niedziela, 3 sierpnia 2025
Ogórki "krokodylki"
środa, 4 września 2024
Galaretka z aronii z rumem (i wcale nie jest gorzka!)
czwartek, 10 sierpnia 2023
Smażone nóżki prawdziwków
sobota, 1 października 2022
Domowy sok Kubuś na zimę
Niemal cały wrzesień spędziłam u Martika w Słowenii. Gros czasu poświęciłyśmy na "ogarnianie" jej warzywniaka. Mając jeszcze w oczach nędzne zaiste, zrodzone w suchych mękach tegorocznego lata MOJE plony, doznałam szoku. W Alpach, powyżej tysiąca (!) metrów, na dnie niewielkiej niecki, gdzie utrzymuje się trochę gleby, na podłożu przypominającym drobny koci żwirek wyrosły jarzyny, mogące stawać do konkursu "Warzywni giganci 2022".
piątek, 26 sierpnia 2022
Suszone żółtka
czwartek, 18 sierpnia 2022
Ogórki Golden Eye i Ogórki Maharadży - czyli pożegnanie z ogórem
poniedziałek, 23 sierpnia 2021
Języki teściowej
wtorek, 17 sierpnia 2021
Korniszony pełne smaku
He, he, nawet po zakrętce widać, że "Rolnik" (czyli Umiłowana Przywódczyni) wykonał korniszonki klasy "premium" 👏 Ogórków było bardzo mało w tym roku, bo wykończyła je zaraza (u nas na wsi się mówi, że "idzie z powietrzem"). Zaguzdrałam się w tym roku z wysadzeniem rozsady i potem z rozpaczą patrzałam, jak przepięknie zapowiadające się ogóreczki zamierają w oczach. Coś mnie jednak natchnęło, aby niemal martwą grządkę potraktować Solerem, którym ratowałam wygolone do łysa z liści buraczki Cioci (vide poprzedni wpis). Wiem, że to chemia, ale stał się mały cud - wyrosły nowe pędy, na których zawiązały się małe ogórki. Nie dały jednak rady urosnąć, ale przynajmniej zrobiłam kilka słoików malutkich konserwowych. Przepis jest dobry, polecam na przyszły rok 😋
Trzeba przygotować baldachy kopru, czosnek, chrzan, ziele angielskie, liście laurowe, pieprz w kuleczkach i gorczycę. Ile czego dać zależy od upodobań "konsumentów", no i na moc zalewy też nie ma uniwersalnego przepisu. Mnie czasami wychodziły zbyt łagodne, ale od kiedy korzystam z przepisu pani Ani (klik!) są naprawdę pyszne. Warto tam zajrzeć, bo świetnie, krok po korku jest to opisane.
I jeszcze mała uwaga - wystarczy 5 minut pasteryzacji, tym bardziej, że słoiki są niewielkie. Wtedy pozostaną chrupiące, nie pomarszczą się, a mocna zalewa i tak utrzyma je do przyszłego roku.
niedziela, 15 sierpnia 2021
Buraczki marynowane
Powyższe składniki zalewy 2-3 minuty pogotować, aby się przeżarła. Smak zalewy ma być wyrazisty, ale łagodny: słono-słodko-kwaśny.
Na każdy słoiczek przygotować po 2-3 ząbki czosnku, kawałek chrzanu, kilka ziaren kminku, kolendry – wg uznania. Buraczki włożyć do słoików (nie upychać), zostawiając centymetr od brzegu. Dodać czosnek, chrzan i przyprawy (liście laurowe i ziele trzeba wyłowić pojedynczo z zalewy i wsadzić do słoików, bo ZAWSZE gdy się wlewa, to wszystkie się pakują do jednego słoika). Zalać wrzącą zalewą tak, aby przykryła warzywa. Mocno dokręcić i odwrócić do góry dnem, aby chwyciły. Trzeba odczekać ze 2 tygodnie, aż się zamarynują i jednocześnie ukiszą. Przechowują się bardzo dobrze, aż do następnego lata.
P.S. Ze "źwierzyną leśną" użerają się wszyscy w naszej wsi. Jedni stawiają chałupniczo wykonane strachy (niektóre tak udatne, że wygląda to jak pokaz bieda-mody w plenerze), inni wieszają mydło w siateczkach, jeszcze inni rozrzucają włosy (!) wycyganione od fryzjera. A potem wszyscy budzą się pewnego dnia wyślizgani bez mydła wśród szyderczo ustrojonych kępkami kłaków manekinów. Bez plonów, z pozdrowieniami w postaci bobków od naszych mniejszych braci 😚
piątek, 6 sierpnia 2021
Kiszona cukinia
sobota, 5 października 2019
Syrop z dzikiego tymianku na kaszel
- kłaczek (koci, a jakże, w końcu trzy koty grasują w chałupie),
- zakrztuszenie biszkopcikiem (nie tylko Maleństwo, stara Kangurzyca też może się zakrztusić) oraz
- nadmiar cygarków (tę wersję utajniamy, bo Katon Starszy i Katon Młodszy, co to niby nigdy cygara w gębie nie mieli tiaaaa, już czyhają żeby się czepić jak te uczepy trójlistkowe).
Gdy jednak zaczęło mnie chełtać i w nocy, i rano, i dobiła mnie wizja siedzenia na milionpięćsetstodziewięćsetnej konferencji i szczekania na swoich - poszłam do lekarza.
Temat: "lekarz we wioskowej przychodni" to materiał na epopeję. Może kiedyś jeszcze o tym napiszę. W każdym razie doktor stwierdził, że to ZAPALENIE OSKRZELI. No masz ci los! Mam niejakie podejrzenia, że kochany stary pan doktor jednak jest przygłuchy, bo jako żywo oskrzeli to nie miałam chorych 30 lat. A może jednak już próchienko się sypie?...
Najlepszymi wg mnie domowymi lekarstwami na przewlekły kaszel są przetwory z tymianku. Miała rację pani z "Ogrodnika w podróży":
Syrop z melisy i tymianku , to jeden z najlepszych darów domowej apteczki . Doskonale leczy wszelkie infekcje górnych dróg oddechowych . Dzięki melisie działa kojąco i antystresowo , a do tego jest pyszny. Doskonały jako orzeźwiający napój latem z kostką lodu i plastrem cytryny jest najlepszym drinkiem Polecam własne syropy ich wyrób jest prosty,a korzyści płynące z tych butelek są po prostu nieocenione [pisownia oryginalna].
Jak dobrze, że miałam jeszcze 2 buteleczki ego specyfiku!
SKŁADNIKI:
- ziele tymianku (rośnie u nas w obfitości, ale można też zrobić z kupnego),
- kwiat lipy (dodałam bo miałam - trzeba jednak potem siedzieć w domu, bo człek się okrutnie poci po lipie),
- listki melisy (dziko nie rośnie, ale miła sąsiadka ma jej cały łan),
- woda (tyle, by przykryła roślinki),
- cukier i miód (na litr wywaru trzeba jakieś 50-60 dkg cukru, to musi być bardzo słodkie, bo nie utrzyma się w zimie. Na bezpośrednie spożycie oczywiście można dać sam miód i w mniejszej ilości),
- szczypta/dwie kwasku cytrynowego (albo sok z cytryny).
WYKONANIE (cytuję):
Melisę i tymianek (i lipę) najlepiej zbierać wieczorem po słonecznym dniu, kiedy są pachnące i suche. Wodę wlewamy do garnka i doprowadzamy do wrzenia. Wrzątek zestawiamy z gazu, dodajemy kwasek cytrynowy i zioła. Mieszamy. Nakrywamy pokrywką i odstawiamy w chłodne miejsce na 48 godzin (ja trzymałam 24, bo miejsce nie było bardzo chłodne). Pamiętajcie żeby mieszać raz na jakiś czas. Po tym czasie odcedzamy masę zieloną, wyciskając ją dokładnie przez gazę, żeby odzyskać jak najwięcej aromatu (odciskałam po prostu łapkami).
Wywar doprowadzamy do wrzenia, wsypujemy cukier, mieszamy aż się rozpuści i gotujemy jeszcze około 30 minut (15 minut). Po tym czasie gorący syrop rozlewamy do butelek i zakręcamy. Rozlewany na gorąco nie wymaga dodatkowej pasteryzacji. Pyszny napój lub lekarstwo, takie zdrowe dwa w jednym.
To prawda. Wąchając wywar, ostro zajeżdżający tymiankiem, myślałam, że z tą smakowitością to może przesada? A jednak syrop dodany np. do herbaty czy mineralnej jest pyszny, orzeźwiający, naprawdę w upały może gasić pragnienie. Oczywiście u mnie poszedł w buteleczki, bo wielu cherlaków czeka na Leki z Bożej Apteki.
Nawet Mamcia Marzynia :-D
niedziela, 29 września 2019
Pieczone powidła śliwkowe
Przepis jest banalnie prosty: śliwki, ewentualnie cukier i korzenne przyprawy do smaku. Jeśli owoce są takie, jak te ze starego szczepu węgierki z Żurowej (dzięki, kochana Stasiu!) to nie trzeba cukru - powstają gęste, naturalnie słodkie, jakby lekko przydymione powidła, które się wyżera łyżeczką wprost ze słoika. No a pierniki świąteczne z nimi to już poezja smaku...
Pigusek swoje prażył aż w 200 stopniach, ja nastawiłam piekarnik na 150 stopni, góra i dół. Z niektórych soczystych śliwek trzeba odlać nadmiar soku, bo jednak piekarnik ciągnie dużo prądu i zbyt długo trwałoby odparowanie (no chyba, że pasuje nam luźniejsza konsystencja). Ja piekę w dwóch naczyniach naraz; miesza się początkowo dość rzadko, potem nieco częściej, zgarniając przypieczoną warstwę z dna i boków. Najlepsza jest żeliwna gęsiarka, ale piekłam także w szklanym i ceramicznym.
Kiedy są już wystarczająco geste (jak widać na zdjęciu moje są gęste - mimo ubijania łyżką pozostały puste przestrzenie) ładujemy do słoików i albo pasteryzujemy dla pewności, albo zamykamy "na spirytus" jak ja.
Parę słoiczków zrobiłam z niedrylowanych śliwek - wg mnie smak jeszcze lepszy, ale potem trzeba przetrzeć przez durszlak (tu przydaje się NSR* w postaci potomstwa, zaszantażowanego niedopuszczeniem do późniejszej konsumpcji :-D)
* Niewolnicza Siła Robocza
czwartek, 15 sierpnia 2019
Sos z cukinii, pomidorów i bazylii do pizzy, ryżu, makaronu
Już dawno mam za sobą etapy cukinii marynowanej (odpadła w pierwszym starciu wiele lat temu), różnych sałatek octowych z jej dodatkiem (odstawione do lamusa w drugim starciu), a nawet kiszona została zdetronizowana. Królową jest ta w sosie Ortolana, potem grillowana w sałatce śródziemnomorskiej i w końcu ta w postaci pysznych sosów.
Zaletą tego sosu jest to, że jest mało octowy. Robię także keczup z cukinii, ale on już jest bardziej zakonserwowany octem (tym moim z siedmiu ziół, który jest bardzo mocny, a mimo to zachowuje niezwykły aromat). Dlatego powyższy sosik wymaga długiej pasteryzacji, co jest ewenementem w mojej kuchni - tylko sałatkę rydzową i mięso w słoiku jeszcze mocniej pasteryzuję. Warto jednak nawet podwójnie ją gotować w słoikach, bo ma wtedy wiele walorów świeżo zrobionego "musu", bez dominującej nuty kwasowości i nie zepsuje nawet w ciepłej piwnicy. No i w tym przetworze można wykorzystać spaślaki, zawsze czające się złośliwie w gąszczu cukiniowych liści :-D
SKŁADNIKI:
cukinia,
pomidory (fajnie, jak się ma już swoje, ale zawsze można się posiłkować Bio-passatą np. z Biedry),
cebula,
czosnek,
dobry ocet,
sól, cukier, pieprz, papryka w proszku,
bazylia*
oliwa z oliwek lub dobry olej.
WYKONANIE:
Kabaczki obrać ze skórki, wydrążyć gniazda nasienne razem z tą gąbką, zetrzeć na grubej tarce. Takoż postąpić z cebulą, którą dodać do cukinii. Porządnie nasolić i zostawić, aż puści sok. Dobrze odcisnąć, wrzucić na rozgrzany w rondlu o grubym dnie tłuszcz. Mieszając przesmażyć, aż massa zrobi się szklista. Pomidory sparzyć, zdjąć skórkę, odcisnąć z pestek, pokroić, i dodać do duszącej się pulpy. Puszczą dużo soku i warzywa zdążą zmięknąć a nawet rozgotować się (podobnie będzie, gdy dodamy passaty). Ilość pomidorów czy przecieru wg uznania, gdyby wydawało nam się zbyt mało pomidorowe, trzeba poratować się koncentratem - to nie grzech ;-) Pod koniec duszenia wcisnąć czosnek, a tuż przed pasteryzacją - bazylię. Doprawić do smaku cukrem, octem, pieprzem, papryką.
Pakować do słoików różnej wielkości i pasteryzować - ja na sucho, w temperaturze 100 stopni z termoobiegiem (jest wyższa niż wskazuje termometr, termoobieg tak ma). Trzeba czaić, kiedy zawrze - dlatego te mniejsze słoiczki stawiam bliżej drzwiczek, bo nie jara ich tak grzałka z termo, no i szybciej się gotują z racji rozmiaru. Kiedy zaczynają bulkać (nieraz trwa to z 15-20 minut) "piekę" je jeszcze z 15 minut. Czasami zawartość tak buzuje, że wycieka przez pokrywkę - warto podłożyć folię alu, bo czyszczenie blachy nie jest miłe. Nie wiem, jak to się dzieje, ale te, które "popuściły" przeważnie trzymają się jeszcze lepiej - taki słoik właśnie jest na zdjęciu. Tak go spiekło, że zassało na amen i pogięło pokrywkę.
Wczoraj robiłam pizzę z tym sosem - to super sprawa: odpalasz słoik, połowę smarujesz na placek pod składniki, a resztę mieszasz np. z jogurtem czy majonezem i można zapomnieć o kupnych keczupach (zawartość cukru jest w nich porażająca!)
I tylko jedno mię dręczy... sny, że znowu mieszam w garze z cukinią...
* bazylia z grządki - to jakaś inna bajka! Ludzie, którzy znają ją tylko z doniczki w supermarkecie niech wiedzą, że człowiek, który wyhodował sobie swoją NIGDY już takiej nie kupi (no chyba, że najdzie go w styczniu...). Bazylia z zagonka jest mniejsza, jakaś bardziej szurpata, ma twardsze liście - a jednocześnie taki aromat, że te perfumowane się nie umywają! To jak wanilia i cukier wanilinowy :-)
środa, 7 sierpnia 2019
Sos ortolana na zimę - najsmaczniejszy pomysł na cukinię!
Poza walorami smakowymi (ach, te chrupkie warzywa w lekko pikantnym, gęstym sosie!) ma dwie zalety: można go zakonserwować na zimę i pozwala wykorzystać cukinie, które ZAWSZE plonują i ZAWSZE przychodzi bolesny moment, kiedy już nawet kury nie chcą ich jeść... A że nie znoszę marnowania jedzenia, więc dwa razy przeczytałam Internet i znalazłam przepis - ojca, którego syna wam podaję (myślę, że jest jeszcze lepszy).
SKŁADNIKI:
4 duże cebule,
2 cukinie spaślaki (zawsze się takie uchowają, żeby nawet 2 razy dziennie zbierać te młode),
3-4 małe, bez gąbki w środku (lub kilka tych żółtych, które zrywam już w stadium parówek i kroję w plasterki),
litr passaty (najlepsza domowa, ale gdy nie miałam jeszcze pomidorów robiłam z kupnej, a raz dodałam koncentrat i też było smacznie),
pół kilo marchewki,
duży seler (moim zdaniem powinien być, doskonale podkręca smak),
2-3 kalarepy, albo (no bo już nie mam swojej) papryki opieczone i obrane ze skórki, albo pokrojona w małe ciuczki szparagówka, albo młody groszek - no po prostu co kto ma ochotę tam wsadzić,
dużo czosnku,
natka pietruszki lub bazylia,
można dać chili w strączkach,
przyprawy: słodka i ostra papryka, pieprz, oregano, zioła prowansalskie, liście laurowe, ziele angielskie, rozmaryn - wg uznania,
cukier i sól,
ocet domowy (u mnie ziołowy) albo balsamiczny albo winny,
oliwa.
WYKONANIE:
Cebule i 2/3 czosnku pokroić. W dużym rondlu o grubym dnie rozgrzać tyle oliwy, żeby dobrze przykryła dno. Zeszklić czosnek i cebulę wraz z tymi "twardymi i suchymi" przyprawami (bo one potrzebują dłuższej obróbki cieplnej). Odcedzić (uwaga Zuzia: nie na plastikowym sitku!). Oliwę wlać z powrotem do rondla. Na dużym ogniu obsmażyć pokrojonego w kostkę selera (nie rumienić. I nie spalić oliwy!), odcedzić, lekko posolić i przemieszać, a potem po kolei potraktować tak wszystkie twarde warzywa. Młodą cukinię smażyć dosłownie chwileczkę, niech tylko straci smak surowizny. Jeśli mamy pieczoną paprykę - nie obsmażać, bo się nam potem rozlezie przy pasteryzacji. Wszystkie warzywa możemy wrzucać do jednej miski, z wyjątkiem tej cebuli z czosnkiem (bo ona jeszcze będzie duszona z cukinią).
No wiem, jest z tym troszkie certolenia, ale obadałam, że wtedy warzywa pozostają chrupiące w gotowym sosie.
Duże cukinie zetrzeć na tarce o grubych oczkach, posolić, po chwili lekko odcisnąć i wrzucić na wciąż tę samą oliwę (dzięki takiemu mykowi sos nie jest tłusty). Dodać cebulę i dusić, aż cukinia będzie miękka. Wyłowić liście laurowe i kulki ziela (oczywiście nie musi się tego robić, ale sarkają potem, psiajuchy! przy poławianiu z gorącej brei łatwiej jest, gdy się zapamięta ile się tego dało; kulki ziela dawać te największe, gdy spęcznieją to łatwo je wygrzebać). Następnie dodać pomidory, doprawić octem, cukrem, papryką, pieprzem, ewentualnie solą i niech sobie pyrka, aż będzie gęsty. Kto chce, może go zmiksować (ja nie chciałam).
W tzw. międzyczasie umyć słoiki i wyprażyć je w piekarniku (razem z nakrętkami, ale te wyjąć wcześniej, bo gumowanie pójdzie) na termoobiegu 90 stopni. Więcej nie trzeba, bo termoobieg i tak ma wyższą temperaturę, niż się nastawi. Chodzi o to, że gdy będziemy pakować sos do słoiczków to i one powinny być gorące, i piekarnik nagrzany.
Do wrzącej massy cukiniowo-pomidorowej wrzucić warzywa, zieleninę i wcisnąć resztę czosnku (tamten pierwszy i tak już jest kremem dla niemowląt). "Uchycić" pożądany smak i ostrość.
Słoiki wyjąć z piekarnika (Jessu, dziewczynki uważajcie! nie róbcie tego w kuchennych pikowanych łapkach, przypominających te rękawice dzieci kołchoźników z ruskich kreskówek; polecam ogrodnicze z grubej bawełny, pięciopalczaste) i szybko, małą chocheleczką, przez szeroki lejek napełniać sosem. Dobrze zakręcić i od razu siup do piekarnika. Pasteryzować na sucho, aż zawartość zawrze w słoikach. Pozostawić w wyłączonym, otwartym piekarniku do wystygnięcia.
Taki sosik jest wspaniały do ryżu, makaronu, na pizzę, do mięs, a nawet pożerany solo z białą bułeczką :-)
P.S. Na górnym zdjęciu jest sos z kalarepą i natką pietruszki, a na dolnym z plastrami żółtej cukinii i pieczoną papryką (oprócz marchewki i selera, ma się rozumieć :-))
piątek, 26 lipca 2019
Frużelina wiśniowa
Moje wiśnie zostały frużeliną: w galaretko - kisielu zanurzone są niemal całe soczyste owoce. Jak pisze nieoceniona Dorotuś z "Moich Wypieków" (cyt.): Frużelina - owoce w żelu. Wyglądem przypomina kisiel, jest jednak bardziej błyszcząca (dzięki żelatynie), a konsystencją jest zbliżona do lekko tężejącej galaretki. Doskonały dodatek do każdego deseru - lodów, panna cotty, gofrów, naleśników, serników... można tak długo wymieniać :-). Na blogu często wykorzystuję ją do tortów, a krem z jej dodatkiem jest najlepszym owocowym kremem do babeczek!
Ja już widzę H&C, jak pchają do paszcz te babeczki...
SKŁADNIKI:
owoce odcedzone z soku Babci Myszki (w oryginale świeże lub mrożone),
1 łyżeczka żelatyny na każde 50 dkg owoców (mniej o połowę niż u Dorotki, bo jest mało soku),
1 łyżeczka mąki ziemniaczanej, rozbełtanej w łyżce zimnej wody, na każde 50 dkg owoców,
ew. sok z cytryny do smaku.
WYKONANIE:
Do wiśni wlać mąkę, zagotować. Dodać rozpuszczoną w minimalnej ilości wody żelatynę, mieszać do jej rozpuszczenia (już nie gotować). Taką niemal wrzącą pakować do słoiczków, mocno zakręcić, pasteryzować 15 - 20 minut.
Gdyby po zastygnięciu wydawała się nam zbyt gęsta - wystarczy dodać troszkę gorącej wody i wymieszać (gdy chcemy np. polać lody). Ale do kremów do ciast dobra jest taka bardziej sztywna.
poniedziałek, 15 lipca 2019
Sok wiśniowy, malinowy i porzeczkowy Babci Myszki oraz co zrobić z owocami po soku
SKŁADNIKI:
na kilo owoców po wydrylowaniu - kilo cukru (nie, nie miodu ani ksylitolu ani czegóś tam),
pół łyżeczki kwasku cytrynowego (może być sok z cytryny, ale kwasek dodatkowo konserwuje i lepiej utrwala kolor).
WYKONANIE:
Wiśnie wydrylować (najlepsze jest szydełko, ale wsuwka do włosów tez daje radę). Najlepiej robić to na polu pod szczepem, bo obsikanie CAŁEJ kuchni pewne. Zważyć sobie te wisienki i odmierzyć cukier. W dużym słoju wsypywać warstwami: owoce - cukier. na wierzch nawalić czapę z cukru. Obwiązać gazą, przykryć talerzykiem i postawić na oknie (nie wiem, czemu na oknie, ale babcia tak robiła i tak ma być!).
Po mniej więcej tygodniu wiśnie puszczą dużo soku, więc odcedzamy przez druszlak (durszlak). Sok zagotowujemy krótko i przelewamy do wyparzonych buteleczek czy słoiczków; te, którym nie zassały zakrętki można spasteryzować na sucho lub mokro (ja tego nie robię). Z owoców robimy dżem, konfiturę czy frużelinę, bo są nadal soczyste i niezmiernie pyszne!
dodano 17 lipca:
Taką samą metodą można robić sok chyba z każdych owoców (no, może z wyjątkiem tych bardzo twardych). Wartością dodaną jest ten dżemik czy konfiturka. Tylko maliny trzeba przetrzeć przez sito po odcedzeniu soku, bo zostaje mnóstwo pesteczek. Można także przetrzeć porzeczki - powstaje gęsty mus do lodów i deserów... a z wiśni frużelina (w osobnym poście).
Tarte kiszone ogórki na zupę (na zimę)
Robiłam w dwóch wersjach: obierane ze skórki i tarte ze skórką. Jednak w tych "ze" przeszkadzało mi, że twarda, więc wpadłam na salomonowe wyjście: ogórki starte bez skóry, ale za to dodaję ją do słoika (lepiej się kiszą). Wygrzebać obierki, koper, czosnek i chrzan to potem już żaden problem.
I kolejny pomysł na zdrowe kiszonki dla naszych jelitowców zrealizowany :-)
poniedziałek, 8 lipca 2019
Śródziemnomorska grillowana cukinia na zimę
Warto skorzystać z tego pomysłu, zwłaszcza, gdy cukinie już się proszą o przerób, a nie przepadamy za tradycyjnie marynowanymi.
SKŁADNIKI:
5-6 małych cukinii,
1 główka czosnku,
2 łyżki suszonych pomidorów (warto mieć swoje),
2 łyżki zielonych oliwek bez pestek,
4 młode cebule,
pęczek świeżej bazylii (razem z łodygami),
świeże (lub suszone) zioła - pasuje oregano i rozmaryn,
olej do smażenia,
sól, pieprz
NA ZALEWĘ:
4 szklanki wody,
4 łyżki octu balsamicznego,
3 łyżki miodu,
1/2 łyżeczki chilli,
1 łyżka soli.
WYKONANIE:
Cukinię trzeba pokroić (ze skórką) w plastry troszkę grubsze niż ogórka na mizerię. Na patelni grillowej (albo jak u mnie żeliwnej) smarowanej pędzelkiem olejem/oliwą do smażenia zrumienić te plasterki, a potem cebulę (już wrzuciłam byle jak, bo zabawa z odwracaniem cukinii mnie znużyła). Smażyłam na dość dużym ogniu, bo chciałam, aby pozostały jak najbardziej twarde (potem przecież pasteryzacja). W misce wymieszać warzywa z pozostałymi składnikami i dopóki gorące pakować do słoików i pasteryzować 20 minut (ja w piekarniku, "na sucho").
Gdy po tygodniu otworzyłam z ciekawości jeden słoiczek zjedliśmy po prostu z chlebem, taka jest dobra!
środa, 3 lipca 2019
Ocet z kwiatów bzu czarnego
Ten jest najlepszy, jaki piłam - cudownie pachnie kwiatem bzu! Chyba najpiękniejszy hymn pochwalny na jego cześć napisała pani Magdalena z bloga "Lepsze życie", naprawdę warto przeczytać, bo panegiryk nie jest przesadzony nic a nic (tutaj link).
Widać, że mój jeszcze bąbelkuje, bo wydawał mi się zbyt słaby po zlaniu (stał 4 tygodnie, dopóki kwiaty nie opadły), więc dodałam 3 duże łyżki miodu i nadal pracuje. Starterem był ocet z mniszka, bo jabłkowy już się skończył.
Moje octy robią się na okrągło - jeden napędza drugi. Bio-perpetuum mobile :-) Następny w kolejce jest ten z siedmiu ziół, pojawi się na blogu niebawem, bo już jest "opadnięty".
P.S. Gdy niosłam go do ogrodu na sesję, pan Ździchu (który stawia u nas garaż) zakrzyknął "Dawej tu!", ale Wujo go uświadomił, że Marzyna nie robi bimberku, ino ocet, nie wiedzieć po co :-D





























