ale nie wydaje mi się, aby tutaj było coś do poprawki. Cytuję więc za autorką:

„Te placki zna już chyba każdy, ale jeśli nie - to podaję przepis. Są banalne w wykonaniu, szybkie, fit, bez glutenu i laktozy, pożywne i zapewniają energię na długo. Świetny pomysł na sycące śniadanie dla dzieci. Potrzebujemy jedynie 3 składników:

- dojrzałe banany (u mnie 2),

- jajka (u mnie 3 średnie),

- płatki owsiane ("większe pół" szklanki), ale miałam tylko mąkę owsianą i też wyszło dobrze, a może nawet lepiej. 

Wszystkie składniki blendujemy w blenderku. Nakładamy łyżką na olej małe placuszki i smażymy do zrumienienia (ja w wersji fit smażyłam na oleju kokosowym, ale można i na maśle). Podawać z ulubionymi owocami (u nas mango i borówki), syropem, orzechami, jak kto chce...Wyszło ok. 10 puchatych placków (nie wiedzieć czemu zrobiły się puchate, chociaż żadnego proszku czy sody w nich nie było). 

Banany, jajka i płatki owsiane to połączenie zapewniające energię na cały poranek, dzięki dojrzałym bananom nie trzeba dodawać cukru, robi się je dużo szybciej niż zwykłe naleśniki czy omlety, więc to placki idealne :) Nawet mąż, który szedł do pracy (w lesie!) bardzo chwalił, a więc jak widać chłopy mogą jeść nie tylko jajka na bekonie.

Zdjęcie tylko takie, bo znikają w tempie błyskawicznym - to były ostatnie sztuki uratowane przed pożarciem.

sobota, 15 stycznia 2022

Žlikrofi - słoweńskie pierożki z ziemniakami

 

Te pierożki to według nas największy kulinarny przebój gminy Idrija, w której teraz mieszka Martik. Podaje się je na wszystkie uroczystości, więc już kilkakrotnie zajadaliśmy się tym przysmakiem. Muszę przyznać, że te wykonane przez młodą gospodynię z Polski WŁASNORĘCZNIE (co bezsprzecznie udowadnia powyższe zdjęcie) były równie pyszne, jak zamawiane u jakieś sławnej na cały kraj mistrzyni z Idrii. Gwoli sprawiedliwości dodam, że nasze ruskie też robią tam furorę (aczkolwiek ser trzeba przywozić z Polski), a jedna z dziewcząt nauczyła się je robić - czyli za Polaka już wyjść może💑!
Proces wytwarzanie jest trudniejszy niż "naszych" pierogów - wymiary prawilnego žlikrofa są dokładnie określone: 3 cm długości i 2 cm wysokości (wysokość mierzy się na środku), więc trzeba się nieźle nadłubać, aby zdać egzamin na Słowenkę😂. Jak widać - opłaciło się naszej córce od małego gotować z Umiłowaną Przywódczynią, chociaż jednak cieszę się, że nie wyszła za Chińczyka (wykon pierożków baozi to było dopiero wyzwanie! - patrz tu). 
Najczęściej serwuje się danie jako dodatek do gulaszu, co oznacza, że do 5 godzin klejenia tych maleństw jeszcze trzeba dodać ze 3 godziny na część mięsną - ale z gulaszem baranim, jak na poniższym zdjęciu, to poezja!
 
Zdjęcie pochodzi ze strony  https://slovenia.si/this-is-slovenia/idrijski-zlikrofi/ 
gdzie dobrze zobrazowano także technikę wykonania. Martik nie zdążył zrobić zdjęcia talerza przy rodzinnym stole, bo biesiadnicy byli głodni i chyba nie zrozumieliby tego, co nasi mężowie pojęli już wiele lat temu ("Jeszcze nie! Jeszcze nie jedz! ZDJĘCIE NA BLOGA!!!). 
SKŁADNIKI (na 150 sztuk):
30 dag mąki pszennej,
2 jajka (Mama Marija mówi, że jedno jajko wystarczy na tę porcję mąki),
chluścik oleju,
letniej wody tyle, by wyrobić miękkie ciasto*.
*jeśli korzystamy z mechanicznej wałkownicy, to lepsze jest bardziej twarde ciasto.
Na nadzienie:
pół kilo ugotowanych ziemniaków,
skwareczki z mielonej słoniny,
2-3 łyżki zrumienionej cebulki,
pieprz, sól, ew. majeranek lub świeży szczypiorek.
WYKONANIE:
Zarobić miękkie, elastyczne ciasto. Przykryć je ciepłą miską i pozostawić, by z pół godziny odpoczęło, w czasie, gdy my będziemy mieszać farsz. Cienko rozwałkowane ciasto pokroić na pasy i układać na nim kuleczki nadzienia wielkości wiśni. W wyrób tych kulek należy wrobić jakiegoś nieszczęsnego Teodora - Słowenkom łatwiej, bo tam do przygotowania žlikrofi obligatoryjnie zasiadają ze trzy pokolenia (te 150 sztuk to wciągają ojciec ze stryjcem na raz**). Następnie płat ciasta składa się (roluje, zawijając brzeg pod spód) i dociska małymi palcami pomiędzy kulkami nadzienia, tworząc w ten sposób tzw. "uszy". Po odcięciu i zalepieniu każdego pierożka w górnej jego części robi się małe wgłębienie, nadając mu  charakterystyczny kształt kapelusza (jak to Martik nazwał fachowo: kowadełka). 
Gotować w osolonym wrzątku do miękkości ciasta, omaścić masłem lub stopionym smalcem (tym od skwarków).
Na Youtubie jest uroczy film o historii idryjskich žlikrofi - klik! 
Ma się rozumieć dom Martika i jej teściowie tak nie wyglądają, ale w okolicy wciąż jeszcze są baardzo stare domy. A i podobnego dziadeczka z kosą widziałam w drodze na Hudournik (a babunia zbierała siano do niesionego na plecach wielkiego kosza, plecionego z łyka - są tam w górach takie zbyry, że na nic cała cywilizacja 💖).
Więc jeśli nie wybieracie się do przepięknej Słowenii - zróbcie ją sobie chociaż na talerzu :-)
** Martusia zgłosiła dementi: na chłopa wystarczy CZTERDZIEŚCI 😆
*** I zauważcie - dziadziu ma do obiadu WINO! tam ZAWSZE  jest wino do wszystkiego - gdyby ktoś chciał to nawet do śniadania. I nikt nie jest posądzany o alkoholizm (chociaż to Słowianie!), i nikt nie ma  z tym problemu. Po prostu - kultura spożywania jest inna.  Wino jest szanowanym Darem Bożym, danym ku RADOŚCI człowieka, a nie po to, by zapijać smutki. Tam się pije, gdy ludzie się cieszą: czasem wolnym, wykonaną pracą, darami natury, dobrym posiłkiem, przebywaniem z kochanymi osobami... Mam nadzieję, że i w Polsce kiedyś tak będzie💓