Pokazywanie postów oznaczonych etykietą octy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą octy. Pokaż wszystkie posty

sobota, 11 maja 2024

Ocet różano - jaśminowy

 

Długo mnie nie było na blogu, bo - jak to wiosną - jest bardzo dużo pracy w polu i ogrodzie. Kiedy np. sadzi się ziemniaki ręcznie (w sensie: motykami), jak nie przymierzając za "Babci Austrii", to sterana babcia małorolna nie ma już siły na szwendanie się po sieci. A tu jeszcze tyle roślin do przerobienia w smakowitości, którymi potem delektujemy się przez cały rok.
Kwitnie już róża pomarszczona i jaśminowiec, więc zachęcam do zrobienia pięknie pachnącego octu. Na surowo raczej nie da się jeść płatków jaśminowca (w przeciwieństwie do jaśminu), bo - jak słusznie zauważyła ekspertka pani Gosia Kalemba (klik!) mają gorzko-cierpki smak. Co do trwałości aromatu nie całkiem zgadzam się jednak z moją Mistrzynią, bo stary, nieatrakcyjny wizualnie jaśminowiec z ogrodu sąsiadki, pachnie tak oszałamiająco i trwale, że nawet po fermentacji octowej aromat jest piękny. A w połączeniu z różą - wprost urzekający!
W zamierzeniu miał to być ocet kosmetyczny, ale kiedy H&C wyniuchała, jak pachnie, zaczęło się podbieranie i w końcu w całości został spożyty w lemoniadach i herbatkach.
Wykonanie - jak każdego octu - jest bardzo proste. Zainteresowanych odsyłam do wskazówek w przepisie na ocet z mniszka, o tutaj 😊.

niedziela, 14 marca 2021

Ocet z kwiatów forsycji


 Trudno na razie uwierzyć, że forsycja KIEDYŚ zakwitnie, bo cały świat jakby przyczaił się między zimą a wiosną... Ale przecież to jeden z pierwszych cudów wiosny i dla mnie pierwszy surowiec na świeży, optymistycznie żółciutki ocet kwiatowy. Więc wstawiam tę "zajawkę", aby amatorzy domowych octów już się nastawili na kwiatobranie :-)
Przepis pochodzi od nieocenionego Hajduczka i jest tam wyczerpujący opis, i wszystkie argumenty "za" - kliknijcie!
Sposób wykonania octu jest taki sam, jak w przypadku innych kwiatowych - np. z mniszka lekarskiego (tutaj)  i w ogóle nie jest skomplikowany. 
Zdjęcie ma się rozumieć pokazuje już gotowy wyrób, po jakimś miesiącu, aż ustała fermentacja - dlatego jest tak zielono w tle. Mieszkańcy naszego przysiółka już przywykli, że co jakiś czas na dechach w sadzie pojawiają się kielichy z napitkami i chłopy wiedzą, że nie jest to poczęstunek dla dzielnych traktorzystów po zakończeniu orki , lecz fanaberie Marzyni. 
Jedynie koty są zawsze ciekawskie i przeważnie zostają bohaterami nie tylko drugiego, ale i pierwszego planu 👀



sobota, 5 września 2020

Ocet z aronii

 

Ocet z aronii pozwala zagospodarować chociaż część tej obfitości, przed którą rokrocznie staje człowiek, zdumiony i zadający sobie pytanie: po co ja właściwie posadziłam tego krzaka? (już krzaczora zasadniczo, z ambicjami na krzaczora - potwora). Niestety, mimo że aronia jest bodaj najzdrowsza z owoców, to jednak moje psiajuchy nie chcą pić soczków, którymi ich uszczęśliwiam, już nie mówiąc o kompotach (??) czy dżemach (???, ktoś je w ogóle robi?). Propozycja zrobienia wina też nie znalazła uznania, chociaż amatorzy win wszelakich są. Więc od wielu lat tą porą walczą we mnie Nosacz z Leniwcem. Nosacz podszeptuje: nie, nooo, Marzyniu, coś co można przerobić rośnie sobie, a ty przechodzisz mimo?! A Leniwiec proponuje: weź se lepiej koc i książkę, i walnij się w cieniu krzaczora, akurat do tego się przyda. 
I - co widać na załączonym obrazku - zwycięża nosaczyzna. 
Ten ocet jest na słodkich "wytłokach" po zrobionym soku z aronii. Ponieważ ma dużo garbników, a owoce są wygotowane, więc  trzeba wrzucić wielki kawał matki octowej i często mieszać. Długo fermentuje, ale i cały rok trzyma się potem bez pasteryzacji.  Jest bardzo smaczny - raz się pomyliłam i zrobiłam z nim przepitkę po zwyczajowym kielichu dla chłopa, co nam skrudlił pole pod owies. Lekko się tylko skrzywił, że "cosik kwaśnawy ten soczek" :-D
Proces robienia octu jest taki sam, jak zawsze. Jeśli robi się z wytłoków albo tego muta pozostałego po soku z sokownika czy ze słoja, to proporcje wody do masy owocowej powinny być (wg mnie) objętościowo 1:1. Czyli połowę słoja pulpy aroniowej, a drugie tyle wody. Link do przepisu na wszystkie octy - tutaj :-)
 


poniedziałek, 6 lipca 2020

Ocet z malin i czerwonej koniczyny

Kolejny z wyśmienitych octów. Ten malinkowy jest pyszny nie tylko w napojach, ale i świetnie sprawdza się w winegretach :-) Receptura jest zawsze ta sama - proszę zajrzeć tutaj :-) Co do surowca to jeśli ktoś ma na tyle malin - to oczywiście może zrobić czysto owocowy. U nas z malinami średnio - gdy już się ma ich więcej, to zawsze idą na sok metodą Babci Myszki (klik!), więc trzeba przyczynić czegoś, w co obfitują łąki lub ogród. Dobra jest kombinacja właśnie z czerwoną koniczyną. No i idąc na spacer warto powstrzymać się od zeżarcia apetycznych leśnych malinek - dorzucone do słoja (także z już gotowym octem) cudownie go aromatyzują.
Można także nastawić ocet z resztek po zrobieniu własnego soku. Ponieważ takie owoce są mniej "żywe" niż świeże, więc trzeba na kopa startowego dodać więcej niepasteryzowanego domowego octu (każdy się nada, no, może ten z aronii mniej, bo ma bardzo silny kolor) albo duży kawał matki octowej. I często bełtać. 

P.S. Moje matki są jak Wielkie Macierze - pływają sobie leniwie jak spasione meduzy. Gdyby ktoś potrzebował, to mogę taką matką octową podzielić się :-)

sobota, 20 lipca 2019

Ocet z siedmiu ziół

Nie jest to jeszcze co prawda słynny "Ocet siedmiu złodziei" (ten zapewne także wytworzę, na epidemię dżumy będzie jak znalazł), ale naprawdę ma siedem składników. Jest owocem wyprawy na ostatnie kwiaty czarnego bzu sprzed miesiąca. Niestety, było ich tak mało, że trzeba było domieszać inne chwaściki. No i wędrowałam z koszyczkiem po naszych łąkach i namaniły się pod rękę:
czerwona koniczyna, ostatnie płatki róży cukrowej, płatki bławatka, mięta,  babka zwyczajna i krwawnik. 
Proces produkcji octu jest banalnie prosty. Poprzednie wpisy oraz moje mentorki tłumaczą to jasno (np. tu i tu). Mnie też wydawało się, że to jakaś wiedza tajemna, ale jeśli ma się odrobinę cierpliwości, no i dostęp do surowca, no to każdy może go zrobić ku radości i odporności :-)
W jego aromacie dominuje świeży zapach mięty i bardzo łagodny, słodkawy koniczyny. Niestety, wcale nie czuć róży, ale to trzeba pewnie wytworzyć macerat. Tym zabawimy się za rok!

środa, 3 lipca 2019

Ocet z kwiatów bzu czarnego

Proces wytwarzania tego octu jest dokładnie taki sam, jak z mniszka lekarskiego (o tu klik!).
Ten jest najlepszy, jaki piłam - cudownie pachnie kwiatem bzu!  Chyba najpiękniejszy hymn pochwalny na jego cześć napisała pani Magdalena z bloga "Lepsze życie", naprawdę warto przeczytać, bo panegiryk nie jest przesadzony nic a nic (tutaj link).
Widać, że mój jeszcze bąbelkuje, bo wydawał mi się zbyt słaby po zlaniu (stał 4 tygodnie, dopóki kwiaty nie opadły), więc dodałam 3 duże łyżki miodu i nadal pracuje. Starterem był ocet z mniszka, bo jabłkowy już się skończył.
Moje octy robią się na okrągło - jeden napędza drugi. Bio-perpetuum mobile :-) Następny w kolejce jest ten z siedmiu ziół, pojawi się na blogu niebawem, bo już jest "opadnięty".
P.S. Gdy niosłam go do ogrodu na sesję, pan Ździchu (który stawia u nas garaż) zakrzyknął "Dawej tu!", ale Wujo go uświadomił, że Marzyna nie robi bimberku, ino ocet, nie wiedzieć po co :-D

poniedziałek, 10 czerwca 2019

Ocet z mniszka lekarskiego

W poszukiwaniu miejsca i światła na zdjęcie polazłam aż do ciotczynego sadu, na dechy podłogowe. Siedzący pod szczepem Wujo ocknął się ze stuporu (wiadomo, niedziela, robić nie można, a upał usypia), bo myślał, że niosę mu kielicha. Fakt, że wygląda to nieco jak mętny bimberek, no i jeszcze to naczynie... Na wiadomość, że to ocet z mlecza spojrzał na mnie jak na raroga, a propozycję skosztowania skwitował filozoficznie: "Jeszczem nie zgupioł, żeby ocet pić!", po czym wrócił do rozmyślań o dziwactwach przeflancowanych na wieś miastowych. Na PRAWDZIWEJ polskiej wsi ocet piją tylko "dziwochy" (tak się u nas mówi na dziewczęta), które nijak nie mogą schudnąć, a muszą, bo legginsy się wrzynają i chłopy pod geesem się podśmiechują pożądliwie. 
My zaś zakochaliśmy się w octach od zeszłej jesieni, kiedy to zasypały nas tony jabłek psiar i nie wiadomo było już, co robić z nimi. I to był strzał w setkę! 
O occie jabłkowym napiszę w jesieni, bo został mi już z niego tylko pieczołowicie przechowywany "zaczyn", którym zaszczepia się kolejne nastawy. Ocet z mniszka jest przepyszny (jak i jabłkowy zresztą, ciekawam też tego z czarnego bzu, który już tam w słoju pracuje) - orzeźwiający, pachnący, a o jego zdrowotnych właściwościach nawet nie będę pisać, bo internet pęka od ochów i achów, jak najbardziej słusznych. Robi się go niesłychanie prosto, właściwie jedyną trudnością dla niektórych może być znalezienie łąki z czystym, nieskażonym opryskiem, spalinami czy gnojowicą (ulubiony na wsi sposób na bujną trawę) mniszkiem. 
Przepis wzięłam od Hajduczka (klik!), Ona jest po prostu moim guru! Oczywiście nie liczyłam kwiatków, poszłam w sprawdzoną metodę "na oko", czyli napakowałam 3/4 słoja surowca i zalałam do pełna słodką wodą (trzy kopiate łyżki na każdy litr przegotowanej wody; mamy swoją dobrą wodę ze źródła). Cyrknęłam trochę octu jabłkowego, żeby dać mu startowego kopa, chociaż Hajduczek pisze, że i bez tego się zrobi i bełtałam łyżką energicznie 2-3 razy dziennie. Dość szybko główki kwiatków rozpadły się i nawet troszkie się spietrałam, bo ciecz w słoiku wyglądała jak pobrana z bagienka w lesie, ale po 3 tygodniach muto opadło i można było go przecedzić przez pojedynczą gazę (albo sitko). Hajduczek filtruje przez pieluchę, ja nie robię tego tak dokładnie, bo chciałam zachować ten pyłek z mlecza. W kieliszku na zdjęciu jest prawie klarowny, a to dlatego, że żółte cząstki zostały na dnie słoja, a nabierałam chocheleczką.
Jeśli zrobiliśmy dużo i chcemy go przechowywać, to trzeba jeszcze dodać cukru i  przefermentować jeszcze raz. Gdy zacznie wykręcać paszcze przy próbowaniu - może stać do następnego lata! U nas nie dostoi, tym bardziej, że nie robię hektolitrów - co chwila bowiem nastawia się nowe octy: z bzu, koniczyny, malin, płatków nagietka, ogórków, buraków, wszelkich owoców - no co dusza zapragnie!
Najczęściej pijemy go z wodą i miodem jako napój albo z herbatą (nie wrzącą) zamiast cytryny. Pyszka! I bardzo dobrze robi na jelitka :-)