Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jajka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jajka. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 11 marca 2025

Omlet przedwiosenny

 

Przedwiośnie jest moją ulubioną porą (przedporą?!) roku. Szwendając się po okolicy z koszykiem (zawsze z nim chodzę, ignorując komenty tubylców o głupocie wciąż nieznaturalizowanych miastowych, chodzących na grzyby w zimie😂) często coś sobie do tego koszyczka uszczknę. U nas na Podgórzu jeszcze mało jest jadalnej zieleniny, ale wypatrzyłam: nieliczne stokrotki, jakieś pojedyncze pierwiosnki u sąsiadki, ziarnopłon, malutki szczaw, jasnotę purpurową, rzeżuchę łąkową, krwawnik, bejbi szczawik zajęczy i - o dziwo! - całkiem niezłą pietruszkę naciową u cioci. Zanęciwszy się u Gosi Kalemby na omlet stokrotkowy (klik!), czyhałam głównie na te stokrotki, jednak ich listki były tak maleńkie, że dołożyłam wszystkie  zielska, które już wylazły. I jeszcze trochę sera żółtego, żeby Małżon nie narzekał, że straszne jałowisko😉.
Omlet jest typu biszkoptowego, bo takie smakują nam najbardziej. Na osoboporcję trzeba wziąć 2-3 jajka. Białka ubijam mikserem na pianę i potem dodaję żółtka, łyżeczkę śmietany, łyżkę mąki i szczyptę soli. Smażę na maśle z olejem. Kiedy spód jest rumiany, ale wierzch jeszcze "żywy", posypuję dodatkami i chwilkę dopiekam pod grillem w piekarniku (na środkowej półce). 
Jak widać - kwiatuszki nie były zapiekane, jeno wetknięte w gotowy omlet, coby oczarować MO** i skłonić go do wdzięcznościowych karesów💖.
** MO - Małżonek Osobisty.

niedziela, 26 lutego 2023

Sałatka uzbecka z ozorkiem

 Zostałam obdarowana przez Martika ozorem cielęcym. Jeśli ktoś nie jadł nigdy rarytasu, jakim jest ozorek, ten nie wie, jak smaczne, delikatne i czyściutkie jest to mięso. W tym samym czasie Ciocia dała mi sprawionego (niech będą Jej dzięki!) kogutka, więc wiadomo, że wylądował w rosole - razem z ozorkiem i kupą warzyw. Akuracik tyle samo się gotowały do miękkości (ok. 2 godziny, bo kurak to nie była piana ze sklepu, lecz Czupurek, który od lata szalał po całym naszym dziole). Większość jęzora została pokrojona do rosołu, ale najładniejszą część postanowiłam wykorzystać do sałatki, która za mną "chodziła" od wielu lat.

Przepis  pochodzi z nieistniejącej już strony państwa Grumków i nazywa się "sałatka uzbecka". Potwory i Spółka (akurat połowa była u mnie "w gościach") natychmiast przemianowali ją na sałatkę UBECKĄ, ale pod groźbą, że nawet jej nie powąchają gdy będą szydzić, w czas zamilkli.
 
Autorzy podali oryginalną nazwę: Til va sabzavotli salat, więc oczywiście sprawdziłam w sieci, czy aby na pewno to z Uzbekistanu. I zgadza się, chociaż przepis pani Maliki (o tu, klik!) nieco różni się od poniższego. Ale tak czy siak - to jest pyszne! Smaki się świetnie uzupełniają i ta marchewka (która - dopóki nie skosztowałam - budziła moje zdziwienie) świetnie pasuje do reszty składników. Co ciekawe - nie ma w sałatce żadnych przypraw z tego regionu świata, a mimo to jest inna niż wszystkie. 
Pytanie tylko, ile razy normalny człowiek ma dostęp do cielęcego jęzorka... No chyba, że jest taszczą (słoweń.: teściową) właściciela eko-farmy z krowami...
 
Podaję przepis za Grumkami (moje zmiany na zielono):
 SKŁADNIKI: 
300 g ugotowanych i pokrojonych na kawałki ozorków, 
2 ugotowane buraczki pokrojone na kawałki (dałam swoje marynowane i dobrze, bo są lekko kwaśne), 
4 jajka, 
1 cebula pokrojona w plasterki (zamacerowana wcześniej w soli, cukrze i soku z cytryny, przelana wrzątkiem i odciśnięta),
2 ugotowane marchewki, 
łyżka oleju (łyżka majonezu), 
2 łyżki majonezu i kwaśnej śmietany (gęstego jogurtu), 
2 roztarte ząbki czosnku, 
sól do smaku (i pieprz), 
koperek (pietruszka) i rzodkiewka do ozdoby.
SPOSÓB WYKONANIA:
Rozgnieść marchewki z czosnkiem, solą i łyżką oleju (majonezu). Odstawić na 10 minut. Na talerzu wyłożyć cebulę, buraki, jajka, ozorki i marchewkę. Posolić. Pośrodku (obok) położyć sos majonezowy. Udekorować jajkami. Bezpośrednio przed podaniem wymieszać wszystkie składniki.
 

I tak oto Marzynia przeniosła rodzinkę do Taszkientu.
 

 

sobota, 14 stycznia 2023

Śniadanko dla żony

 

Nigdy nie przypuszczałabym, że na moim blogu znajdzie się także danie wykonane przez zięcia. I to w tak mistrzowskim stylu! A jednak to prawda - taką kanapeczkę, na croissancie, z pastą z awokado i rukolą, podał małżonek Martikowi na śniadanko. 
I muszę szczerze przyznać, że mnie nigdy takie ładne nie wyszły, mimo, że mam przecież swoje jajka.
 J. robił to po prostu w wirze wody zakwaszonej octem, fakt, że też ze swojskich jaj, ale bez żadnego tam kombinowania z chochelkami, woreczkami czy foremkami do poszetowania. 
A może te kurki alpejskie znoszą jakieś bardziej zwarte jajeczka?
Wzruszona objawieniem się kolejnego następcy w kuchni postanowiłam pokazać Wam to dzieło, tym bardziej, że u nas w Polsce to mąż pomaga żonie przy garach bardziej w stylu ukazanym na poniższej makatce, he he... 
Jutro rano i ja wyślę moją połówkę do kurnika!
 





piątek, 26 sierpnia 2022

Suszone żółtka


Bardzo rzadko przygotowuję coś z samych białek. Ale raz na ruski rok zdarzy się, że zostaje od czegoś (np. tortu bezowego, niekoniecznie takiego plaskacza jak tu) dużo żółtek, a miednica majonezu akurat nie jest mi potrzebna. Wtedy można zrobić takie cóś jak suszone żółteczka. Uprzedzam pytanie "ale po co?!", bo jedliśmy je - zgodnie z sugestią autorki przepisu- jako posypkę do makaronu i jako dodatek do sałatki ze świeżych warzyw. Smakują trochę jak okrutnie słony, dojrzewający ser, ale bajerek "wizualny" jest... No i nikt, kto nie zna procesu produkcji nie zgadnie, cóż to takiego (Zulajda myślała, że to żelki pomarańczowe, zwłaszcza, że moje kurki - bez żadnej tam kukurydzy! - niosą naprawdę żółciutkie jajka). 
Przepis pochodzi od Pani Ogrodnik (KLIK!) i jest opisany niezwykle dokładnie i przekonująco. Od siebie dodam, że osiemnastogodzinne piłowanie suszarką puściłoby mnie z torbami, więc suszyłam je NA KALORYFERZE. Wiem, że to brzmi jak sen wariata, ale musimy przepalać w chałupie na dole, bo przy wilgotnym upale mielibyśmy w suterenach jedną wielką szalkę Petriego z kropidlakami jak młody las. 
No i sól, w której się konserwowały oczywiście odzyskałam. Wyprażyłam ją w piekarniku i używam do gotowania ziemniaków. 
Muszę pokazać ten myk swatowej, oni tam wszystko potrafią zakonserwować w soli, ale JAJ NIE!  

piątek, 8 kwietnia 2022

Jajka faszerowane "Pszczółki"


 Nie da się ukryć - są i efektowne, i smaczne 😋 Warto zadać sobie trochę trudu przy ich przygotowaniu zwłaszcza, gdy przy świątecznym stole zasiądą dzieci. Najlepiej mieć oczywiście pomocnika takiego, jak ja miałam (czyli złotorękiego Martika - estetę), ale w sumie nie są to jakieś szczyty kulinarnego Parnasu. Pomysł nie jest nasz, lecz Danusi z bloga "Co mi  w duszy gra" (klik!), zmieniłyśmy tylko nadzienie z wątróbkowego na tuńczykowe, a każdy może nafaszerować jajeczka według upodobań. 

Jadalna "pszczoła" jaka jest, każdy widzi. Danusia użyła zielonych i czarnych oliwek, ale Marta stwierdziła, że pomarańczowe pomidorki koktajlowe + czarne oliwki będą lepiej imitować owadzi korpusik. Skrzydełka to przycięte plasterki ogórka, czułki - szczypiorek. Narcyz w środku nie jest jadalny, ale jest tak ładny, że można wybaczyć ten dekorek 😊


 

sobota, 5 lutego 2022

Domowy majonez i surówka z pora, marchewki i jabłka.

 


Uziemiona w izolacji Marzynia dopieszczała siebie i obłożonego kwarantanną małżonka różnymi pysznościami. Pierożki ze szpinakiem, zapiekanki, ravioli, domowe lody, pizza - generalnie: wypasy! A że samopoczucie psuła nam tylko niemożność wychodzenia dalej, niż dookoła chałupy, więc na oczekiwany z utęsknieniem ostatni dzień niewoli postanowiłam zrobić największy hit - kotlety według Magdy Gessler, ze słoweńskiego schabu. 
Na ranczu Marty i Janeza każdego roku żyją sobie w luksusach dwa wieprzki, karmione tylko ekologicznie, i nawet mieszkanko mają ze stałym wyjściem na podwórko. Niestety, jesienią muszą zamienić się w prszuty, salami, dojrzewające kiełbasy, wędzoną słoninę i coś, co się nazywa w Słowenii "żołądek", a jest jakby dojrzewającym, twardym jak kamień salcesonem. Martik po pierwszym świniobiciu stwierdził ze zdumieniem, że tam W OGÓLE nie robią schabu, polędwiczek czy mielonego, że już o normalnym salcesonie czy domowych pasztetówkach nie wspomnę. Ale w tym roku poprosiła, aby jednak masarz zostawił jej mięso na sznycle i kotlety, ku radości rodziny męża (nasze schabowe robią tam furorę!) i naszej, bo śliczny kawałek schabu trafił i do Polski. To najlepsze mięso na kotlety, jakie kiedykolwiek miałam, lepsze nawet, niż z naszych pamiętnych prosiaków Podenka i Bicenka, któreśmy u ciotki hodowali!
No i do tego - wiadomo! - własne kłócone ziemniaczki i surówka z warzyw z Ekohandlu, ta ulubiona, z porów. Z MAJONEZEM.
Ręka Marzyni, sięgająca na pewniaka do lodówki, zawisła dramatycznie w powietrzu. Bo jego NIE BYŁO! 
Złamanie kwarantanny i zakup majonezu za trzydzieści tysi jednak nie wchodził w grę, więc postanowiłam - aż wstyd się przyznać że pierwszy raz w życiu! - zrobić domowy majonez. 
Przygotowałam 2 żółtka, 1 łyżeczkę musztardy, 1 łyżkę octu jabłkowego, 1/4 łyżeczki soli, 1/2 łyżeczki cukru i 3/4 szklanki oleju. Obejrzałam trzy razy filmik na którym magicznie, w wysokim naczyniu, za podnoszonym wypielęgnowaną rączką blenderkiem puszył się majonezik. Zrobiłam wszystko takusieńko samo (z wyjątkiem wypieszczonej rączki - moja ostatni raz tak wyglądała w osiemdziesiątym dziewiątym, gdym stała przed ołtarzem :-D). 
I co? I gucio! Rozpaczliwe próby wymiksowania rzadziuśkiej brejki skończyły się tym, że powstało mi coś na kształt kefiru wlanego do oleju.  
Ale umna Marzynia nie po to hartowała się jako ta stal na kuchennym blacie, aby odpuszczać. Dwa razy przeczytane internety, jeszcze jedno żółteczko, kapeczkę musztardy, RĘCZNA trzepaczka i... 
Zwycięstwo, zwycięstwo, zwyyycięęęstwooo! - zagrały mi wszystkie srebrne dzwony. No co za pycha! Co prawda wyszedł okrutnie żółty (bom miała tylko olej rzepakowy tłoczony na zimno, a i swojskie żółtka były należycie żółciutkie), ale to już strzegół 😜 I jak widać wcale nie spływa z łyżeczki, i jest kremowy, i można go trzymać tydzień (a może i dłużej) w lodówce.
 A co do surówki z porów to uświadamiam moim młodym kuchareczkom, że pora jednak trzeba sparzyć, bo BĘDZIE twardy i będzie o sobie przypominał jeszcze na drugi dzień. 

środa, 1 kwietnia 2015

Sos tatarski świąteczny



Sos tatarski jest NA PEWNO ulubionym sosem na zimno w naszym domu. Niestety, robiony jest tylko na tzw. okazje, czyli święta i imprezy „okolicznościowe”, bo trzeba do niego prawdziwe grzybki marynowane (kupne pieczarki to już nie to). 
No i zawsze jest problem, kto dokona katorżniczej pracy skrojenia składników w drobniutką kostkę. Gdy Potwory były mniejsze można było przykuć za kostkę do kaloryfera i albo kroili, albo mogli odgryźć sobie nogę. A teraz są już silniejsi ode mnie i działają jako wataha, więc wariant siłowy odpada i pozostaje przekupstwo :-D
Trzeba skroić: 
2 słoiczki grzybów marynowanych (najlepsze prawdziwki, tu przydaje się Teściu grzybiarz), 
duży słoik ogórków kiszonych (niektórzy robią z korniszonów, ale z kiszonymi lepsze), 
6 jajek, 
1 cebulę (tutaj ilość cebuli trzeba sobie samemu wyregulować do smaku) 
i pęczek szczypiorku. 
Mieszamy to z majonezem i gęstą, kwaśną śmietaną. 
Sól, pieprz i cukier. 
Ma być gęsty, jak rzadka sałatka. 
No po prostu pokrojone niebo w gębie!

A tu z tegorocznych świąt, nieco gęściejszy.

piątek, 27 grudnia 2013

Sylwestrowe jajka w sosie tatarskim "Zegar"




Jak widać po anturażu ja takie jajka zrobiłam na Wielkanoc, bo gdy tylko zobaczyłam je na blogu Broni (koniecznie tam zajrzyjcie, ma fantastyczne pomysły) musiałam je przygotować. Ale właśnie na sylwestra będą najbardziej podchodzące, co chyba nikogo nie dziwi, więc tulczyłam to zdjęcie niemal cały rok. Tylko zegar trzeba nastawić na „za pięć dwunasta” a nie - jak u mnie - na jedenastą (wtedy zasiedliśmy do śniadania wielkanocnego). No i jajka nie mogą być tak świeże, jak moje (zawsze biorę je od ulubionego chłopa o wdzięcznym pseudonimie Szakal, bo to są „jedynki”) – fatalnie się obierały!

Bronia podała swój zegar na sałatce jarzynowej, ale lepiej pasuje do tego sos tatarski – jajka są wtedy częścią dania, a nie tylko dekoracją. No i moje cyferki są z marynowanej papryki, bo marchewka nie konweniowała mi z ostro-kwaśnym sosem.

Sos tatarski w mojej wersji robi się banalnie prosto: trzeba drobno posiekać dobre, kiszone ogórki, grzybki marynowane, sparzoną cebulkę i jajka na twardo (ja je trę na grubej tarce). Mieszamy z majonezem i kwaśną śmietaną, zaostrzamy smak pieprzem, musztardą i odrobiną chrzanu.

W moim domu mogłyby być tylko takie zegary:-)

piątek, 19 kwietnia 2013

Sałatka mimoza

Zaletą tej sałatki jest szybkość jej wykonania. Zanęciła mnie do niej niejaka pani Nikol i ona też - o tu! - najlepiej pokazuje, jak zrobić tę naprawdę smaczną alternatywę dla klasycznej jarzynowej, np. na świąteczny stół. Zresztą u mnie gościła właśnie na wielkanocnym stole, co widać na załączonym obrazku.
P.S. Za sałatą są przebojowe ciasteczka z lemon -curdem, naprawdę urocze, wyglądają jak połówki jajek, pisałam o nich tutaj.
P.S.2. Zamiast warstwy zamrożonego masła (?!) dałam warstwę kukurydzy. Jeszcze szybciej i na pewno równie smacznie.
Polecam! .

sobota, 30 marca 2013

Jajka w śledziowych szalikach - wielkanocna przekąska

Bardzo sympatyczny sposób podania śledzi i jajek, wyglądają w moim aranżu jak czereda Gorbaczowów w wysoko postawionych futrzanych szalach. Przy okazji przystawka jest pyszna, bo smaki się dopełniają.

Na podściółkę dałam krojoną w długie pióra dużą cebulę, wygniecioną i umacerowaną w soli, szczypcie cukru i soku z cytryny. Fajnie wtedy mięknie i traci rzaz. Cebulkę wymieszałam z sosikiem z majonezu, gęstej śmietany, soli, pieprzu, cukru i odrobiny musztardy "saperskiej" i wyłożyłam na półmisek. Niestety, jajka okazały się tak świeże, że klnąc w żywy kamień obłupałam je w kształty tylko z grubsza przypominające jaja, dlatego musiałam jakoś zamaskować wierzchy i każdemu nasypałam na czapę słodkiej papryki. Wyszły mi hołowy-Michaiłki po trepanacji, z charakterystycznymi znamionami. Za to szale paradne, jak z szuby Iwana Groźnego. Groszek w środku to dekor niezamierzony, został od sałatki.
W sumie patencik prosty, roboty niewiele, a kupa radości na talerzu.
Wesołych Świąt!!!
  .

środa, 20 marca 2013

Wielkanocne ciasteczka jak jajeczka

Te ciastka jak chyba żadne inne pasują na świąteczny stół. Nie dość, że wyglądają jak połówki jajek na twardo, to jeszcze są prze-pysz-ne! Kruche ciasto rozpływa się w ustach, a dodatek lemon curdu sprawia, że mimo dużej ilości lukru wcale nie są za słodkie. Naprawdę polecam!
Przepis na ciasto i inspirację "dekoru" wzięłam od mistrza Christophera, o tu (klik), tylko do ciasta dodałam 2 żółtka, no i przerobiłam okrągłą blaszaną foremkę do wycinania ciastek na jajowatą :-)
Natomiast przepis na lemon curd pochodzi z bloga pani Dorotki, jest bardzo prosty i szybki (cukru można dać mniej, jeśli ktoś chce bardzo kwaśno).
Lukier najlepiej ukręcić z cukru pudru z sokiem z cytryny aż zbieleje, no i powinien być gęsty, żeby "białko" wyszło biało.
P.S. W 2013 roku piekłam je oczywiście znowu, ale zrobiłam nieco za duże dziurki na żółtko. Mimo to wyszły cudnie i były wielką ozdobą świątecznego stołu.  
P.S. 2 (2016) Ponieważ w tym roku miałam mniej czasu, zamiast polukrować, posypałam "górę" jajeczek cukrem pudrem, grubo, przez gęste siteczko. I też wyszło ładnie, a duuużo szybciej :-)

To zdjęcie prototypów sprzed lat:
 
Tu wersja chyba z 2014
 
P.S. 3 (2017) A tutaj wersja tegoroczna, w towarzystwie jaj w sosie tatarskim :-)

sobota, 20 października 2012

Jajka faszerowane

Oczywiście każdy wie, jak się robi jajka faszerowane. Chciałam jednak polecić te dwa farsze (faszery, jak się u nas mówi, hie hie), bo są wyjątkowo smaczne. Te jajeczka z plasterkami pieczarek są napchane masą pieczarkowo-szczypiorkową,  a te drugie tuńczykową. Na imprezkę gorąco polecamy, ślicznie wyglądają i można zaimponować koleżankom. Roboty niewiele :-) 

Składniki:
jajka, po 2 na osobę minimum
30 dkg pieczarek,
mała cebula,
pęczek szczypiorku,
masło do smażenia pieczarek,
pieprz, sól, odrobina czosnku suszonego,
puszka tuńczyka w sosie własnym,
majonez, 
odrobina musztardy,
znowu mała cebula,
koperek,
przyprawy.
Wykonanie:
Jajka ugotować, co jakiś czas obkręcając wokół własnej osi, wtedy żółtko jest w miarę równomiernie w środku. Przynajmniej tak słyszałam, więc zrobiłam - jedne były w środku, inne nie, bo niektóre jaja upierdliwie przyjmowały wciąż tę samą pozycję, np. na lewym boku.
Wyjąć żółtka. Jeśli przy obieraniu (a miałam świeże, więc mnie się tak zdarzyło!) zniszczy się jakieś białko, to go można posiekać i wrzucić do nadzienia tuńczykowego. 
Pieczarki zetrzeć na tarce (łezce) i usmażyć na uprzednio zeszklonej, drobniutko posiekanej cebulce. Jak smażyć pieczarki to tyż sie wi, a przynajmniej moje dziewczynki wiedzą. Zainteresowanym dopiszę, jakby co ;-)
Doprawić czosnkiem granulowanym, pieprzem. Żółtka z jajek utrzeć z majonezem na gładką masę, domieszać  pieczarki i szczypiorek. Napychać jajka kopiato.
Nadzienie tuńczykowe to jeszcze większa łatwizna - tuńczyka mieszamy z żółtkami z majonezem, gdyby były kawałki twardsze to można zmiksować. Doprawiamy na ostro posiekaną drobniuteńko cebulką (tu się przydaje to szpejo, jest JEDYNE!) i ulubionymi przyprawami. Dodajemy koperek, napychamy. 
Dekor też robi robotę, inne panie to miksują wszystko na gładko i wyciskają szpryckami, ale ja tak próbowałam i wolę nadzienie, które nie przypomina kremu, lecz ma konkretniejszą treść...

sobota, 19 maja 2012

Tarta z fetą, szpinakiem, jajkami i ziarenkami

Trzeba ją zrobić koniecznie. Jest pyszna i sycąca. Ziarenka słonecznika i rzeżucha na wierszchu stanowią fajne urozmaicenie. Chociaż nie ma tu grama mięsa towarzycho było bardzo zadowolone, a że Hurma była w składzie rozszerzonym (o Kamaję i Pasia), więc badanie było na próbce reprezentatywnej. 
Wykonanie, jak w przypadku wszystkich tart jest banalnie proste.

Ciasto kruche już umie zrobić każdy. Gdyby nie umiał, odsyłam do linków z boku (ciasta kruche, te na słono) – najczęściej ciasto, które ma być bazą do jakiegoś słonego nadzienia piekę pół na pół z krupczatką. Ilość ciasta zależy od wielkości formy – do mojej szklanej wchodzi jakieś półtorej szklanki mąki na cienką warstwę i po szklance na nieco grubsze ciasto. Jeżeli zrobi się wg przepisu z żółtkami i śmietaną, zawsze jest pyszne, chociaż nie ortodoksyjnie kruche, bo „pomagają” tu nieco śmietana i ciutka proszku.

Zagniecione szybko ciasto wkładamy do lodówki. 
Na marginesie mówiąc - piekłam już z ciasta mocno schłodzonego , krótko chłodzonego i w ogóle wręcz ciepłego, i dużej różnicy nie było. Nie wiem, co z tym chłodzeniem, no może to długo oziębione było bardziej kruche, ale mam niejakie podejrzenia, że robi się to siłą przyzwyczajenia.

Więc gdy ciasto się chłodzi robimy nadzienie. 

Potrzeba: pół woreczka szpinaku, opakowanie sera feta (jakby feta), 4 ząbki czosnku, 4 jajka, 20 dkg sera żółtego lub mozzarelli, łuskany słonecznik, przyprawy.

Szpinak rozmrozić (ja go normalnie wewalam do garnka i na ogień), odcisnąć, posiekać, jeżeli ma długie ogonki (Hortex) i przesmażyć na maśle. Tym razem miałam szpinak brykiet czy cóś, lekko się zdziwiłam, gdy po rozmrożeniu otrzymałam papkę. W smaku jednak był dobry, a rzeczywiście jest bardziej ekonomiczny, bo zawartość szpinaku w szpinaku jest większa. Nie wygląda jednak zbyt apetycznie, coś jak koszmar z ochronki w latach 50-tych.

Szpinak trzeba mocno doprawić pieprzem i czosnkiem. Wymieszać z fetą i wtedy sprawdzić słoność, ewentualnie doknorrować Delikatem.

Włączyć piekarnik góra i dół, 200 stopni.

W tym czasie wylepić formę schłodzonym uprzednio ciastem, ponakłuwać gęsto i ewentualnie wstawić do lodówki, dopóki się piekarnik nie nagrzeje. 
Zawsze mnie dziwi fakt, dlaczego niektórzy kupują jakieś kulki ceramiczne do wysypywania na kruche ciasto w czasie pieczenia, by było równe. Albo podobnież można obciążać fasolą (?!). W życiu tak nie robiłam, zawsze nakłuwałam, najwyżej troszkie się wybuliło, ale jakie to może mieć znaczenie, gdy na wierzch kładziemy nadzienie?! (uwaga, znowu rym! Dodaję do: „Marzynia, myśli wybrane”).


Podpiekamy ciasto na złoty kolor. Następnie wykładamy paciarę szpinakowo – serową i wygrzebujemy w niej cztery dołki. W te dołki wbijamy jajka, solimy i pieprzymy. Zapiekamy, aż jajka się zetną lekko. W naszym przypadku wyglądało to tak:


Wtedy ostrożnie wyciągamy tartę (uwaga, śliskie i strrrasznie gorące), odganiamy zwabioną zapachem i jęczącą Hurmę i Czeredę, po czym posypujemy serem żółtym (mozzarellą) i ziarenkami słonecznika. Zapiekamy, aż ser się roztopi, a słonecznik lekko przyrumieni.

Można posypać jeszcze ulubionymi ziołami, ja dałam rzeżuchę, bo akurat miałam.
Naprawdę była warta grzechu!




piątek, 9 marca 2012

Tarta na francuskim spodzie (kupnym, kupnym...)


Pierwszy raz robiłam na słono na francuskim cieście. Letko z duszą na ramieniu, czy mi się nie zmarnują w sumie wypaśne składniki, jak się nie da zjeść. Dało się zjeść i to jak! 
To żółte to jajko się troszkie bełtło. Co jest pod spodem, to napiszę po południu oraz zdradzę (bez inwigilacji) jak mi się udało zrobić, żeby ona tak chrupała. I proszę nie sarkać, że spalona po wierszchu, bo się odrapało i nie było nic a nic czuć!
No to uzupełniam wpis:
Ciasto kupiłam w "Biedronce". Lepsze niż w Lidlu. Oczywiście najlepsze byłoby zrobione samodzielnie, ale jakoś nigdy mnie nie brało na to, pamiętam bowiem, ile wysiłku kosztowało takie ciasto moją Mamę. Poza tym aż tak ambitną kucharką nie jestem. 
Po doświadczeniach z ciastem na słodko wiem, że przeszkadzał mi fakt, iż przy dużej ilości wilgotnego nadzienia spód ciasta namakał i wydawał mi się wręcz niedopieczony. A tu chciałam błysnąć, bo się gościowanie zapowiadało. Nie wiedziałam, czy można potraktować tartę na francuskim tak, jak na kruchym. 
Można. 
Najpierw nadzienie: szpinak dobrze odcisnęłam i przesmażyłam na maśle z czosnkiem. To już każdy robi pod swój smak. Dałam nieco więcej soli, bo ciasto jest neutralne w smaku i nie chciałam, by się słoność zgubiła. Następnie przyjrzałam się zakupionym (w "Biedro", a jakże) pomidorkom czereśniowym. 
Miały skórę jak na byku.
Niby kraj pochodzenia: Włochy, ale przecież Italia to nie Ekwador, żeby ZAWSZE tam było lato, więc i te muszą być z cieplarni o tej porze. Dodatkowo po przekrojeniu wylewało się z nich mnóstwo soku. I myśl: a nuż się zadławi tą skórą? Więc podwójne sparzenie i dawaj obierać pracowicie ze skórki. Obrałam i to była dobra koncepcja.
Foremkę silikonową wyłożyłam ciastem, ale został kawałek (bo forma jest kwadratowa). Więc z tych odciętych paseczków zrobiłam sześć pól, bo myślałam, że wejdzie mi w nie sześć jajek (nie weszło). 
Następnie na spód podściółka ze szpinaku i te oskórowane pomidorki, odsączone na sicie. Posypałam ziołami i do pieca na 200 stopni, góra i dół, druga półka od dołu, żeby dobrze brało spód.
Niestety, dość długo się piekło, już boczki ślicznie rumiane, a te italiańce twarde i twarde, jakbym co dopiero wsadziła. No w końcu ich troszkie zmiękczyło, więc wyjęłam formę (uwaga, silikonowa się giba!), wbiłam tam jajka, posoliłam, popieprzyłam, ułożyłam obok jajek ser mozzarella i ziołami jeszcze po wierzchu, ale bez szaleństwa, żeby nie zabić smaku wiejskich jajek i szpinaku.
Owszem, zanim jajka się ścięły - idealnie tak, jak lubimy, do stadium mollet - to chyciło brzeżki, ale potem ostrym nożem się skrobnęło, a tarta była superancko upieczona od spodu!
Teraz będę często ją robić, bo pracy przy tym niewiele (pomidory już kupię pelati) i można wypróbować różne nadzienia. 
Ta kombinacja: szpinak, pomidory, jajka i ser jest prze-pysz-na, polecam!