Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wołowina. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wołowina. Pokaż wszystkie posty

piątek, 13 lutego 2026

Meksykańska (??) zapiekanka naleśnikowa

 
Nie wiem, czy to danie można nazwać "meksykańskim". Może wsad i składniki na dekor, aczkolwiek H&C, obejrzawszy efekt finalny, stwierdziła, że "to krase jak ruska wyszywanka" (przy czym "krasy" u nas na wsi nie znaczy "piękny", lecz oczowyłupnie kolorowy😂).
Najważniejsze, że smakowało i było bardzo syte!
Naleśniki są z mąki kukurydzianej, która zalegała w czeluściach szafki i trzeba było ją jakoś przetworzyć. Szukając przepisu (jako żywo jeszcze nie robiłam z takiej mąki), wpadłam na bloga "Lekki brzusio". Było setki innych, ale "lekki brzusio" mnie urzekł nazwą, no i też chciałam mieć lekkość w żywocie.

SKŁADNIKI na ciasto:
- szklanka mąki kukurydzianej,
- 2 łyżki mąki ziemniaczanej,
- 3 małe jajka (bałam się, że się rozpadną bez glutenu),
- duża szczypta soli,
- mąki pół na pół z wodą, ile zabierze.
SKŁADNIKI na nadzienie:
- wołowe mięso mielone,
- cebula, czosnek,
- pulpa pomidorowa,
- rozgnieciona czerwona fasola,
- kukurydza z puszki,
- ulubiona przyprawa meksykańska,
- świeży tymianek,
- sól, pieprz.

WYKONANIE:
Zmiksować składniki ciasta, usmażyć naleśniki. Mnie wyszło 7, ale jeden został zjedzony na próbę.
Usmażyć mięso z cebulą, dodać pozostałe składniki tak, by powstał farsz. Placki ciasta przekładać nadzieniem. Jeśli ktoś nie zważa na ciężar brzusia może posypać tartym serem😃. Zapiekać pod przykryciem, aż zacznie pachnieć. Na wydawce polać sosem czosnkowym i dowolnie udekorować.

środa, 8 października 2025

Powrót na ojczyzny łono

 
Trzeba przyznać, że tym razem byłam na farmie Martika wyjątkowo długo. Oczywiście, starałam się jak najwięcej pomagać (nie, powyższych krów im nie doiłam😄), ale były także wspaniałe wycieczki, smakowitości w restauracjach i znamenitosti w muzeach. Zresztą samo przebywanie w okolicznościach tak cudnej przyrody ma terapeutyczne znaczenie. 
Gotowałyśmy i piekły każdego dnia ("po polsku" i często z polskich produktów, dowiezionych napakowanym do granic możliwości samochodem), coby nie tylko zapełnić spiżarnię i zamrażarkę, ale i nacieszyć dzieci ulubionymi potrawami. Trzeba przyznać, że mój zięć jest bardzo wdzięcznym opasem i entuzjastą kuchni znad Wisły (i Wisłoka też) 🙆. Bardzo do gustu przypadły mu ozorki cielęce z warzywnym pure, czego nie jadł w życiu, a co jest nie do uwierzenia w przypadku hodowcy bydła.
 
Równie szczęśliwy był Loki, któremu nie szczędzono okrawków z tzw. polskiej świni (czyli szynek, kiełbas i boczków, jakich w Słowenii nie dostaniesz...)

 
A na koniec ekspozycja edukacyjna dla dzieci, w muzeum w Celje. 
 
Tytuł: "EWOLUCJA CZŁOWIEKA".
Byłam 32 lata nauczycielką historii. Byłam w dziesiątkach muzeów historycznych i archeologicznych. Byłam na wsi, byłam w mieście, byłam nawet w Budapeszcie.
I nigdy nie widziałam, żeby na rycinach ilustracyjnych i edukacyjnych, z form przedludzkich nie ewoluował FACET!!!
A dzieci w Słowenii widziały...
 

 

wtorek, 8 lipca 2025

Chinkali GSP - czyli Gruzin zbratany ze Słoweńcem i Polką :-)

 
Każdy mój wyjazd do Martika (czyli do Słowenii) owocuje jakimś przepysznym daniem, którego nie mogłabym ugotować u siebie. Pomijam fakt, iż w lokalnym geesie najczęściej brak wołowiny (babcie, które jeszcze hodują krowy - żywicielki, traktują je jak członków rodziny, więc w lokalnej wielopolskiej masarni króluje świnia; dobrze, że ziemniaczana😋, a nie z odzwierzęconej tuczarni). 
Z najwyższej jakości wołowiną "obcuję" jedynie u Zięcia, któren nie daje się wybakierować rachunkowi ekonomicznemu i wciąż jeszcze chce hodować szczęśliwe, wolne krowy. Jak to Oni mówią: "Nasze krowy mają tylko jeden smutny dzień w życiu: ten ostatni...". 
I nie wiem, jak to jest możliwe w jednej, wspólnej (?!) Unii Europejskiej, do której i Polska wszak należy, że tam ostatni dzień zwierzęcia rzeźnego przebiega z pełnym poszanowaniem jego życia, bez stresu, bez pośpiechu, jak najbardziej humanitarnie, a potem zjada się każdą jego część** z szacunku, że oddało życie, by pożywić inne życie...
** MUSZĘ tutaj dodać, że od kiedy Martik tam gospodaruje, to pod wpływem Matki (wywodzącej się od kądzieli z chłopstwa pańszczyźnianego) wykorzystuje się nawet płucka, jęzory i policzki (oni nie wiedzieli, że policzków wołowych nie dodaje się do salami, bo to jest wyborny przysmak do podania "na pański stół"!). 
Chinkali robiła Martusia wg prawilnego przepisu gościa, któren jest w połowie Gruzinem i prowadzi wspaniałego bloga (a pewnie i na innych mediach społecznych upowszechnia "gruzinskość", o czym nie wiem, bo tam z zasady nie bywam xd). Wszystkie potrzebne wskazówki są tutaj: KLIK!
Od siebie mogę dodać, że jadłam już wcześniej chinkali w bardzo obleganej restauracji, i te domowe ze Smodinu były lepsze, zwłaszcza nadzienie (na pewno nie był to szczęśliwy byczek z farmy moich dzieci). 
Wszystkie zdjęcia z procesu produkcji są w wykonie mojej Córci (co można poznać po delikatnych, cieniutkich paluszkach, co ilustruje zdjęcie poniżej). 

Pierożki były takie "na raz do gęby", a ciasto cienkie i elastyczne (z Maminej mąki eko). Jakie mięso poszło do nadzienia nie udało mi się dowiedzieć - na pewno nie była to polędwica (idzie na steki) ani ligawa czy udziec (idzie na "peczenkę", czyli wyborne pieczyste na niedzielne obiady). Nawet jeśli była to "zwykła" biodrówka, to i tak przebiła jakością najlepsze mięsa ze sklepu w Rzeszowie.

Podobno ortodoksyjnie w pierożku ma być 28 fałdek, ale nie wiem, jak nawet takie delikatne i zręczne palce,  jak martikowe, mogłyby to skutecznie zwinąć. Jak malutkie były te chinkali obrazują poniższe zdjęcia:


No chyba każdy, kto widział moje uharowane ręce w akcji wie, że ten przysmak naprawdę wykonała Martusia i podała swojej Rodzinie, polane masełkiem (to chyba odstępstwo), posypane świeżo zmielonym pieprzem i kolendrą, w towarzystwie dobrego wina i miejscowych napitków💗 (oczywiście Polacy przepili "na trawienie" lokalnym specjałem o adekwatnej nazwie: "żganie", co zostało natychmiast przemianowane na wiadomo co, bo kiedy się tego lokalnego bimberku nadużyje, to jazda do Rygi pewna!). Nie nadużyliśmy, w Polsce bimber lepszy😂
Co tu dużo gadać - GSP niebo w gębie!


czwartek, 16 stycznia 2025

Gicz wołowa z rurą, czyli pochwała ekologicznej farmy Martika

 

Życie niesie zaskakujące niespodzianki. Nigdy bym się nie spodziewała, że przeżywszy wiele lat w "gospodarce niedoboru", będę miała teraz dostęp do produktów z wysokiej półki - wprost z gospodarstwa ekologicznego, produkującego mięso najprzedniejszej jakości.
Oczywiście, taka wołowina jest i u nas, ale w cenie wyzuwającej nie tylko z butów, ale i ze skarpetek, więc na stare lata pozostałoby nam tylko oglądanie celebrytów konsumujących niedbale owe frykasy, i zachwalających je dla plebsu w cenie 100 złotych za kilo (i więcej!).
Ale jeśli się Wam uda dostać gicz wołową dobrej jakości, to zachęcam do przyrządzenia jej w taki sposób, w jaki żem ja się wysadziła, ku uczczeniu urodzin Małżonka Osobistego (odłożywszy na później przepyszne propozycje z menu Pani Marysi albo Maminka Kulinarnego, którego małżonek zapoznał z racji niewydolności mego analogowego telefonu).
SKŁADNIKI:
- porcje z giczy wołowej z rurą (ta rura to kość szpikowa, niesłychanie podnosząca smakowitość mięsa),
- marynata, składająca się z wina czerwonego słoweńskiego (no dobra, byczek był "słoweński", ale przecież wino może być nawet z Pernambuko), octu roślinnego (ja akurat dałam z bzu, ale to tylko kwestia smaku), dużej łyżki miodu, sosu worcestershire, cebuli i czosnku,
- przyprawy, jakie kto chce (polecam liść laurowy, niekoniecznie świeżo uskubany z żywopłotu w Dolenskiej Dolinie😊, estragon, cząber i wędzoną paprykę),
- czosnek w ilości nienachalnej (coby nie zagłuszył przyrodzonej smakowitości mięsiwa),
- smalcu (no już nie będę Was dobijać, że ten smalec był P&B, czyli ze szczęśliwych słoweńskich prosiaków; tym bardziej, że określenie "szczęśliwe" nie dotyczy ich końca w naszych żołądkach, trochę smutek...),
- 2 duże cebule,
- sól i pieprz wg uznania (ale dopiero na etapie doduszenia).
WYKONANIE:
Plastry giczy z rurą zabejcować co najmniej 24 godziny w marynacie. 
Kiedy mięso dobrze zmieni kolor i całe przejdzie aromatem marynaty, rozgrzać na patelni (polecam stalową, już od lat nie używam teflonowych) dużo smalcu, ale do takiego stadium (trzeba sprawdzać ręką, "zawieszoną" nad patelnią), aby mięso od razu skwierczało położone na gorący tłuszcz. 
Obsmażywszy te wołowe sztuczki na rumiano, przełożyć do naczynia żaroodpornego (wyszmalcowanego szmalcem i wysłanego cebulą i plasterkami czosnku), podlać zdeglasowanym smakiem ze smażenia, posypać przyprawami i - przykrywszy pokrywą - dusić do miękkości na maksimum 150 stopniach. Ja najpierw dałam 150, a kiedy się okazało, że mięso i tak się mocno rumieni z wierzchu, skręciłam na 120 i umasowałam go do pożądanej przepyszności 😋
Zaserwowałam Małżonkowi z domowymi ogórkami kiszonymi, z kaszą gryczaną (bio) na grzybowym smaku z podcieczy, które żem całe lato i jesień zbierała ku radości całej rodziny oraz Rzeczonego, i ze szklaneczką piwa regionalnego od naszego Syna (znanego na blogu jako Jurand) :-)
No i ma się rozumieć, że bardzo serdecznie pozdrawiam wszystkich po długiej nieobecności💗.

niedziela, 26 lutego 2023

Sałatka uzbecka z ozorkiem

 Zostałam obdarowana przez Martika ozorem cielęcym. Jeśli ktoś nie jadł nigdy rarytasu, jakim jest ozorek, ten nie wie, jak smaczne, delikatne i czyściutkie jest to mięso. W tym samym czasie Ciocia dała mi sprawionego (niech będą Jej dzięki!) kogutka, więc wiadomo, że wylądował w rosole - razem z ozorkiem i kupą warzyw. Akuracik tyle samo się gotowały do miękkości (ok. 2 godziny, bo kurak to nie była piana ze sklepu, lecz Czupurek, który od lata szalał po całym naszym dziole). Większość jęzora została pokrojona do rosołu, ale najładniejszą część postanowiłam wykorzystać do sałatki, która za mną "chodziła" od wielu lat.

Przepis  pochodzi z nieistniejącej już strony państwa Grumków i nazywa się "sałatka uzbecka". Potwory i Spółka (akurat połowa była u mnie "w gościach") natychmiast przemianowali ją na sałatkę UBECKĄ, ale pod groźbą, że nawet jej nie powąchają gdy będą szydzić, w czas zamilkli.
 
Autorzy podali oryginalną nazwę: Til va sabzavotli salat, więc oczywiście sprawdziłam w sieci, czy aby na pewno to z Uzbekistanu. I zgadza się, chociaż przepis pani Maliki (o tu, klik!) nieco różni się od poniższego. Ale tak czy siak - to jest pyszne! Smaki się świetnie uzupełniają i ta marchewka (która - dopóki nie skosztowałam - budziła moje zdziwienie) świetnie pasuje do reszty składników. Co ciekawe - nie ma w sałatce żadnych przypraw z tego regionu świata, a mimo to jest inna niż wszystkie. 
Pytanie tylko, ile razy normalny człowiek ma dostęp do cielęcego jęzorka... No chyba, że jest taszczą (słoweń.: teściową) właściciela eko-farmy z krowami...
 
Podaję przepis za Grumkami (moje zmiany na zielono):
 SKŁADNIKI: 
300 g ugotowanych i pokrojonych na kawałki ozorków, 
2 ugotowane buraczki pokrojone na kawałki (dałam swoje marynowane i dobrze, bo są lekko kwaśne), 
4 jajka, 
1 cebula pokrojona w plasterki (zamacerowana wcześniej w soli, cukrze i soku z cytryny, przelana wrzątkiem i odciśnięta),
2 ugotowane marchewki, 
łyżka oleju (łyżka majonezu), 
2 łyżki majonezu i kwaśnej śmietany (gęstego jogurtu), 
2 roztarte ząbki czosnku, 
sól do smaku (i pieprz), 
koperek (pietruszka) i rzodkiewka do ozdoby.
SPOSÓB WYKONANIA:
Rozgnieść marchewki z czosnkiem, solą i łyżką oleju (majonezu). Odstawić na 10 minut. Na talerzu wyłożyć cebulę, buraki, jajka, ozorki i marchewkę. Posolić. Pośrodku (obok) położyć sos majonezowy. Udekorować jajkami. Bezpośrednio przed podaniem wymieszać wszystkie składniki.
 

I tak oto Marzynia przeniosła rodzinkę do Taszkientu.
 

 

czwartek, 2 kwietnia 2020

Świąteczny pasztet Babci Myszki

W wieku mocno pobalzakowskim jestem wciąż szczęśliwą posiadaczką Babci. Zresztą bardzo długo miałam i babcie, i prababcie, co dobrze rokuje "w temacie" długości mojego życia (no, żebym się nie zdziwiła... ;-D)
Tradycje i zwyczaje kulinarne babć były diametralnie różne - Babcia Bronia to bieda-kuchnia pogórzańska, a Babcia Myszka - zamożny dom galicyjskich mieszczan. Z racji permanentnego "nieśmierdzenia groszem" bliższa mi jest kuchnia BB, no ale święta...
Mięsa jeszcze nie wykupili. Czasu mamy (jakby) więcej. Proponuję więc zabawę  z przepysznym, domowym, tradycyjnym pasztetem. Przy okazji, jako bonusik, otrzymujemy gar pysznego rosołu (gdyby ktokolwiek jeszcze nie wiedział, jak zrobić rosół drobiowo-wołowy, to można zajrzeć tutaj)
SKŁADNIKI:
- mieszanka mięs wszelakich (oprócz dziczyzny - dzikie mięsa robi się inaczej) -  najlepszy wychodzi, gdy jest tam i wieprzowina (np. łopatka), i wołowina (np. kark czy szponder), drób (obrane porosołowe), wątróbka (polecam króliczą) i podgardle. Proporcje nie mają większego znaczenia - to kwestia upodobań smakowych, jednak podgardla daję co najmniej pół kilograma na 2 kilogramy innych mięs,
- warzywa z tego rosołu, w którym gotowaliśmy wiejskiego kurczaka i wołowinkę (bez kapusty włoskiej i pora),
- 4 jajka,
- 4 cebule (2 do duszenia wieprzowiny, 2 na surowo),
- dużo czosnku,
- minimum kwaterka rosołu,
- przyprawy i dodatki smakowe (oprócz soli, pieprzu i liści laurowych):  zależy, jaki wariant pasztetu chcemy wykonać. Ja robię zawsze w dwóch smakach (patrz zdjęcie poniżej): tzw. staropolski (z "korzeniami": sproszkowaną kolendrą, imbirem, cynamonem, gałką muszkatołową, nabijany goździkami) i albo tzw. wiejski (majeranek, kminek, cząber, lubczyk, itp.), albo grzybowy (mielone nóżki z prawdziwków + ugotowane kapelusze) albo paprykowy - możliwości są ograniczone tylko wyobraźnią. Jeśli damy wędzone podgardle, będzie miał nieco inny smak. Więcej warzyw - też pysznie.  
Co do dodatku bułki - my nie dodajemy. Wcale nie wychodzi zbity czy tam twardy, bo spulchniają go warzywa, tłuściutkie podgardle i dodatek rosołu. Oczywiście jeśli ktoś chce, może ją dodać.
WYKONANIE:
Warto sobie rozłożyć na 2 dni. Najpierw gotujemy rosół, wyciągamy z niego wsad, po czem wykorzystujemy NSR* (najczęściej potomstwo) do obrania kurczakowego kadłuba z mięsa. Jednocześnie osobno gotujemy w osolonej wodzie podgardle (powinno być mięciutkie).
Na drugi dzień dusimy do miękkości pokrojoną wieprzowinę, z dodatkiem połowy cebuli, soli, pieprzu, przypraw - jak na gulasz. Jeśli zrobimy więcej, to na obiad też styknie. Smażymy wątróbkę (ja na maśle) - dlaczego ja smażę, gotuję i duszę? Bo masę pasztetową trzeba często kilkakrotnie kosztować, zanim pójdzie do zapiekania, a ja mam jednak opory przed surowizną. 
Następnie dwukrotnie przekręcamy przez maszynkę wszystkie składniki oraz surowy czosnek i cebule (przydaje się kuchenna miedniczka). Wlewamy rosół, dodajemy jajka, doprawiamy solą i pieprzem, dobrze wyrabiamy. Dzielimy masę na połowę i każdą część doprawiamy inaczej, kosztując i "chytając" smak.
Uwaga: pasztet przed pieczeniem trzeba "czujnie" doprawić - nie wiem, dlaczego tak jest, ale gotowy ma łagodniejszy smak. Jeśli ma być zamrożony (a mrozi i odmraża się doskonale) to powinien być nawet lekko "przeprawiony" :-D
Do formy (posmarowanej smalcem i wysypanej tartą bułką) nakłada się przegradzając obie części folią alu. Wygładzamy wierzch zwilżonymi rękami, układamy liście laurowe, wtykamy goździki i kuleczki ziela angielskiego. 
Pieczemy około 1,5 godziny, aż się cały zrumieni, a zapach przyciągnie nawet sąsiadów z drugiego przysiółka.
* NSR - nie, to nie Narodowe Siły Rezerwy, lecz Niewolnicza Siła Robocza czyli Hurma i Czereda vel Wataha Jarzębiaka :-D
  Tutaj wersja z grzybami

 "Surowa" masa przed pieczeniem





niedziela, 28 października 2018

Struklji - rolowane pierogi ze Słowenii

Znęcona oryginalną nazwą (wciąż jeszcze mnie to kręci) porwałam się pewnej niedzieli na te pierożki. Dodatkowym asumptem był fakt, że w lodówce zalegało gotowane mięszane mięsiwo z rosołu, wykonanie miało być bardzo łatwe, a czas pracy krótki. Podśpiewując "Czas życia krótki, napijemy się..." przepuściłam przez maszynkę i doprawiłam faszer o tak jak tu. Już w tym momencie poczułam się zmęczona i lenistwo niestety mię zgubiło, bo Czereda chciała tradycyjne babcinowe, ale ja się uparłam, że te. Zamieszałam michę ciasta wg sprawdzonego przepisu (tutaj), było jednak zbyt rzadkie, bo mi się cyrkło za dużo gorącej wody. Na pewniaka sięgnęłam do szafki po mąkę i...
"...ręka długo i głęboko 
szukała, nie znalazła - i kucharz pobladnął".
Niedziela niehandlowa. Na naszym "dziole" 3 zamieszkane domy, łącznie z moim. Ciotka i kuzynka mają mąkę, ale nie pójdę, bo wyjdzie szydło z wora, jaka ze mnie gospodyni ("Marzyniu, jedziemy do sklepu, trza ci co, bo jutro sklepy zamknięte! - Nie, nie, ciociu, wszystkom se już dawno kupiła!")
Tiaaa... 

Zanurkowanie w czeluść szafki zaowocowało wygrzebaniem zapomnianej torby z mąką ŻYTNIĄ. 
Myślę se: a co tam, troszkie podsypie, to nic się nie stanie, H&C sie nie skapnie, a nawet będzie tak bardziej rustykalnie, modnie, eko i organic (bo to była ta bio). 
I to był błąd. Nie idźcie tą drogą!
Po pierwsze: kolor. Koment: "Co one takie czorne?!" był z tych łagodniejszych.
Po drugie: sakrucko lepiły się do ścierki (bo gotuje się je w płótnie), co - po zdzieraniu pazurami prototypów - wymusiło grube wałkowanie.
Po trzecie: straciłam CAŁE POPOŁUDNIE, a fiksy słyszał chyba cały nasz przysiółek.
Po czwarte: były jednak smaczne :-)
Jak wykonać prawidłowo to niewątpliwie godne polecenia danie, dowiecie się szczegółowo tu, bo znalazłam przepis właśnie na przesmacznym blogu Izuni. 
Živé naj vsi naródi! a zwłaszcza bracia Słoweńcy!

czwartek, 27 października 2016

Klopsy królewieckie


Na szczęście żaden z przepisów na tę przepyszną potrawę to nie kategorische Imperativ (chociaż podejrzewam, że Kant jednak sarkałby, że nie z cielęciny), więc mogłam i ja popełnić to danie. Zainspirował mnie Okrasa, a właściwie ten gostek - kucharz, którego przepis Karolek tak zniekształcił, że Immanuel obrócił się w swym królewieckim grobie. 
Zdjęcia zrobione komórką  wyszły mi w dwóch, z lekka psychodelicznych, sosach: szaro-burym i oliwkowo-sraczkowatym z tłustym glancem (przepraszam za wulgaryzm, ale skojarzenie jest jednoznaczne). Zestawiam je ze sobą, abyście mogli zdecydować, który podziwiać wolicie :-D
SKŁADNIKI: 
Klopsy:

•    0,5 kg mięsa mielonego (wieprzowo-wołowe),
•    1 bułka namoczona w mleku i odciśnięta,
•    1 średnia cebula starta na grubej tarce,
•    5 filetów anchois,
•    2 jaja,
•    1 łyżka łagodnej musztardy,
•   
2 ząbki zmiażdżonego czosnku,
•    sól, pieprz, 1-2 szczypty gałki muszkatołowej,
•    3 łyżki drobno posiekanej natki pietruszki,

•    1 l rosołu (bulionu) drobiowego.
  Sos do klopsów:
•    bulion z gotowania klopsików,
•    2 łyżki masła,
•    2 łyżki mąki,
•    2 łyżki kwaśnej gęstej śmietany,
•    kilka korniszonów skrojonych w drobną kosteczkę (w oryginale 1 słoiczek kaparów, ale moje własnoręcznie robione korniszonki dały radę),
•    1 cytryna, 
•    odrobina cukru,
•    gałka muszkatołowa,
•    2 – 3 łyżki posiekanych oliwek,
•    sól, pieprz do smaku.
WYKONANIE:
 Wszystkie składniki pulpetków dobrze razem wyrabiamy. Bulion, lub jak u mnie po prostu przecedzony niedzielny rosół, zagotowujemy i na wrzący wrzucamy uformowane w naolejonych łapkach kuleczki. Gotujemy wolno 10-15 minut (zależy jak są duże, moje były wielkości piłeczek golfowych, wiem, bo Jacenty przywiózł nam jako suprajz ze Stanów. Kije dostaniemy w przyszłym roku :-D). 
Sos robimy z tegoż bulionu, zaciągnąwszy go lekką zasmażką i doprawiwszy wyżej wymienionymi ingrediencjami. 
To właśnie perspektywa raczenia się wyrazistym w smaku, a delikatnym (bo gotowanym) mięsem w charakternym sosie mnie skusiła. Myślę, że nawet Albrechtowi Fryderykowi Hohenzollernowi rozwiewały się opary szaleństwa, gdy podsuwano mu półmisek takich klopsów.



niedziela, 22 lutego 2015

Frykando Jane Austen



Zawsze lubiłam czytać książki Jane Austen. No i oglądać ekranizacje jej powieści. Najbardziej wrył mi się pamięć (nie wiedzieć czemu, chyba byłam wtedy zakochana) serial „Mansfield Park” z miłą aktorką o końskiej twarzy i jej ukochanym, który wyglądał, jakby miał wrażony kij od szczotki… poprawka: kij od polo. 
I jak to w wyższych sferach, oni tam ciągle jedzą przy ogromnych stołach, a lokaje w liberiach i pudrowanych perukach bezszelestnie zmieniają półmiski. Dlatego gdy zobaczyłam zupełnie przypadkiem (tu) przepis na frykando Jane Austen WIEDZIAŁAM, że muszę to ugotować. Już sama nazwa kojarzy się z czymś pysznym, co się fryga aż uszy się trzęsą. Jest książka kucharska na podstawie powieści Austen i jeśli tylko nie zrujnuje mi budżetu to kupię. 
Zapewniam, że danie jest pyszne, składniki można zstąpić zbliżonymi w smaku, chociaż wydaje mi się, że nie można pominąć sardeli (fileciki z sardeli, czyli anchois bez problemu można kupić). 
Ze smardzami, truflami i karczochami może być kłopot (umyślny z Włoch nie dotarł do mnie na czas), ale i bez tych ingrediencji frykando jest znakomite! 
Przepis oryginalny: 
Weź udziec cielęcy, wytnij z części grubej plastry na pół cala grube i sześć cali długie. Obłóż łodygami młodych karczochów i oprósz mąką. Piecz na ogniu, aż nabiorą jasnobrązowego koloru, po czym przełóż do wielkiego rondla, dodaj kwartę sosu i duś przez pół godziny. Dołóż plasterek cytryny, nieco sardeli, dwie łyżeczki pikli cytrynowych, pokaźną łyżkę przecieru orzechowego, takąż smażeniny, trochę pieprzu kajeńskiego, kilka smardzów i trufli. Kiedy frykando miękkim się stanie, wyjmij je, a sos zagęść masłem i mąką. Przecedź, wyłóż mięso na półmisek i polej dobrze sosem, obłóż cytryną i berberysem. Niektórzy dekorują pulpecikami albo kulkami zawijanymi w cielęcą kiszkę, albo żółtkami jaj na twardo gotowanych, co mile cieszy oko. 
Przepis uwspółcześniony: 
6 plastrów cielęciny grubych na centymetr, 
kilka gałązek świeżego rozmarynu (użyłam suszonego), 
sól i pieprz, ew. pieprz cayenne, 
olej lub masło do smażenia, 
1/2 litra rosołu, 
1 łyżka soku z cytryny, 
1 łyżka pasty z sardeli (anchois) – dałam 3 fileciki drobno pokrojone; same rozpadły się w sosie, 
2 lub 3 łyżki przecieru grzybowego – wystarczy po prostu łyżka sproszkowanych grzybów suszonych,

można dodać łyżkę dobrego przecieru pomidorowego, najlepiej takiego własnej produkcji,
15 dag grubo pokrojonych pieczarek, 
beurre maniè zrobione z 2,5 dag miękkiego masła i tej samej ilości mąki, 
do dekoracji: plasterki cytryny (jakoś mi to kruszone jajo nie konweniowało, chociaż być może mile cieszy oko :-D)
Wykonanie (wg pani Makellby):
Pokrój cielęcinę lub wołowinę w niezbyt cienkie paseczki i usmaż na oleju z masłem, tak by lekko się przyrumieniła z obu stron. Przełóż do rondla, dodaj rosół, sok z cytryny, rozmaryn, przecier z sardeli i grzybowy, pieczarki i szczyptę pieprzu cayenne. Duś, aż mięso zrobi się miękkie. Zdejmij rondel z ognia, wrób w sos małe kawałeczki beurre maniè, ponownie podgrzej i zagęść sos do konsystencji, jaka wyda ci się odpowiednia. Udekoruj cytryną, żurawiną lub owym żółteczkiem. 
Zaproś Mamę lub (lepiej) Teściową, a potem idź do biblioteki po książkę Jane Austen.