Tyle lat babki, matki, wujny i stryjanki w mojej rodzinie gotowały tę zupę, ale dopiero niedawno odpowiednie jej dano słowo: RUMPUĆ. Ja zawsze myślałam, że to zwykła jarzynowa na kawałku jakiegoś mięsiwa dla większej pożywności. A teraz już wiem, że kwaskowata zupa z kapustą i wszystkimi warzywami, jakie mamy w ogródku, tak się superancko w Wielkopolsce nazywa. A ponieważ i Zuzię urzekła ta nazwa, i skroiła wszystkie składniki, i jej baaardzo smakowało, więc daję przepis. Najlepiej smak tej zupy z dzieciństwa (i przepis na nią) opisał jeden pan z Poznania, o tutaj Gdybyś Zulajdo zapomniała, to sobie zerknij, albo przyjedź do mnie i znowu zrobimy, bo właśnie teraz jest rumpuciowy czas :-D Dodano 15.IX. Okazało się, że ktoś jeszcze oprócz nas zainteresował się tym przepisem, zapewne z powodu nęcącej nazwy. Więc napiszę, jakie składniki były w naszym rumpuciu: wędzone kości od schabu, marchewka, pietruszka, mała kapustka biała, garstka kiszonej kapusty, ziemniaki, cebula, fasolka szparagowa, starte na grubej tarce pomidory, ulubione przyprawy (kminek!), cukier, 2 łyżki lekko zasmażonej na maśle mąki. Jest jednocześnie lekko kwaskowata i lekko słodkawa, słona, pieprzna, pożywna, ale nie tak treściwa jak zimowy kapuśniak.
Buszując w zbożu... eee... wróć!: buszując na blogu u Kubeczka natknęłam się na coś, co Bożenka nazwała "grzankami z ciecierzycy". Z tych rzeczy to ja tylko grzaniec, ale mam w domu takiego smużdża, co się odchudza, a potem chodzi i smędzi, bo wszystko co dobre jest tuczące. A tu jeszcze Hurma i Czereda sadystycznie na jego oczach obżera się czipsami i batonami, zapijając kolą. A że mam mientkie serce, a i staram się jakoś podchlibić i ulżyć w niedoli diety, więc żem się porwała na te chrupeczki. Jezusie Nazaryński królu żydoski!!! (cytat z klasyka, wiadomo kogo). Jakbym wiedziała, ile to roboty, to sama bym się nie brała za to. Na szczęście namanił się Martik, któren chciał wysępić doładowanie przez internet, więc go zaprzęgłam do łuskania. Sarkała, że przebieranie grochu i soczewicy (cieciorki??) z popiołu było lepsze, ale obierała. Bo każde ziarenko ugotowanej ciecierzycy trzeba obrać ze skórki ha! Jakieś inne kobitki z blogów twierdzą, że nie trza, ale ja tam wierzę Kubeczkowi. Jeżeli nie macie w domu Kopciuszka, to nie przygotowujcie jak ja z całej torebki. No chyba, że odsiadujecie dożywocie za zamordowanie męża, który domagał się tych PRZEPYSZNYCH chrupeczek codziennie :-D Co i jak trzeba zrobić, już tam Bożenka opisała dokładnie (klik!). Ja nie mroziłam ugotowanej, tylko po odcedzeniu zalałam lodowatą wodą i skórka nawet fajnie schodziła z ziarenek. I dodałam jakiejś indyjskiej przyprawy (masala coś tam), połączonej z suszonym czosnkiem i słodką papryką dla koloru. Ta przekąska jest świetna. Naprawdę chrupie galanto i można przygotować kilka wersji smakowych. No i odpadają wyrzuty sumienia podczas podjadania przy kompie :-D
Kapeczke blada ta moja roladka,
dzie ta jej kolorami do oryginału!Ale smakiem NA PEWNO nie ustępuje tej, którą znalazłam u pani
Madzi na blogu „Smak Zdrowia”. A jak wygląda w wersji Bożenki ze "Smakowych kubków" to macie tutaj :-)
Jest soczysta i delikatna, posmak groszku w zielonej
warstwie jest ledwo wyczuwalny (groszek dlatego, że zalegał w zamrażarce, szpinak dałby bardziej kontrastowy efekt kolorystyczny), ale za to warstwa
pieczarkowa ma dość wyraźny aromat podsmażonych grzybków. Gdy się ma blender,
to roboty nie jest wcale tak dużo.
I niezaprzeczalna zaleta: z dwóch podwójnych
piersi wyszła mi rolada długości 34 (zmierzyłam!) centymetrów, o fi jak
mortadela z „Sokołowa”, wiecie o co chodzi, tiaaa... :-D
SKŁADNIKI:
2 podwójne
piersi z kurczaka,
40 dkg pieczarek,
pół torebki mrożonego groszku,
masło i
olej do smażenia,
ulubione przyprawy (oprócz soli i pieprzu dałam tylko trochę
tymianku i sproszkowanej suszonej cebuli do części pieczarkowej, a mielonego
suszonego czosnku i gałki muszkatołowej do warstwy groszkowej, bo nie chciałam zagłuszyć
smaku mięsa),
2 jajka.
Żadnej bułki.
WYKONANIE:
Pieczarki usmażyć na masełku z
odrobiną oleju.
Mrożony groszek ugotować (uwaga, trwa to bardzo krótko!) w osolonej
i lekko pocukrzonej wodzie. Odłożyć ze dwie łyżki, a resztę przetrzeć przez
rzadkie sitko (można ten etap pominąć, ale jednak trochę będzie czuć te łupki).
Pierś pokroić na kawałki i połowę zblendować (ale nie na muto!) z pieczarkami,
a połowę solo i dodać pulpę z groszku. Można oczywiście przemielić w maszynce, ale komu się chce myć maszynkę...
Wyrobić dokładnie z jajkiem (każdą
warstwę osobno, ma się rozumieć, to dopisek dla nowicjuszy). Doprawić.
No i
teraz chwilka zabawy z formowaniem, ale gdy się przestudiuje tę instrukcję, to
nie może nie wyjść.
Można zrobić oczko, można zrobić ślimaka.
Jeśli będziecie ją piec, a nie gotować, to trzeba wziąć papier do pieczenia lub pergamin zamiast folii. Ja polecam pieczenie (jakieś pół godziny do 40 minut w 180 stopni), bo w połowie można rozciąć
papier i ślicznie ją zarumienić z wierzchu. Wcale nie wyschnie.
No i za późno
się skapczyłam, że trzeba było sobie odłożyć nieco groszku w całości, te dwa
smętne groszki, które widać na zdjęciu znalazły się w massie przypadkiem,
bo mi się gibło sitko w czasie przecierania i nie wygrzebałam. A z zielonymi
kuleczkami byłoby ładniej!
Sugeruję
czytanie tego wpisu gdzieś w okolicach ferii zimowych, bo próba wyobrażenia
sobie smaku oraz walorów rozgrzewających tej wspaniałej zupy w 35 stopniowym
upale może powalić. Gotowałam ją oczywiście 2 tygodnie temu, kiedy za oknem lał
zimny deszcz i… [słowo na „p” usunięto; przyp. cenzora] i wiało jak w Kieleckim
(nie wiem dlaczego, ale u nas to nieszczęsne Kieleckie jest zawsze symbolem
okrutnego wygwizdowa, pozdrawiamy ludzi z Kielc!). Niestety nie mam
zdjęć innych potraw, albowiem na razie zakupy glanc-papiru, rapsztang, forajbek i szprosów do okien
wygrywają wciąż z nowym aparatem dla mnie... i muszę czyhać, aż na obiedzie będzie ktoś z lepszą komórką i pstryknie… a tu ludzie już zjedli oczami te gómułki i
knydle…
Niech
więc będzie harira, jak pisze autorka przepisu, na którym się wzorowałam, czyli
pani Dominika: „gorące Maroko na talerzu”!
SKŁADNIKI
(wersja z kurczakiem):
0,5 kg mięsa gulaszowego z kurczaka pokrojonego w kostkę,
1,5 litra bulionu drobiowego,
200 g ugotowanej ciecierzycy,
2 garście fasolki
szparagowej (nic innego „strączkowego” nie miałam, ale było przepysznie,
choć nie tak syto jak z soczewicą na ten przykład),
1 duża cebula,
5 ząbków czosnku,
2 marchewki,
2 łodygi selera naciowego,
butelka pasaty pomidorowej,
2 łyżeczki (ostrej i
łagodnej) papryki w proszku,
po 1 łyżeczce kuminu, ziaren kolendry, imbiru w proszku, kurkurmy,
po pół łyżeczki cynamonu i gałki muszkatołowej,
papryczka chili do dekoracji (raczej nie z tych diabelskich),
sól i pieprz,
sok z limonki i cukier,
kilka posiekanych daktyli,
oliwa z oliwek (taka do smażenia),
i powinna być natka pietruszki albo jeszcze lepiej kolendra, ale
ja miałam LUBCZYK i chyba się żaden Arab nie obrazi?
WYKONANIE:
Osobno
obsmażyć przyprawionego solą i pieprzem kurczaka, dodając (gdy odparuje sok) czosnek
i cebulę, żeby się zeszkliły. W dużym garnku, najlepiej ceramicznym o grubym
dnie, rozgrzać nieco oliwy i wsypać sypkie przyprawy (te w ziarnach wcześniej
utłuc w moździerzu albo zmielić). Gdy zacznie cudownie pachnieć (ale uważać na
przypalenie, papryka będzie gorzka!) dodać fasolkę i pokrojone w słupki
marchewkę i seler. Smażyć chwilę, dodać kurczaka z cebulą i czosnkiem, pomidory
i cieciorkę, zalać bulionem i „chytać” smak, doprawiając ew. ostrą papryką,
sokiem z limonki czy cytryny i nieco cukrem (dla złamania kwasu). Powinna być
wyrazista, pachnąca przyprawami, ostra i lekko kwaskowata, tzn. tak mnie się
wydaje, bo jako żywo nigdy nie byłam w Maroku. „Na wydaniu” posypać plasterkami
chili, zieleniną i koniecznie tymi daktylami (jak dobrze, że wujek Stasiu
obdarzył moje potwory daktylami w ubiegłoroczne wakacje i leżały sobie zapomniane
i scukrzone w szafce).
I jeśli
- ojcze i matko, i ty bracie i siostro - wydaje ci się, że jest ci gorąco, to
zapodaj sobie taką zupkę a wtedy zrozumiesz, że w strefie Maghrebu mają o wiele
większe upały, a to jedzą, i to w ramadanie (w tym roku między lipcem a sierpniem)
i nie sarkają, ha!!!
No i okazuje się, że „zachyciliśmy się”
na zupy - kremy. Najfajniejsze jest w nich to, że nie wymagają praktycznie żadnego
wysiłku, aby je zrobić. Nawet Jurand, któren się odgrażał, że nie tknie, zjadł
z apetytem.
W kremie z zielonego groszku kolor
zachwyci każdego, na zdjęciu tego tak nie widać, ale jest po prostu zieloniutki
jak majowa trawka. Oczywiście efekt ten można uzyskać tylko ze świeżego
groszku, albo – jak w moim przypadku – z mrożonego. No i nie wolno go długo
gotować. Dodatkowym bonusem krótkiego gotowania jest smak – wspomnienie lata,
jakże miłe, gdy na polu wiosna nadal nie może się wyłupać z lodowych okopów.
Więc
do dzieła, zupka jest pyszna i można błysnąć przed odchudzającymi się koleżankami.
SKŁADNIKI:
Opakowanie groszku mrożonego (ja
miałam Hortex, spoko jest),
Niecały litr odtłuszczonego rosołu
drobiowego,
1 większa szalotka,
ząbek czosnku,
duża łyżka masła,
sól, pieprz, gałka muszkatołowa do
smaku.
WYKONANIE:
Cebulkę i czosnek pokroić, dusić do
miękkości na maśle (nie rumienić). Zalać bulionem i chwilkę pogotować. Na mocno
wrzący rosół wrzucić groszek i pod przykryciem szybko go zagotować. Nie trzeba
dłużej, i tak będzie miękki, a zachowa kolor i świeżość. Zmiksować na gładko,
doprawić.
To, co pływa na zdjęciu na wierzchu zupki to suszone pomidory z chili
i bazylią, posypałam, żeby było jeszcze pikniej.
A do tego bułeczka z masłem
zapieczona na rumiano.
Marchewka z groszkiem to klasyka
kuchni PRL-u. Każdemu, kto chodził do przedszkola lub na stołówkę w podstawówce
kojarzy się z dodatkiem do drugiego dania. Nie wiem, dlaczego tak jest, pewnie
przez dopadające mnie pomału starcze resentymenty, ale nielubiany wtedy duet
stał się teraz moim ulubionym. Duża w tym zasługa Szefowej naszej szkolnej
kuchni, która przyrządza ją mistrzowsko, na lekko słodko, i pozwoliła mi odnaleźć
smak dzieciństwa. Niestety, tsunami marchewki z groszkiem zalewało okienko
zwrotne i pani intendentka doszła do wniosku, że dla uwielbienia Marzyni nie ma
sensu gotować porcji na 150 osób. Hurma i Czereda odmawia jedzenia tego
przysmaku. Mama w domu robiła bez cukru i w formie bardziej paciarowatej, a
mnie najbardziej smakuje taka jędrna, słodkawa, z pękającym na podniebieniu
groszkiem.
SKŁADNIKI (dla 1 osoby, hie hie…):
2 marchewki,
2-3 łyżki groszku mrożonego,
łyżka masła,
pół łyżeczki cukru,
sól, pieprz,
sok z cytryny do smaku,
ew. ciutkę gałki muszkatołowej,
płaska łyżeczka mąki pszennej.
WYKONANIE:
Marchewkę obrać i skroić w
kosteczkę. Najlepiej robić to metodą: wzdłużne plastry, plastry w długie
słupki, słupki w kosteczkę. W rondelku z grubym dnem roztopić masło, oprószyć
cukrem i chwilkę posmażyć do roztopienia cukru. Wrzucić marchewkę, przykryć i
dusić na półmiękko. Zaglądać do środka i w razie czego cyknąć troszkie wody. Dodać
groszek (nierozmrożony), dosolić, dość mocno popieprzyć. Jeśli wrzucimy od razu
groszek z marchewką, to się może rozgotować. W żadnym wypadku nie dajemy
groszku konserwowego, bo ma inny smak i skiepści nam potrawę. Dusimy do
miękkości, na koniec zaciągając lekko jarzynkę niewielką ilością mąki
rozrobionej z wodą. Ja doprawiam jeszcze sokiem z cytryny i odrobiną gałki.
Najlepiej pasuje z udkiem kurczaka
(też imprinting z dzieciństwa). I wygląda tak wesoło w ponure dni :-)
Fasolkę szparagową robię właściwie na dwa sposoby: tradycyjnie, z rumienioną tartą bułeczką i z masłem i właśnie tak: z natką pietruszki i z czosnkiem. Mama nazywała to danie: „szparagówka po włosku” i robiła na bazie oliwy (rzeczywiście, to już zalatuje włoszczyzną), ale mnie najbardziej smakuje, gdy czosnek udusi się na masełeczku…
SKŁADNIKI:
fasolka szparagowa (u mnie po 20 dkg na osobę, ale może nie każdy karmi H&C),
natka pietruszki wg uznania,
ząbek czosnku na osobę,
po łyżce masła z odrobiną oliwy lub oleju (ja na 5 osób dałam pół kostki, ale nie maściłam już ziemniaków),
przyprawa „Delikat” w płynie,
sól, pieprz,
płaska łyżeczka cukru i odrobina octu winnego.
WYKONANIE:
Odciąć końcówki fasolki, oczywiście umyć. Jeśli strączki są bardzo długie, można je przepołowić. Ugotować, wrzucając na gorącą, osoloną, ocukrzoną i ciut zakwaszoną wodą (nie wiem, dlaczego ten cukier i ocet, Mama tak robiła i szparaga jest znakomita, może to tak, jak z kalafiorem?).
W międzyczasie przygotować polewkę: masło stopić i chwilkę podsmażyć, wcisnąć czosnek, udusić go nie rumieniąc, dodać natkę i przyprawy. Ugotowaną do pożądanej miękkości fasolkę polać obficie maślaną polewką. Do tego tylko młode ziemniaki i jajko sadzone - i obiad godny nawet stołu Sforzów gotowy!
Miałam mrożony młody bób i miałam też chęć zrobić marokańską sałatkę z bobu według przepisu Magdy K. (nie, nie tej z piosenki Perfectu). Wydawała mi się wielce smakowita, ale potem żal mi się zrobiło „polskiego” smaku tego bobiku i w końcu przerobiłam przepis po swojemu. I wyszło prze-pysz-ne!
SKŁADNIKI:
torebka zielonego bobu,
mały jogurt grecki,
ząbek czosnku,
tarta bułeczka,
dużo masła,
sól, pieprz.
WYKONANIE:
Bób wrzucić do wrzątku (nie solić!), krótko obgotować. Następnie niestety, trzeba obłuskać. Ponieważ cichaczem robiłam tę sałatkę o poranku, żeby mi H&C nie wyżarła (a zresztą wiecie, komu pan Bóg daje), więc nie mogłam zagonić do tego moich kopciuszków. Kiedy mamy wyłuskane wesołe bobki, dogotowujemy je, teraz już w osolonej wodzie, uważając i próbując co chwilę, ponieważ on się gotuje szybko i ma tendencje do rozłażenia się. Przy okazji możemy się przekonać, czyśmy dobrze osolili wodę.
W tzw. międzyczasie na suchej patelni prażymy bułeczkę tartą do zrumienienia i też uważamy, bo niestety, nawet Marzynia mistrzyni spaliła niejedną bułeczkę już.
Bób odcedzamy i studzimy, ale ma być ciepły. Masełko rumienimy z lekka. Do jogurtu wciskamy ząbek czosnku, dosalamy do smaku.
I teraz robimy tak: usypujemy kopczyk bobowy, obficie polewamy masełeczkiem (tu ukłon w stronę mojego ukochanego kucharza - sarmaty pana Russaka, on zawsze mówi: masełeczko), posypujemy chrupiącą bułeczką, a pod bokiem kładziemy mniejszy kopczyk z jogurtu. I jeszcze tylko świeżo zmielony pieprz i można się delektować.
Nie przypuszczałam, ze bób z jogurtem będzie taki smaczny.
- Mamo, to najbardziej odjechane danie, jakie kiedykolwiek ugotowałaś. Ten smak nie przypomina kompletnie ŻADNEGO dania!
- Nooo, ale czy wam smakuje? - zaniepokoiłam się.
- Przepyszne!!!
Miałam wkleić tylko link z przepisem, który mnie zainspirował, ale już parę osób mi mówiło, że kiedy przychodzą coś zjeść na bloga, to nie tylko by patrzyli, ale i przeczytali, jak JA to robiłam. Co prawda mój przepis jest dużo bardziej pracochłonny, ale dla efektu warto się troszku pomęczyć. Jeśli zaś ktoś ma do wykorzystania niewolniczą siłę roboczą w postaci płodów swych lędźwi, to powinno się udać.
SKŁADNIKI:
Woreczek soczewicy – w oryginale była ciecierzyca, ale wyprawa po sklepach naszego miasteczka ujawniła, że jako żywo nikt o czymś takim nie słyszał. W Geesie mieli soczewicę, bo pani prezes jest głęboko wierząca i zawsze słucha na mszy pierwszego czytania.
Łyżka masła do jej omaszczenia (soczewicy, nie prezeski),
Mięso drobiowe – ja miałam około kilograma, po połowie: indycza pierś i indycze udowe, co było błędem, o czym dalej,
1 jajko,
2 łyżki tartej bułki,
2 kartony pomidorów krojonych (np. Podravka),
2 cebule (lub 1 duża i kosteczka cebulowa),
6-8 ząbków czosnku,
olej lub oliwa do smażenia,
sól, pieprz, maga Knorra,
PRZYPRAWY (jak wiadomo, są sekretem potrawy, w tym wypadku robią całą robotę:)
- kopiata łyżeczka kminu rzymskiego (w oryginale jest dużo więcej, ale to już by chyba było zbyt intensywne, poza tym ja moje przyprawy utarłam w moździerzu),
- kopiata łyżeczka ziaren kolendry,
- imbir (jakieś pół łyżeczki),
- szczypta kardamonu (było: cynamonu, ale jednak się nie przełamałam),
- 2 łyżeczki słodkiej papryki,
- 2 strączki chili suszonego,
- natka z kolendry – nie dałam, nie lubię i już!
- natka z pietruszki (ja niestety, nie dostałam wystarczająco zielonej; były jakieś wiechcie w jednym ze sklepów, ale nadawały się tylko na pomietło) – można zstąpić suszoną + kosteczka Knorra pietruszkowa, wiem że to nie to, ale trudno.
WYKONANIE:
Soczewicę namoczyć na parę godzin, ugotować w wodzie z masłem i solą. Uwaga! Bardzo łatwo przegapić moment, w którym ze stadium twardawej przechodzi ona w stadium rozdwojenia: osobno wygotowane łupinki, osobno rozmoknięty miąższ.
Na marginesie mówiąc, ten Ezaw to był jakiś półgłówek i słusznie stracił to pierworództwo, bo żeby się sprzedać za miskę tego cosik… (ni to groszek, ni bóbek, jakieś sojowate, wiem, wiem, łatwo przyswajalne białko, ale takie kotleciki np. z bobem czy grochem byłyby lepsze).
Więc soczewica ugotowana, teraz mięso. Tym razem była to droga przez mękę. Doradzam: jeśli macie sprawdzoną mielonkę indyczą gotową – kupić. Ja nie wzięłam, bo żadna z tych dostępnych u nas mi nie smakuje. Jeśli mielą mięso w sklepie, dajcie sobie przemielić chociaż to udowe. W ostateczności pozostańcie przy samej piersi. Ja chciałam, żeby smak był pełniejszy (białe z czerwonym), więc wzięłam te łapy. Owszem, szable z ud były usunięte, ale CAŁE mięso było w błonach i pawięziach. Mordowałam się godzinę z oczyszeniem, potem spróbowałam przemielić. Lepiej byłoby mi przemielić całego indora z piórami, niż to cholerstwo. Zatarłam maszynkę i zatkałam dokumentnie 2 sitka. Kto próbował czyścić sitko od maszynki z zabitego mięcha ten wie, co użyłyśmy przy myciu garów…
Więc musiałam narazić mój ukochany blenderek na zapalenie silnika i siekać nożami po troszeczku w blenderze. Na szczęście nożyki są ostre i jakoś poszło. Przy okazji zszatkowałam na paciarkę cebulę i czosnek.
Przemielone (zsiekane) mięso dobrze wyrobić z bułką, jajkiem, ciutką wody, cebulą i czosnkiem. Kombinowałam, czy dać surową cebulę, czy przesmażoną i jednak doradzam tę surową (inny smak). Oczywiście dodajemy przyprawy: sól, pieprz, kosteczkę paprykową, utłuczony kmin z kolendrą, trochę imbiru, suszoną pietruszkę. Na głębokiej patelni rozgrzewamy olej. I tu dygresja: w przepisie pani Miciuni były to okrągłe pulpeciki, ale przy takiej ilości mięsnej masy do wysmażenia musiałabym zużyć całą butlę oleju. Zrobiłam więc płaskie, małe kotleciki, które smażą się szybciej i nie muszą pływać w tłuszczu. Niestety, olej jest do wymiany przy przesmażeniu każdej partii (to, co wypływa, szybko się przypala). Usmażone placuszki odsączyć na ręczniczku papierowym.
SOS:
Dusimy na małym ogniu krojone pomidory z dodatkiem oliwy, soli, odrobiny cukru, strączków chili i suszonej pietruszki. Trzeba czaić, jakie stadium ostrości nam pasuje, ponieważ przy chili łatwo przedobrzyć. Ja zrobiłam ostre jak ślag, ale z kolei mięso nie było przeostrzone, więc się smaki wyrównywały.
Kiedy sos jest gęsty i pomidorki się całkiem rozpadły dodajemy resztę przypraw (tej słodkiej papryki nie żałować) i sprawdzamy, czy jest odpowiednio słony i ostry. Gdyby nie zgęstniał całkowicie (jak mój) trzeba dać ciutkę mąki, rozrobionej z zimną wodą - nie zepsuje smaku, a sos nie będzie się nieapetycznie rozlewał.
Ponieważ moje kotletki były soczyste i upieczone w środku, nie trzeba było dusić ich w sosie dodatkowo. Po prostu: soczewica, duuużo sosu i na wierzch rumiane klopsiki.
Już sam zapach jest oszałamiający. Ten kmin rzymski z kolendrą i kardamonem powodują, że smak nas zaskakuje, to nie to samo, co curry czy pseudochińskie połączenia smakowe. To chyba ten kuminek przenosi nas do Maghrebu, co, zważywszy na 22 stopnie mrozu za oknem, jest świetnym pomysłem…
2009-10-12
Fasolka była. To dobre słowo: była. I była pyszna.
Niestety, zanim się spostrzegłam, małżonek pożarł ostatnią porcję i NIE MAM ZDJĘCIA.
Więc musicie uwierzyć na słowo. Jurand powiedział, żebym dała mimo to przepis na bloga, bo kiedy on się ożeni, to życzy sobie, aby jego żona też taką robiła i on ją skieruje tutaj (o ile blog będzie istniał…). Więc jedziem z tym koksem! SKŁADNIKI (uwaga, to jest MEGA porcja, gotowałam to w moim największym garze, tzw. komunijno-chrzcielnym): 1,5 kg białej, średniej fasolki, 0,5 kg wędzonego boczku, trzy długie laski kiełbasy (najlepsza do potraw z GS-u w naszym mieście, ciekawe, czy Jerzy będzie miał kobitę z okolic, bo może być problem z tą kiełbasą, ale już zapowiedział, że nie żeni się dalej niż 15 minut pekaesem), 0,5 kg pieczarek, 3 marchewki, 2 pietruszki, mały seler, 2 duże cebule, 2 słoiczki przecieru pomidorowego (to był „Łowicz”), 2 torebki zupy fasolowej do zagęszczenia (miałam Knorra i Winiary), 4 łyżki mąki (bo sos był dalej rzadki), 2 łyżki smalcu, 2 łyżki masła, vegeta, sól, pieprz, majeranek, chili, 4 ząbki czosnku, 4 listki bobkowe, 6 ziarenek ziela angielskiego.
WYKONANIE:
Dzień przed fasolkę umyć i przebrać. Zalać wrzątkiem, doprowadzić do wrzenia, wodę odlać – to podobno ma zapobiegać wzdęciom, to w sumie niewiele daje, ale robię to z przyzwyczajenia.
Zalać świeżą zimną wodą, zostawić na noc.
Na drugi dzień uzupełnić wodę tak, by zakryła groszki na 2 palce, dodać 2 łyżki vegety (lub soli), dorzucić warzywa (w tym 1 cebulę), listki i kuleczki ziela, gotować na małym ogniu.
W tym czasie pokroić boczek w kosteczkę i zesmażyć na smalcu razem z pokrojoną drugą cebulką. Oczywiście można to zrobić na oleju, ale jednak smalec daje lepszy smak i nie myślimy o żadnym cholesterolu (znowu dałam smalec „Rodzinny”, już sama nazwa tego warta).
Wrzucamy ten boczek do fasolki, kiedy jeszcze jest na wpół twarda, bo on się musi pogotować. Przy okazji sprawdzamy, czy warzywa się nie rozlazły, cebula już na pewno tak, więc je wyławiamy. W sumie to można to zrobić na kostkach warzywnych (wtedy mniej solimy), ale ponieważ ja lubię dużo sosu w fasolce, więc ten sos powinien być aromatyczny.
Aha, wodę ciągle uzupełniamy do pożądanej ilości sosu.
Pieczarki podsmażyć na maśle, posolić i popieprzyć do smaku.
Kiełbasę pokroić w kosteczkę, podsmażyć na patelni, można bez tłuszczu, i tak się dużo wytopi. Wrzucamy do gara razem z pieczarkami, sprawdzamy, czy potrawa jest słona.
Kiedy groszki są już prawie miękkie, dodajemy zupy rozbełtane w zimnej wodzie, pieprz i majeranek. Przeciery też rozrabiamy w wodzie, wlewamy do garnka.
Okazało się, że sos był dalej zbyt rzadki, więc jednak czekało mnie zrobienie zasmażki „na sucho” (patrz przepis na: Paluszki (kopytka) z sosem grzybowym). Po zagęszczeniu wciskamy czosnek, ewentualnie dopieprzamy i czilujemy na dość ostro.
To powinno się „przeżerać” przez noc, ale w wypadku tej potrawy słowo: „przeżreć” zawsze przegrywa ze słowem: „zeżreć”, więc nie liczyłabym na to, że jak zrobicie z mniej niż kilograma fasolki, to wytrzyma do jutra…
2009-08-14
To jest tzw. eksperyment kulinarny. Zdaniem degustatorów (ja, Syniu i Mama, chociaż Syniu jest chyba nieobiektywny, on pożarłby kotleta z psa przemielonego razem z budą i jeszcze by powiedział, że pyszne) był udany. No i robi się to w trymiga - najdłużej schodzi wyłuskanie fasolki, panie z tipsami muszą znaleźć jakiegoś podwykonawcę...
SKŁADNIKI: paczka makaronu kokardki (np. Lubella), 15 dkg szynki, z takich bardziej suchych, tak ze 3 garście wyłuskanej fasolki szparagowej (to był chyba gatunek określany jako „Mamut”, dopóki nie ma ziarenek, je się strączki, ale kiedy dojrzeje i przerośnie, to w strączkach pojawiają się fasolki), pół pęczka natki pietruszki, pół cebuli (lub jedna mała), 3 ząbki czosnku, sól, pieprz, oliwa z oliwek, ser do posypania.
WYKONANIE:
Fasolkę wyłuskać, wypłukać, zalać gorącą wodą (tak, aby przykryło na palec) i ugotować do miękkości. Uwaga – fasolka szybko się gotuje! Posolić pod koniec gotowania.
Nastawić makaron, ugotować al dente (patrz wskazówki z przepisu na kokardki ze słonecznikowym pesto). Cebulkę skroić w drobniutką kosteczkę, zeszklić na oliwie (nie rumienić), tym czasie pokroić szynkę na paseczki i podsmażyć razem z cebulką. Wsypać fasolkę i drobno pokrojoną natkę, dodać wyciśnięty czosnek, pieprz i ewentualnie dosolić (lub domagować). Wymieszać z gorącym makaronem.
Danko jest lekkie i pyszne, ma ciekawy smak i można zaskoczyć domowników nietypowym połączeniem.
To jest blog dla moich przyszłych następców przy garach, czyli Hurmy i Czeredy.
Czerwony barszcz jest ulubioną zupą w naszym domu (nie bez kozery blog tak się nazywa; mam nadzieję, że pani Tessa Capponi się nie obrazi za tę buraczaną trawestację :-))
Cóż, moja kuchnia rzadko pachnie bazylią - najczęściej właśnie swojsko barszczem: białym, czerwonym, ukraińskim... i... i... (kurcze, są jeszcze jakieś barszcze?!)