Niemal cały wrzesień spędziłam u Martika w Słowenii. Gros czasu poświęciłyśmy na "ogarnianie" jej warzywniaka. Mając jeszcze w oczach nędzne zaiste, zrodzone w suchych mękach tegorocznego lata MOJE plony, doznałam szoku. W Alpach, powyżej tysiąca (!) metrów, na dnie niewielkiej niecki, gdzie utrzymuje się trochę gleby, na podłożu przypominającym drobny koci żwirek wyrosły jarzyny, mogące stawać do konkursu "Warzywni giganci 2022".
Szkoda, że nie mamy zdjęć marchewki, bo ona będzie bohaterką tego wpisu, ale zapewniam - mimo, że robiłam podyplomówkę na Uniwersytecie Rolniczym i oglądałam wiele wzorcowo prowadzonych upraw, to w życiu czegoś takiego nie widziałam. I nie tylko, że ogromne! Jeszcze słodziutkie, chemią nie skażone, nie zżarte przez żadne tam połyśnice i drutowce! Skwitował to najlepiej stric Matej: "Poljska semena, slovenska zemlja...", bo rzeczywiście nasiona były z Polski.
Trzeba więc było zabrać się za robotę (jak w jakimś Hortexie) i przerobić chociaż część tego bogactwa. Z drobnej części marchwi zrobiłyśmy jakieś tysiąc... (nie, no nie tysiąc, ale gdy upadłyśmy wieczorem, to takie było wrażenie) litrów domowego soku przecierowego typu Kubuś. Martik powiedział, że smak jest bardziej jak Witaminka Hortexu, ale niech już będzie Kubuś.
SKŁADNIKI:
* marchew, jabłka (rosną na tej farmie, a jakże!) i banany (dlaczego JESZCZE tam nie rosną?!) w dowolnych proporcjach - chociaż najwięcej powinno być marchewki,
* minimalna ilość wody do rozgotowania składników,
* przegotowanej wody do rozrzedzenia wg uznania, bo zblednowany mus jest bardzo gęsty,
* sok z cytryny,
* ewentualnie łagodny w smaku miód (jeśli Kubuś ma być "bez"), albo więcej dojrzałych bananów, albo po prostu cukier do smaku.
WYKONANIE:
Marchewkę i jabłka obrać. Nie robiłyśmy tego dokładnie, bo Martik ma jakiś super-hiper blender, który nawet z lodu robi z powrotem wodę - chodziło bardziej o kolor. Ugotować do miękkości (jabłka osobno, rozpadły się po kilku minutach) i zmiksować razem z bananami. Jeszcze raz chwilę pogotować. Miała tam pojawić się jakaś piana do zeszumowania, ale już nam się nie chciało dziuczeć nad garami, tym bardziej, że zaszła nas nocka, a kosmiczny blender wyjąc wniebogłosy obudził nie tylko steranych domowników, ale nawet psa na polu (a tornjak Loki ma szczek!). Rozcieńczyć do pożądanej konsystencji i doprawić do smaku. Pasteryzować pół godziny (my "na sucho" w piekarniku, 100 stopni, termoobieg), aby można było otworzyć go zimą, gdy śnieg zawali jedyną górską dróżkę w dół do sklepu.
Nawet patriarchowie rodziny, którzy takich wynalazków z zasady nie pijają (bo preferują - jak to południowcy - zgoła inne trunki) powiedzieli, że bardzo dobry.
Martik przysłała zdjęcie marchewy 😂













