Pokazywanie postów oznaczonych etykietą duma Zuzanny Polki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą duma Zuzanny Polki. Pokaż wszystkie posty

piątek, 3 kwietnia 2026

Dobrych świąt 💚


Najlepsze życzenia wielkanocne: zdrowia 
i spokoju, miłych chwil w rodzinnym gronie, wytchnienia od dnia codziennego 
w świątecznej atmosferze  - składa Marzynia z rodzinką.

Chciałam Wam jeszcze pokazać, jakie pisanki robi Zuzia z naszej Hurmy i Czeredy. Wszystkie barwi i ozdabia naturalnymi sposobami - trzeba przyznać, że są piękne 
i niepowtarzalne :-)


czwartek, 20 listopada 2025

Tydzień z ciastem drożdżowym, czyli kolejne pomysły na smakowite wypieki

Cały tydzień u mnie i u Martika trwał festiwal ciasta drożdżowego. Marta upiekła chałkę twarogową znalezioną na blogu Agusi (klik!), troszkę modyfikując przepis, bo używa suchych drożdży (do sklepu w Idrii ma pół godziny jazdy z alpejskiego pieca na łeb). Piecze także z produktów mlecznych bez laktozy, w Słowenii jest bardzo duży wybór, ale NIE MA TWAROGU. Zawsze kiedy jedziemy do niej, wieziemy hurtowe ilości sera białego, bowiem nasze serniki (i nie tylko) biją tam rekordy popularności, a i Martik bez kwaśnego "syrka" żyć nie może.
Oddaję głos córce:
"Chałka wyszła dokładnie tak, jak pisze Agusia - wilgotna, puszysta i pyszna :) Ja również myślę, że jeszcze lepsza byłaby z kruszonką (kwaśny twaróg sprawia, że nie jest bardzo słodka, z dżemem lub czekoladą to nie przeszkadza, ale dla mnie za mało słodka, żeby jeść z samym masłem). Ciasto mnie zaskoczyło, nigdy nie robiłam takiego (z drożdżowych najczęściej robię pizzę i paluchy). Obawiałam się, że jest zbyt płynne i klejące, ale mimo lepienia się odchodziło od miski i urosło bardzooo! W surowym cieście widoczne były jeszcze grudki sera, ale po upieczeniu nie są wyczuwalne, chociaż czuje się delikatny smak twarogu". 

Zaś paluchy z ajvarem i serem są tak smaczne, że zięć gotów jest co drugi dzień gnać po ser do miasteczka przez gaik, steczkę, mostek i rzeczkę 😆.
My z Zuzianką piekłyśmy tylko na słodko, bo okazało się, że Zuzia nie jadła jeszcze paszczaków maminkowych (klik!), a ja chciałam wypróbować rogaliki Helenki (klik!). 
Obydwa wypieki są znakomite, a paszczaki stały się wręcz kultowe, ze względu na nazwę i fakt, że wychodzą (przeważnie) sympatycznie uśmiechnięte😄.
Tym razem troszkię mi się rozdziawiły, ale za to zostały stuningowane orzechową posypką, bom se zakupiła ostatnio w idrijskim bieda-boxie dużą pakę mielonych orzechów za całe 1,05 euro. Jako że termin "Najlepiej spożyć do:" już minął, więc sypię te oriehi do wszystkiego (np. na rogaliki Helenki też). Zapas kwasu alfa-linolenowego w organizmach mamy już na dwa lata do przodu.

Oryginalny przepis na paszczaki jest u Maminka tutaj.

 


 

czwartek, 21 sierpnia 2025

Buraczkowa sałatka po turecku


 Wreszcie doczekałam chwili, kiedy moje sponiewierane deszczami buraczki osiągnęły dopuszczalną do konsumpcji wielkość jaj perkoza dwuczubego😂
 Mogłam więc wypróbować przepis, znaleziony u Hajduczka (klik!) na turecką przystawkę z jogurtem. Przepis jest banalnie prosty, jedyna trudność to upieczenie buraczków (bo z pieczonych lepsza, ale i z gotowanych pyszna). Jeśli w piekarniku pieczemy coś, co nie jest np. waniliowym sufletem, to można położyć obok buraki i upieką się "przy okazji".
Hajduczek podaje takie proporcje:
2 średnie buraczki ugotowane lub upieczone, 
ząbek czosnku,
szklanka gęstego jogurtu, 
pieprz, sól, opcjonalnie – kilka kropel soku z cytryny, jeśli jogurt jest mało kwaśny,
oraz podanie na stół ze szklaneczką raki (tureckiej anyżówki).

Ponieważ sałatkę spożywali sami dorośli, więc dodałam dużo czosnku i jeszcze kumin na jogurt. Niestety, nawet nie pytałam w naszym wiejskim geesie o anyżówkę, coby mnie sklepowa śmiechem nie zabiła. 
A przystawka jest WYBORNA!
Poniżej, ku pochwale Zuzianki, zamieszczam zdjęcie jej obiadu dla Rodzinki (Jessu, że też ja się nie załapałam, ale niestety mieszkamy kawałek od siebie😩). To jest pierś z kaczki z pieczonymi brokułami i sosem wiśniowym. No ba!


niedziela, 3 sierpnia 2025

Ogórki "krokodylki"

 

Te ogórki - bez dwóch zdań! - są przebojem mojej spiżarni 2025. 
Bardzo kwaśne, bardzo słodkie i bardzo ostre - a w rezultacie: prze-pysz-ne! 
Wyjątkowo, tego deszczowego lata, mam największy urodzaj ogórków od początku mojego życia na wsi. Złożyło się na to kilka czynników uprawy, ale do meritum: nie wiedząc już, co zrobić z klęską urodzaju, kiedy ochwacona małosolnymi, mizeriami i zupami-kremami ogórkowymi H&C zaczynała sarkać, sięgnęłam po przepis Hajduczka, któren ten proceder krokodylkowy uprawia od lat. Link jest o tutaj (klik!). 
Gdyby ktoś nie miał mocnego octu jabłkowego, bo mnie też się wyczerpał zapas po dziesiątym słoiku, to można zrobić zalewę metodą pani Ani (klik!). Też są dobre, a miastowi degustatorzy z grillowej imprezy orzekli, że nawet lepsze, bo nie mają jakowegoś "ziołowego posmaku" (hie, hie, pewnie przyzwyczajeni do kupnych, na neutralnie kwaśnym occie spirytusowym. I tyz piknie!).
Ogórki te mają niezwykły smak. Dla osób nienawykłych do wyrazistych smaczków mogą się wydawać "przerysowane", ale kiedy kubki smakowe uporają się z bombardowaniem podniebienia, chce się sięgnąć po jeszcze jeden, i jeszcze jeden...
 Mimo, że pakując je do słoika odnosi się wrażenie, są "sflaczałe" (działanie soli i zalewy) to wcale nie: są chrupiące i jędrne. 
No i bezcenne jest to, że dziucząc przy kuchni w wilgotnym gorącu, chociaż przy tym przetworze można pominąć uprzykrzoną pasteryzację🙆
Jeśli macie ogórki już nieco większych gabarytów, to można je kroić. 
Ja, mając takie zasoby, mogłam sobie pozwolić na przerobienie małych (jak na zdjęciu), ale robiłam też ze spaślaków, i też są pyszne!
P.S. 
Proszę zobaczyć, jak mała onegdaj Zuzianka (o, np. tu widać, jak z małym jeszcze Martikiem coś pichcą same, klik!), wykorzystuje owocną praktykę u cioci Marzyni. Ona serwuje swojej Rodzince np. takie śniadanka: grzanka oliwiona, zapieczona do chrupkości, pokryta plastrami dojrzałego bio awokado, z idealnym jajkiem poszowanym na wierzchu). 
Nauka nie poszła w las💕




sobota, 26 stycznia 2019

Marchewkowe mufinki Zuzi


Nasza Zulajda rozwija kulinarne skrzydła ku uciesze swojej Rodzinki (a przede wszystkim Jaśka, który sam się nieźle zapowiadał, ale skoro jest siostra...). Kiedy wysłała mi zdjęcia tego, co akurat zrobiła, MUSIAŁAM zamieścić ten przepis, bo urzekły mnie:
a) jej zapał do pieczenia ciast (te mufiny wytworzyła w ilościach wystarczający nie tylko dla Watahy Jarzębiaka, ale i dla całej dzielni, a podobno są pyszne,
b) kompilacja przepisu z dwóch jakichś różnych (patrz zdjęcia),
c) wiersz na początku, akurat tematycznie podchodzący, bo zasypało nas jak w 1979 roku (ach, nie było wtedy szkoły przez 2 tygodnie!),
d) no i BEZCENNY dopisek o marchewce! 

 A kto chciałby sobie przypomnieć małą Zuzię już 10 lat temu gotującą z ciocią (czyli mua), to tu jest link. Polecam zajrzeć :-D

niedziela, 26 sierpnia 2018

Rumpuć

Tyle lat babki, matki, wujny i stryjanki w mojej rodzinie gotowały tę zupę, ale dopiero niedawno odpowiednie jej dano słowo: RUMPUĆ. Ja zawsze myślałam, że to zwykła jarzynowa na kawałku jakiegoś mięsiwa dla większej pożywności. A teraz już wiem, że kwaskowata zupa z kapustą i wszystkimi warzywami, jakie mamy w ogródku, tak się superancko w Wielkopolsce nazywa. A ponieważ i Zuzię urzekła ta nazwa, i skroiła wszystkie składniki, i jej baaardzo smakowało, więc daję przepis.
Najlepiej smak tej zupy z dzieciństwa (i przepis na nią) opisał jeden pan z Poznania, o tutaj
Gdybyś Zulajdo zapomniała, to sobie zerknij, albo przyjedź do mnie i znowu zrobimy, bo właśnie teraz jest rumpuciowy czas :-D
Dodano 15.IX.
Okazało się, że ktoś jeszcze oprócz nas zainteresował się tym przepisem, zapewne z powodu nęcącej nazwy. Więc napiszę, jakie składniki były w naszym rumpuciu:
wędzone kości od schabu,
marchewka, 
pietruszka,
mała kapustka biała,
garstka kiszonej kapusty,
ziemniaki,
cebula,
fasolka szparagowa,
starte na grubej tarce pomidory,
ulubione przyprawy (kminek!),
cukier,
2 łyżki lekko zasmażonej na maśle mąki.
Jest jednocześnie lekko kwaskowata i lekko słodkawa, słona, pieprzna, pożywna, ale nie tak treściwa jak zimowy kapuśniak.




sobota, 28 lipca 2018

Ogórki kanapkowe z curry i kurkumą

Podobno wszystkie kobity na tym świecie i nawet niektóre z Marsa już robiły te ogórki, ale umna Marzynia dopiero odkryła ten - znakomity! - przepis. 
Śpieszę więc zamieścić go "kupamięci", coby my z Zuzią nie zapomniały (a robiłyśmy razem :-)

Przepis - matka pochodził od pani Olgi Smile (o tu!), niemniej musiałam go zmodyfikować. Myślę, że będąc żoną Hipolita Kwassa tworzyłabym z nim parę idealną... 
Niestety - domownicy nie podzielają mego upodobania do kwasoty (nadkwasoty?!) i mogliby siły tej zalewy nie docenić, więc nieco zmieniłam proporcje. 
Już po tygodniu otworzyłam słoik i rzeczywiście są bardzo smaczne: jędrne, ostro - kwaśne z lekką słodyczą "w tle", i ujmująco gotowe do zlegnięcia na kanapce (no bo już w plastrach). 
Gdy ma się NSR*, tym razem w postaci Zuzki, która pokroi te kilogramy ogórków, to przepis jest prosty. I można zutylizować tony surowca bardziej wydajnie (w naszym Geesie, w "Żeleźnioku" i nawet w "Strażoku", przerobionym światowo na "Marmax", zabrakło litrowych słoików, taki urodzaj!).
 
SKŁADNIKI:

3 kg ogórków (chyba... nie ważyłam..., ale gdzieś tak było),

ZALEWA:   
3 szklanki wody,
1,5 szklanki octu 10%,
1,5 szklanki cukru,
2 łyżki soli do przetworów,
łyżeczka kurkumy,
łyżeczka curry (lub więcej...)

DODATKOWO: 
pieprz w ziarenkach,  
ziele angielskie, 
gorczyca, 
czosnek, 
słoiki różnej wysokości.
WYKONANIE:
Ogórki pokroić w plastry wzdłuż, starając się, by były w miarę równej grubości. Upakować na stojaka ciasno w słoiki, dobierając ich wysokość do długości plasterków (a przynajmniej na początku, bo i tak pod koniec, zirytowani, będziecie pchać na tzw. "chama", aby już tylko skończyć...). 
Do każdego słoiczka wsypać ulubione przyprawy wg uznania. Składniki zalewy zagotować z kurkumą i curry, wrzącą zalać ogórki (cały czas mieszając zalewę, bo przyprawy opadają na dno garnka), mocno zakręcić i pasteryzować nie więcej niż 10 minut.
P.S. Gdyby ktoś się zastanawiał, co to za dizajnerski plan zdjęciowy, to uprzejmie donoszę, że to stare dachówki w moim ogrodzie. Co do warunków współpracy to proszę się skontaktować z moim pełnomocnikiem. 
NSR* - Niewolnicza Siła Robocza

wtorek, 17 kwietnia 2012

Surówka z kapusty pekińskiej z pysznym sosikiem zwana u nas: "Rączkazuni"


Tę sałatkę najmłodszy członek Hurmy i Czeredy czyli Zuzianka wykonała własnymi rączkami. Inspiracją był przepis, który się nazywał: "Surówka Janci", ale niestety nie mogę namierzyć, skąd pochodził. Zresztą składniki są tu kwestią wyobraźni i zawartości lodówki, najważniejszy jest TEN SOSIK. Pasiu powiedział do Marty, że taką surówkę ma mu robić często, a ich związek przetrwa długo.
Składniki:
kapusta pekińska (podstawa), marchewka, kilka rzodkiewek, ogórek, można dać paprykę, pomidora etc;
na sos: dwie duże łyżki śmietany lub jogurtu greckiego, łyżka majonezu, łyżeczka musztardy (dałyśmy saperską - jak to się u nas mówi), łyżeczka keczupu, łyżka oliwy, łyżka octu winnego białego, szczypta cukru, pieprzu, słodkiej papryki, suszonego czosnku i suszonej natki z pietruszki. Soli do smaku.
Warzywa pokroić wg uznania - Zunia kapustę skroiła w paski, ogórek i rzodkiewki w plasterki, marchewkę starła na grubej tarce. Kapustę lekko posolić, ogórki nasolić i odcisnąć.
Składniki sosiku wymieszać, polać sałatkę, chwilę przegryźć. 
Takie proste, ale pycha.

sobota, 3 kwietnia 2010

Mazurkowe "Wesołe Alleluja!"


Najlepsze życzenia świąteczne składa ekipa kucharska: Marzynia, Martik i Zuzianka. 
Jak się domyślacie, wykonanie mazurka jest dziełem dziewczynek, jedynie ten nieudolny ślaczek u góry wykonałam ja, zanim Martik wyjął mi woreczko z czekuladom z drżących rąk :-)

poniedziałek, 23 listopada 2009

Bagietki a właściwie pszenne weki

2009-07-26
To miały być bagietki wg przepisu ze strony Dorotusia
(link: http://mojewypieki.blox.pl/2007/03/Bagietki-z-przepisu-Bajaderki.html )
Ponieważ jest u mnie „na służbie” Zuzianka, więc oczywiście pomagała mi w kuchni. Pani Dorotka ostrzegała, że ciasto jest rzadkie, ale nie spodziewałam się, że aż tak, więc ja nie zdołałam uformować tej lary w cienkie bagietki, tylko w małe bocheneczki. Okazało się, że rzeczywiście są pyszne, nawet lepsze po kilku godzinach niż ciepłe.
Chlebusie, które wydawały mi się mokrawe po przełamaniu na gorąco (oczywiście nerwy nie pozwoliły zaczekać do całkowitego wystygnięcia), po pary godzinach okazały się cudownie chrupiące z zewnątrz, a mięciutkie i wcale nie gąbczaste w środku.
Jeśli ktoś chciałby je upiec, proszę się nie wahać, ja do oryginalnego przepisu mogę dodać parę swoich dygresji:
1. Mąkę miałam zwykłą pszenną z Lubelli, tyle, że Zuzia mi ją starannie przesiała.













2. Drożdże suszone Oetkera sprawdziły się znakomicie – 1 opakowanie to jest akurat 2 łyżeczki.
3. Ucierałyśmy w moim nowym robocie z ruchomą miską, kupiłam na wyprzedaży na Allegro za 39,90.













4. Ciasto wyrastało w elektrycznym piekarniku; po prostu nie miałam go gdzie postawić, bo jak raz dzień był pochmurny i dość chłodny (można oszaleć, od 40-tu stopni do 14-tu, to jakiś obłęd!). Podgrzałam więc leciutko piekarnik na „góra – dół”, przykryłam ściereczką i postawiłam w środku przy uchylonych drzwiczkach. Jak płyty wystygały, to na parę sekund włączałam grzanie (50 stopni) i macałam ręką, czy się nie przegrzewa ta dolna blacha w piekarniku. Rosło chyba z 1,5 godziny, do momentu, aż podwoiło objętość.










5. Próba wyjęcia ciasta z miski zakończyła się klęską, ono miało konsystencję gęstego jogurtu, więc wygarnęłam go z miski na omączony blat (szkoda wyciągać stolnicy) i posypałam mąką. Podzieliłam na trzy nieforemne niestety części (ja nie wiem, jak inne babki to formują w bagietki) i omączonymi rękami położyłam na blaszce.









6. I tu idealnie sprawdza się MATA SILIKONOWA do pieczenia. To jest rewelacyjny „przydaś”, do niej nie przywarłby nawet butapren. Piekłam mniej więcej tak, jak jest w przepisie, tylko wodą pryskałam ze trzy razy po parę psiknięć, bo pierwsze psikania wyparowały w okamgnieniu! Uważajcie na gorąc w piekarniku, jeszcze nigdy nic nie piekłam na 250stopni, a tak się zaczyna przez 10 minut, więc trzeba się uzbroić w rękawicę ochronną przy spryskiwaniu.
7. No i warto zaczekać, aż chlebki wystygną. Akurat nasze pieczywo degustowała Mama, koleżanki Zuni, kawałek dałam Tacie, no i nie ostało się do rana…

niedziela, 22 listopada 2009

Popękane ciasteczka czekoladowe

2009-07-05
Dzisiaj dziewczynki mnie zadziwiły. CAŁKIEM SAME upiekły czekoladowe ciasteczka, których nie powstydziłaby się żadna gospodyni. Martik znalazł przepis na stronie Dorotusia:
http://mojewypieki.blox.pl/2007/10/Chocolate-Crinkles-popekane-ciasteczka-czekoladowe.html
Kiedy zobaczyłam, jak Zuzia oddziela żołtko od białka uwierzyłam, że oddanie im kuchennego berła nastąpi już niedługo...











Ciasteczka z wyglądu nie są tak doskonałe, jak oryginał p. Dorotki, ale były nie tylko spękane jak należy, ale przede wszystkim przepyszne: z wierzchu cienka skórka, w środku mocno czekoladowy puch. Najlepsze z zimnym mlekiem (jak stwierdziła hurma i czereda, ja mleka nie pijam). A na to wszystko nadjechał z Krakowa syn mojej siostry. Trzeba było słyszeć, jak zakwiczał z radości...

piątek, 20 listopada 2009

Mazurek Zuzianki


2009-04-13
W tym roku upiekłyśmy mazurek na orzechowym spodzie i na tortownicy, więc jest okrągły.

Orzechy włoskie (2 szklanki) zmieliłam w maszynce. Dodałam 2 łyżki cukru (uwaga: ten spód jest bardzo słodki, jeśli ktoś woli, to chyba można wziąć 1 łyżkę). W przepisie jest cukier kryształ, ale jednak lepiej jest dać puder, bo grubszy kryształ nieco zgrzytał w zębach. Sypkie składniki łączy się stopionym masłem (3-4 łyżki), aż powstanie plastyczna masa. Wylepić tortownicę i podpiekać 10-15 minut w ok. 170 stopniach (druga półka od dołu w piekarniku). Gdy tortownica nie jest idealnie szczelna, trzeba ją zabezpieczyć folią aluminiową od spodu. Orzechy się lekko zarumienią i cudownie zapachną w całej kuchni! Nie przejmować się, że po upieczeniu wygląda to na bardzo kruche, nie rozsypie się po odpięciu obręczy (oczywiście na drugi dzień, po zlepieniu tego masą krówkową, daje się normalnie kroić na porcje).
Masa krówkowa znajduje się w przepisie na pierwszy mazurek.
Dekoracja według uznania, jak widać, dziewczynki zrobiły to prześlicznie. A ile było oblizywania paluszków…

Mazurek z masą krówkową


Mój debiut - wtedy jeszcze na Bloggerze - to był mazurek z masą krówkową. Powstał 1 kwietnia 2009 roku i nawet się nie spodziewałam, że będzie mi się chciało pisać tak długo... A tak to wtedy leciało:
*****

W tym mazurku najważniejsze jest zdobienie, zresztą dawniej nawet nie piekłam takiego ciasta, dopiero kiedy mam kuchareczkę domową i drugą przyjezdną, to frajda dziewczynek jest warta (niewielkiego w końcu) wysiłku.
Właśnie ten  (porażające urodą zdjęcie pochodzi z 2007 roku ) dekorowała12 - letnia Martusia i - jak widać - całkiem całkiem jej to wyszło. Teraz mamy już większe doświadczenie, no i przyjedzie pomocnica Zuzianka, która ma całe 6 lat!








Spód do tego placka można robić dowolny. Robiłam i z kruchego (takiego jak na kruche ciasteczka) i z przepisu na mazurek królewski. W tym roku zrobię spód z mielonych orzechów, powinien być jeszcze lepszy, no i zużytkuję chociaż część z tony orzechów, którą obdarowała mnie Teściowa.
Ciasto I:
30 dkg mąki (ja biorą normalną, Poznańską Lubelli),
8 dkg cukru, szczypta soli,
kostka masła (schłodzić maksymalnie),
4 żółtka ugotowane (białka się przydadzą do dekoracji innych potraw świątecznych, robi się z nich fajną posypkę w patriotycznych barwach: czerwony kolor robi się wyciskając sok z buraka, ja to nawet trochę ćwikły wydusiłam),
łyżka gęstej śmietany (normalnej, 12% lub 18%, z powodzeniem może być Jasienica, byle nie to muto z Biedronki, coś jakby „Mleczna Dolina???”)

Żółtka przetrzeć przez metalowe sitko, nie radzę próbować przez gęste ani przez nylonowe, najlepsze są stare sitka z rzadkimi „oczkami”. Przecieraniem śmiało może zająć się najmłodsze, doradzam mieć jedno gotowane jajko w zapasie. Tymczasem starsze dziecko zaganiamy do siekania masła z mąką i cukrem. Techniki są trzy: albo na stolnicy siekamy nożem (mam taki wielki tasak, to właściwie jest coś jak toporek rzeźnicki, ale płaski i długi), ale wtedy ryzykujemy uszkodzenie stolnicy (lub dziecka). Spokojnie można rozcierać w palcach w misce i tak Marta to najczęściej robi, tylko trzeba się trochę śpieszyć, bo od ciepłych łapek masło się topi. Trzeci sposób to już hard, to się robi, gdy nie ma czasu, albo gdy trzeba wykonać dużą bołdę ciasta – wtedy potrzeba miski z pokrywką z otworem i miksera z trzepaczką w formie… hmmm…, jakby klateczki z 4 drutów, ja tym robię, ale już własnoręcznie.

Dopuszczenie raz dziecka do tego zaowocowało omączonym masłem na lampie. Kiedy osiągnie się coś w rodzaju kruszonki, dodać żółtka i śmietanę i zlepić ciasto (oczywiście nie wyrabiać, tylko zagnieść jako tako do kupy), gdyby się nie chciało skleić to cyknąć jeszcze trochę śmietany albo zimnej wody. Odstawić na minimum godzinę do lodówki. Blachy nie trzeba smarować, bo ciasto jest bardzo tłuste. Rozwałkowujemy go starając się jak najmniej podsypywać, oczywiście ono się rwie, ale nawet jak się wylepi blaszkę kawałkami, to i tak wyjdzie. Z części ciasta toczy się wałeczek i wykleja rancik, można też uformować go z płata i obciąć nożem nierówności. Każde ciasto kruche trzeba też ponakłuwać widelcem, żeby go nie wybuliło. Tego ciasta wystarcza na taką kwadratową blaszkę (moja ma 30x22), okrągłych mazurków nie piekę, jakoś tak mam przekonanie do prostokąta lub kwadratu, chociaż są śliczne formy w kształcie jajka czy kwiatka (może się skuszę???). Blacha jest zwykła, blaszana, nie używam silikonowych, po co, skoro stare są całkiem dobre? Piecze się go w 180-190 stopniach, bez termoobiegu (on się przydaje tylko do suszenia grzybów i sera, kolejny nieprzydatny gadżet), można śmiało zaglądać, bo kruche nie opada. Jak się zezłoci – wyjąć i wystudzić w blasze, dopiero potem delikatnie wyjąć, za pomocą przyłożonej deseczki lub sztywnej tektury z pudełka i hop! odwrócić, a potem manewr powtórzyć (uwaga, żeby się nie złamał!)
Ciasto II:
Kostkę masła ucieramy na tzw. „pianę” (to jest to stadium, kiedy ono jest miękkie i przypomina krem),
dodajemy 10 dkg cukru pudru, jeszcze chwilę mikserujemy (tymi wiertakami, jakie kto tam ma),
10 dkg posiekanych migdałów (i tu dygresja: ja je starłam w takim młynku do bakalii i nie było ich potem jakoś szczególnie czuć, chyba za drobno. Siekanie to katorga – w to można wrobić tylko „wczorajszego” męża w ramach ekspiacji. Można też zmielić w maszynce do mięsa, ale wtedy trzeba się liczyć ze stratą 2-3 deka, bo po prostu się obierze na maszynce i nie sposób tego wyciągnąć nawet piórkiem flaminga) – odtąd już mieszamy łyżką,
dalej dodajemy ciut skórki z cytryny (cytrynę wyszorować i sparzyć, trzeć na tym malusieńkim tareczku z boku, tym co do gałki muszkatołowej)
następnie 25 dkg mąki (normalna, jak jest luksusowa też może być, dobra jest też mąka „Babuni”),
3 żółtka ugotowane i przetarte,
1 surowe żółtko,
szczyptę soli.
Zarobić ciasto (klei się, ale to nic) i do lodówki.
Uwaga, jeśli w lodówce jest coś, co ma silny swój zapach (np. kiełbasa), to ciasto trzeba zawinąć w folię.
Pieczemy analogicznie jak w cieście I.
Ciasto III (najdroższe, ale za to najprostsze!)
1,5 szklanki drobno posiekanych orzechów (problem analogiczny z migdałami, chociaż orzechy kroi się łatwiej), oczywiście tych orzechów ma być półtorej szklanki po posiekaniu!
2 łyżki cukru
3 łyżki stopionego masła (broń Boże nie czegoś w stylu „masełko smarowne”, bo będzie jechać olejem).

Składniki wymieszać (łapką najlepiej, potem ją oblizać, ewentualnie dać mężowi do oblizania, jeśli ładnie pokroił orzeszki hehehe…) i wykleić tym blaszkę. Na dużą blachę trzeba wziąć półtorej porcji. Aha, jeśli jest to tortownica, to trzeba ją uszczelnić, bo tłuszcz z tego wycieka, pali się i śmierdzi w piekarniku. Jak to zrobić, znalazłam na blogu www.mojewypieki.blox.pl - na marginesie mówiąc, to cudowny blog, to rozkosz dla oczu, polecam!: folię aluminiową (lepsza jest taka gufrowana, elastyczna) nakładamy na spód od wewnątrz, zaciskamy obręcz i następnie owijamy końce folii na obręcz od zewnątrz (dokładnie ze zdjęciami pani Dorotka pokazała to w przepisie: sernik cappucino). Piec 10 minut w temperaturze ok. 160-170 stopni.
Jak placek wystygnie, można go smarować. Jeśli zależy nam na bardzo gładkiej powierzchni do dekoracji, to najpierw smarujemy jakąś marmoladą gładką, ja mam łatwiej, bo mam nieocenioną Teściową, mistrzynię przetworów, i jej smarowanka owocowe są jedyne. Jeśli nie musi być „tafli” na wierzchu, to każda konfitura czy dżem mogą być – smak według uznania, ważne jest tylko, żeby nie były za rzadkie, bo się będzie ciągnęło za masą krówkową. Bo na koniec na to idzie smarowanko w postaci masy krówkowej: puszkę mleka słodzonego skondensowanego gotuje się ok. 2,5 godziny pod wodą, na małym ogniu. Kupna masa krówkowa jest gorsza w smaku, ale też może być. Nie otwierać puszki przed wystygnięciem (groźba erupcji masy), najlepiej smarować ciepławą.
No i potem już pole do popisu dla dzieci: napisy kolorowymi pisakami czy lukrem, kwiatki lub listki (nawet prawdziwe, uważać, żeby mąż nie zjadł), dekory spożywcze (ja nie używam, są za drogie), bakalie, wiśnie z syropu no co tam kto sobie wymarzy. I koniecznie zrobić zdjęcie.