Nieustająco bawi mnie pichcenie potraw, które mają niezwykłe nazwy. Jako żywo nie mam bladego pojęcia, dlaczego jankesa (w dodatku trawionego melancholią), bo ryż z USA wcale mi się nie kojarzy. Ale jestem pewna, że nie jest to wymysł jakichś botów, kompilujących przepisy i nadających im odczapione nazwy, ponieważ receptura pochodzi z książki sprzed 35 lat, znalezionej u cioci.
Na proszony obiad to on nie bardzo się nadawał (nawet pomyślałam, że ów jankes był zgnębiony faktem, że ryżyk cosik skromny...), ale kiedy podrasowałam danie smakowo i wizualnie "w warstwie wierzchniej" - to wyszło całkiem fajnie👌
Część zasadnicza składa się z ryżu, wymieszanego z podduszoną cebulą, selerem, papryką i indyczą mielonką. Doprawia się ulubionymi przyprawami. Wierzch pozwoliłam sobie uatrakcyjnić posypką z tartego sera oraz wzorkiem z pieczonej papryki i oliwek.
Niestety, nastąpił lekki przerost formy nad treścią, dlatego konsumujący po kilku kęsach żądali więcej wierzchu, a mniej spodu. Wyjątkiem była Matyldzia, która - o dziwo! - nie skusiła się na mozaikę zwierzchnią, jeno (wraz z babćką) zjadła wzgardzone spody😂.
W sumie nikt przygnębiony nie był, zresztą czyż można się smucić, jeśli przez okno widać takie cuda? (warto powiększyć zdjęcie😍)
Ostatnio "jarają" (mówiąc językiem H&C) mnie potrawy o niezwykłych nazwach. No więc jeżeli w necie wpadło mi w oczy coś, co się nazywa BIBIMBAP - to musiało zostać wykonane i pożarte. Zakupiłam nawet w tym celu (metodą klikania ma się rozumieć, w naszym Żeleźnioku chłopy wykupiły :-D) koreańską pastę o niemniej frapującej nazwie go-chuj-ang czy jakoś tak. Zaraz sprawdzę... tak! GOCHUJANG. Potrawa jest pyszna, wcale nie trudna do zrobienia i daje niezłego kopa. Jeśli Kim Dzong Un ma ją w menu, to nie ma co liczyć, że szybko zejdzie... Przepisów w Sieci jest kilka, ja inspirowałam się tym, polecam, bo wszystko tam dokładnie opisano. Niestety, nie posiadałam wymienionego w przepisie "jednego czarnego chińskiego grzyba" (?! to chyba ten jakisik uszak bzowy?), alem miała takoż czarne grzyby mun. Hurmie i Czeredzie (poszerzonej nawet o niejakiego P., któren jest inżynierem w PeGieE, więc jest światowcem na naszej wiosce) było wsio rawno. Zamiast karkówki czy wołowiny dałam cieniutko krojony schab, zamarynowany w sosie sojowym i tej gochujandze. No i uwaga! miałam olej sezamowy, NO BA! I nawet kolendrę dałam, uprzednio ją wyszmalcowawszy dla połysku (Okrasa tak robi), choć nie wiem, czy aby na pewno konweniuje. Wszystkim smakowało, a nizijer zrobił nawet zdjęcia :-) P.S. Po sesji foto okazało się, że krojony omlet, którym bibimbap powinien być posypany, został na patelni. Ale uprzejmy pan nizijerek sfotografował mi go solo.
CaUski dla wszystkich - Umiłowana Przywódczyni Marzynia
Wiem, wiem, Persja to już nie Lewant, ale uczepił
mi się w trakcie gotowania ten wierszyk z Henrego Kuttnera (na marginesie polecam,
świetny pisarz). Chciałam zrobić jakąś kulinarną odskocznię od boszczyków i
małosolnych, więc padło na kebab. Dodatkowym asumptem jest fakt, że Jurand czasami
„robi w kebabie” – niesamowite: w naszym maleńkim miasteczku są aż dwa lokale z
kebabami (a pierogarni żadnej, ot, znak czasu…). Z czystym sumieniem mogę
polecić ten przysmak kuchni irańskiej, oddając głos autorce przepisu, pani Aleksandrze:
„Marynowany w aromatycznych przyprawach i jogurcie jest mięsem delikatnym i
rozpływającym się w ustach. Aby dopełnić pełnego obrazu irańskiego obiadu
polecam podać kebab z ryżem z szafranem i ziemniakami”. Mnie niestety, nie
chciało się przygotowywać ryżu tak, jak nauczyła panią Alę jej znajoma Iranka
(obejrzycie i przeczytajcie, warto!), alem się wysadziła na basmati i to była
słuszna słuszność. Co i jak robić jest napisane na blogu „Przepisy Aleksandry i jej Mamy” krok po kroku. Moja zmiana to zwykła cebula zamiast czerwonej (akurat
nie miałam na podorędziu), więcej czosnku, no i nieco inny aranż potrawy. Dekor
walnął mi zaprzyjaźniony malarz – fowista, daje po oczach, nie?
Suppli to są kulki z ryżu i mielonego mięsa, smażone w
panierce. Jadłam to kilka razy we Włoszech, fajna przekąska, ale do tej pory
nie chciało mi się sterczeć przy kuchni akurat wyrabiając kule (jak jakiś żuk
Teodor nie przymierzając…).
Trafiłam jednak na woreczek przecenionych o połowę
kuleczek mozzarelli Galbani, której kończył się termin przydatności do
spożycia. No i doznałam iluminacji, że były takie ryżowe jajca, po ugryzieniu
których ze środka (niespodziewanie a smakowicie) ciągnęła się dłuuuga nitka stopionego
sera. Ów gorący „przewód telefoniczny”, jak mówią Włosi, przeważnie ląduje ci
na gorsie, ale cóż to wobec radości konsumpcji.
I zrobiłam, tym bardziej, że
NIE BYŁO Watahy i nie musiałam zrobić 1500 kul, lecz po 4 jajeczka dla nas starych,
z 1,5 woreczka ryżu. A mielone miałam, bom kupiła żeby chłopom na budowe narobić „snycli”.
Martik, przyjechawszy na weekend „ze szkół” rzucił okiem na zdjęcie i parsknął:
„Co to jest, mamuś!? Wygląda jak TASIEMIEC (!) wyłażący z jakiegoś kokonu!”.
Przepis
znalazłam na którejś z włoskich stron. Wujaszek Gogle przetłumaczył mi to, a
jakże! dostarczając kupę radości z rozkminy receptury.
Przytaczam
mniej więcej tak, jak to leciało (uwzględniając moje modyfikacje):
Składniki:
Ryż gotowany, sos pomidorowy (lub –
jak u mnie, suszone pomidory), Wołowina mielona (ja dałam
mielonkę wieprzowo – wołową, na surowo wymieszaną z ryżem i resztą składników),
1 lub 2 jajka do masy,
mała cebula
i czosnek (starłam na tarce),
Sól, pieprz i inne ulubione
przyprawy, Świeża
mozzarella w kuleczkach lub kawałkach,
2
jajka, mąka i bułka tarta do
panierowania, olej
do głębokiego smażenia.
Ugotować ryż w obfitej wrzenia wody z garścią soli
rzucił się, tak samo jak gotować makaron, w zależności od czasu gotowania na
opakowaniu.Gdy ryż jest gotowy, spuścić
wodę z użyciem filtru (?! chyba chodzi o odcedzenie).
Gdy
ryż jest fajne, można przystąpić do montażu.Mokre
ci ręce, aby ułatwić do obsługi ryż.Rękami, łopatka tyle ryżu
dokonać suppli jaj wielkości. Mold ją w podłużnekształtować i kciukiem zrobić
wcięcie w centrum.Wypełnij wcięcie z kawałkiem
sera mozzarella, a następnie załączyć mozzarella z ryżu, tak że jest on
schowany i wewnątrz.
Odkurzyć suppli w mące, zanurzyć go w
jaja i obracać go tak, że jest dobrze pokryte, i wreszcie rzucić go w bułce
tartej.
Niektóre przepisy sugerują powtórzenie drugiej powłoki
jajkiem i bułką tartą.Próbowaliśmy to w obie
strony, a korzystne pojedynczą warstwę, ale można eksperymentować i zdecydować,
która opcja jest najlepsza dla Ciebie.
Dodaj swoje oleju kilka
centymetrów w głąb naczynia nadającego się do smażenia, i umieścić go na
średnim ogniu.Delikatnie umieścić każdy suppli do gorącego oleju i smażyć, aż nabiera bogatego brązowy
odcień.Wyjąć z oleju i ustawić na ręczniki z papieru chłonnego.
Pozostawić
do ostygnięcia lekko, i cieszyć się z Birra Moretti (ja jednak wolę Książęce…).
Zapewne każdy już spotkał się z tą potrawą,
jednak Martik nalegał, bym ją wrzuciła na bloga, bo zamierza takie robić często, gdy
już będzie „MamciąMartikiem”.
Moje „gołe gołąbki” różnią się tym od innych, że
zawierają i ryż, i kaszę jęczmienną. Zrobiła takie kiedyś kolejna ze świetnych
kucharek z Bandrowa (i notabene też przyszywana siostra) Ziutka, zachwalając
potrawę jaką tanią, sytą i awantażowną :-D
SKŁADNIKI:
pół główki średniej
kapustki,
kilo mielonej wieprzowiny (oczywiście kłania się mój wieprzuś),
torebka ryżu (10 dkg),
torebka kaszy jęczmiennej,
3 jajka,
2 średnie cebule,
ulubione przyprawy (no sól i pieprz musowo, ja dałam jeszcze trochę kminku i majeranku,
bo pasują do wieprzowiny),
2 ząbki czosnku,
podwójna porcja sosu pomidorowego,
olej do smażenia.
WYKONANIE:
z kapusty wyciąć głąb i grube nerwy,
pokroić w kawałki i posiekać w malakserze. Ja nie mam malaksera, więc partiami zsiekałam
ją w blenderze (a Ziutka to wręcz starła na grubej tarce, ale ona ma krzepe w
ręcach).
Mięso wyrobić z solą i przyprawami jak na sznycle (gdzieś tam w Polsce
mówi się na sznycle: mielone), dodać kapustę, SUCHY (nie ugotowany!) ryż i
kaszę, jajka, przeciśnięty czosnek i starte na tarce lub usiekane w blenderze
też surowe cebule (jeśli ktoś woli je najpierw podsmażyć to wuala, ale ja wolę
na surowo).
Massę dobrze wyrobić, formować takie jakby duże pulpety (ja robiłam
lekko spłaszczone, bo miałam mało oleju do smażenia) i obsmażyć na rumiano. Przełożyć do naczynia do zapiekania (MUSI BYĆ Z POKRYWĄ) i zalać sosem
niemal do przykrycia gołąbków.
Wypiekać około 1,5 godziny w piekarniku
nastawionym na 150 stopni.
Jak widać, gołąbki „wciągnęły” sos, zrobiły się miękutkie,
kapustka, ryż i kasza się ugotowały, a całość pachniała wspaniale. Nie trzeba
było już żadnej polewki, bo były bardzo soczyste, niemniej oczywiście można je
skąpać w dodatkowym sosiku.
Jak niektórzy z Was przeczytali
(klik!) - jestem posiadaczką połowy wiejskiego prosiaka. Kiełbasę, kiszkę,
salcesony i pasztety już pożarliśmy. Nie jam je (no nie będę kitować!)
przyrządzała, więc i opisywać miastowym, żeby się śliną dławili, nie było po
co.
Natomiast wciąż mam kupę mięsa i –
ku uciesze mojej mięsożernej Hurmy i Czeredy – przerabiam je sukcesywnie na
różne sposoby.
Wpis na wspaniałym blogu „Co mi w duszy gra” tak mię zanęcił do zrobienia gołąbków z letnią kapustą, żem musiała
se zrobić. Niestety, przy okazji musi się wydać, ŻEM NIGDY NIE ROBIŁA SAMA
GOŁĄBKÓW! Zawsze byłam jedynie pomagierem u Mamy czy Ciotki, ponieważ praca ta
wydawała mi się katorżnicza, a i tak Potwory pytały się, po co tak w ogóle w
tym daniu jest ryż i kapusta.
Ale Matka lubi gołąbki i ma domową świńską
mielonkę, więc puściłam sobie na czachę piłeczkę jak Pomysłowy Dobromir i
wymyśliłam! (prawdopodobnie przede mną na ten pomysł wpadło tysiące kucharek,
ale nie sprawdzam w necie, bo chcę mieć łechcącą świadomość wynalazku).
Zrobiłam coś jakby warstwową zapiekankę, identyczną w smaku jak gołąbki, a
różniącą się jedynie tym, że na talerzu wygląda, jakby gołąbki zostały
rozwinięte. Tak przeważnie zjada je H&C, kiedy ze wzgardą odrzuca kapuchę.
Smakują przepysznie – kapustka letnia jest słodka, a farsz pikantny. Listki były dość małe, bo i główki u Cioci były niepozorne, jakaś cholera
zżarła nam dużą część kapusty, na szczęście zimowa „idzie” ładnie :-)
Zachęcam do tej metody – roboty
jest nieporównanie mniej!
SKŁADNIKI:
1 – 2 główki letniej kapusty
(zależy, ile ktoś lubi jej w gołąbkach),
około kilograma mięsa mielonego,
duża cebula,
1 jajko,
2 – 3 ząbki czosnku,
ulubione przyprawy (dałam kminek,
majeranek, lubczyk i ostrą paprykę),
sól, pieprz, „Delikat” w płynie,
3 woreczki ryżu,
boczek w plastrach (mam swojski, ma
się rozumieć),
pół i pół szklanki bulionu (ja już
używam tylko tego).
WYKONANIE:
Ugotować ryż w osolonej wodzie na
lekko twardo; jeżeli będzie się gotować tak długo, jak zalecają na opakowaniu
(„Kupiec”), to wyjdzie idealny. Piekarnik nastawić na 160 stopni.
Kapustę oczyścić, przekroić na
ćwiartki, wyciąć głąby. Ponieważ nie jest zbita tak, jak zimowe odmiany, można
łatwo oddzielić liście. Te większe kawałki zachować na spód i wierzch, a
drobnicę wsadzić w środek.
Surowe mięso wymieszać ze startą
cebulą (u mnie blender) – oczywiście kto woli, może cebulę podrumienić, ale ja lubię do mielonki na surowo. Dodać zmiażdżony czosnek, jajko, przyprawy, sól i
„Delikat” oraz mniej więcej pół szklanki bulionu (może być i drobiowy z kostki
czy z bulionetki, nie mam poczucia popełniania przestępstwa na organizmach mych
niewinnych dziatek z powodu odrobiny glutaminianu). Wyrobić to mięsko dobrze i
pomieszać z ryżem. Znaleźć „desperadosa”, który skosztuje na surowo, czy słone i
pieprzne (kurde, jadłam tatara, a nawet bycze cojones w Hiszpanii, ale surowej mielonki
jakoś nie mogę), ewentualnie doprawić.
I teraz układanka w naczyniu do
zapiekania (miałam dużo kapustki, więc wykorzystałam głęboki garnek ceramiczny):
Na spód plasterki wędzonego boczku,
Na to liście kapuchy grubo lub
cienko, skropić magą albo lekko posolić,
Warstwa mięsno – ryżowa,
I tak jeścio mnoga mnoga raz czyli
do wyczerpania składników. Na wierzchu ma być oczywiście kapucha.
Następnie bierzemy mątewkę po Babci
Broni (patrz tu), albo cóś co ma cienki trzonek, i przebijamy te warstwy do
dna. Po czem skrapiamy połową szklanki bulionu i szczelnie przykrywamy.
Dusimy do miękkości kapusty (u mnie około 1 godz. 15 minut)
A do
tego można sos pieczarkowy albo pomidorowy.
Niestety, nie mam zdjęcia „wnętrza”,
bo mi strasznie poropotali nabierając dokładki.
Najlepszą reklamą tej potrawy są
słowa okresowego członka mojej Watahy Jarzębiaka, czyli Kuby (syna siostry):
- Ciociu, czy w ramach deseru
(Jurand i Martik jedli arbuza) mógłbym dostać jeszcze jedną porcję tych gołąbków?!
Wakacje są cudowne także i dlatego, że nie tylko w niedzielę, ale i w każdy dzień mam rano mnóstwo czasu dla siebie. H&C wstaje dopiero gdzieś około jedenastej, więc nikt mi nie sklamrzy za uszami, nie chlewi w kuchni i nie wyżera cichcem półproduktów. Dlatego chce mi się wstawać rano i robić dla siebie samej pyszne śniadania (poza tym mam już chyba pierwsze oznaki starczego wstawania i kładzenia się spać z kurami). Jedno z takich śniadanek zrobiłam sobie dzisiaj, po wieczornej lekturze wspaniałej książki, którą dostałam na prezent. Książka to "Kuchnia włoska" i pozakładałam sobie już chyba ze trzydzieści przepisów, które MUSZĘ zrobić. Szkoda, że zamiast czeredy pogryzionych przez tse-tse nie mam czeredy pomocników.. Sałatka nazywa się "Sałatka z ryżu najprostsza" i rzeczywiście nie jest skomplikowana. Jadłam ją wielokrotnie we Włoszech i oni rzeczywiście podają ją pokidaną majonezem, co wzbudziło nasze zdumienie. Można ją dowolnie modyfikować.
-->
SKŁADNIKI (dla 2 osób)
1 woreczek ryżu (dałam zwykły długoziarnisty, zresztą arborio nie był w tym przypadku nieodzowny, przecież to nie risotto),
2 pomidory (niby do sałatek powinno się usuwać pestki, ale nie zrobiłam tego),
1 młody ogórek,
parę plastrów mozzarelli (u mnie: pseudo-mozzarella, całkiem dobra jak na mój gust),
duży ząbek czosnku,
kilka oliwek,
oliwa z oliwek (ze 4 łyżki),
chluścik octu winnego,
sól i pieprz,
koperek (bardziej podchodząca by była natka pietruszki, ale nie miałam akurat)
WYKONANIE:
Ryż ugotować prawie na miękko (nie zapomnieć osolić wodę, parę razy mi się zdarzyło), skropić oliwą, przemieszać, zostawić do ostygnięcia. Warzywa i ser pokroić w kostkę, koperek posiekać. Z oliwy, soli, octu, pieprzu i zmiażdżonego czosnku zrobić sos. Wymieszać ryż z pozostałymi składnikami i sosem, poczekać chwilę, aż się przegryzie i można zacząć dzień po włosku.
Aby zrobić dobrą zupę ogórkową, trzeba mieć dobre ogórki. Aby mieć dobre ogórki, trzeba mieć dobrą ciocię Ewę. Bo bez cioci nie ma ogórków, bez ogórków nie ma zupy, a bez zupy – nie ma zupy. Tę myśl mam wyhaftowaną na kuchennej makatce, zaraz obok: „Dobra gospodyni dom wesołym czyni” i „Dobra żona – męża korona” (cierniowa).
Jeśli więc dysponujecie domowymi ogórkami kiszonymi, można zrobić przepyszną ogórkową.
Notabene dopiero gdzieś koło 90-tki (babcinej) zorientowałam się, że Babcia Bronia mówi: „ugórki”. Babcia używała wielu cudownych, gwarowych słów, ale te ugórki mnie całkiem rozwaliły, Ona też była zdziwiona, że ją poprawiam na „o”. Dzisiaj i ja mówię „ugórki” i cieszę się wspomnieniem z lekka niedowierzającej miny Babci.
SKŁADNIKI:
Co najmniej litrowy słoik ogórków (ja robię z dużego i małego słoiczka),
5-6 skrzydełek kurczaka (najlepiej wiejskiego),
2-3 marchewki,
1 duża pietruszka,
1 por,
połówka selera,
3-4 ząbki czosnku,
2 łyżki masła,
3 łyżki śmietany kwaśnej,
2 kopiate łyżki mąki,
podduszona na maśle średnia cebula,
sól, pieprz do smaku (kto lubi: „Delikat” Knorra lub Maggi),
szczypta cukru dla złamania kwaśności,
świeży koperek (w ostateczności suszony),
ugotowany osobno ryż.
WYKONANIE:
Skrzydełka obgotować, odlać pierwszą wodę, zalać zimną wodą, dodając przepołowionego pora. Skrzydełka lepiej odgotować „z pierwszego”, wydaje mi się, że wtedy chociaż część ubocznych efektów fabrycznego tuczu kurczaków zostanie wyeliminowana, a poza tym często mają resztki piór i wtedy łatwo je wyskubać. Pora się przepoławia, aby zobaczyć, co ma w środku – raz miałam niespodziankę w postaci zgniłego rdzenia, może być też "uziemiony".
Ugórki ocenić pod względem gruboskórności – jeżeli nie jest to skórka typu podeszwa, nie trzeba obierać. Czasami jednak zdarza się gruba i twarda skóra, wtedy trzeba je cienko obrać, bo taka derma długo leży w żywocie. Ogórki ucieramy na dużych oczkach tarki, zmechanizowani mogą użyć oczywiście malaksera. Na tarce trzeba zetrzeć także marchew, pietruszkę i selera.
Kiedy lekki rosołek się pogotuje jakieś 15 minut, zdejmujemy z niego ewentualną pianę, dodajemy cebulkę i starte warzywa, solimy. Utarte ogórki dusimy zaś osobno na maśle, dopóki nie zrobią się takie lekko szkliste - wtedy zupa smakuje lepiej. Podduszone dodajemy do zupy.
Po jakimś czasie sprawdzamy, czy skrzydełka są już miękkie, jeżeli tak, trzeba je wyjąć i pracowicie oskubać z mięska, które wraca do zupy.
Mąkę prażymy na tzw. suchej patelni (suchym rondeleczku), aż straci zapach surowizny i zrobi się leciutko rumiana. Rozprowadzamy zimną wodą, energicznie mieszając trzepakiem i wlewamy przez sitko do zupy. Doprawiamy. Jeżeli warzywa są już miękkie (ale nie rozgotowane) to jesteśmy na finiszu. Wyciskamy czosnek do zupki, wyłączamy gaz, dodajemy zahartowaną paroma łyżkami gorącej zupy śmietanę. Koperek drobniutko kroimy, jest NIEZBĘDNY - ugórkowa musi mieć koperek :-)
Podajemy z osobno ugotowanym ryżem, nie gotuje się go w zupie, bo staje się ona nieapetycznie mętna, a poza tym ryż potem namaka i namaka tą zupą, aż staje się taką wodnistą ciaparą.
P.S. Do postu o zupie bardzo pasuje kawał, który podrzucił mi Riverman:
„Kelnerka przynosi zamówione pączki. Siedzący przy stoliku dziękuje: „Całuję rączki za te dwa pączki”.
Po chwili kelnerka przynosi ciastka i słyszy od uprzejmego klienta: „Za te ciasteczka całuję w usteczka”.
Słysząc to, jego towarzysz podpowiada: „Zamów jeszcze zupę, zamów zupę...”
Aż wstyd, ale na moim blogu nie było do tej pory gorących potraw z ryb!
A przecież „jedzą rybe, jedzą rybe” i to nawet dość często, bo na stołówce raz w tygodniu ryba jest. Fakt, że nie jest to ulubiony surowiec hurmy i czeredy, więc chcąc przemycić rybę, muszę robić coś ekstra.
No i zrobiłam to: EKSTRA, to są jakby orientalne kuleczki rybne, jadłam coś takiego lata temu w restauracji „Halong” w Rzeszowie, ale ją – nie wiedzieć czemu – zlikwidowali. Jest jeszcze inna knajpa wietnamsko-chińsko-tajska, niejaki „Sajgon”, ale on się do Halongu nie umywa. Poza tym klienci często robią tam sajgon, bo strasznie trza długo czekać na potrawy i niemiłosiernie zajeżdża smażeliną.
Moje kuleczki zajeżdżają tylko egzotycznymi przyprawami, praktycznie nie czuć ich rybą. To może być sposób na niejadków, chociaż dla małych dzieci trzeba by zmodyfikować przepis. Pulpeciki są chrupiące z zewnątrz i bardzo puszyste w środku (starałam się to oddać na zdjęciach), pachną koperkiem, czosnkiem, imbirem i kolendrą. Ja je podaję w towarzystwie ryżu i mieszanki "chińskich" warzyw (mrożonka z Horteksu).
Nie wiem, czy to ma coś wspólnego z Chinami (i nie musi, i bez mojego wsparcia Chińcyki tsymajo się mocno), ale dość udatnie udało mi się odtworzyć smak tej rybki.
SKŁADNIKI (wychodzi koło 25 małych kuleczek):
jakieś 70 dkg filetów z białej ryby (nie kupujcie tilapii i pangi!),
mała cebula,
3 ząbki czosnku,
pół pęczka koperku,
2 łyżki tartej, dobrej bułki,
2 jajka (osobno białko i żółtko),
nieco mąki do panierowania,
łyżka masła,
olej do smażenia,
sól, pieprz, świeży imbir starty na drobnej tarce - ile kto lubi, przyprawy orientalne, jakieś w miarę „chińskie” w smaku (ja mam własną "5 smaków", warto zrobić).
WYKONANIE:
Rybę zemleć albo – tak jak ja – zmiksować w blenderze, ale nie na totalne muto. Cebulkę drobno skroić, zezłocić na maśle. Białko ubić, żółtka rozbełtać. Koperek pokroić, czosnek przecisnąć przez praskę. Rybę dobrze wyrobić z cebulką (wlałam oczywiście razem z masłem), czosnkiem, koprem, żółtkami i przyprawami, dodać bułkę (bo to będzie dość rzadkie). Domieszać delikatnie pianę z białek. Olej, głęboki na tzw. 2 palce, rozgrzać w małym rondelku, no chyba, że ktoś ma na podorędziu 2 litry oleju, to może i w szerokiej patelni. Cały olej trzeba potem wyrzucić, więc lepiej smażyć partiami.
Przygotować talerz z mąką i miseczkę z wodą. Ta masa jest rzadka i jeszcze się klei, dlatego trzeba maczać czubki palców w wodzie, nabierać tej ciapy tyle co orzech włoski (no, potem to już tyle co mandarynka, te maleńkie są bardziej apetyczne, ale wkurzenie na oporną materię rośnie w tempie geometrycznym), siupnąć do mąki i wtedy już taczać suchymi wnętrzami dłoni. Smażą się bardzo szybko, na średnim ogniu. Bardzo pyszne są z ostrym sosem chili i kawałkiem bułeczki. Jako danie obiadowe idealnie sprawdzają się z ryżem.
Ach, brakuje mi tylko przystojnego kelnera, żeby musnął mnie warkoczem i powiedział: „doble, doble!”, jak zapewniał szef kuchni w Halongu…
Uwaga blogowicze zmiana kucharza! - dzisiaj gotuję ja, Martik.
Mamamarzynia jest chora (jak mówi tato od ślajania się po blogach), więc zrobienie sobotniego obiadu spadło na mnie. Musiałam więc założyć maskę chirurgiczną (świńska grypa szaleje) i wypytać, co i jak z tym obiadem. I tak oto – nie bez kilku trudności – powstał ryż po chińsku.
Będziecie do niego potrzebować:
1 podwójną pierś z kurczaka,
sos Łowicz chiński (taki w słoiku),
przyprawę do potraw chińskich (mama ma już własną),
warzywa chińskie mrożone,
ryż – może być Kupiec albo od Wujka Bena,
3 ząbki czosnku,
imbir do smaku (może być od bidy sproszkowany),
sól,
sos sojowy lub magę,
olej,
ocet winny.
Zaczynamy od zamarynowania piersi – tych kurczaka, nie swoich.
Trzeba nalać do miseczki trochę oleju, octu winnego, przyprawy chińskiej i sosu sojowego i zostawić w tym pierś na noc. Następnego dnia, gdy już rodzina domaga się czegoś do jedzenia i wiemy, że musimy się ruszyć i zrobić tę chińszczyznę, wyciągamy najpierw warzywa z zamrażalnika.
Do dużego gara nalewamy trochę oleju, wsypujemy warzywa i podlewamy wodą. Przykrywamy i mają się dusić, aż będą prawie miękkie. Ja nie wsypywałam wszystkich tylko większe pół :-), bo mi się wydawało za dużo.
Następnie kroimy pierś w kostkę i smażymy na patelni na oleju z dwóch stron. Co chwilę podglądamy do warzyw, czy są miękkie. Resztę chińskiej przyprawy (uwaga, jest słona!) dodajemy do nich, wgniatamy czosnek i wcieramy trochę imbiru, mieszamy. To ma się chwilę gotować. Smak trzeba łapać na czuja.
Usmażone mięsko ja osuszyłam z tłuszczu na ręczniczku papierowym. Do tych warzyw wlewamy ten sos ze słoika i też chwile gotujemy, dodajemy mięso.
Teraz pora na ryż.
Gotujemy w garze w wodzie z małą ilością soli (gotujemy tyle ile pisze na opakowaniu). I tu uwaga. Ja go za krótko gotowałam i wyszedł twardy. Juruś hardo powiedział, że jemu nie przeszkadza, że on taki lubi i że jest strasznie głodny, więc mu dałam, ale sobie podgotowałam w tym garnku (po rozcięciu i wylaniu wody oczywiście), podlewając trochę wodą, aż zmiękł. No i oto cała filozofia. Jest to bardzo prosta potrawa, a bardzo smaczna – słodko-pikantna.
Bardzo dawno nie robiłam faszerowanej papryki, a poza tym mogłam gotować z Bratową, co zawsze jest przyjemne. No i zrobiłyśmy przepyszną paprykę na sposób "arabski" (to znaczy nam się tak wydaje, że dość udatnie smakowała Lewantem). SKŁADNIKI: 4 duże papryki (najapetyczniej wyglądają czerwone), 1 torebka ryżu (został mi od gulaszu), mniej więcej tyle samo kaszki kuskus (pałętał się w szafie, resztka po sałatce tabuleh), 30 dkg mięsa (ja miałam wieprzowe), 2 duże pomidory, garść oliwek, mała cebula, pół pęczka natki z pietruszki (lub kolendry), kostka bulionowa warzywna Knorra, 4 ząbki czosnku, przyprawa „Gyros” (też została od sałatki z kurczakiem), kminek mielony, chili, oliwa z oliwek, 8 plastrów sera żółtego. WYKONANIE: Ryż ugotować al dente. Kuskus przygotować wg przepisu na opakowaniu – ja zalałam wrzącym bulionem warzywnym Knorra. Papryki wypestkować i wykroić te białe części, nasmarować oliwą w środku, posolić i podpiec w piekarniku (200 stopni), aż nieco zmiękną i zaczną się przysmażać na brzegach. Można nadziewać surowe papryki, ale sądzę, że będą twarde. Mięso „odżyłować i odbłonić” (najgorsza część roboty), zemleć w młynko-blenderze, można oczywiście w maszynce lub malakserze, ale ten blender to super sprawa – myje się błyskawicznie! Pomidory sparzyć, obrać ze skórki i wycisnąć pestki, pokroić. Oliwki pokroić w plasterki, cebulę w drobniutką kostkę (albo przesiekać ją w blenderze, kurcze, DLACZEGO ja sobie kupiłam to szpejo dopiero teraz??? niech żyją wyprzedaże na Allegro!). Na oliwie zezłocić cebulkę, wrzucić mięso i niestety: siekane wymaga sterczenia przy patelni i rozgniatania widelcem grudek. Nie trzeba go w sumie rumienić, wystarczy, że nie będzie surowe, i tak idzie do zapiekania. Posolić pod koniec smażenia, ale ostrożnie, bo przyprawa gyros może być słona, trzeba doczytać skład. Kiedy przestygnie, wymieszać z ryżem i kuskusem, pokrojonym pomidorem, oliwkami, posiekaną natką i przeciśniętym czosnkiem. Doprawić przyprawą, kminkiem (akurat w mojej nie było go, a bardzo pasuje), ewentualnie magą i dość mocno doostrzyć chili. W orientalnych potrawach często jest natka kolendry, ale ja się jakoś na nią nie załapałam – raz kupiłam w doniczce i służyła jako roślinka pokojowa, wolę jednak pietruszkę. Masą napełniać miseczki z papryki dość kopiato. Zapiekałam na 200 stopniach (grzanie góra, druga półka od góry), aż zaczęło się rumienić. Wtedy na każdej papryce położyłam plasterek sera i jeszcze raz zapiekłam. Matko, jak to pachniało! W czasie degustacji okazało się, że lepsze są z ryżem niż z kaszką, ale to chyba kwestia gustu. Szkoda, że nie mogę zamieścić serii zdjęć z etapów pożerania papryki przez mojego Braciszka – a było na co popatrzeć!
Gulasz ten nazywamy w domu „francuskim”, bo przepis jest z książki „Kuchnia francuska”, chociaż akurat ta potrawa jakoś szczególnie się z Francja nie kojarzy. W oryginale była pierś indyka, ale kurczak jest łatwiej dostępny i szybciej się przyrządza.
Jest to propozycja na szybki obiadek, lekki i w sumie tani, bo z jednej podwójnej piersi wyszło mi 5 dużych porcji.
SKŁADNIKI:
1 podwójna pierś kurczaka,
30 dkg pieczarek,
duży por,
łyżka mąki do zaciągnięcia sosu,
oliwa (lub olej)+masło,
sól, pieprz,
przyprawy wg uznania, ale ja dodałam tylko czosnek granulowany, suszony koperek i lubczyk, bo bardzo intensywne przyprawy zagłuszyłyby delikatny smak gulaszu, dlatego czosnek granulowany: świeży jest zbyt czosnkowy.
WYKONANIE:
Pieczarki pokroić na dość grube plastry/półplastry i podsmażyć na maśle z olejem.
Pierś pokroić w kawałki. W moim wypadku była to strasznie wkurzająca czynność, bo nasi producenci mięsa drobiowego chyba specjalnie oddzierają kurczakom te nieszczęsne cycki tak, aby było na nich jak najwięcej kostek, chrząstek, jakiś błon i żył. Tym razem pogratulowałam sobie zakupu noża do filetowania – takiego długiego, wąskiego, z bardzo ostrym ostrzem. Następnie obsmażyć mięso, posolić, posypać przyprawami, dodać pokrojony w półkrążki por i pieczarki. Troszkę podlać wodą i dusić, aż por zmięknie. Na koniec zaciągnąć sosik łyżką mąki, roztartej z odrobiną wody i potem rozbełtanej w niecałej szklance wody. I tyle.
To jest blog dla moich przyszłych następców przy garach, czyli Hurmy i Czeredy.
Czerwony barszcz jest ulubioną zupą w naszym domu (nie bez kozery blog tak się nazywa; mam nadzieję, że pani Tessa Capponi się nie obrazi za tę buraczaną trawestację :-))
Cóż, moja kuchnia rzadko pachnie bazylią - najczęściej właśnie swojsko barszczem: białym, czerwonym, ukraińskim... i... i... (kurcze, są jeszcze jakieś barszcze?!)