Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przetwory. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przetwory. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 3 sierpnia 2025

Ogórki "krokodylki"

 

Te ogórki - bez dwóch zdań! - są przebojem mojej spiżarni 2025. 
Bardzo kwaśne, bardzo słodkie i bardzo ostre - a w rezultacie: prze-pysz-ne! 
Wyjątkowo, tego deszczowego lata, mam największy urodzaj ogórków od początku mojego życia na wsi. Złożyło się na to kilka czynników uprawy, ale do meritum: nie wiedząc już, co zrobić z klęską urodzaju, kiedy ochwacona małosolnymi, mizeriami i zupami-kremami ogórkowymi H&C zaczynała sarkać, sięgnęłam po przepis Hajduczka, któren ten proceder krokodylkowy uprawia od lat. Link jest o tutaj (klik!). 
Gdyby ktoś nie miał mocnego octu jabłkowego, bo mnie też się wyczerpał zapas po dziesiątym słoiku, to można zrobić zalewę metodą pani Ani (klik!). Też są dobre, a miastowi degustatorzy z grillowej imprezy orzekli, że nawet lepsze, bo nie mają jakowegoś "ziołowego posmaku" (hie, hie, pewnie przyzwyczajeni do kupnych, na neutralnie kwaśnym occie spirytusowym. I tyz piknie!).
Ogórki te mają niezwykły smak. Dla osób nienawykłych do wyrazistych smaczków mogą się wydawać "przerysowane", ale kiedy kubki smakowe uporają się z bombardowaniem podniebienia, chce się sięgnąć po jeszcze jeden, i jeszcze jeden...
 Mimo, że pakując je do słoika odnosi się wrażenie, są "sflaczałe" (działanie soli i zalewy) to wcale nie: są chrupiące i jędrne. 
No i bezcenne jest to, że dziucząc przy kuchni w wilgotnym gorącu, chociaż przy tym przetworze można pominąć uprzykrzoną pasteryzację🙆
Jeśli macie ogórki już nieco większych gabarytów, to można je kroić. 
Ja, mając takie zasoby, mogłam sobie pozwolić na przerobienie małych (jak na zdjęciu), ale robiłam też ze spaślaków, i też są pyszne!
P.S. 
Proszę zobaczyć, jak mała onegdaj Zuzianka (o, np. tu widać, jak z małym jeszcze Martikiem coś pichcą same, klik!), wykorzystuje owocną praktykę u cioci Marzyni. Ona serwuje swojej Rodzince np. takie śniadanka: grzanka oliwiona, zapieczona do chrupkości, pokryta plastrami dojrzałego bio awokado, z idealnym jajkiem poszowanym na wierzchu). 
Nauka nie poszła w las💕




środa, 4 września 2024

Galaretka z aronii z rumem (i wcale nie jest gorzka!)

 

Wiem, że zdjęcie jest "niewyględne", ale my, wioskowi,przykładamy mniejszą wagę do strony wizualnej😉
Galaretka ta jest jednym z niewielu przetworów z aronii (nawiasem mówiąc: wyjątkowo dobroczynnej dla człowieka), które smakują każdemu z tzw. konsumentów, i która JEDYNA się ostała po ostrej selekcji moich aroniowych wytworów. 
Soku nikt pić nie chciał (i potem Matka-Karmicielka musiała sama spijać te hektolitry soku z zawsze plonującej aronii). Nie pomogły apele do starszej części klienteli (tiaaa, że na oczy dobra... że ciśnienie zbija...), a młodsza część jeszcze się tym nie przejmuje i przedkłada walory smakowe nad potencjalne obniżenie ciśnienia😏
Kluczowa sprawa to pozbawienie aronii chociaż części goryczki. Więc:
- najpierw trzeba przemrozić (ja trzymam w zamrażarce kilka dni),
- potem trzeba pozyskać sok tak, aby nie ekstrahować skórek i pestek.
Przemrożona aronia jest już częściowo zmiękczona, taka pomarszczona i ma naruszoną twardą skórkę. 
Uruchamiamy więc NSR (czyli Niewolniczą Siłę Roboczą - od kiedy H&C opuściła rodzinne gniazdo, jest to niestety sarkający Małżonek) i zmuszamy ją do zmiażdżenia tłuczkiem do ziemniaków lub (lepiej!) starodawną, drewnianą pałką do ucierania kremów, jagódek aronii. 
Kiedy mamy w garze zmiażdżoną pulpę, dosypujemy cukru (tak pi razy oko 70-80 dag na kilo owoców) i zostawiamy na parę godzin lub na noc, aby aronia puściła sok. 
Słodką massę podgrzewamy, aby jeszcze ten cukier wydobył resztę soku, a potem zlewamy już tylko płynny sok (wiem, wiem, reszta u mnie się marnuje, ale WYDUSZAM!).
Kiedy mamy już sok, niezbyt gorzki (a nawet prawie wcale) to działamy tak, jak z każdymi galaretkami w przetworach. 
Jedynym novum jest dodanie do tego przypraw korzennych na etapie podgrzewania (goździki, imbir w proszku, cynamon w laskach (może być i mielony), kardamon w proszku, kolendra – zresztą jakie kto chce, i ile chce do smaku... 
... oraz dobrego rumu w ilości pożądanej, po zakończeniu etapu podgrzewania– ja dałam w stosunku 1:3 (i była ciut za mocna dla kierowców), ale nie ma co też dawać w częściach śladowych, bo smak rumu tu robi robotę. 
Żelatynę (lub agar, w wersji wegańskiej) dodajemy w ilości podanej na opakowaniu (czyli ile łyżeczek na litr).
Każdy, kto się delektował tą galaretką w lodach, deserach czy (najczęściej) do herbaty - nie mógł uwierzyć, że to po prostu zwykła aronia😋 
 
 

czwartek, 10 sierpnia 2023

Smażone nóżki prawdziwków

 

Urodzaj nie ominął i naszych mało grzybnych lasów. Ludzie orzą ściółkę nosami i zadeptują nawet najgłębsze paryje, wydzierając dzikom z ryjów ostatnie sztuki. 
Bo nie wiedzą, że bladym świtem... emerytka Marzynia (co spania nie ma, bo MOŻE już spać do oporu, więc siódma rano to dla niej południe xd) już obleciała wszystkie rewiry. Bez napinki i parcia na wynik, idzie sobie cichutko, napawając się, przed nią bieży Edunio, nad nią leci motylek - i grzybki same wskakują do koszyczka😊 
Jedyne co mnie dziwi to fakt, iż prawdziwki u nas są jakieś dziwne w tym roku. Mają ogromne nóżki i malutkie czapeczki (coś jak Barbapapa w bereciku stróża)

Źródło: https://www.barbapapa.com/barbapapa-en/, berecik: mój 😆
Dlatego powstaje problem: co zrobić z tymi monstrualnymi nogami? O wyrzucaniu nie ma mowy, suszone całe i sproszkowane mam jeszcze z tamtego roku, więc pozostawało przerobienie w jakiś sprytny sposób tak, aby utrwalić ich pyszny smak na dłużej. Zainspirowałam się przepisem na pastę z nóżek grzybowych (o tutaj, bardzo fajny blog) i zrobiłam taki jakby farsz do zapiekanek, krokiecików czy po prostu do wyżerania łyżkami :-D
Jedne są na domowych skwareczkach, a drugie na maśle. Ja oczywiście wolę te na smalcu - nie wiem, co na to hepatolodzy, ale ten smak na grzankach, no pycha!!! 
Jedynym utrudnieniem jest fakt, że trzeba długo i wolniutko smażyć oraz tyndalizować przez 3 dni. Ale warto😋.
 

sobota, 1 października 2022

Domowy sok Kubuś na zimę

 

Niemal cały wrzesień spędziłam u Martika w Słowenii. Gros czasu poświęciłyśmy na "ogarnianie" jej warzywniaka. Mając jeszcze w oczach nędzne zaiste, zrodzone w suchych mękach tegorocznego lata MOJE plony, doznałam szoku. W Alpach, powyżej tysiąca (!) metrów, na dnie niewielkiej niecki, gdzie utrzymuje się trochę gleby, na podłożu przypominającym drobny koci żwirek wyrosły jarzyny, mogące stawać do konkursu "Warzywni giganci 2022". 


 Szkoda, że nie mamy zdjęć marchewki, bo ona będzie bohaterką tego wpisu, ale zapewniam - mimo, że robiłam podyplomówkę na Uniwersytecie Rolniczym i oglądałam wiele wzorcowo prowadzonych upraw, to w życiu czegoś takiego nie widziałam. I nie tylko, że ogromne! Jeszcze słodziutkie, chemią nie skażone, nie zżarte przez żadne tam połyśnice i drutowce! Skwitował to najlepiej stric Matej: "Poljska semena, slovenska zemlja...", bo rzeczywiście nasiona były z Polski. 
 
Trzeba więc było zabrać się za robotę (jak w jakimś Hortexie) i przerobić chociaż część tego bogactwa. Z drobnej części marchwi zrobiłyśmy jakieś tysiąc... (nie, no nie tysiąc, ale gdy upadłyśmy wieczorem, to takie było wrażenie) litrów domowego soku przecierowego typu Kubuś. Martik powiedział, że smak jest bardziej jak Witaminka Hortexu, ale niech już będzie Kubuś.
SKŁADNIKI:
* marchew, jabłka (rosną na tej farmie, a jakże!) i banany (dlaczego JESZCZE  tam nie rosną?!) w dowolnych proporcjach - chociaż najwięcej powinno być marchewki,
* minimalna ilość wody do rozgotowania składników,
* przegotowanej wody do rozrzedzenia wg uznania, bo zblednowany mus jest bardzo gęsty,
* sok z cytryny,
* ewentualnie łagodny w smaku miód (jeśli Kubuś ma być "bez"), albo więcej dojrzałych bananów, albo po prostu cukier do smaku. 
WYKONANIE:
 Marchewkę i jabłka obrać. Nie robiłyśmy tego dokładnie, bo Martik ma jakiś super-hiper blender, który nawet z lodu robi z powrotem wodę - chodziło bardziej o kolor. Ugotować do miękkości (jabłka osobno, rozpadły się po kilku minutach) i zmiksować razem z bananami. Jeszcze raz chwilę pogotować. Miała tam pojawić się jakaś piana do zeszumowania, ale już nam się nie chciało dziuczeć nad garami, tym bardziej, że zaszła nas nocka, a kosmiczny blender wyjąc wniebogłosy obudził nie tylko steranych domowników, ale nawet psa na polu (a tornjak Loki ma szczek!). Rozcieńczyć do pożądanej konsystencji i doprawić do smaku. Pasteryzować pół godziny (my "na sucho" w piekarniku, 100 stopni, termoobieg), aby można było otworzyć go zimą, gdy śnieg zawali jedyną górską dróżkę w dół do sklepu.
Nawet patriarchowie rodziny, którzy takich wynalazków z zasady nie pijają (bo preferują - jak to południowcy - zgoła inne trunki) powiedzieli, że bardzo dobry.  

 dopisano 07.X.
Martik przysłała zdjęcie marchewy 😂

 

piątek, 26 sierpnia 2022

Suszone żółtka


Bardzo rzadko przygotowuję coś z samych białek. Ale raz na ruski rok zdarzy się, że zostaje od czegoś (np. tortu bezowego, niekoniecznie takiego plaskacza jak tu) dużo żółtek, a miednica majonezu akurat nie jest mi potrzebna. Wtedy można zrobić takie cóś jak suszone żółteczka. Uprzedzam pytanie "ale po co?!", bo jedliśmy je - zgodnie z sugestią autorki przepisu- jako posypkę do makaronu i jako dodatek do sałatki ze świeżych warzyw. Smakują trochę jak okrutnie słony, dojrzewający ser, ale bajerek "wizualny" jest... No i nikt, kto nie zna procesu produkcji nie zgadnie, cóż to takiego (Zulajda myślała, że to żelki pomarańczowe, zwłaszcza, że moje kurki - bez żadnej tam kukurydzy! - niosą naprawdę żółciutkie jajka). 
Przepis pochodzi od Pani Ogrodnik (KLIK!) i jest opisany niezwykle dokładnie i przekonująco. Od siebie dodam, że osiemnastogodzinne piłowanie suszarką puściłoby mnie z torbami, więc suszyłam je NA KALORYFERZE. Wiem, że to brzmi jak sen wariata, ale musimy przepalać w chałupie na dole, bo przy wilgotnym upale mielibyśmy w suterenach jedną wielką szalkę Petriego z kropidlakami jak młody las. 
No i sól, w której się konserwowały oczywiście odzyskałam. Wyprażyłam ją w piekarniku i używam do gotowania ziemniaków. 
Muszę pokazać ten myk swatowej, oni tam wszystko potrafią zakonserwować w soli, ale JAJ NIE!  

czwartek, 18 sierpnia 2022

Ogórki Golden Eye i Ogórki Maharadży - czyli pożegnanie z ogórem

 

To ostatnie ogórki w tym roku. Zapowiadało się nieciekawie z powodu suszy - już byłam pewna, że moje siedem, dość słabo (aczkolwiek bardzo wcześnie) plonujących pod folią krzaczków to będzie wszystko. Ciocia, przekonana, że te posiane w terminie są skazane na zagładę (ona nie podlewa!), dosiała drugi zagonek. 
No i okazało się, że ma tony zielonego surowca i coś trzeba z nimi zrobić. 
Po wykonie wszystkich znanych mi ogóraśnych przetworów znalazłam na świetnym blogu "Ogrodnik w podróży" przepis na kanapkowy przysmak o intrygującej nazwie "Golden Eye". Od razu oczyma wyobraźni zobaczyłam, jak James kładzie sobie taki złoty plasterek na kanapkę z marmitem... Niestety, duża część ostatnich ogórków to były te przerośnięte spaślaki, więc odpadało plasterkowanie, bo nawet Buźka z Bonda udławiłby się pestkami. Nieco zmodyfikowałam więc przepis-matkę, aby wykorzystać te dobre kawałki z grubasów i powstały ogórki Maharadży (jeszcze ostrzejsze, ze świeżym chili).

SKŁADNIKI na 1 litr zalewy:
- ulubiona czysta zalewa octowa (czyli woda, ocet, sól i cukier w takich proporcjach, jakie lubimy - w oryginale zalewa jest bardzo słodka i bardzo kwaśna),
- duża cebula i 4 ząbki czosnku,
- 3 łyżeczki kurkumy, 1 łyżeczka przyprawy curry, pół łyżeczki chili,
- 2 goździki, 2 liście laurowe, 4 kulki ziela, kilka kulek pieprzu,
- dodatkowo do maharadżów po kawałku papryczki chili (bo to wkurzony radża jest👺).
WYKONANIE:
Ogórki skroić w plastry, a spaślaki w cząstki, wykrawając pestki. Wypłukać, namoczyć na 3 godziny w zimnej wodzie (nie wiem w sumie, dlaczego, ale tak było zalecone). Składniki zalewy zagotować, odłowić goździki, cebule i czosnek (pani odcedza wszystko, alem chciała zachować więcej smaku przypraw) i zalewać dość luźno ułożone w słoikach ogórki. Pasteryzować 5 minut od zagotowania. Ja pasteryzuję od razu, póki zalewa jest gorąca, bo wtedy nie trzeba startować od zimnego i warzywa nie robią się zbyt miękkie.
W poprzednich latach robiłam dość podobne kanapkowe "ogórki orientalne", ale mniej ostre i mniej aromatyczne. Czy te rzeczywiście są tak smaczne - napiszę po pierwszej degustacji, bo na razie są nieprzeżarte😜. Wyglądają jednak zacnie i wierzę sympatycznej Ogrodniczce, że warto je zrobić.
Dopisano 25 września 2022 r.:
Rzeczywiście są bardzo smaczne. Więc już z czystym sumieniem polecam, bo nawet zięciu rzekł "okusne!"
 
 

poniedziałek, 23 sierpnia 2021

Języki teściowej

Oczywiście zaraz na wstępie muszę stwierdzić, że nie są to języki MOJEJ TEŚCIOWEJ, a już zwłaszcza w takiej ostrej wersji, jaką zrobiłam ostatnio (bo z papryczką chili, która mi pierwsza dojrzała). 
Przepis jest fajny, nazwa śmiszna, a sposób zagospodarowania niezmordowanie plonującej cukinii mało znany - a przynajmniej ja nie słyszałam jeszcze o takim przepisie. Znalazłam go na stronie pani Beatki i pana Bynia o tutaj!
SKŁADNIKI (na 3 słoiki 0,5 l):
3 młode cukinie (ta żółta już taka młodziutka nie była - choć cienka - ale chciałam ją dodać dla wizualnego urozmaicenia),
tyle kawałków papryki czerwonej, ile wyjdzie nam plasterków,
6 ząbków czosnku,
natka pietruszki, kopru i lubczyku,
ziarna pieprzu, ziela angielskiego i gorczycy,
zalewa octowa z 0,5 l wody, cukru, octu i soli (ja robiłam "na czuja" - u pani Beatki jest chyba zbyt słodka, a i soli dałam mniej, bo cukinia była solona).
WYKONANIE:
Cukinię pokroić w cieniutkie plasterki. Niestety, nie mam ani krajalnicy, ani mandoliny, ani nawet brzytwy 😁, więc zmusiłam małżonka, by zrobił mi skalpel z noża i jakoś udało mi się tego dokonać zachowawszy wszystkie 10 palców. Jeśli skroimy zbyt grube plastry, to się nie zwiną, albo zwinięte na siłę złośliwie rozprostują natychmiast po wsadzeniu do słoika i rozluźnieniu chwytu (żałowałam, że nie jestem boginią Kali, bo przydałoby się ze 40 palców przy tej czynności). Aby je zwinąć i nie połamać, trzeba albo nasolić i odczekać aż zwiotczeją, albo sparzyć (ale obawiałam się, ze po pasteryzacji będzie zbyt miękka). Do środka rolki wsadzamy przycięty trójkątnie kawałek papryki jako quasi-język. Przyprawy i gałązki umieszczamy w słoikach, zalewamy gorącą zalewą i pasteryzujemy 10 minut (akurat tym razem robiłam to w kąpieli wodnej, zalawszy słoiki wrzątkiem i pod przykryciem, by jak najmniej rozgotować warzywa). Chwyciło galanto i wygląda też piekniusio. Ale Mamy na pewno tym nie poczęstuję, bo (pomijając nazwę) takiego stopnia pikantności by chyba nie zniosła. Gdy dojrzeje łagodna papryka, na pewno zrobię jeszcze raz tę pyszność i zaserwuję teściowi jako "języki synowej" 😆 

 
 
 
 

wtorek, 17 sierpnia 2021

Korniszony pełne smaku

 

He, he, nawet po zakrętce widać, że "Rolnik" (czyli Umiłowana Przywódczyni) wykonał korniszonki klasy "premium" 👏 Ogórków było bardzo mało w tym roku, bo wykończyła je zaraza (u nas na wsi się mówi, że "idzie z powietrzem"). Zaguzdrałam się w tym roku z wysadzeniem rozsady i potem z rozpaczą patrzałam, jak przepięknie zapowiadające się ogóreczki zamierają w oczach. Coś mnie jednak natchnęło, aby niemal martwą grządkę potraktować Solerem, którym ratowałam wygolone do łysa z liści buraczki Cioci (vide poprzedni wpis). Wiem, że to chemia, ale stał się mały cud - wyrosły nowe pędy, na których zawiązały się małe ogórki. Nie dały jednak rady urosnąć, ale przynajmniej zrobiłam kilka słoików malutkich konserwowych. Przepis jest dobry, polecam na przyszły rok 😋

Trzeba przygotować baldachy kopru, czosnek, chrzan, ziele angielskie, liście laurowe, pieprz w kuleczkach i gorczycę. Ile czego dać zależy od upodobań "konsumentów", no i na moc zalewy też nie ma uniwersalnego przepisu. Mnie czasami wychodziły zbyt łagodne, ale od kiedy korzystam z przepisu pani Ani (klik!) są naprawdę pyszne. Warto tam zajrzeć, bo świetnie, krok po korku jest to opisane.

I jeszcze mała uwaga - wystarczy 5 minut pasteryzacji, tym bardziej, że słoiki są niewielkie. Wtedy pozostaną chrupiące, nie pomarszczą się, a mocna zalewa i tak utrzyma je do przyszłego roku.

niedziela, 15 sierpnia 2021

Buraczki marynowane

 

Buraki w polskiej kuchni i spiżarni to klasyka, od lat je uprawiam i przerabiam. Nie spodziewałam się jednak, że w tym roku oprócz mnie, rodziny i znajomych staną się obiektem pożądania dla absolutnie nieproszonych do stołu biesiadników. Gdy szłam rano do ogrodu już z daleka widziałam przewróconą (niestety, prowizoryczną) bramkę. Złudzenia, że to może wiatr, piesy, zagubiony w lesie a głodny miastowy czy lunatykujący w nocy małżonek szybko się rozwiały. Zagonek z burakami przedstawiał obraz rozpaczliwy - wszędzie walały się warzywa w różnym stadium nadgryzienia: zeżarte niemal do cna, zeżarte do połowy, ogłowione, napoczęte, i co najgorsze - po prostu wydarte z ziemi i smętnie więdnące na zdeptanej grządce. Ślady racic nie pozostawiały wątpliwości - na moich burakach całą noc ucztowały sarny.  Nie chcieliby państwo słyszeć, jakimi epitetami uraczyłam skądinąd urocze zwierzątka. DLACZEGO?! Dlaczego mając taką obfitość pożywienia wszędzie dokoła, sarnia rodzina dokonała rzezi moich buraków?! Ja już znałam te podłoty (gdy nie mieliśmy ogrodzenia, koziołki przychodziły regularnie czyścić scypuł na moich drzewkach, mając milionpięćsetstodziewięćset drzew w lesie), ale nie przypuszczałam, że nie tylko sobie podjedzą, ale i złośliwie zniszczą cały plon. Pozbierałam, co się dało - większe przez tydzień jedliśmy w różnych barszczach, część zakisiłam w kamieniaku, a te malutkie trzeba było zamarynować. Było ich tyle, że części nie miałam już siły obrać (stąd napis na wieczku) - może w zimie będę miała więcej cierpliwości do żmudnego obierania pyrtków wielkości śliwki.
Przepis na marynowane buraczki mam wypróbowany od lat i zapewniam, że są pyszne, chociaż nieco inne w smaku od tych maminych i babcinowych. One są (tak mi się wydaje) jednocześnie i zamarynowane, i ukiszone - w każdym razie wodę można z powodzeniem wykorzystać na zupę albo wypić (zwłaszcza dzień po zakrapianej imprezie 😜)
 Buraczki wyszorować, jeśli duże - pokroić, ugotować „al dente” na parze lub w małej ilości wody (uważać, aby woda się nie wygotowała ). Mają być półtwarde. Obrać, póki ciepłe.Wodę z gotowania uzupełnić proporcjonalnie do ilości buraków i zrobić z niej zalewę: ocet jabłkowy albo winny (dolewać po troszku, aż smak zalewy będzie lekko kwaśny), sól – też dodawać małymi porcjami i „łapać smak”, cukier, liście laurowe (1 na słoik), ziele angielskie w kuleczkach (2-3 na słoik).

Powyższe składniki zalewy 2-3 minuty pogotować, aby się przeżarła. Smak zalewy ma być wyrazisty, ale łagodny: słono-słodko-kwaśny.

Na każdy słoiczek przygotować po 2-3 ząbki czosnku, kawałek chrzanu, kilka ziaren kminku, kolendry – wg uznania. Buraczki włożyć do słoików (nie upychać), zostawiając  centymetr od brzegu. Dodać czosnek, chrzan i przyprawy (liście laurowe i ziele trzeba wyłowić pojedynczo z zalewy i wsadzić do słoików, bo ZAWSZE gdy się wlewa, to wszystkie się pakują do jednego słoika). Zalać wrzącą zalewą tak, aby przykryła warzywa. Mocno dokręcić i odwrócić do góry dnem, aby chwyciły. Trzeba odczekać ze 2 tygodnie, aż się zamarynują i jednocześnie ukiszą. Przechowują się bardzo dobrze, aż do następnego lata.

P.S. Ze "źwierzyną leśną" użerają się wszyscy w naszej wsi. Jedni stawiają chałupniczo wykonane strachy (niektóre tak udatne, że wygląda to jak pokaz bieda-mody w plenerze), inni wieszają mydło w siateczkach, jeszcze inni rozrzucają włosy (!) wycyganione od fryzjera. A potem wszyscy budzą się pewnego dnia wyślizgani bez mydła wśród szyderczo ustrojonych kępkami kłaków manekinów. Bez plonów, z pozdrowieniami w postaci bobków od naszych mniejszych braci 😚



 

piątek, 6 sierpnia 2021

Kiszona cukinia

 

Przepraszam, że trochę zaniedbałam bloga, ale postaram się nadrobić zaległości (tym bardziej, że gotująca część H&C dobija się o przepisy na przetwory). Hie, hie - nie było to jak u Mamci: wystarczyło iść do piwnicy i wziąć z półki, a teraz trzeba samemu przerabiać tony warzyw i owoców. Matka jednak jest dumna, że Martik ma takie zadbane grządki i szklarnię, no i że zapał do gotowania nie ostygł, kiedy para z garów Umiłowanej Przywódczyni ulotniła się na horyzoncie :-D
Więc jadziem z tym koksem, a na początek cukinie, bo te psiajuchy zawsze plonują - czy lato suche, czy mokre, czy mroźne - to zawsze zaskakuje nas klęska ich urodzaju.
Najlepsze, co można zrobić z cukinii (wykorzystując także te spaślaki) to według mnie sos ortolana (klik!). "Śródziemnomorskie" też są pyszne i oryginalne (klik!), ale po kilku miesiącach tracą smak.  Sosy i keczupy to klasyka (ten jest bardzo dobry klik!). 
Kiszone są znakomite (bratowa stwierdziła, że lepsze niż ogórki małosolne), jednak z czasem miękną i wtedy w zimie robimy z nich zupę (jak ogórkową - klik!). Na bieżąco kisimy je w "kamieniaku" (obok stoi garnek - kamieniak z ogórkami i można sobie robić kwaśny duet :-D). Już tam Hajduczek kombinuje, jak poradzić sobie z mięknięciem kiszonych kabaczków w zimie - MUSZĘ wypróbować jej sposób (klik!). Jeśli jednak nawet tylko kilka tygodni można cieszyć się chrupkimi, delikatnymi, pysznymi kiszonkami z tego warzywa, to naprawdę warto! No i bezcenne dla jelit udręczonych np. wszelakimi nietolerancjami pokarmowymi.
Robi się je tak samo, jak ogórki. Mój sposób opisany jest bardzo dokładnie, bo na potrzeby początkującej w kwaskach Hurmy i Czeredy - tutaj
Na zdjęciu cukinie są świeżo po zalaniu, więc woda jeszcze nie zmętniała, ale po 3-4 dniach bakterie kwasu mlekowego zrobią swoje.
P.S. Dręczonym ciekawością, co to za dizajnerski plan zdjęciowy, odpowiadam: to moja kamieni kupa. Przed domem, stąd las w tle. Na szczęście oprócz bacy dało się tam posadzić i słoiki 😆  

 

sobota, 5 października 2019

Syrop z dzikiego tymianku na kaszel

Dusił mnie z lekka kaszel. Oczywiście to zlekceważyłam, zwalając na:
- kłaczek (koci, a jakże, w końcu trzy koty grasują w chałupie), 
- zakrztuszenie biszkopcikiem (nie tylko Maleństwo, stara Kangurzyca też może się zakrztusić) oraz 
- nadmiar cygarków (tę wersję utajniamy, bo Katon Starszy i Katon Młodszy, co to niby nigdy cygara w gębie nie mieli  tiaaaa, już czyhają żeby się czepić jak te uczepy trójlistkowe).
Gdy jednak zaczęło mnie chełtać i w nocy, i rano, i dobiła mnie wizja siedzenia na milionpięćsetstodziewięćsetnej konferencji i szczekania na swoich - poszłam do lekarza.
Temat: "lekarz we wioskowej przychodni" to materiał na epopeję. Może kiedyś jeszcze o tym napiszę. W każdym razie doktor stwierdził, że to ZAPALENIE OSKRZELI. No masz ci los! Mam niejakie podejrzenia, że kochany stary pan doktor jednak jest przygłuchy, bo jako żywo oskrzeli to nie miałam chorych 30 lat. A może jednak już próchienko się sypie?... 

Najlepszymi wg mnie domowymi lekarstwami na przewlekły kaszel są przetwory z tymianku. Miała rację pani z "Ogrodnika w podróży":
Syrop z melisy i tymianku , to jeden z najlepszych darów domowej apteczki . Doskonale leczy wszelkie infekcje górnych dróg oddechowych . Dzięki melisie działa kojąco i antystresowo , a do tego jest pyszny.  Doskonały jako orzeźwiający napój latem z kostką lodu i plastrem cytryny jest najlepszym drinkiem Polecam własne syropy ich wyrób jest prosty,a korzyści płynące z tych butelek są po prostu nieocenione [pisownia oryginalna].
Jak dobrze, że miałam jeszcze 2 buteleczki ego specyfiku!
SKŁADNIKI:
- ziele tymianku (rośnie u nas w obfitości, ale można też zrobić z kupnego),
- kwiat lipy (dodałam bo miałam - trzeba jednak potem siedzieć w domu, bo człek się okrutnie poci po lipie),
- listki melisy (dziko nie rośnie, ale miła sąsiadka ma jej cały łan),
- woda (tyle, by przykryła roślinki),
- cukier i miód (na litr wywaru trzeba jakieś 50-60 dkg cukru, to musi być bardzo słodkie, bo nie utrzyma się w zimie. Na bezpośrednie spożycie oczywiście można dać sam miód i w mniejszej ilości),
- szczypta/dwie kwasku cytrynowego (albo sok z cytryny).
WYKONANIE (cytuję):
Melisę i tymianek (i lipę) najlepiej zbierać wieczorem po słonecznym dniu, kiedy są pachnące i suche. Wodę wlewamy do garnka i doprowadzamy do wrzenia. Wrzątek zestawiamy z gazu, dodajemy kwasek cytrynowy i zioła. Mieszamy. Nakrywamy pokrywką i odstawiamy w chłodne miejsce na 48 godzin (ja trzymałam 24, bo miejsce nie było bardzo chłodne). Pamiętajcie żeby mieszać raz na jakiś czas. Po tym czasie odcedzamy masę zieloną, wyciskając ją dokładnie przez gazę, żeby odzyskać jak najwięcej  aromatu (odciskałam po prostu łapkami).
Wywar doprowadzamy do wrzenia, wsypujemy cukier, mieszamy aż się rozpuści i gotujemy jeszcze około 30 minut (15 minut). Po tym czasie gorący syrop rozlewamy do butelek i zakręcamy. Rozlewany na gorąco nie wymaga dodatkowej pasteryzacji. Pyszny napój lub lekarstwo, takie zdrowe dwa w jednym.
To prawda. Wąchając wywar, ostro zajeżdżający tymiankiem, myślałam, że z tą smakowitością to może przesada? A jednak syrop dodany np. do herbaty czy mineralnej jest pyszny, orzeźwiający, naprawdę w upały może gasić pragnienie. Oczywiście u mnie poszedł w buteleczki, bo wielu cherlaków czeka na Leki z Bożej Apteki.
Nawet Mamcia Marzynia :-D

niedziela, 29 września 2019

Pieczone powidła śliwkowe

Buszując przed laty po blogu Pieguska natrafiłam na przepis na powidła śliwkowe PIECZONE. I napłynęły wspomnienia o prababci Mistakowej - jej rondlach i kamiennych garach pełnych powideł z jabłek i śliwek zapieczonych w bradrurze, z taką twardą skórką na wierzchu (najlepsiejszą!), które bez żadnego wekowania trzymały się całą zimę.  Nie odważyłam się jednak na takie ich przechowywanie, ale spróbowałam, jak wyjdą tym sposobem. I zaręczam - to najlepsza receptura na przerobienie węgierek: o wiele mniej pracy (bo odpada sterczenie i mieszanie w rondlu) i smak niepowtarzalny, taki właśnie z babcinej "kumory".
Przepis jest banalnie prosty: śliwki, ewentualnie cukier i korzenne przyprawy do smaku. Jeśli owoce są takie, jak te ze starego szczepu węgierki z Żurowej (dzięki, kochana Stasiu!)  to nie trzeba cukru - powstają gęste, naturalnie słodkie, jakby lekko przydymione powidła, które się wyżera łyżeczką wprost ze słoika. No a pierniki świąteczne z nimi to już poezja smaku...
Pigusek swoje prażył aż w 200 stopniach, ja nastawiłam piekarnik na 150 stopni, góra i dół. Z niektórych soczystych śliwek trzeba odlać nadmiar soku, bo jednak piekarnik ciągnie dużo prądu i zbyt długo trwałoby odparowanie (no chyba, że pasuje nam luźniejsza konsystencja). Ja piekę w dwóch naczyniach naraz; miesza się początkowo dość rzadko, potem nieco częściej, zgarniając przypieczoną warstwę z dna i boków. Najlepsza jest żeliwna gęsiarka, ale piekłam także w szklanym i ceramicznym. 
Kiedy są już wystarczająco geste (jak widać na zdjęciu moje są gęste - mimo ubijania łyżką pozostały puste przestrzenie) ładujemy do słoików i albo pasteryzujemy dla pewności, albo zamykamy "na spirytus" jak ja.
Parę słoiczków zrobiłam z niedrylowanych śliwek - wg mnie smak jeszcze lepszy, ale potem trzeba przetrzeć przez durszlak (tu przydaje się NSR* w postaci potomstwa, zaszantażowanego niedopuszczeniem do późniejszej konsumpcji :-D) 
* Niewolnicza Siła Robocza

czwartek, 15 sierpnia 2019

Sos z cukinii, pomidorów i bazylii do pizzy, ryżu, makaronu

To kolejna propozycja z cyklu: "Co zrobić z cukinii na zimę?" Jest to smakowita propozycja :-) 
Już dawno mam za sobą etapy cukinii marynowanej (odpadła w pierwszym starciu wiele lat temu), różnych sałatek octowych z jej dodatkiem (odstawione do lamusa w drugim starciu), a nawet kiszona została zdetronizowana. Królową jest ta w sosie Ortolana, potem grillowana w sałatce śródziemnomorskiej i w końcu ta w postaci pysznych sosów. 
Zaletą tego sosu jest to, że jest mało octowy. Robię także keczup z cukinii, ale on już jest bardziej zakonserwowany octem (tym moim z siedmiu ziół, który jest bardzo mocny, a mimo to zachowuje niezwykły aromat). Dlatego powyższy sosik wymaga długiej pasteryzacji, co jest ewenementem w mojej kuchni - tylko sałatkę rydzową i mięso w słoiku jeszcze mocniej pasteryzuję. Warto jednak nawet podwójnie ją gotować w słoikach, bo ma wtedy wiele walorów świeżo zrobionego "musu", bez dominującej nuty kwasowości i nie zepsuje nawet w ciepłej piwnicy. No i w tym przetworze można wykorzystać spaślaki, zawsze czające się złośliwie w gąszczu cukiniowych liści :-D
SKŁADNIKI:
cukinia,
pomidory (fajnie, jak się ma już swoje, ale zawsze można się posiłkować Bio-passatą np. z Biedry),
cebula, 
czosnek,
dobry ocet,
sól, cukier, pieprz, papryka w proszku,
bazylia*
oliwa z oliwek lub dobry olej.
WYKONANIE:
Kabaczki obrać ze skórki, wydrążyć gniazda nasienne razem z tą gąbką, zetrzeć na grubej tarce. Takoż postąpić z cebulą, którą dodać do cukinii. Porządnie nasolić i zostawić, aż puści sok. Dobrze odcisnąć, wrzucić na rozgrzany w rondlu o grubym dnie tłuszcz. Mieszając przesmażyć, aż massa zrobi się szklista. Pomidory sparzyć, zdjąć skórkę, odcisnąć z pestek, pokroić, i dodać do duszącej się pulpy. Puszczą dużo soku i warzywa zdążą zmięknąć a nawet rozgotować się (podobnie będzie, gdy dodamy passaty). Ilość pomidorów czy przecieru wg uznania, gdyby wydawało nam się zbyt mało pomidorowe, trzeba poratować się koncentratem - to nie grzech ;-) Pod koniec duszenia wcisnąć czosnek, a tuż przed pasteryzacją - bazylię. Doprawić do smaku cukrem, octem, pieprzem, papryką. 
Pakować do słoików różnej wielkości i pasteryzować - ja na sucho, w temperaturze 100 stopni z termoobiegiem (jest wyższa niż wskazuje termometr, termoobieg tak ma). Trzeba czaić, kiedy zawrze - dlatego te mniejsze słoiczki stawiam bliżej drzwiczek, bo nie jara ich tak grzałka z termo, no i szybciej się gotują z racji rozmiaru. Kiedy zaczynają bulkać (nieraz trwa to z 15-20 minut) "piekę" je jeszcze z 15 minut. Czasami zawartość tak buzuje, że wycieka przez pokrywkę - warto podłożyć folię alu, bo czyszczenie blachy nie jest miłe. Nie wiem, jak to się dzieje, ale te, które "popuściły" przeważnie trzymają się jeszcze lepiej - taki słoik właśnie jest na zdjęciu. Tak go spiekło, że zassało na amen i pogięło pokrywkę.
Wczoraj robiłam pizzę z tym sosem - to super sprawa: odpalasz słoik, połowę smarujesz na placek pod składniki, a resztę mieszasz np. z jogurtem czy majonezem i można zapomnieć o kupnych keczupach (zawartość cukru jest w nich porażająca!)
I tylko jedno mię dręczy... sny, że znowu mieszam w garze z cukinią...
* bazylia z grządki - to jakaś inna bajka! Ludzie, którzy znają ją tylko z doniczki w supermarkecie niech wiedzą, że człowiek, który wyhodował sobie swoją NIGDY  już takiej nie kupi (no chyba, że najdzie go w styczniu...). Bazylia z zagonka jest mniejsza, jakaś bardziej szurpata, ma twardsze liście -  a jednocześnie taki aromat, że te perfumowane się nie umywają! To jak wanilia i cukier wanilinowy :-)

 

 

środa, 7 sierpnia 2019

Sos ortolana na zimę - najsmaczniejszy pomysł na cukinię!

Mogę stwierdzić z całą pewnością, że jest to najsmaczniejszy sos warzywny, jaki kiedykolwiek wytworzyłam. A pamiętajcie, że Wataha Jarzębiaka jest mięsożerna i skoro oni to potwierdzili, to znaczy się: dobry jest :-D
Poza walorami smakowymi (ach, te chrupkie warzywa w lekko pikantnym, gęstym sosie!) ma dwie zalety: można go zakonserwować na zimę i pozwala wykorzystać cukinie, które ZAWSZE plonują i ZAWSZE przychodzi bolesny moment, kiedy już nawet kury nie chcą ich jeść... A że nie znoszę marnowania jedzenia, więc dwa razy przeczytałam Internet i znalazłam przepis - ojca, którego syna wam podaję (myślę, że jest jeszcze lepszy).
SKŁADNIKI:
4 duże cebule,
2 cukinie spaślaki (zawsze się takie uchowają, żeby nawet 2 razy dziennie zbierać te młode),
3-4 małe, bez gąbki w środku (lub kilka tych żółtych, które zrywam już w stadium parówek i kroję w plasterki),
litr passaty (najlepsza domowa, ale gdy nie miałam jeszcze pomidorów robiłam z kupnej, a raz dodałam koncentrat i też było smacznie),
pół kilo marchewki,
duży seler (moim zdaniem powinien być, doskonale podkręca smak),
2-3 kalarepy, albo (no bo już nie mam swojej) papryki opieczone i obrane ze skórki, albo pokrojona w małe ciuczki szparagówka, albo młody groszek - no po prostu co kto ma ochotę tam wsadzić,
dużo czosnku,
natka pietruszki lub bazylia,
można dać chili w strączkach, 
przyprawy: słodka i ostra papryka, pieprz, oregano, zioła prowansalskie, liście laurowe, ziele angielskie, rozmaryn - wg uznania,
cukier i sól,
ocet domowy (u mnie ziołowy) albo balsamiczny albo winny,
oliwa.
WYKONANIE:
Cebule i 2/3 czosnku pokroić. W dużym rondlu o grubym dnie rozgrzać tyle oliwy, żeby dobrze przykryła dno.  Zeszklić czosnek i cebulę wraz z tymi "twardymi i suchymi" przyprawami (bo one potrzebują dłuższej obróbki cieplnej). Odcedzić (uwaga Zuzia: nie na plastikowym sitku!). Oliwę wlać z powrotem do rondla. Na dużym ogniu obsmażyć pokrojonego w kostkę selera (nie rumienić. I nie spalić oliwy!), odcedzić, lekko posolić i przemieszać, a potem po kolei potraktować tak wszystkie twarde warzywa.  Młodą cukinię smażyć dosłownie chwileczkę, niech tylko straci smak surowizny. Jeśli mamy pieczoną paprykę - nie obsmażać, bo się nam potem rozlezie przy pasteryzacji. Wszystkie warzywa możemy wrzucać do jednej miski, z wyjątkiem tej cebuli z czosnkiem (bo ona jeszcze będzie duszona z cukinią).
No wiem, jest z tym troszkie certolenia, ale obadałam, że wtedy warzywa pozostają chrupiące w gotowym sosie.
Duże cukinie zetrzeć na tarce o grubych oczkach, posolić, po chwili lekko odcisnąć i wrzucić na wciąż tę samą oliwę (dzięki takiemu mykowi sos nie jest tłusty). Dodać cebulę i dusić, aż cukinia będzie miękka. Wyłowić liście laurowe i kulki ziela (oczywiście nie musi się tego robić, ale sarkają potem, psiajuchy! przy poławianiu z gorącej brei łatwiej jest, gdy się zapamięta ile się tego dało; kulki ziela dawać te największe, gdy spęcznieją to łatwo je wygrzebać). Następnie dodać pomidory, doprawić octem, cukrem, papryką, pieprzem, ewentualnie solą i niech sobie pyrka, aż będzie gęsty. Kto chce, może go zmiksować (ja nie chciałam). 
W tzw. międzyczasie umyć słoiki i wyprażyć je w piekarniku (razem z nakrętkami, ale te wyjąć wcześniej, bo gumowanie pójdzie) na termoobiegu 90 stopni. Więcej nie trzeba, bo termoobieg i tak ma wyższą temperaturę, niż się nastawi. Chodzi o to, że gdy będziemy pakować sos do słoiczków to i one powinny być gorące, i piekarnik nagrzany.
Do wrzącej massy cukiniowo-pomidorowej wrzucić warzywa, zieleninę i wcisnąć resztę czosnku (tamten pierwszy i tak już jest kremem dla niemowląt). "Uchycić" pożądany smak i ostrość.
Słoiki wyjąć z piekarnika (Jessu, dziewczynki uważajcie! nie róbcie tego w kuchennych pikowanych łapkach, przypominających te rękawice dzieci kołchoźników z ruskich kreskówek; polecam ogrodnicze z grubej bawełny, pięciopalczaste) i szybko, małą chocheleczką, przez szeroki lejek napełniać sosem. Dobrze zakręcić i od razu siup do piekarnika. Pasteryzować na sucho, aż zawartość zawrze w słoikach. Pozostawić w wyłączonym, otwartym piekarniku do wystygnięcia. 
Taki sosik jest wspaniały do ryżu, makaronu, na pizzę, do mięs, a nawet pożerany solo z białą bułeczką :-)

P.S. Na górnym zdjęciu jest sos z kalarepą i natką pietruszki, a na dolnym z plastrami żółtej cukinii i pieczoną papryką (oprócz marchewki i selera, ma się rozumieć :-))
 

piątek, 26 lipca 2019

Frużelina wiśniowa

Robienie soków metodą babcinową (klik!) ma tę zaletę, że zostają wspaniałe owoce, które można przerobić na co się chce (w sensie kulinarnym, nie makgajwerowskim :-D)
Moje wiśnie zostały frużeliną: w galaretko - kisielu zanurzone są niemal całe soczyste owoce. Jak pisze nieoceniona Dorotuś z "Moich Wypieków" (cyt.): Frużelina - owoce w żelu. Wyglądem przypomina kisiel, jest jednak bardziej błyszcząca (dzięki żelatynie), a konsystencją jest zbliżona do lekko tężejącej galaretki. Doskonały dodatek do każdego deseru - lodów, panna cotty, gofrów, naleśników, serników... można tak długo wymieniać :-). Na blogu często wykorzystuję ją do tortów, a krem z jej dodatkiem jest najlepszym owocowym kremem do babeczek!
Ja już widzę H&C, jak pchają do paszcz te babeczki... 
SKŁADNIKI:
owoce odcedzone z soku Babci Myszki (w oryginale świeże lub mrożone),
1 łyżeczka żelatyny na każde 50 dkg owoców (mniej o połowę niż u Dorotki, bo jest mało soku),
1 łyżeczka mąki ziemniaczanej, rozbełtanej w łyżce zimnej wody, na każde 50 dkg owoców,
ew. sok z cytryny do smaku.
WYKONANIE:
Do wiśni wlać mąkę, zagotować. Dodać rozpuszczoną w minimalnej ilości wody żelatynę, mieszać do jej rozpuszczenia (już nie gotować). Taką niemal wrzącą pakować do słoiczków, mocno zakręcić, pasteryzować 15 - 20 minut.
Gdyby po zastygnięciu wydawała się nam zbyt gęsta - wystarczy dodać troszkę gorącej wody i wymieszać (gdy chcemy np. polać lody). Ale do kremów do ciast dobra jest taka bardziej sztywna.  

poniedziałek, 15 lipca 2019

Sok wiśniowy, malinowy i porzeczkowy Babci Myszki oraz co zrobić z owocami po soku

Soki robione metodą Babci Myszki (BB nie robiła soków za mojej pamięci) są najlepsze. Tajemnica ich cudownego smaku polega na tym, że nie są robione w sokowniku, tylko metodą wyekstrahowania (??) soku z owoców cukrem.  Tu oczywiście ktoś może się obruszyć, że tyle cukru to pewna śmierć w męczarniach, ale jeśli nie pożera się cukru w kupnych słodyczach czy napojach, to słodzenie herbatki czy wody takim rarytasem jest warte odejścia od ortodoksji :-D
SKŁADNIKI:
na kilo owoców po wydrylowaniu - kilo cukru (nie, nie miodu ani ksylitolu ani czegóś tam),
pół łyżeczki kwasku cytrynowego (może być sok z cytryny, ale kwasek dodatkowo konserwuje i lepiej utrwala kolor).
WYKONANIE:
Wiśnie wydrylować (najlepsze jest szydełko, ale wsuwka do włosów tez daje radę). Najlepiej robić to na polu pod szczepem, bo obsikanie CAŁEJ kuchni pewne. Zważyć sobie te wisienki i odmierzyć cukier. W dużym słoju wsypywać warstwami: owoce - cukier. na wierzch nawalić czapę z cukru. Obwiązać gazą, przykryć talerzykiem i postawić na oknie (nie wiem, czemu na oknie, ale babcia tak robiła i tak ma być!). 
Po mniej więcej tygodniu wiśnie puszczą dużo soku, więc odcedzamy przez druszlak (durszlak). Sok zagotowujemy krótko i przelewamy do wyparzonych buteleczek czy słoiczków; te, którym nie zassały zakrętki można spasteryzować na sucho lub mokro (ja tego nie robię). Z owoców robimy dżem, konfiturę czy frużelinę, bo są nadal soczyste i niezmiernie pyszne!
dodano 17 lipca:
Taką samą metodą można robić sok chyba z każdych owoców (no, może z wyjątkiem tych bardzo twardych). Wartością dodaną jest ten dżemik czy konfiturka. Tylko maliny trzeba przetrzeć przez sito po odcedzeniu soku, bo zostaje mnóstwo pesteczek. Można także przetrzeć porzeczki - powstaje gęsty mus do lodów i deserów... a z wiśni frużelina (w osobnym poście).
sok malinowy
konfitura z czarnej porzeczki, wspaniała do mazurków pod kajmak, masę krówkową czy czekoladę

Tarte kiszone ogórki na zupę (na zimę)

Nawet najbardziej skrzętnemu ogrodnikowi trafiają się ogórkowe potwory. Zawsze jakieś spaślaki zakamuflują się pod liśćmi i odkrywszy je nie bardzo wiadomo, co z nimi zrobić. Ale jest fajny sposób, bardzo praktyczny w zimie, gdy trzeba szybko ugotować zupę. Technika kiszenia jest dokładnie taka sama, jak przy całych ogórkach (klik!), jedynie wstępna obróbka pochłania więcej czasu. No ale na wakacjach...  z pomagierami pod ręką... warto!
Robiłam w dwóch wersjach: obierane ze skórki i tarte ze skórką. Jednak w tych "ze" przeszkadzało mi, że twarda, więc wpadłam na salomonowe wyjście: ogórki starte bez skóry, ale za to dodaję ją do słoika (lepiej się kiszą). Wygrzebać obierki, koper, czosnek i chrzan to potem już żaden problem.
I kolejny pomysł na zdrowe kiszonki dla naszych jelitowców zrealizowany :-) 

poniedziałek, 8 lipca 2019

Śródziemnomorska grillowana cukinia na zimę

Ten bardzo dobry przepis znalazłam na blogu "Ogrodnik w podróży" i ciut go zmodyfikowałam (klik!) Jest tam dokładnie opisany i zilustrowany proces wytwarzania tego "lata w Toskanii w słoiczku". Moje zdjęcie jest tragiczne wręcz, ale obiecałam koleżance, że wrzucę tę sałatkę, a gdy jest tyle roboty, to nie ma czasu się certolić z sesjami foto :-D 
Warto skorzystać z tego pomysłu, zwłaszcza, gdy cukinie już się proszą o przerób, a nie przepadamy za tradycyjnie marynowanymi.
SKŁADNIKI:  
5-6 małych cukinii,
1 główka czosnku,
2 łyżki suszonych pomidorów (warto mieć swoje),
2 łyżki zielonych oliwek bez pestek,
4 młode cebule,
pęczek świeżej bazylii (razem z łodygami),
świeże (lub suszone) zioła - pasuje oregano i rozmaryn,
olej do smażenia,
sól, pieprz
NA ZALEWĘ: 
4 szklanki wody,
4 łyżki octu balsamicznego,
3 łyżki miodu,
1/2 łyżeczki chilli,
1 łyżka soli.
WYKONANIE:
Cukinię trzeba pokroić (ze skórką) w plastry troszkę grubsze niż ogórka na mizerię. Na patelni grillowej (albo jak u mnie żeliwnej) smarowanej pędzelkiem olejem/oliwą do smażenia zrumienić te plasterki, a potem cebulę (już wrzuciłam byle jak, bo zabawa z odwracaniem cukinii mnie znużyła). Smażyłam na dość dużym ogniu, bo chciałam, aby pozostały jak najbardziej twarde (potem przecież pasteryzacja). W misce wymieszać warzywa z pozostałymi składnikami i dopóki gorące pakować do słoików i pasteryzować 20 minut (ja w piekarniku, "na sucho").
Gdy po tygodniu otworzyłam z ciekawości jeden słoiczek zjedliśmy po prostu z chlebem, taka jest dobra!



środa, 3 lipca 2019

Ocet z kwiatów bzu czarnego

Proces wytwarzania tego octu jest dokładnie taki sam, jak z mniszka lekarskiego (o tu klik!).
Ten jest najlepszy, jaki piłam - cudownie pachnie kwiatem bzu!  Chyba najpiękniejszy hymn pochwalny na jego cześć napisała pani Magdalena z bloga "Lepsze życie", naprawdę warto przeczytać, bo panegiryk nie jest przesadzony nic a nic (tutaj link).
Widać, że mój jeszcze bąbelkuje, bo wydawał mi się zbyt słaby po zlaniu (stał 4 tygodnie, dopóki kwiaty nie opadły), więc dodałam 3 duże łyżki miodu i nadal pracuje. Starterem był ocet z mniszka, bo jabłkowy już się skończył.
Moje octy robią się na okrągło - jeden napędza drugi. Bio-perpetuum mobile :-) Następny w kolejce jest ten z siedmiu ziół, pojawi się na blogu niebawem, bo już jest "opadnięty".
P.S. Gdy niosłam go do ogrodu na sesję, pan Ździchu (który stawia u nas garaż) zakrzyknął "Dawej tu!", ale Wujo go uświadomił, że Marzyna nie robi bimberku, ino ocet, nie wiedzieć po co :-D